and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...

Set As Default Person | First & lastname | Łukasz Kiliś | |
| Birth | 07 Oct 1828 | Czarnowo, mazowieckie |
|
||
| Akt urodzenia Łukasza Kilisia 1828 |
||
| Christening | 8 Oct 1828 | Pomiechowo - kościół św. Anny, nowodworski, mazowieckie, Polska |
| Kościół w Pomiechowie, rycina z 1838r. |
||
| Z kroniki rodzinnej | 1851 | |
| - Nie proszę księdza, nie rozmawiałam z nim - szeptała przy kratce konfesjonału młoda kobieta. - Nie wiedziałam, jak zacząć taką rozmowę. Jego matka przecież nie żyje od ponad roku. - Córko, nie miałaś odwagi z mężem porozmawiać o jego matce, ale masz odwagę snuć tak straszne domysły – odpowiedział jej głos z głębi? - Gdy tylko to znalazłam, to tak w pierwszej chwili, zaraz po przeczytaniu, wzięłam i schowałam jak najgłębiej. Później dopiero zaczęło mnie męczyć. Przecież ta kobita zajmowała się magią. Czy to w porządku? Kościół tego zabrania! - Ale co ty wiesz o magii? Mówisz, że twoja teściowa próbowała zdjąć klątwę, nie chciała zrobić nikomu krzywdy... - Tak, ale posługiwała się magią – nie dawała za wygraną kobieta. - Córko - przerwał jej kapłan - nie oceniaj jej, nigdy jej nie poznałaś, nigdy nie zapytałaś, co przeszła, czego się obawiała... Nie znasz się też na magii, nie wiesz więc, co ona robiła. Być może były to jakieś nieudolne próby, a może chciała wykorzystać moc anielską... Skąd wiesz? Nie porozmawiałaś nawet ze swoim mężem. Tak, czy inaczej, twojej teściowej nikt już osądzać nie może. Ona stanęła przed Sądem Bożym – tłumaczył ks. Jan Moczulski, który na parafii w Pomiechowie posługiwał od wiele lat i zapewne znał też kobietę, o którą toczyła się ta emocjonalna batalia. - Jak ja mam rozmawiać z mężem, skoro on nie wie, że ja mam tę księgę. On nawet nie ma pojęcia o jej istnieniu, a może nawet o tej całej ich klątwie. - Córko, czy słyszysz, co mówisz? Jesteś dobra kobietą. Czy ja mam cię uczyć, jak rozmawiać z mężem? Idź już! - I mam udawać, że nic się nie stało? - Maryśka! – krzyknął wręcz kapłan, aż najbliżej siedzące niewiasty odwróciły się z zaciekawieniem. Marianna też zorientowała się już, że nie tylko podniesiony głos spowiednika, ale i czas, jakie spędziła przy spowiedzi zaczyna budzić niezdrowe zainteresowanie obecnych w kościele. - Dobrze proszę księdza, porozmawiam z Łukaszem - odpowiedziała. Nie, aby była pewna słuszności porady. Po prostu pragnęła szybko uciec od konfesjonału. - Teraz żałuj za grzechy, a ja ci udzielę rozgrzeszenia. Deus, Pater misericordiarum, gui per mortem at…. Gdy Marianna usłyszała pukanie w ścianę konfesjonału, Msza św. zmierzała już do końca. Kobieta biegnąc do ołtarza, zaledwie zdołała jeszcze przystąpić do Komunii św. Nie widziała więc ciekawskich, a czasami kpiących spojrzeń sąsiadek, które w długim czasie, jaki Kilisiowa spędziła na spowiedzi, domyślały się ciężkich jakichś przewin. Najbardziej tryumfującą minę miała oczywiście Kuczeńska, kobieta która od dawna żywiła jakąś jawną niechęć do Marianny, a dziś zdawała się mówić: "No paczcie, jaka zawsze święta była, a teraz?!" Powrót do domu nie zajął Kilisiom zbyt wiele. Po wyjściu ze świątyni czasu nie tracili. Owszem, na Mszy świętej byli obecni bliscy Łukasza, ale obie części rodziny od kilkunastu miesięcy nie utrzymywały ze sobą zażyłych stosunków. Jednym z powodów animozji był podział dóbr rodzinnych. Łukasz, żeniąc się w wieku zaledwie 20 lat, otrzymał niewielką jedynie spłatę z majątku rodzinnego, jaki pozostał w Czarnowie. Jego ojciec Michał, zmarł już we wrześniu 1829 roku, zaś od śmierci matki nie minęły jeszcze dwa lata, ale najstarszy z ich dzieci, Jan zdążył już poczuć się gospodarzem na pozostawionych dobrach. Młodszemu rodzeństwu nie pozostało wiele. Dla Łukasza był to czas niezwykle przykry. Wychowany bez ojca, uczucia rodzinne skupił na matce i starszym rodzeństwie. To oni byli dla niego nauczycielami życia i wszelkim wzorem. Teraz poczuł się odepchnięty i skrzywdzony. Walił się cały jego świat zasad i norm. Na dodatek jeszcze ten incydent na ślubie… Droga z Pomiechowa do Kossewy nie zabierała więcej niż pół godziny, ale Kilisiowie i tak musieli się śpieszyć, gdyż na konie czekała służba, która w niedzielę też musiała dotrzeć do kościoła. Jadąc w przyjemnym, lipcowym słońcu Kilisiowie roztrząsali z rodzicami Marianny natłok bieżących spraw, ale też i te, które pojawią się już 6 sierpnia. Młoda Kilisiowa każdego roku w tym dniu ruszała na pieszą pielgrzymkę na Jasną Górę. Dotychczas przed wyruszeniem na szlak pątniczy nie zatrzymała jej żadna choroba a ostatnio nawet maleńka córeczka. Oczywistym więc było, że przyszedł czas poustalać obowiązki i rozdać role, jakie każdy musiał pełnić, gdy w obejściu brakowało jednej pary rąk do pracy. Rodzice Marianny, państwo Matyasiakowie, byli rodziną przybyłą w te strony, ale już dobrze osiadłą i majętną. Część tych dóbr przejęli już młodzi małżonkowie, co w połączeniu ze spłatą, jaką Łukasz wniósł do wspólnego dobytku sprawiało, że rodzina mogła żyć na stosunkowo wysokim poziomie. Ich dom, od czasu ślubu Marianny dworem zwany, stojący naprzeciw małego jeziorka w Kosewie, jeszcze sto lat później był wspominany jako niezwykle okazały i wyróżniający się w okolicy. Był to budynek drewniany, z ciężkich bali zbudowany, sześcioizbowy, podpiwniczony, kryty gontem. Jako magazyny służyły obszerne piwnice. Na samym środku wzniesiono zaś obszerną sień, zaś ze szczytu dostrzec można było otwór w ścianie zamykany czymś na kształt drewnianej okiennicy. W Kosewie, prócz Kilisiów i służby stosownej, mieszkali też państwo Matyasiakowie i dwie ich córki, Frania i maleńka Agnieszka. Wokoło starała się już chodzić roczna Cecylia, najstarsza pociecha Łukasza, a grono to miało już wkrótce poszerzyć się o kolejną duszę, gdyż Marianna była już w drugiej ciąży. W życiu Łukasza niby wszystko układało