arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...

Histories

» Show All     «Prev 1 2 3 4 5 6 7 8 9 ... 71» Next»     » Slide Show

Dziedzictwo klątwy

Rozdział V – Sama wśród swoich

Rozdział V

Sama wśród swoich

Jadwiga długo nie mogła zaakceptować śmierci matki, ciągle próbując zanegować rzeczywistość. Tak, wiedziała, że nadeszło nieodwołalne, a mimo to ciągle czekała na cud. Aż pewnej nocy przebudziła się z przerażeniem wołając: „Nie mamo, nie przychodź już!" To widok klęczącej przy jej łóżku ogromnej postaci matki z krwawiącą nad okiem raną wstrząsnął umysłem dziecka. Ten sen, choć straszliwy, był momentem przełomu. Jadwiga wiedziała już, że została sama, została sierotą zdaną na łaskę innych.

Zgodnie z przedśmiertnymi obawami matki, dalsze losy Dziuni nie były łatwe i ważyły się dość długo. Opieki nad dzieckiem chciał się podjąć wuj Kazimierz Kiliś. Napotkał jednak sprzeciw swojej żony, która wcześniej już przygarnęła własną siostrzenicę. Chojnackim z kolei na zaopiekowanie się sierotą nie pozwoliła bieda. Małżeństwo żyło jedynie z utrzymywania kilku pszczelich rodzin. Stanisław dorabiał też strzygąc miejscowych mężczyzn. Cały dochód starczał na przeżycie jedynie dzięki niecodziennym zdolnościom Marianny.

„Chojnacka, jak kupuje kartofle, to ma takie kółko, przez które przekłada każdego kartofla. Bierze tylko te, które pasują rozmiarem" — kpili sobie z kobiety rolnicy. Nikt, wymyślając historię o metalowym kółku, nie pomyślał, że za doborem mniej więcej podobnego rozmiaru bulw, kryje się troska o równomierne ich gotowanie. Podobnie śmiano się ze Stanisława, który rąbiąc drewno na opał, starał się, aby uzyskać równe kawałki. Nie było to żadnym dziwactwem, a sposobem, aby drewna spalało się równomiernie i tuż pod naczyniem, a nie blisko komina. Dopiero na początku lat 50-tych zatrudnił się przy odbudowie nowodworskiego mostu nad Wisłą. Praca ta skończyła się jednak skomplikowanym zranieniem nogi, a w konsekwencji śmiercią.

Ostatecznie Jadwiga została formalnie przyjęta do domu dziecka, lecz w rzeczywistości pozostawała pod opieką ciotki Jadwigi Kamińskiej. Żyjąc w Szczypiornie, zaczęła chodzić do szkoły w Kosewie, gdzie skończyła resztę szkoły podstawowej. Kamińscy, mając już dziewięcioro własnych dzieci, robili wszystko, aby ich kuzynka nie czuła się dyskryminowana. Na swoje utrzymanie trzeba było jednak zapracować, szczególnie w wakacje.

Nad zarzecznym lasem, po drugiej stronie Wkry pojawiły się pierwsze promienie słońca. Trzynastoletnia Jadwiga wyruszyła właśnie z domu, dźwigając ze sobą dwunastolitrowe wiadro pełne jagód. Obok niej drepcze dużo młodszy brat cioteczny Lech. On także niesie, w trzylitrowej bańce uzbierane wcześniej owoce. Nie trzymają drogi. Idąc nad rzeką, szybciej dojdą do lasu na końcu wsi, potem skręcą w prawo, wprost na Kosewę. Stamtąd już tylko parę kilometrów do nowodworskiego targowiska. Jak się uda, znajdą klientów wśród ludzi idących do pracy. Za zarobione pieniądze będzie im wolno kupić sobie bułkę. Gdy wracają do domu, tam czeka na nich jakiś obiad. Racuchy lub talerz zupy. Chwila odpoczynku i razem z ciocią ruszają w lasy koło Janowa. Trzeba uzbierać jagód na następny dzień. Tak przez cały sezon.

— Tata przyjechał — wykrzyknęła mała Wanda. Powód do radości miała duży, gdyż był to dzień wypłaty, a wówczas jej ojciec wracał do domu z bułką „paryską" i kiełbasą. Tak było i tym razem. Jadwiga Kamińska, jak za każdym razem, tak i teraz, zabrała się za dzielenie tych dóbr wśród dzieci. Kroiła bułkę, kładła na nią wędlinę i rozdawała wśród głodnych. Bułka była jedna, gąb do nakarmienia wiele, więc i porcje musiały być niewielkie. Nic zatem dziwnego, że córka Innocenty, gdy przyszła jej kolej, poprosiła: „Ja wolę kiełbasę z chlebem". Liczyła bowiem na większą porcję chleba.

— Co ty robisz? — krzyknął wuj Czesław, gdy zobaczył jak żona podaje jego siostrzenicy inne pieczywo niż pozostałym dzieciom.

— Wujku, ja tak chciałam — wtrąciła Dziunia, nie wyjaśniając powodów swej prośby.

Były też chwile łez, jak ta, kiedy nastolatka otrzymała od męża swej ciotki nową teczkę na szkolne przybory. Ten niespodziewany prezent niezwykle ucieszył. Do czasu. Ciotce nie spodobało się, że Kamiński kupił teczkę synowi Leszkowi i przygarniętej Jadwidze, a nie starczyło mu już na to samo dla córki Hani. Jadwiga nie ujawniając nikomu zasłyszanej sprzeczki, musiała zaakceptować gorzki podarek. Z biegiem lat pamięć o incydencie nie blakła, ale pozostało też zrozumienie sytuacji, w jakiej kuzynka się znalazła. Żal, jeśli nawet pozostał, był mocno racjonalizowany.

Ukończenie siedmioklasowej szkoły podstawowej w Kosewie zbiegło się z wyprowadzką Kamińskich, a razem z nimi i Jadwigi ze Szczypiorna. Małżeństwo nabyło kilkusetmetrową działkę w Brodach pod Pomiechówkiem. Początkowo planowano dokupić obok drugą, dla siostrzenicy, lecz zanim doszło do transakcji, pole kupiła inna rodzina.

Jadwiga spróbowała za to zrealizować jedno ze swych marzeń. Zapisała się do czteroletniego Liceum Pedagogicznego w Pułtusku, co miało pozwolić jej zostać nauczycielką. Początkowo wszystko układało się dobrze, a po pierwszym roku nauki wszyscy widzieli przybliżający się cel. Nawet życie w akademiku wydawało się nieść ciekawą odmianę, chociaż bywały i chwile straszne. Ze stacji Nasielsk w Pieścirogach do Pułtuska dojeżdżała kolejka wąskotorowa dowożąc do jednego z większych w okolicy miast ludzi do pracy, szkoły czy nawet na zakupy. Raz w tygodniu jeździła nią też i Jadwiga. Kolejka jeździła powoli, ale zawsze udawało się dotrzeć do celu. Zawsze, prócz jednego, zimowego poranka, kiedy to przejechawszy dwie stacje, parowóz ugrzązł na zaśnieżonych torach.

— Wysiadajcie, do Pułtuska trzeba dojść pieszo — zawołał konduktor. Otwarto drzwi, do wnętrza wdarł się lodowaty podmuch. Mimo to, wszyscy ruszyli przez zaspy do najbliższej stacji. Gdy w oddali dało się zauważyć pierwsze budynki, ktoś chwycił Jadwigę za dłoń, którą właśnie chciała przetrzeć sobie twarz.

— Nie ruszaj, zedrzesz sobie skórę — krzyknął młody chłopak w wojskowym mundurze. — Masz odmrożoną buzię — wyjaśnił.

Gdy pasażerowie doszli do stacyjki, przygodni ludzie zaczęli zabierać ich na swoje sanie. Miejsc było niewiele.

— Ja jakoś dojdę, zabierzcie dziewczynę — zadeklarował żołnierz, gdy oferowano mu podwózkę. Wniesiona na sanie, opatulona kocami, powoli zaczęła odzyskiwać życie. W internacie czekała już gorąca herbata i ciepła sala.

Kolejny rok szkolny potrafił zaskoczyć. Kamińscy, którym znów powiększyła się rodzina, nie mogli już w takim stopniu finansować potrzeb sieroty, a i przez ostatni rok ich przywiązanie do niej nieco ostygło. W tym samym czasie dorastająca Jadwiga zaczęła czuć swoją odmienność, czuła się izolowana w gronie rówieśniczek, a często wyśmiewana z powodu biedy. „Człowiek miał tylko jedne majtki, które trzeba było wieczorem wyprać" — wspominała później wielokrotnie. „Jak rozwiesiłam na poręczy łóżka, aby do rana wyschły, to wszystkie dziewczyny to widziały i wyśmiewały, bo majtki nie były nowe..."

„Wypisz jej wszystko, co ci potrzebne" — radziły koleżanki, gdy Jadwiga zwierzyła się im, że dostała list od kuzynki Mieczysławy Szcześniak z ofertą wsparcia. Dziewczyna poszła za radą i wysłała długą listę rzeczy, których jej najbardziej brakowało. W zwrotnej wiadomości przeczytała: „Ja sama tego nie mam".