się tak, jakby to wielu sobie mogło tylko wymarzyć. A jednak było coś, co go wewnętrznie gryzło, zatruwało wiele snów i nie zawsze pozwalało cieszyć się każdą mijającą chwilą. Żyjąc w Czarnowie, był synem dziedziczki, mieszkał we dworze, w duszy pielęgnował przeszłość pokoleń. Codzienność, co prawda nie odbiegała od tego, czego doświadczali inni gospodarze z tej okolicy. Każdy dzień równo wypełniony był ciężką pracą w obejściu i na roli. Szlachectwo od niczego nie zwalniało. Dawało jednak poczucie pewnej wspólnoty wartości, zobowiązywało do określonej postawy w życiu. Ojca nie pamiętał, ale matka wiele razy, gdy zbroił coś, wskazywała na wiszącą na ścianie szablę zapewniając, że „szlachcicowi nie wypada”. Teraz, za jego przyczyną to wszystko się skończyło. Paradoks, bo to on właśnie był tym dzieckiem w domu, któremu najbliżej było do pielęgnowania tradycji rodzinnych. Czy uda mu się nieść tę pochodnię pamięci rodzinnej wśród osób, dla której te uczucia są całkiem obce? Marianna nie zwlekała. Zgodnie z daną kapłanowi obietnicą postanowiła rozpocząć trudną dla siebie rozmowę zaraz po obiedzie. Gdy już poukładała sobie w myślach każde słowo i chciała wyciągnąć Łukasza na dłuższy spacer po sadzie, zorientowała się, że właśnie przegrała konkurencję z własną córką i siostrą. Jej mąż właśnie zabrał obie dziewczynki i poszedł sobie z nimi na spacer. Cóż, dziewczyna była na tyle zdeterminowana, iż ruszyła na poszukiwania małżonka. Wyprawa nie była to długa, gdyż zaraz po wyjściu poza obręb najbliższych budynków, rozciągał się długi sad, pełen jabłoni, wiśni i kilku grusz. W cieniu jednego z drzew, na starej derce siedział Łukasz, wokół którego, w trawie bawiły się dwie małe istotki. Nie byli jednak sami. W pobliżu, przesłodkimi o tej porze roku papierówkami zajadała się Franka, druga z sióstr Marianny. Kobieta radośnie pomachała w stronę męża, który dostrzegłszy biegnącą w jego stronę żonę, wstał i z rozłożonymi ramionami oczekiwał serdecznego przytulenia. Nie zawiódł się. - Chodź do domu, muszę z tobą porozmawiać. Łukasz nie ukrywał zdziwienia. Potem popatrzył na żonę z dwuznacznym uśmiechem, wziął na ręce obie dziewczynki i wszyscy razem ruszyli w stronę zabudowań. - A ty gdzie już idziesz? - krzyknęła za nimi Frania. Nie doczekawszy się odpowiedzi krzyknęła do siostry: - Znów go zabierasz? - Marianna jedynie pomachała jej dłonią, głowy nawet nie odwracając. Spotkawszy Ankę, dziewczynę do pomocy w obejściu zawołała: - O! Dobrze, że jesteś. Zanieś dzieci do babci i poproś, aby zajęła się nimi przez godzinę. Chwilę późnij, oboje wolni już od wszelkich obowiązków, poszli wprost do bocznych drzwi wiodących do swojej części domu. Drzwi nie miały więcej jak dwa lata. Pan Józef Matyasiak kazał je wstawić zaraz po ślubie swej córki, gdy okazało się, że młodzi, wbrew wcześniejszym planom, zamieszkają na Kossewie. Owszem, są plany dalszych robót, bo obecny układ nie jest zbyt wygodny. Z dworu wchodzi się wprost do jednego z pokojów. Jedynie niewielki daszek nad drzwiami i położony wielki, płaski kamień przed progiem chronią wnętrze przed wiecznym błotem i brudem. Wkrótce ma być jakaś rozbudowa domu. Jaka? Tego nikt jeszcze nie wie, ale „coś trzeba zrobić” – mawia starszy z gospodarzy. Marianna pociągnęła męża w stronę starego mebla i lekkim pchnięciem usadziła go w pamiętającym dawne czasy bujanym fotelu. Kucnąwszy obok, zapytała: - Łukasz, a czy ty wiesz, że blisko dwieście lat temu inna Marianna siedziała tak przy swoim mężu, i że było to nawet w twojej rodzinie? - Może kiedyś tak było. Czy to jedna miała takie imię? - No tak, ale to była twoja prapraprababcia... - Nic o tym nie słyszałem - odparł, ale zaraz potem się ożywił: - A ty skąd to wiesz? - Wiem dużo, dużo więcej - przekomarzała się młoda kobieta. - Mówiłeś tyle razy, że przyszliście kiedyś tam z Litwy, ale czy wiesz, kiedy i dlaczego? - Nikt w rodzinie o tym nie mówił, więc pewnie nie wiedzieli... - Oj, wiedzieli, wiedzieli, przynajmniej niektórzy… - Hej rozbójnico! Co ty przede mną ukrywasz? - krzyknął z uśmiechem Łukasz. - Oj, mam dla ciebie małą niespodziankę, ale musisz być cierpliwy - odpowiedziała siadając na taborecie stojącym nieopodal. - Pamiętasz, jak niedługo po ślubie bawiliśmy się na strychu waszego dworu w Czarnowie? - zapytała. Łukasz zmarszczył brwi starając sobie przypomnieć tak nieodległe czasy, ale ona ciągnęła nie czekając odpowiedzi: - Ja późnej byłam tam drugi raz, sama. Pod warstwą słomy znalazłam stary kajet, właściwie księgę zapisaną rękoma kilku osób. Tam było wszystko o waszej rodzinie. - Czemu mi jej nie pokazałaś? Gdzie ona... Marianna nie pozwoliła mu dokończyć. - Najpierw usiadłam czytać. Tak przez ciekawość. Chciałam wiedzieć wszystko o twojej rodzinie, a tam były rzeczy, o których nigdy nie słyszałam. Ktoś ją musiał tam schować, ale nie wiedziałam dlaczego, ani kto to zrobił. Dopiero później, gdy przeczytałam już wszystko o twoich pradziadach, zrozumiałam, że księga skrywa też rzecz straszną. - Ktoś kogoś na pojedynek wyzwał? - zapytał półżartem chłopak. W jego głosie czuć było jednak jakiś niepokój, coś, co tylko nieudolnie starał się przykryć dowcipem. Tymczasem Marianna zaczęła mu opowiadać o ucieczce rodzeństwa Kilisiów z ziem kiedyś tam należących do Rzeczpospolitej a dziś praktycznie zapomnianych. Mówiła o nadziei na nowe życie, ale też tęsknocie za ojczyzną i bliskimi, których tak wielu zostało nad Dźwiną. Opowiedziała też o kolejnej ucieczce, tym razem zorganizowanej przez Stanisława Kilisia i o tym, jak dotarł na Mazowsze. - To właśnie dlatego twój dziadek Walenty urodził się w Goławicach. - Walenty był podobno synem Andrzeja i Katarzyny, ale wiesz co? Ja słyszałem też o Kilisiach z Łomny - wtrącił Łukasz. Mania nie dawała jednak za wygraną: - Nie wiem, może jakaś część twojej rodziny tam osiadła. Ja o tym nic nie wiem, ale jakie