Jadwiga poddała się. Nie chciała już się uczyć, nie chciała być wytykana palcami i wyśmiewana. Przez lata nauki w szkole podstawowej i pierwszej klasie liceum uzbierała znaczną liczbę pochwał i nagród książkowych za dobre wyniki w nauce. Świadectwo z klasy drugiej liceum znacznie odbiegało od wcześniejszych. Było ostatnim.

Jadwiga coraz wyraźniej rozumiała, iż jeśli nie zdobędzie własnego miejsca przez naukę, będzie musiała szukać go przez pracę albo małżeństwo.

Zaraz potem, na zaproszenie wujostwa Szcześniaków, na jedenaście miesięcy zamieszkała w ich domu, w Świeszynie koło Koszalina. Dobra opieka, nowe znajomości i przyjaźnie nie przekonały Jadwigi do pozostania tam. Na trudną decyzję zapewne miał też wpływ pogarszający się stan zdrowia. Przeprowadzone w Warszawie badania lekarskie wykazały gościec stawowy w stopniu niespotykanym u tak młodej osoby. Jedną z przyczyn mógł być wpływ wilgotnego, nadmorskiego klimatu. Wróciła do Brodów, a zaraz po skończeniu osiemnastu lat zatrudniła się w nowodworskiej Wytwórni Wód Gazowanych. Nowa pracownica od pierwszych dni skierowana została do mycia butelek.

— Tobie nie wolno tam pracować — krzyczała ciocia Kamińska, a ponieważ dziewczyna nie słuchała, po kilku tygodniach postanowiła działać. Gdy zajechała do przedsiębiorstwa, jej siostrzenica pracowała już przy mieszaniu składników niezbędnych do wytwarzania napojów, ale i tę pracę kobieta uznała za zbyt ryzykowną dla Jadwigi.

Poszukiwania nowej pracy nie trwały długo. Brat cioteczny, Edmund Pawelski przyniósł pewnego dnia wieść, iż do sklepu w sąsiednim Błędówku poszukiwana jest następczyni sprzedawczyni, która narobiła znacznego manka. Tu jednak potrzeba było zabezpieczenia finansowego lub tzw. żyrantów.

Gdy problem rozwiązano, a owdowiała dawno ciotka Marianna Chojnacka zgodziła się przyjąć siostrzenicę pod dach, Jadwiga mogła zacząć nową pracę.

Ciotka, po śmierci męża pszczół już nie trzymała. Nie hodowała też kur, chociaż jedną zachowała. Ptak, karmiony dobrze, pozwalał liczyć na jajko każdego dnia. Dla dwóch kobiet to zazwyczaj wystarczało.

— Co ciocia robi? — Jadwiga nie mogła ukryć zdziwienia tym, co zobaczyła po wejściu do domu. Oto ciotka, zazwyczaj spokojna i stateczna, stała okrakiem nad kurą. Ptaszysko brzuchem odwrócone było do góry, skrzydła miało przygniecione nogami kobiety a w dziób wciskane ziarna.

— No wyobraź sobie, że karmię ją samą pszenicą, a ona poszła do Jankowskiej grzebać w śmietniku. Niech się nażre! — poskarżyła się kobieta.

Kura, gdy odpoczęła kilka minut po tak brutalnym nakarmieniu, pierwsze swe kurze kroki skierowała wprost do sąsiadki. Za moment dał się słyszeć wrzask niesamowity: „Kurę trzyma i żreć jej nie daje" — wołała Jankowska. Była to kobieta, która sama w drogę nikomu nie wchodziła, ale miała swoiste poczucie granicy, której nikomu przekraczać nie było wolno. Sąsiedztwo to lekkie nie było. Co więcej, cechy te przeszły i na następne pokolenia, utrudniając życie innym. Tym razem, ani Chojnacka, ani jej sąsiadka nie rozumiały, że kura nakarmiona zbożem, poszła szukać innego typu pożywienia. Następnego dnia na stole Chojnackiej i jej siostrzenicy był rosół.

Codzienne, bez względu na pogodę pokonywanie sześciu kilometrów do i z pracy nie było przyjemnością, ale praca dawała pewną stabilizację. Już za pierwszą pensję kupiła sobie płaszcz, za drugą mogła sobie kupić czapkę i chustę. Potrzeba było tylko ciepłych butów, takich, co pozwolą bez odmrażania nóg dojść do pracy, a potem do domu. Wkrótce i na nie mogła sobie pozwolić.

Praca dała nie tylko pieniądze, ale przyniosła też inne zmiany w życiu młodej dziewczyny. Tą zmianą okazał się młody chłopak z sąsiedniego Janowa, Feliks Otowski. Co prawda, gdy Jadwiga mieszkała jeszcze w Brodach, odwiedzać zaczął ją żołnierz służący na Forcie III. Chłopak jednak po skończonej służbie wyjechał i, jak niosły plotki, zginął podczas pracy w hucie. Teraz wszystko zapowiadało się ciekawiej, a nowa znajomość niosła nadzieję. On zaczął wspominać o małżeństwie, ona marzyła o cieple własnej rodziny. Zaczęli snuć wspólne plany...

Dni płynęły, dalej tygodnie a za nimi miesiące. Ona ciągle snuła plany, ciągle widziała ich dwoje we wspólnym domu wśród wspólnych dzieci... On, coraz cichszy, coraz rzadziej mówiący o małżeństwie. Jadwigę kochał, ale... dla jego rodziny sierota bez posagu, nie była dobrą partią.

On kluczył, zwlekał, ona postanowiła dać mu nauczkę.

— Pani Chojnacka, idzie Pani do nas na wesele — zawołał nieznajomy chłopak wchodząc do izdebki Marianny Chojnackiej. Zaskakujący przybysz był gościem na weselu, jakie organizowano po sąsiedzku po ślubie Barbary Jankowskiej i Tadeusza Mamaja. Kuzyn pana młodego bezceremonialnie postanowił sprowadzić na zabawę sąsiadkę Jankowskich, a gdy na miejscu zobaczył jej siostrzenicę, i ją nakłonił do wyjścia. Tak, dla Jadwigi była to idealna okazja, aby zrobić na złość Feliksowi.

Dwudziestosiedmioletni Adam był zdecydowany. W kilka dni później znów pojawił się w Szczypiornie. Z Dziekanowa Polskiego miał do pokonania około trzydziestu kilometrów. Mając jedynie rower, a później pożyczony motorower, Jadwigę zaczął odwiedzać co kilka dni.

On zdecydowany, ona ciągle wypełniona złością na Felka... czas płynął, wydarzenia działy się niemal same. 23 listopada 1963 roku Adam i Jadwiga weszli do Urzędu Stanu Cywilnego w Pomiechówku. Wieść o tym dotarła i do Janowa. Feliks postanowił działać.

— Co to za hałas? — zawołała Jadwiga wśród gwaru bliskich po powrocie z Pomiechówka. Gdy nikt nie zareagował, wyjrzała przez okno. Ten hałas, to przewracająca się niedbale postawiona furtka, jaka zamykała drogę do niewielkiego ogródeczka przed domem Chojnackiej. Przewróciła się, bo Feliks, nie wchodząc do budynku, chciał zajrzeć do środka przez okno. Gdy zauważył, że został odkryty, zapragnął się szybko wycofać. Jadwiga zobaczyła jedynie plecy ukochanego. Gdyby przyszedł kilka godzin wcześniej, wymarzony przez nich oboje cud by się dokonał.

Przygotowania do ślubu nie trwały długo. Ksiądz proboszcz Stanisław Mazurczak odbył jedynie krótką rozmowę z narzeczonymi, dając jedynie przyszłej pannie młodej jedną radę: „Musisz go wiele nauczyć o religii. Mów mu o Bogu" — prosił.

Na zapytanie Adama o ofiarę za ślub, kapłan odpowiedział pytaniem:

— A ile możesz dać?

— Osiemset złotych... — padła w odpowiedzi niewielka kwota.

— A alkohol będzie na weselu?

— ...u... nie, nie będzie...

— A duże wesele?

— Najbliżsi tylko, koło dwudziestu osób.

— No dobrze, niech tak będzie — zgodził się duchowny.

Do ceremonii zaślubin mogło jednak nigdy nie dojść. Gdy przeszkodzić w niej nie zdołały nieudolne odwiedziny Feliksa, ostrzeżenia nadeszły z Niebios. Adam w domostwie Kamińskich pojawił się wcześniej. Trzeba było wszak iść najpierw do spowiedzi. Droga do świątyni nie była długa, ale jeśli można ją skrócić... Można było oczywiście przejść przez rozciągnięty nad Wkrą most kolejowy, ale czy nie przyjemniej przejść się po zamarźniętej rzece? Gdy doszli do jej środka, cienki, grudniowy lód zaczął się załamywać pod ich stopami. Już po pierwszych trzaskach, Adam ruszył do przodu nie oglądając się nawet za narzeczoną. Osamotniona nagle Jadwiga stanowiła znacznie mniejsze wyzwanie dla lodu. Powoli, uważając na każdy krok, doszła do brzegu...