to ma znaczenie? - Powiedziałaś, że oni "uciekali". Przed czym uciekali? - Przed klątwą! - Przed klątwą? Co ty opowiadasz? Anka ci w głowie miesza tymi swoimi niesamowitymi opowieściami! – wykrzyknął Łukasz zrywając się z fotela. - Głupi jesteś i to jest właśnie problem - żachnęła się kobieta, ale zmiarkowawszy, że może tą gwałtownością męża tylko zniechęcić do dalszej rozmowy, zaraz przypomniała sobie wszystkie swoje sztuczki, które zawsze dobrze działały w takich okazjach. Owszem, straciła nieco czasu, ale udobruchany chłopak dał się znów prowadzić wedle jej toku myśli. Co prawda, aż dwukrotnie przerwano im rozmowę próbując oddać małą Cecylię, jednak za każdy razem udawało się jakoś znaleźć kolejnego opiekuna do dziecka. Łukasz z każdą chwilą stawał się coraz bardziej posępny. Mając niespełna dwadzieścia trzy lata nie był chyba jeszcze gotowy, aby zmierzyć się z natłokiem myśli, jakie zgotowała mu opowieść żony. Nigdy nie zastanawiał się, czemu tak mało opowiadano o dawnych, minionych czasach i ludziach, którzy żyli przed nim. Owszem, słyszał nieco historii dotyczących urodzonego prawie sto lat wcześniej dziadka Walentego i jego żony Małgorzaty. Wiedział, też, że miała ona syna Franciszka z pierwszego małżeństwa z Szymonem Pietrakiem. Kiedyś odwiedzał też innych krewnych z Goławic. Dziadek Walenty prócz Michała, miał też syna Antoniego, którego potomstwo w większości zostało na rodzinnych dobrach, chociaż wuj Stanisław zamieszkał aż w Studziankach. Co ciekawe, zaraz po narodzinach drugiego syna Walenty Kiliś nagle zniknął, aby po wielu latach pojawić się bez lewego oka, za to z wielką blizną przecinającą jego twarz od czoła aż po brodę i zapakowanym głęboko w plecaku mundurem. - Kiedyś słyszałem jakąś rozmowę - wspomniał Łukasz. - Matula z kimś rozmawiała sądząc, że nikt ich nie słyszy, opowiadała, że w jej teściu odezwała się dusza żołnierza napoleońskiego i poszedł walczyć w kolejnym powstaniu. Podobno do domu już nie wrócił. Jego syn, a mój ojciec nigdy nie walczył, bo - jak wiesz - wcześnie zmarł. Za to żonę wybierał tak, aby nasi przodkowie byli dumni. - Mówisz o Orszuli? - Tak, w czasie odwrotu wojsk napoleońskich poślubił babcię Orszulę, córkę Mateusza Kurpiewskiego z Czarnowa. Wybór prawdopodobnie nie był przypadkowy, gdyż zmarły w 1808 roku Mateusz, odniósł śmiertelne w konsekwencji rany podczas bitwy nad Narwią, jaką dwa lata wcześniej stoczyły oddziały francuskie z Moskalami. Tak więc oboje rodzice Łukasza byli dziećmi polskich żołnierzy. W ciągu niewielu lat wspólnego życia doczekali się ośmiorga swoich pociech: Małgorzaty, Jana, Józefy, Józefa, Kazimierza, Marianny, Mikołaja i najmłodszego, urodzonego w 7 października 1828 roku w Czarnowie Łukasza. Michał zmarł w niecały rok po jego narodzinach przeżywszy zaledwie 39 lat. - No, ale ojciec zmarł chyba nie przez tę jakąś tam klątwę - zażartował Łukasz. - Nie, ale pamiętasz, zachowanie twojej siostry na naszym weselu? - Mania, pamiętaj, że ona często dziwnie się zachowywała... - To nie to - przerwała mu żona. - Takich przypadków u was w rodzinie było kilka. Pierwszy był podobno w XV w. jeszcze w Liwonii. To wtedy pewna kobieta rzuciła na nich klątwę. To miała być jej zemsta. - Zemsta? Za co? - dopytywał Łukasz. Marianna zrozumiała, że musi mężowi prawdę powiedzieć wprost. W przeciwnym razie albo nie zrozumie, albo będzie udawał, że nie zrozumiał. Gdy wreszcie wyrzuciła z siebie to, co ciążyło jej na duszy od ponad roku, spodziewała się jakiegoś wybuchu złości, czy chociażby zaprzeczania. Nie zaszło nic z tych rzeczy. Łukasz zamilkł, jakby czekając na dalszy ciąg opowieści lub na jakieś zarzuty ze strony żony. Nie zaprzeczył. - Ty wiedziałeś... - wyszeptała po kilku minutach Marianna. - Nie Maniusia, nie wiedziałem o całej historii, chociaż wiele rzeczy na to wskazywało. Czemu tak długo nic mi nie powiedziałaś? - Tam jest napisane, że o klątwie może wiedzieć tylko jedna osoba. Ojciec przekazywał zapiski jednemu z synów a ten później swojemu. Tak to szło przez wieki. Twój tato zmarł bardzo wcześnie, a po jego śmierci księgę znalazła twoja mama. Niestety, chciała pozbyć się klątwy ucząc się magii. Przez kilka lat próbowała wielu zaklęć i nigdy nie dowiedziała się, że jej wysiłki poszły na marne. Księgę ukryła na strychu i do śmierci nikomu jej nie przekazała. Gdy ja ją znalazłam, nie wiedziałam, czy powinnam komukolwiek o tym mówić. - Czemu? - Nie chodzi tylko o klątwę, ale chyba nie powinien nikt wiedzieć, że twoja mama zajmowała się magią. To takie złe! - Janek, mój najstarszy brat mówił kiedyś, że mama jeździła do jakiejś baby, ale myśleliśmy, że to była zielarka. Dalszą rozmowę przerwał cień pomykający za oknem. - No, będziemy musieli przerwać - zauważyła kobieta widząc przez gęste firany Ankę idącą oddać im córeczkę. - Pogadamy w nocy. Łukasza nie zmartwiła ta nagła zmiana. Więcej, chyba nawet ucieszył się, że będzie miał czas na przemyślenie tego wszystkiego, czego właśnie się dowiedział. Może to nawet złe określenie, że teraz czegokolwiek się dowiedział. Czy od dawna nie przeczuwał, że coś jest nie tak, jak być powinno? Być może jedynie nie potrafił nazwać tego, co go otaczało i przed czym od dawna uciekał, najpierw w samotność, później do swych teściów... Marianna czuła oczywiście wielki niedosyt. Dla niej największym problemem nie była sama klątwa ciążąca nad rodziną ani też jej dramatyczne skutki, ale to, w jaki sposób jej teściowa chciała uporać się z problemem. Mimo bardzo młodego wieku, dziewczyna prawdziwie żyła prawdami wiary, która czary uważa za jeden z najsroższych grzechów. Dla niej jakakolwiek magia była tożsama z potępianymi przez Kościół czarami i nijak nie mogła w swej świadomości pogodzić obrazu dobrotliwej kobiety, którą znała tylko z opowieści, z wizją czarownicy polującej na dzieci, jaką z kolei miała z baśni i legend. Dochodziła