„Boże, co ja zrobiłam" — zakrzyknęła w duchu Jadwiga, gdy 26 grudnia po raz pierwszy ujrzała swych przyszłych teściów. Nie, nie teściów... on, niski, spokojny... wyróżniał się tylko widocznym garbem. Za to ona, chociaż wysoka i zdrowa, nieuchronnie przywoływała skojarzenia z czarownicą. Bardzo wychudzona, z wielkim, garbatym nosem, wiecznie robiąca koło siebie szum i pomstująca na wszystko i wszystkich. „Ludzie będą gadać, że zrobiła, jak jej matka" — pomyślała dziewczyna przywołując w duchu wielokroć słyszane plotki o Innocencie, która uciekła od męża. Obawy i wstyd wzięły górę, ale w swych myślach nie była osamotniona. Spojrzenia krewnych, a szczególnie wuja Szcześniaka mówiły same za siebie.

Teściowie starali się jednak dochować prawom tradycji. Na wesele dowieźli wódkę. Po jednej butelce na każdy stół, które zebrali wśród sąsiadów w Dziekanowie... Żywność dla biesiadników dowiozła panna młoda.

„Uprzejmości" pomiędzy rodzinami zaczęły się już w trakcie przyjęcia, chociaż wtedy jeszcze miały zabawny kontekst. Zabawmy, przynajmniej dla jednej ze stron. Po północy już było, gdy do stołu zajętego przez klan Kilisiów i Kamińskich podbiegł jakiś młody chłopak z Dziekanowa starając się sięgnąć po stojącą na nim, wciąż nieotwartą butelkę alkoholu.

— U nas już nie ma — tłumaczył się, gdy Antoni Szcześniak przytrzymał ręką trunek.

— To wasz problem. Ta butelka jest nasza!

Na takie dictum nieszczęśnik odszedł w stronę swoich bliskich. Tej nocy więcej nie wypili. Za to następnego dnia, pozostałym po weselu jedzeniem wszystkich obdarowano po równo.

Młodzi małżonkowie postanowili zamieszkać w Dziekanowie Polskim, gdzie rodzice Adama postanowili udostępnić im dwuizbowe mieszkanie. To jednak musiało poczekać. Adam jeszcze przed Nowym Rokiem wyjechał w strony rodzinne, skąd każdego dnia musiał dojeżdżać do pracy w Warszawie. Także Jadwiga powróciła do Szczypiorna. Nie trwało to długo, gdyż już 9 stycznia 1964 roku rozliczyła prowadzony sklep i mogła ruszyć w stronę stolicy.

Duża działka pod numerem 54, tuż nad Jeziorem Dziekanowskim, a na niej trzyizbowy, dość obszerny dom, w którym prócz Władysława i Zofii, rodziców Adama, żyły też dwie jego siostry, dziewiętnastoletnia Teresa i Wanda, szesnastolatka. Trzecia z sióstr, Ludwika zmarła jako czterolatka pod koniec wojny. Jak mówiono, z powodu obcięcia kołtuna.

Przed domem stał stary, rozłożysty orzech, pod którego cieniem wybudowano studnię. Na lewo, tuż przy granicy działki ciągnął się szereg komórek, za którymi od zawsze, na łańcuchu wiódł smutny żywot jakiś kundel. Zaraz za jego budą ustawiono płot z palików oddzielający podwórko od pola. Po przejściu wiecznie krzywej furtki, można było miedzą dojść nad brzeg jeziora. Rodzina miała tam łódkę, którą Adam często wypływał, nie tylko na ryby, ale i dla relaksu.

Na prawo od orzecha, do głównego budynku jakiś czas wcześniej doklejono nową jego część. Teraz całość zaczęła tworzyć wzór pól konika szachowego. Powstałe dzięki temu dwie maleńkie izby nie były luksusem. Mimo to miały dać młodej parze poczucie niezależności. Nadzieje okazały się płonne.

Zofia, z tą samą stanowczością, z jaką kiedyś stawała przed sołtysem-ojcem, stanęła teraz w progu izby młodych — i od pierwszego dnia próbowała urządzić ich życie po swojemu.

— Po co to? — zawołała z oburzeniem teściowa, gdy zobaczyła w pokoiku swego syna stół przybrany białym obrusem.

— Przecież ksiądz po kolędzie zaraz przyjdzie — odrzekła jej synowa.

— No to po co biały? Masz tu ten — zadecydowała podając inny obrus, kolorowy, w kratę. Dziewczyna nie chcąc utarczki z matką swego męża, zmieniła nakrycie, ale teściowej to nie uspokoiło. Za chwilę jej wzrok skupił się na pięćdziesięciozłotówce, która czekała na kapłana. Dla niej była to kwota nie do zaakceptowania. Jadwiga i tym razem ustąpiła, choć nie do końca... Na rogu stołu znalazły się dwie dwudziestki, tak ułożone, by udawać jeden banknot.

Tymczasem przedstawienie dopiero miało się zacząć.

Oczekiwany w progu ksiądz właśnie wybiegł od rodziców Adama, a zapraszany w drzwiach przez Jadwigę, zawołał już w progu:

— Z tego to kurwa wyrośnie!