już dziewiąta wieczór, gdy Łukasz bez słowa wyszedł z domu. Bardzo blisko, tuż za drogą miał swoje miejsce dumania. Nad niewielkim, wiejskim jeziorkiem, z dwóch stron otoczonym szuwarami, gdzie na okolicznych łąkach widać było tylko ciemne kontury wierzb, o tej porze nie pojawiał się już nikt. Łukasz mógł być tylko sam ze sobą i swymi myślami. Wieści, jakie go dziś dopadły, były straszliwie przygnębiające. Problemy w rodzinie były, wiedział o tym doskonale. No, ale gdzie ich nie ma? Każda rodzina boryka się z jakimś skandalem, tajemnicą, którą skrywa we własnym gnieździe. Kilisiowie w Czarnowie, chociaż byli tam rodziną nową, przybyłą z Goławic, cieszyli się powszechnym szacunkiem. Fakt, że część tego szacunku miała swe źródło w znacznej zamożności… Nie da się jednak zaprzeczyć, że nazwiska Kiliś i Kurpiewski kojarzone były z uczciwością i sąsiedzką życzliwością. Atmosfera domu rodzinnego, jaką Łukasz znał z wczesnego dzieciństwa i opowieści starszego rodzeństwa, ukształtowała go na wzór ideałów Polka, wiernego syna Ojczyzny i Kościoła. Łukasz po prostu chciał być tylko i aż godny swych dziadków, o których wiedział niewiele, ale to, to co wiedział, kształtowało jego osobowość. W domu rodzinnym ojca zabrakło bardzo wcześnie, ale jeszcze przez dwadzieścia lat jego życia, miał przy sobie matkę, która była dla niego ostoją i bezpieczeństwem. Dziś dopiero zrozumiał, czemu tak mało opowiadała o dawnych czasach, ograniczając się do ogólników i ustalonych zasad. Orszula nie wyróżniała jednak swojej rodziny. W przekazie, jaki kreowała dla swych dzieci, o Kilisiach mówiła "w naszej rodzinie..." Gdy wspominała o swoich własnych przodkach, zawsze używała określenia "w mojej rodzinie"... To Orszula zadbała więc o kultywowanie tradycji szlacheckiej w mocno już zubożałej, choć nadal majętnej rodzinie, to ona wciąż odmawiała z dziećmi pacierze zaczynając każdy z nich od słów "Vardan Dievo Tevo ir Sunaus, ir Šventosios Dvasios...". Robiła to, bo... "u nas zawsze tak było". Często też wyrywało się jej litewskie "ne", zamiast "nie. Wiszący nad drzwiami, wyryty w starym drewnie herb rodowy, ten sam, który teraz wisi nad kominkiem w Łukaszowej izbie, również Orszula pielęgnowała. Jego czyszczenie, czy przedświąteczne odkurzanie celebrowane było niemal tak, jak licznych, świętych obrazów. Gdy zmarła w lutym 1848 roku, w domu powoli zaczęło się wszystko zmieniać na gorsze. Systematycznie znikał duch wspólnoty, a na jego miejsce wkradała się rywalizacja i troska o "swoje". Jan Kiliś, najstarszy z braci Łukasza, który stał się dziedzicem dobytku, krzywdy nie czynił, ale Łukasz nie raz poczuł, że musi szukać własnego miejsca na ziemi. Czuł wtedy, że pewna epoka się właśnie skończyła, i to nie tylko w jego życiu, ale i w dziejach rodu. Czy on sam, którego pojęcie o przeszłości było tak małe a podsycane jedynie nostalgią, będzie umiał sprostać wyzwaniom i przekazać tradycję swoim dzieciom? Pytanie to powracało do niego coraz częściej. Z głębokiej zadumy wyrwał go dopiero niespodziewany głos żony: - Łukasz, coś tak się ukrył? - No, dałaś mi Maniu dziś do myślenia - odparł z uśmiechem, który miał ukryć zgoła całkiem inny nastrój. - E, nie przejmuj się, my sobie ze wszystkim poradzimy - odrzekła lekko i chwyciła męża za rękę. - Chodź, pobiegamy po łące - zawołała. - Obawiam się, że o czymś zapomniałaś - odparł Łukasz tym razem szczerze rozbawiony. - Nie dasz rady - dodał dotykając brzucha żony, która za kilka miesięcy miała urodzić ich drugie dziecko. - Oj głupia jestem - zawstydziła się dziewczyna, ale nie chcąc jeszcze wracać do domu, pociągnęła Łukasz w stronę starej, grubej wierzby. Usiedli pod drzewem i choć przytuleni do siebie, nie zamienili ani słowa. Każde podążyło za własnymi myślami. Gdy wreszcie dotarli do domu, nie wracali już do rozmowy o odnalezionej księdze ani zapisanych w niej historiach. Dopiero na początku sierpnia, gdy Marianna szykowała się do kolejnej w swym życiu pielgrzymki, Łukasz sam zdecydował się wrócić do przerwanego wątku. Gdy wszedł do mieszkania swych teściów w poszukiwaniu Marysi, zrozumiał, że musi uzbroić się w cierpliwość. Jego żona wraz z Anką stały pochylone nad dwiema wielkimi szatkownicami. Szybkimi, rytmicznymi ruchami przesuwały główki kapusty, której drobne kawałki spadały do wielkiej drewnianej balii. Wióry kapusty musiały być bardzo cienkie, bo zdaniem gospodyni, tylko takie gwarantowały odpowiednio delikatny smak kapuśniaku czy bigosu. Pani Matyasiakowa, która w tym czasie szykowała obiad, co kilka minut podawała jednej z dziewczyn kolejną kapustę. Widok był to raczej nietypowy. Marianna, ciężarna córka gospodarzy i Anna, dziewka na posyłki stały wspólnie przy jednej pracy, wesoło przy tym żartując. Obie dziewczyny były w podobnym wieku i razem bawiły się od najmłodszych lat. To, że jedna z nich musiała później pracować dla drugiej, w ich relacjach niczego nie zmieniło. Nieco bardziej formalne relacje łączyły Annę z panią Matysiakową, ale i ta starała się traktować swą pracownicę uczciwie. Łukasz patrząc na tę pracę wiedział, że księgi szybko nie dostanie. Jasnym było, że po skończeniu szatkowania, kapustę trzeba będzie w beczkach ugnieść. Na wsiach bardzo często robiono to nogami, wchodząc do beczki i drepcząc w niej, aż kapusta puściła soki. U Matyasiaków było to nie do pomyślenia. Z piwnicy przyniesiono już wielkie drewniane ubijaczki, które przypominać mogły solidne maczugi. To za ich pomocą, mężczyźni, gdy kobiety zakończą swą pracę, będą ubijać kapustę. Łukasz do pracy takiej był zagoniony już rok temu. Wiedział, że nic to przyjemnego, ale rozumiał też, że od tego zadania ucieczki nie ma. Kiliś dopiero późnym wieczorem mógł powiedzieć żonie, że chce przeczytać księgę. - Przez tyle dni będę sam, to spokojnie poczytam – powiedział do Marysi. Kilisiowa nie protestowała. Wiedziała, że protest na nic się nie zda, ale też rozumiała, że będzie to dla Łukasza doskonały czas nie tylko na przeczytanie, ale i uporanie się z jej zawartością. - Czytaj, czytaj – rzuciła w stronę męża podając mu coś zawiniętego w grube płótno, coś, co wyciągnęła właśnie ze stojącego pod ścianą ogromnego, drewnianego kufra. Łukasz chwycił chciwie zawiniątko i począł dobierać się do jego środka. Marianna przez chwilę obserwowała go z uśmiechem, po czym zabrała się za pakowanie tobołka, który następnego dnia miał zostać dostarczony przed pomiechowski kościół. To stamtąd kilkuosobowa grupa pątników, wraz z ich prowiantem wyruszała jednym konnym wozem do kościoła św. Ducha w Warszawie. Podczas dziewięciu dni marszu w stronę jasnogórskiego klasztoru pątnicy nie tylko zgłębiali prawdy wiary, nie tylko kultywowali pobożność wyniesioną z domów rodzinnych, ale także dane im było odczuć ducha nadchodzącego Powstania Styczniowego. Opiekujący się pielgrzymami ojcowie Paulini rozbudzali patriotyzm zarówno na swoich Mszach św. w Warszawie, ale również i na trasie pielgrzymek. Nic zatem dziwnego, że i Marianna wracała do domu natchniona coraz głębszą wiarą i tęsknotą za wolną Ojczyzną. Najbliższe miesiące nie były dla tej rodziny czasem spokojnym. Najpierw Łukasz postanowił uniezależnić się od swoich teściów i jako pierwszy z rodziny Kilisiów poszukał pracy fizycznej w Pomiechówku. Z konieczności w domu stał się gościem, widywany tylko w nocy, niedziele i święta. Najgorsze jednak przyszło przed świtem we wtorek 25 listopada. Marianna, zaniepokojona przeciągającą się w izbie ciszą, wstała z łóżka, aby zajrzeć do półtorarocznej Cecylii. Dziecko już nie oddychało. Dramat ten, tym straszniejszy, że tak bardzo niespodziewany, przyśpieszył przyjście na świat kolejnego dziecka. Narodzonemu dwa dni po śmierci Cecylii chłopcu nadano imię Jan. Ojciec jego, mimo żalów, jakie ostatnio miał do swego starszego brata, nadal darzył go wielkim szacunkiem, a co najważniejsze, sentymentem. Nic więc dziwnego, że pierwszemu ze swych synów nadał jego imię. Wówczas nikt jeszcze nie mógł przewidzieć, że chłopiec ten, gdy dorośnie, przyniesie swoim bliskim Teraz jednak, mimo radości z narodzin dziecka, trzeba też było dopełnić i tych trudniejszych formalności. - Dobrze, ja pojadę do kościoła - ofiarował się Józef Matyasiak, ojciec Marianny. Zabrawszy ze sobą Wojciecha Wróblewskiego jako drugiego świadka, pojechał 28 listopada zgłosić zgon swej wnuczki i zorganizować jej pogrzeb. Wróblewski, jako mąż Józefy, starszej siostry Łukasza, nie był obcy Kilisiom. Była to w ogóle rodzina w Kossewie i okolicach bardzo liczna, pod dwoma występująca nazwiskami. Tych zamożniejszych pisano "Wróblewskimi", ubożsi zaś musieli zadowolić nazwiskiem "Wróbel". Co ciekawe, bywało, że ta sama osoba, przy różnych okazjach różnie była zapisywana. Nie przeszkadzało to im jednak w łączeniu się w nowe rodziny, gdzie Wróblewski żenił się z Wróblówną. | ||
| Z kroniki rodzinnej | 1855 | Pomiechowo |
| Przez kolejne miesiące i lata do tematu odnalezionej księgi nikt nie wracał. Każdy kolejny dzień przynosił ze sobą nowe obowiązki, czasami radości, a często i zmartwienia. - Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – znajomy głos wywołał Łukasza ze stodoły, gdzie po skończonej młócce sprzątał resztki słomy. Gdy wybiegł, zobaczył swą żonę patrzącą na niego z wysokości wozu, którym jeden z gospodarzy rozwoził pątników wracających z Częstochowy. Mimo widocznej radości, kobieta tym razem nie zeskoczyła raźno na ziemię. Marianna, która na co dzień zwykła udawać nastoletniego łobuziaka, tym razem ledwie uniosła się z ławy oczekując, aż mąż pomoże jej zejść. Łukasz nie widział jej zaledwie dwa tygodnie, ale już po pierwszym spojrzeniu wiedział, że wkrótce ponownie zostanie ojcem. Nie kazał na siebie czekać. W mgnieniu oka wbiegł na deski wozu, chwycił żonę na ręce i wśród krzyków zarówno Marianny, jak i nadbiegłych domowników, zniósł ją na dół. Gdy dziewczyna poczuła pod stopami twardy grunt, nie traciła czasu na pretensje za ten nieostrożny wyczyn. Tak dawno się nie widzieli… - Wiesz co? - zagadnęła Marianna, gdy wieczorem spoczęli wreszcie po dniu pełnym wrażeń. Nie czekając na reakcję męża zaczęła opowiadać: - Byliśmy w pół drogi do Częstochowy, gdy jakaś babcia zaczęła na nutę śpiewanej pieśni kościelnej wołać "Poczekajcie, zdejmę buty". Druga, która szła obok, odpowiedziała jej również śpiewając: "Tego śpiwać nie potrzeba..." na co trzecia, nie rezygnując ze wszechobecnej nutki dodała: "Ażeby was wszystkich diabli wzięli...". Rozumiesz? - dopytała męża, który wbrew jej oczekiwaniom nie wybuchnął śmiechem. - No, one wszystkie śpiewały, chociaż nie zdawały sobie z tego sprawy - wyjaśniła... Łukasz nadal milczał, aż po chwili dało się słyszeć spod pierzyny dźwięczny śpiew: - Kiedy ranne wstaną zorze, tobie fartuch a mnie grabie... - po czym oboje wybuchnęli gromkim śmiechem. Wraz ze zdmuchniętym płomieniem lampy naftowej, izbę ogarnęły zupełne ciemności. Zaś wraz z porannym brzaskiem, przyszły codzienne obowiązki, a wkrótce i poważne zmiany w życiu Kilisiów. Rozalka urodziła się o świcie 25 sierpnia 1853, a już kilkanaście dni później Łukasz, który od roku pracował w Pomiechowie, postanowił przenieść się wraz z rodziną do samotnej ciotki Marianny, Agnieszki Daszyńskiej. Mieszkająca na Zamościu kobieta uznała, że jej obszerny dom nie musi stać niemal pusty, a kuzynom będzie tu znacznie lepiej, niż na odległej wiosce. Rodzinny nastrój nie trwał długo. Ciotka Agnieszka, od lat przywykła do ciszy i ustalonego rytmu każdego kolejnego dnia, co raz trudniej znosiła obecność dziecka pod swoim dachem. Jej granicę cierpliwości przerwało pojawienie się na świecie następnego dziecka Kilisiów. Relacje rodzinne zaczęły się psuć i coraz częściej dochodziło do nieprzyjemnych sytuacji. 13 września, w dwa miesiące po narodzinach Cecylii, Kilisiowie postanowili powrócić do Kossewy. Najbliższe lata, jak to bywało w tamtych czasach, Kilisiowie dzielili między radości narodzin kolejnych dzieci i tragedie zgonów większości z nich. Już w lutym 1856 roku zmarła Rozalka. Kilka miesięcy później narodziła się Józefa, a za dwa kolejne lata Marcjanna. Imię to musiało być dla rodziców szczególnie cenne, gdyż nazwano tak aż trzy córki Łukasza i Marianny. Stan zdrowia pierwszej już w chwilę po narodzinach dowodził, że życie jej będzie bardzo krótkie. Zapewne to spowodowało, że rodzice narodzonej dwa lata później kolejnej córce znów dali imię Marcjanna. Tak się stało, że obie zmarły niemal w tym samym czasie, w grudniu 1861 roku. Szczęśliwie przeżyć dane było trzeciej Marcjannie, urodzonej we wrześniu 1862 roku. | ||