Młody, prawdopodobnie wkrótce po seminarium chłopak, zorientował się w niestosowności swego okrzyku, bo po chwili wymamrotał „przepraszam" i upadł na kolana modląc się przez dłuższą chwilę. Gdy wstał, zasypał gospodarzy pytaniami o ich ślub kościelny, o bierzmowanie... Ochłonąwszy, wyjawił powód wzburzenia:

— Żeby szesnastolatka nie wiedziała, kto ją stworzył?! — pytał retorycznie nie wiedząc na jak trudną parafię trafił.

Zofia nie tylko dbała o to, aby jej synowa nie trwoniła zbytnio pieniędzy na Kościół, ale musiała też sprawdzać, czy jej syn odpowiednio się zachowuje, gdy nie jest przez matkę obserwowany.

— Jadzia, ty wiesz, co Zośka robi wieczorami? — zapytał pewnego dnia mieszkający obok kuzyn. Nie czekając na reakcję dodał ze śmiechem: — Jak się u was zapala światło, to ona bierze stołek, dostawia do okna i włazi, aby ponad zasłonkami zobaczyć, co wy robicie!

Kobieta troszczyła się również o warunki, w jakich przyszło żyć jej synowi. Gdy tylko dowiedziała się, że młodzi wybierają się do Warszawy, aby kupić sobie jakieś meble, jedna z sióstr Adama zgłosiła swój udział w wyprawie.

— A wy tam po co? — zapytała Jadwiga.

— Bo mamusia tak dobrze umie coś kupić — odparło dziewczę.

— Ja też umiem!

Odpowiedź taka nie ostudziła rodzinnych uczuć Zofii. Na dzień przed planowanym wyjazdem siostra Adama znów przyszła z nowiną:

— Jutro jedziemy kupić wam meble.

— Jedziecie kupić nam meble? A pieniądze macie?

— No... nie...

— No to chyba nie jedziecie — odparła stanowczo Jadwiga, doprowadzając do zdecydowanego ochłodzenia wzajemnych relacji.

Stosunki rodzinne psuły się z dnia na dzień. Zofia chciała zaakceptować synową, ale miała własny wzorzec rodziny, w której to ona jest głową całej familii, a obowiązkiem jej syna jest przede wszystkim troszczyć się o matkę i jej potrzeby. Podobną rolę wyznaczała swej synowej. Starała się w ten sposób zbudować własne środowisko oddzielone od świata zewnętrznego, z którym była od wielu lat śmiertelnie skonfliktowana.

Pochodziła podobno z dobrej rodziny. Ojciec, Władysław Choroś był szanowanym powszechnie sołtysem wsi, lecz żona jego, Marianna już we wczesnej młodości postradała rozum, stając się problemem dla całej społeczności. Obie z córką nienawidziły się wzajemnie. Gdy matka konała, córka wyrwała jej spod głowy poduszkę.

— Ja mam później na tym spać? — zapytała widząc karcący wzrok krewnych.

Nie lepiej obeszła się i z bratem Janem, z którym przez dziesięciolecia toczyła spory sądowe o ziemię. Nie przyszła pożegnać się, gdy umierał, ani też na pogrzeb. Do walki z bratem angażowała też syna, którego głównym zadaniem było kopanie na drodze wilczych dołów. Do szkoły nie zmuszała. Wystarczyło, że do szesnastego roku życia skończył dwie klasy, po czym mógł iść zarabiać pieniądze w warszawskiej „lalkowni".

Męża Zofia znalazła sobie takiego, nad którym zapanowała w zupełności. Był to człowiek bez żadnego wykształcenia, a mimo to niezwykle utalentowany. Nie tylko potrafił ze znalezionych części zmontować synowi rower na codzienne dojazdy do stolicy, ale też na długo po jego śmierci w rodzinie zachowały się drewniane lalki wspinające się na po sznurku czy rzeźbione w drewnie choinkowe ptaszki. Na kuchennej ścianie wisiała solniczka, na której wypisał wielkimi literami „SÓL", tyle, że litera „S" do złudzenia przypominała znak zapytania. Żonie nauczył się schodzić z drogi. Ta, gdy opowiadała zmyślone przez siebie historie, na poparcie słów zadawała mężowi pytanie: „Władek, prawda?" Władek odpowiadał zawsze tak samo: „Tak, prawda".

Zofia w domu rodzinnym była swego rodzaju wyjątkiem. W charakterze i wyglądzie przypominała ją jedynie siostra Marianna, chociaż i ona, chociaż nigdy nie założyła rodziny, nie toczyła wojen z nikim. Inne spośród dziesięciorga dzieci Chorosiów, jakie dożyły dorosłości, wiodły typowe, spokojne życie w gronie swych bliskich. Nie znany jest za to los Stanisława, który po wojnie osiadł na stałe w australijskim Perth i tam zmarł w 1979 roku.

W tym czasie Zofia intensywnie skupiała się na utrudnianiu życia bratu Janowi, sąsiadom, mężowi i synowej. Tej ostatniej coraz bardziej nie odpowiadało, tak kiedyś wymarzone życie rodzinne, przynajmniej w zastanych warunkach. Gdy dowiedziała się, że jest w ciąży, zaczęła mówić o konieczności wyprowadzki z dala od wszechobecnej teściowej. Adam, w domu wołany drugim imieniem Władysław, nawykły do bezwzględnego posłuszeństwa matce i kochający ją bezkrytycznie, wszystko robił, aby czas ten opóźnić. W końcu stanął przed wyborem, znaleźć nowy dach nad głową, czy pozostać przy matce.

Adam wybrał żonę i mające się narodzić za sześć miesięcy dziecko. W sierpniowe popołudnie ruszyli w drogę. W Kępie Kiełpińskiej, tuż przy wiślanym wale stała stara szopa. W otoczonej sadem owocowym ruderze jeszcze nie tak dawno odlegli krewni hodowali krowę. Wcześniej, przez jakiś czas żyła tam kobieta, która całkiem już zaniemogła i znalazła schronienie pod dachem swych bliskich. Teraz, gdy bydlę poszło do rzeźni, zgodzili się użyczyć ją Adamowi.

Chociaż życie znacząco się uspokoiło, w oczy wciąż zaglądała bieda przechodząca w nędzę. Jadwiga, oczekując dziecka, nie pracowała. Adam, jako niewykwalifikowany robotnik, nie tylko pensję miał niską, ale też potrafił ją stracić, zanim doniósł do domu. Mimo to, idąc do ciężkiej, fizycznej pracy musiał dostać kanapki z margaryną i jakąś wędliną. Jego żonie zostawał często suchy chleb.

Ich pierwsze, wspólne Święta Bożego Narodzenia były okazją do chwilowej chociaż odmiany. Ciocia Chojnacka, która zaprosiła ich do siebie, nadal żyła bardzo skromnie, ale jej dom można było przyjemnie ogrzać, a i jedzenia kupiła wystarczająco, aby i pod tym względem czas ten jakoś się wyróżnił.

W czasie całodziennej nieobecności męża Jadwiga miała towarzystwo. Do ich izby przylegała kolejna komórka, w której kobieta postanowiła hodować prosiaka. Zwierzak z czasem tak się przywiązał do swej pani, że potrafił bić kopytkiem w ścianę, aby ją przywołać do siebie, licząc na drapanie po karku. Na nieszczęście dla niego, kojec, w którym go przetrzymywano, był za mały dla szybko rosnącej świni. Gdy zaczęły wykrzywiać się zwierzęciu nogi, a Jadwiga nie miała sumienia przerobić go na kiełbasy, trafił do obejścia Joanny Pacholak, stryjny Adama, od której przywędrował jako małe prosię.

Kobieta była jedną z nielicznych krewnych, która utrzymywała dobre relacje z młodym małżeństwem, a z pewnością jedyną osobą, która zawsze była blisko w każdej potrzebie.

— Jak będziesz miała rodzić, to zawołaj mnie — przypominała wielokrotnie. Życzliwość i częsta pomoc tej malutkiej kobiety spotykała się z wielką wdzięcznością Jadwigi. „To była Niemka, ale prawdziwy anioł" — mówiła o niej Jadwiga.

Dzień porodu zbliżał się nieuchronnie, ale zanim nadszedł...

Adam wyszedł już do pracy. Zimowy świt jeszcze nie nadszedł, więc jego żona znów wskoczyła pod kołdrę. Po kilku minutach w drzwiach zjawiła się nieznana jej staruszka. Powoli, bez słowa sunęła w stronę łóżka, a że odległość to była niewielka, zaraz stanęła u jego brzegu.

— Nie podchodź do mnie! — wykrzyknęła ciężarna i nakryła głowę kołdrą. Gdy odważyła się wyjrzeć spod niej, obok nie było nikogo... „To pewnie ta babcia umarła i przyszła mnie wystraszyć" — pomyślała o kobiecie, która kiedyś spała na tym samym łóżku i nie wyobrażała sobie, aby ktoś tam mógł zamieszkać bez jej zgody. Jadwiga ubrała się i zaraz po śniadaniu poszła odwiedzić krewnych męża. Już po przekroczeniu progu zorientowała się, że mieszkająca tam starsza pani leży spokojnie w swoim łóżku i choć nie może chodzić, wciąż jest całkiem żywa.