| Z kroniki rodzinnej | 1862 | Kosewo, nowodworski, mazowieckie, Polska |
| Końcówka 1962 roku to także czas wielkiej nadziei. Marianna Kiliś z ostatniej pielgrzymki przyniosła nie tylko wzmocnienie wiary, ale i wiadomości na temat zbliżającego się powstania. Dzięki nim Łukasz mógł nawiązać kontakty z grupą konspiratorów, jaka sformowała się w parafii Łomna, po drugiej stronie Wisły. Jeden z poznanych wówczas mężczyzn twierdził nawet, że z pewnością jest z Łukaszem spokrewniony, gdyż jego dziadek również nosił nazwisko Kiliś. Mimo wielkich przygotowań, udział Łukasza w Powstaniu Narodowym, jakie ostatecznie wybuchło już w styczniu 1963 roku okazał się symboliczny. Co prawda, udało mu się wykorzystać stary orzełek napoleońskiego artylerzysty, jaki zachował po przodku, ale już pierwsza potyczka z wrogiem, do jakiej doszło pod Pułtuskiem okazała się dla polskiego oddziału ostatnią. Źle zaplanowana przez dowódcę akcja zakończyła się sromotną ucieczką partyzantów, z których większość pochwycono i uwięziono w modlińskiej twierdzy. Po kilku dniach od nieszczęsnej bitwy Łukasz powrócił do Kossewy rozpowiadając, że był gościem u dalekich krewnych. | ||
| Z kroniki rodzinnej | 1863 | Kosewo, nowodworski, mazowieckie, Polska |
| Rok później w domu Kilisiów urodziło się kolejne dziecko, Józef, który zmarł już po czterech latach, w październiku 1968 roku. Wcześniej, 8 stycznia 1867 roku o 3 po południu narodził się Stanisław. Wkrótce potem, przeżywszy swego męża ponad dziesięć lat, zmarła matka Marianny, Magdalena. Staś miał jeszcze trzech młodszych braci, Jakuba, Józefa i Michała. Ostatni z nich dożył swych piętnastych urodzin. Dwaj pozostali zmarli we wczesnym dzieciństwie. Stanisław Kiliś przeżył, choć jego życie nie miało być usłane różami. Gdy miał zaledwie dziesięć lat, jego najstarszy brak Jan zdecydował się poślubić Mariannę z Mieszkowskich, która u Kilisiów wzbudzała mieszane uczucia. Edukację zakończyła na poziomie drugiej klasy szkoły powszechnej. Dalej uczyć się nie mogła, bo istniejąca w miasteczku szkoła właśnie spłonęła i przez dziesięciolecia całe nie była odbudowywana. Mieszkowscy skupili się więc na domowej edukacji, skutkiem czego Marianna bardzo dobrze pisała, czytała i rachowała. Były to elementy, które rodzice Jana bardzo cenili. Z drugiej strony Mieszkowska, nie tylko nie grzeszyła wyjątkową urodą, ale też była im całkowicie nieznana, nic nie wiedzieli o jej rodzinie i tradycjach. Ponadto Jan zdawał sobie sprawę, że nim poślubi dziewczynę, musi pokonać jedną, trudną przeszkodę - były nią pieniądze. W domu Kilisiów pozostawało w tym czasie pięcioro ich dzieci, którym chcieli coś po sobie pozostawić. Tymczasem Mieszkowscy, jako warunek ślubu żądali znacznie więcej, niż część przypadająca dla Jana. - Ojcze, pan Mieszkowski zgadza się na nasz ślub, ale muszę dostać więcej ziemi, niż wypada na moją część – prosił jesienią 1886 roku młody Jan. – Gdy chłopcy dorosną, oddam im to, co się im należy – zapewnił. Łukasz Kiliś, nieco zaskoczony i zniesmaczony taką sytuacją, nie od razu odpowiedział. Musiał przemyśleć wszystko. Jego córka Józefa miała już w tym czasie narzeczonego, ale Marcjanna wciąż była samotna a Michał i Stanisław byli jeszcze małymi dziećmi. Po długich naradach Kilisiowie postanowili zabezpieczyć spadek córek a resztę zapisać najstarszemu synowi. | ||
| Z kroniki rodzinnej | 1877 | Kosewo, nowodworski, mazowieckie, Polska |
| Po hucznym, weselisku młodzi zamieszkali w zagrodzie Kilisiów, gdzie dość szybko wznieśli swój własny dom. To tam na świat przyszły ich dwie córki: Balbina i Waleria. W święto Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny 1895 roku zapaliły się zabudowania gospodarcze u Andrzeja Pająka. Ogień bardzo szybko rozprzestrzenił się na sąsiednie zabudowania. Aby powstrzymać ogień, w pośpiechu rozebrano kilka budynków. Wśród nich był też dom Jana Kilisia. Młodzi nie zdecydowali się na jego odbudowę. Wkrótce przenieśli się do Wrony, skąd w 1847 rodzice Marianny wyprowadzili się, zamieszkując w miejscowości Biele w płońskiem. W ciągu najbliższych lat we Wronie na świat przyszły kolejne dzieci Jana i Marianny: Stanisław, Kazimiera, Bronisława i Feliksa. Tymczasem w Kosewie życie toczyło się wedle dawnego schematu. W roku 1884 Marcjanna wyszła za mąż za Jana Michalskiego z Pomiechowa i opuściła dom rodzinny, zaś trzy lata później umarł najmłodszy brat Jana, Michał. Problemem finansowym dla Jana pozostał wiec tylko brat Stanisław. Ten żył, a nawet w 1890 roku postanowił ożenić się z Rozalią, córką Wawrzeńca i Balbiny z Pawelskich. Pawelscy byli nową rodziną w tej okolicy. Około roku 1873 Wawrzeniec Pawelski, za pieniądze zarobione przy budowie carskich fortów, kupił od miejscowego dziedzica jedną trzecią majątku Śniadowo i wraz z kilkorgiem dzieci zamieszkał tu po opuszczeniu stron rodzinnych w okolicy parafii Sarbiewo. Z pierwszą swoją żoną, Rozalią z Garczyńskich ożenił się 18 lutego 1844 roku w Sarbiewie. Doczekali się czwórki dzieci: Piotra, Marianny, Franciszki, która została żoną Jakuba Łęgowskiego i Antoniny żony Tomasza Gruszczaka. Rozalia wkrótce zmarła, a Wawrzeniec w roku 1869, również w Sarbiewie, wziął ślub z Balbiną, córką Jana Biernackiego i Ludwiki z Jankowskich. Z tego związku narodziło się dwanaścioro dzieci: Władysława Milewska, NN Lewandowska, Rozalia, Helena Celińska, Marianna Wasilewska, Władysław, Antoni, Katarzyna Sadlakowska, Jan, Julianna, Stanisław i Marianna. | ||
| Event | 1884 | Modlin |
| Opis wizyty cara Rosji Aleksandra III Romanowa z cesarzową Marią Fiodorowną i synem Mikołajem (przyszłym carem Mikołajem II) w Modlinie i Pomiechówku | ||
| Wizyta cara |
||
| Z kroniki rodzinnej | 1888 | Pomiechówek |
| 15 marca 1888 r. O godzinie 6 rano ruszyły wody Narwi. Pomiędzy Zakroczymiem a Nowym Dworem utworzył się zator, co spowodowało wezbranie i wylew. Kra z łoskotem rozbijała się o dwa mosty pomiędzy Nowym Dworem a Nowo-Georgiewskiem, żelazny most kolei Nadwiślańskiej i wiszący wojskowy. Ten ostatni nie wytrzymał nacisku i zaczął się chwiać; wówczas kazano publiczności zejść z niego. Ostrożność była chwalebna, ponieważ o godzinie 7.50 most wiszący runął ze strasznym hukiem. Nie pozostał po nim żaden ślad. Czterech ludzi, którzy zwlekali z zejściem z niego, wpadło do wody, uratowano ich, ale byli tak potłuczeni, że odesłano ich do szpitala. Wysokość wody wynosiła 19 stóp, przy 15 stopniach mrozu. Obawiano się o most kolejowy, ale przeprowadzona próba rozproszyła niepokój. Pociąg osobowy przejechał po nim bezpiecznie. Zalanych zostało kilka ulic, strzaskane zostały przez krę cztery berlinki, podmyte zostały fundamenty spichrza zbożowego u zbiegu Narwi i Wisły. 16 marca 1888 r. Z podwórka tartaku Broswitza woda uniosła zapas desek, fabryka krochmalu W. A. Scholtena zalana. Z mostu wiszącego nie zostały nawet przyczółki. Spichlerz miał oderwany róg. Zator został rozbity ogniem artylerii z trzech dział. Woda opadała i zamarzała. Pomiędzy złomami lodu znaleziono zwłoki nieznanej kobiety. Z magazynów wojskowych woda uniosła ponad 1000 pudów produktów spożywczych. Pod wsią Bronisławka, milę od brzegu rzeki woda wyrzuciła część mostu zniesionego przez krę pod Nowo-Georgiewskiem. 20 marca 1888 r. Poziom wody na Wiśle ponownie się podnosi. Ponownie zalana została część Warszawy i Nowy Dwór. Transport kolejowy na całej długości kolei Nadwiślańskiej od Kowla do Mławy odbywał się regularnie pomimo lokalnego podmywania nasypów. 30/31 marca 1888 r. Ruszyły lody Narwi. Podniósł się poziom wody. Nowy Dwór i okoliczne wsie zostały zalane całkowicie. Najbardziej ucierpiały: Bronisławka, Czarnów, Janówek, Kępa Wielka, Krubin, Okunin, Olszewnica, Pomiechowo i Pomiechówek, w którym ucierpiało szczególnie wiele domów. Podobnej powodzi nie było tu od 1834 r. Poziom wody osiągnął 7 stóp. Zalany był m.in. rynek, a woda wdarła się do położonych przy nim kościołów (katolickiego i ewangelicko-augsburskiego). W związku z zalaniem tego pierwszego nie mogło być przeprowadzone nabożeństwo rekolekcyjne. Odbyło się dopiero dnia następnego w jednej z kaplic niedotkniętej powodzią. Wielu prywatnym podmytych domów groziło zawalenie. Około 2 tysięcy mieszkańców nie miało dachu nad głową. Wielu mieszkańców chroniło się na strychach, dachach gdzie spędzili po kilkanaście godzin. Byli zziębnięci, głodni, przerażeni żywiołem. Komendant twierdzy wysłał pontony i cały park pontonowy dla ratowania mieszkańców. Żołnierze tego parku przez całą noc ratowali powodzian i zdołali wywieść mieszkańców do bezpiecznych miejsc. Pomocy udzielała też ochotnicza straż pożarna z Nowego Dworu. Gubernator warszawski wysłał do pomocy 8 łodzi. Pociągi na kolei Nadwiślańskiej od strony Kowla dojeżdżały tylko do Nowego Dworu. Dalszy odcinek był nieprzejezdny gdyż woda podmyła nasyp kolejowy na długości dwustu sążni w stronę mostu kolejowego. Od strony Mławy nie dojeżdżały do Nowo-Georgiewska, gdyż stacja kolejowa została zalana tak jak domy przy niej położone. 1 kwietnia 1888 r. Na miejsce powodzi przybywa na parowcu rządowym „Wisła” generał-gubernator Warszawski Josif Romeyko-Hurko, który przywiózł powodzianom 50 pudów chleba. Zatopione lub podtopione zostają prawie wszystkie budynki. W mieście runęło kilka domów mieszkalnych, a kilkanaście zagrożonych było zawaleniem. Dla rozdawania chleba i udzielania pomocy powodzianom gubernator powołał komitet na czele z naczelnikiem powiatu warszawskiego. W jego skład wchodzili wybitni obywatele wszystkich nowodworskich wyznań: burmistrz, proboszcz parafii rzymsko-katolickiej Leon Ciszewski, pastor ewangelicki Ludwik Behrens, członek dozoru bóżniczego Borman, ławnik magistratu Mergentaler i obywatel Mitt. 2 kwietnia 1888 r. Woda opadła, żegluga pomiędzy Warszawą a Włocławkiem działała. Jednak droga powrotna zajmowała o trzy godziny więcej z powodu silnego nurtu. O mocy prądu świadczy fakt, że parowiec rządowy „Wisła” o mocy 40 koni mechanicznych pomimo całej użytej swojej mocy stanął przed ujściem Narwi do Wisły i nie zdołał na nią wpłynąć. Woda cofnęła także do tyłu jeden z parowców administratora żeglugi wiślanej M. Fajansa. Pomiędzy Nowym Dworem, a Nowo-Georgiewskiem w miejscu zniszczonego nasypu w celu przywrócenia tymczasowej komunikacji postanowiono zbudować most pontonowy. Była to jedna z największych powodzi jaka ogarnęła kraj w tamtych czasach, Nowy Dwór przez ponad dwa tygodnie był pod wodą. W celu udzielenia pomocy powodzianom gubernator gen. Hurko udzielił zgody na powołanie w Warszawie komitetu czasowego, którego zadaniem było scentralizowanie zbierania ofiar i darów oraz ich rozdziału. Datki pieniężne można było składać u bankiera komitetu A. L. Goldstanda przy ul. Nowozielnej 48, a ofiary w naturze w kościele Św. Ducha ul. Elektoralna 12. Ofiary miały być kierowane do miejscowości potrzebujących największej pomocy. Wśród nich był Nowy Dwór. W skład komitetu czasowego weszły te same osoby, które były w komitecie podczas powodzi w 1884 roku. | ||