Przed porodem trzeba było też wybrać dziecku imię. Gdyby była to córka, miała zostać Ewą. Synowi Jadwiga chciała dać imię Cezary. Tak nazywało się dziecko jej koleżanki z czasów, gdy mieszkała w Świeszynie.

— O nie! — zdecydowanie sprzeciwił się jej mąż.

— Co ci się nie podoba w tym imieniu?

— Cezary... może Cezar? Będę wołał „puś tu do nogi" — odparł Adam przywołując popularne zawołanie na psa. Widząc tak wielką determinację, Jadwiga zaproponowała:

— To może damy mu po jego dziadku? Będzie Piotr...?

— Ładne imię...

Zima początku 1965 roku nie była łaskawa. Długotrwałe mrozy i obfity śnieg czynił życie trudnym nie tylko dla ludzi, ale i dla zwierząt. Wilki z Puszczy Kampinoskiej, nie mogąc znaleźć pożywienia na miejscu, zaczęły zapuszczać się w ludzkie siedziby. Coraz częściej widywane były i nad Wisłą. Mimo to, gdy w środku nocy z 20 na 21 lutego Jadwiga poczuła zbliżający się poród, jej mąż ruszył pieszo po pomoc do stryjny. Wkrótce na saniach ciągnionych przez dwa dorodne konie Jadwiga jechała w stronę Żoliborza, gdzie niedawno pobudowano nowy szpital. W kilka godzin później, o 10:20 urodził się Piotr.

Po paru dniach, na tych samych saniach, tyle że w drogę przeciwną, jechała jedna osoba więcej. Był jasny dzień, ale dzikie zwierzęta stawały się coraz agresywniejsze. Gdy podróżni minęli Łomianki, dostrzegli zbliżające się wilki. Zwierzęta nie rezygnowały z potencjalnego pożywienia przez długi odcinek drogi, a co gorsze, wkrótce podjęły próbę ataku. Przestraszone konie robiły się nerwowe i nieprzewidywalne. Sytuacja stawała się groźna. Na szczęście zdecydowana postawa woźnicy, jego umiejętność powożenia, a szczególnie użycia bata, uratowało życie nie tylko koniom, ale może i ludziom.

Do Kępy wszyscy dojechali bezpiecznie. Niespodzianka Jadwigę czekała dopiero wewnątrz budynku.

Czując zbliżający się poród, już na kilka dni wcześniej wysprzątała izbę, poprała pościel. Teraz w jej oczy rzucił się widok żałosny. Brudne naczynia, zadeptana błotem podłoga, i takaż sama pościel. W łóżku pchły i wszy. Adam pod nieobecność żony mieszkał w domu rodziców, zaś klucz od mieszkania dał swej starszej siostrze, która zorganizowała sobie w nim miejsce schadzek.

Kilkunastodniowy Piotr został ochrzczony 2 marca w Łomiankach, chociaż jeszcze w poprzedzający ten dzień wieczór nie było pewności, czy do uroczystości w ogóle dojdzie. Na matkę chrzestną wybrano Wandę, córkę Kamińskich. Ojcem chrzestnym miał zostać jeden z mieszkańców Dziekanowa, lecz człowiek ów zmienił zdanie na dzień przed planowanym chrztem. Powodu nie wyjawił, chociaż ludzie szeptali, że Zofia, matka Adama zagroziła mu, że nie odda pożyczonych pieniędzy, jeśli zgodzi się podawać dziecko do chrztu. Czy tak było rzeczywiście, nie potwierdzi już nikt. W wyniku szybkich poszukiwań, ojciec dziecka znalazł zastępstwo. Obok Wandy Kamińskiej stanął daleki krewny, Ryszard Michalak. Po szczęśliwie odbytej uroczystości można było iść na skromne przyjęcie w domu stryjny Janiny.

Małżonkowie bardzo wcześnie złożyli wniosek o mieszkanie komunalne z zasobów gminnych Łomianek. Ku ich radości, już w kwietniu otrzymali pismo potwierdzające przyznanie takiego lokalu. Radość trwała krótko.

— Nie dostaniecie tego mieszkania — zagadnął Jadwigę nieznany jej mężczyzna, gdy przechodziła ulicę w Łomiankach. Jak wyjaśnił później, był pracownikiem gminnym znającym kulisy sprawy. — Pani teściowa wysłała do nas pismo, w którym twierdzi, że udostępnia wam dwa mieszkania i nawet „picę" — zdradził. — Nie należy się wam mieszkanie z gminy.

Jadwiga zrozumiała wtedy, że nawet cudzy dach można wykorzystać przeciwko niej.


Media TitleDziedzictwo klątwy
Media NotesRozdział V
Latitude52.38096474723043
Longitude19.072265625

» Show All     «Prev 1 2 3 4 5 6 7 8 9 ... 71» Next»     » Slide Show





Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.