| Z kroniki rodzinnej | 1891 | Kosewo, nowodworski, mazowieckie, Polska |
| W planach małżeńskich oczywiście nie było bez znaczenia, że Pawelscy byli ludźmi zamożnymi a Kilisiowie nie posiadali już nic. Robili już tylko to, co mogli, wychowując najmłodszego syna starali się jedynie wpoić mu wartości, którymi żyli od początku: wiarę, pobożność i uczciwość. Ich syn biegle czytał i pisał nie tylko po polsku, ale także i po rosyjsku, znał matematykę, historię i geografię. Sąsiedzi często byli świadkami, jak siedząc na ganku dworu lub na ławeczce ustawionej nad jeziorkiem grywał na harmonii. - Stasiu, Janek obiecał, że odda twoją część - przypomniała mu matka, gdy snuł przed nią plany na swoje życie i martwił się przyszłością. - Idź synu do Janka. Chłopak przeczuwając, czym skończy się podróż, wcale nie rwał się do odwiedzin. Była to jednak jedyna szansa na zapewnienie sobie jakiejś stabilizacji życiowej. Marianna, widząc obawy syna, zdecydowała się towarzyszyć mu w tej krótkiej, ale jakże niełatwej wyprawie. Do spotkania miało dość wkrótce po uroczystości Wszystkich Świętych roku 1891. Matka z synem mieli do przebycia zaledwie kilkadziesiąt kroków, lecz zdało się im, że pokonują najdłuższą w swym życiu drogę. Nie śpieszyli się, jakby chcąc jak najbardziej odwlec moment spotkania i rozmowy. Szli w milczeniu. Radosnego powitania nikt się nie spodziewał, ale to, co się wydarzyło, zszokowało kobietę, która starała się, aby jej rodzina zawsze była przykładem cnót wszelkich. Gdy tylko w obejściu zaszczekały psy, na progu domu pojawiła się bratowa Stanisława. - Czego tu? Majątku się zachciało? Wynocha, bo jak nie to... - i połyskując ostrzem trzymanej w ręku siekiery dowodziła, że nie żartuje. Nie dyskutowali. - Choć stąd synu - Kilisiowa pociągnęła Stanisława za rękaw w stronę własnego obejścia. I tak, jak w milczeniu szli do Jana, tak i w milczeniu wracali do domu. W jedną stronę podążali z obawami, wracali z doświadczeniem zła. Brak majątku nie stanął na przeszkodzie ślubu. Pomimo faktycznej biedy, Stanisław miał dla Pawelskich jeden niepodważalny atut, był nim szacunek ludzi i szlachecka tradycja, która integrowała przybyszów z krajanami. Nie bez znaczenia był też fakt, że Rozalia była w czwartym miesiącu ciąży. Młodzi przed ołtarzem stanęli 25 listopada 1891 roku w cieksyńskim kościele, a w kwietniu następnego roku, w majątku Pawelskich narodziła się Anna. W jej akcie urodzenia zapisano, iż jest ojca niewiadomego. Dziecko żyło zaledwie 4 miesiące, a fakt jego istnienia udało się tak dobrze ukryć, że kilkadziesiąt lat później nikt w rodzinie nie miał o nim pojęcia. Wkrótce po ślubie Stanisława i Rozalii, nowożeńców spotkało kolejne rozczarowanie. Wiedzieli już, że Stanisław nie dostanie żadnego spadku. Teraz podobną wiadomość dostała Rozalia. Wawrzeniec, ojciec Rozalii postanowił podzielić dobra na troje swoich dzieci. Największe części otrzymali synowie Antoni i Władysław. Obrażeni Kilisiowie zdecydowali się wrócić na Kossewę, do domu Kilisiów. Tam, 18 września 1893 roku narodziła się ich najstarsza córka Marianna, której chrzestnym został szwagier Stanisława, Franciszek Lewandowski. | ||
| Death | 8 Mar 1899 | Kosewo, nowodworski, mazowieckie, Polska |
| Akt zgonu Łukasza Kilisia 1899 |
||
| Age | 70 years | |
| Patriarch & Matriarch |
Ignas Kilis, b. Yes, date unknown d. Yes, date unknown (4 x Great Grandfather) NN Kurpiewska, b. Yes, date unknown d. Yes, date unknown (Great Grandmother) |
|
| Headstones | ||
| Photos | ||
| Documents | Przebudowa mostu w Pomiechowie 1868 | |
| Person ID | I500 | Korycki Kiliś | Wacław Kiliś |
| Last Modified | 15 Jun 2025 | |
| Father | Michał "Kilisz" Kiliś, b. 1790 d. 08 Sep 1829, Czarnowo, mazowieckie (Age 39 years) | |
| Mother | Orszula Kiliś (maid. name Kurpiewska), b. 1791 d. 26 Nov 1848 (Age 57 years) | |
| Family ID | F218 | Group Sheet | Family Chart |
| Wife | Marianna Kiliś (maid. name Matyasiak), b. 19 Dec 1830, Kosewo, nowodworski, mazowieckie, Polska d. 11 Dec 1906, Kosewo, nowodworski, mazowieckie, Polska (Age 75 years)
| |||||||||||||||||||||||||||
| Marriage | 4 Feb 1849 | Pomiechowo, św. Anny, nowodworski |
||||||||||||||||||||||||||
| Świadectwo ślubu Łukasza i Marianny Kilisiów 1849 |
||||||||||||||||||||||||||||
| Age at Marriage | He : 20 years and 4 months - She : 18 years and 2 months. | |||||||||||||||||||||||||||
| Pożar domu | 25 Mar 1895 | Kosewo, nowodworski, mazowieckie, Polska |
||||||||||||||||||||||||||
| Gazeta z 1895 roku donosiła: Nieostrożność z ogniem. Wieś Kosewo w gminie Pomiechowskiej, która leży nad rzeką Narwią, w pobliżu jej ujścia do Wisły, nawiedził w święto Zwiastowania wielki pożar. Zapalił się najpierw jeden budynek w osadzie Andrzeja Pająka. Przyczyną pożaru było nieostrożne obchodzenie się ze światłem samego gospodarza i jego parobka Piotra Kobuszewskiego. Ogień rozszerzył się szybko. Cała osada złożona z pięciu budowli poszła z dymem. Ale nie koniec na tem. Płomienie przeniosły się na osady sąsiedzkie jeszcze siedmiu gospodarzy: Marjanny Pająkowej, Lewandowskiego, Jana PająkaDrzazgowskiego, Rudnickiego, Olbrycha i Kilisia. Spłonęły więc aż 34 budowle ubezpieczone w kasie ogniowej na 8380 rubli, a różnych sprzętów i zapasów gospodarskich ogień zniszczył więcej niż za półczwarta tysiąca rubli. Do poszkodowanych należy jeszcze Jan Kiliś, którego budynki zostały w części rozebrane, aby ogień powstrzymać... | ||||||||||||||||||||||||||||
| Pożar domu |
||||||||||||||||||||||||||||
| Children |
|
|||||||||||||||||||||||||||
| Family ID | F168 | Group Sheet | Family Chart | ||||||||||||||||||||||||||
| Last Modified | 20 Apr 2022 | |||||||||||||||||||||||||||
| Event Map | Click to display | |
|
|
||
| Pin Legend |
|
|
Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.