Rozdział IV
Pod cudzym dachem
Dom rodzinny Innocenty, w jakim wzrastała i na swój sposób czuła się bezpieczna, powoli zanikał. Przyszedł czas, aby samodzielnie zadbać o swój byt i przyszłość. Bliższe i dalsze sąsiedztwo nie oferowało wielu rodzajów zarobku na życie. Najpewniejszym z nich, a dla samotnej kobiety chyba jedynym, była praca w polu. Innocenta miała krewnych władających dużymi gospodarstwami rolnymi, zatem u nich postanowiła szukać sezonowej pracy. Pojawiała się często w gospodarstwach Pawelskich na Śniadowie lub, co było dużo częstsze, u potomków Jana Kilisia na Wronie. To tam Mieczysław i Bronisława Ostrowscy żyli w dawnym domu po Kilisiach, uprawiając dużą część gospodarstwa, jakie po nich odziedziczyli.
W obejściu, prócz Ostrowskich, pracowało też kilka innych osób. Na lato przyjmowano parę dziewczyn, a prócz tego od dawna żył tu „stary Błaszkiewicz" tudzież chłopak „Dolatą" zwany. Jego prawdziwym nazwiskiem był „Ostrowski", no..., ale jak tu pan Ostrowski miał wołać na parobka swoim własnym nazwiskiem? Rozwiązanie problemu znalazł sam parobek, który z roku na rok zapowiadał, że służył będzie tylko „do lata".
Gdy w obejściu pojawiła się młoda Innocenta, Dolata dostrzegł swoją szansę. Zaloty były różne, ale zazwyczaj nie wyrastały nad wyobraźnię chłopaka.
— Nocia, zanieś Dolacie obiad — poprosiła Bronisława, krzątając się wokół wielkiej kuchni, na której zawsze stało kilka kotłów. Nad nimi wisiał ogromny okap, czarny, wiecznie szumiący i poruszający się. To tysiące obsiadających go much czyniło widok ten wręcz nierealistycznym, a może nawet przerażającym. Owady upodobały sobie okap, bo blisko stamtąd miały do jadła, jakie ustawicznie w domu się gotowało, czy to dla ludzi, czy dla zwierząt. Kuchnia nigdy nie odpoczywała i muchy nigdy nie narzekały na brak posiłku. Gospodarze zżyli się z nimi od najmłodszych lat, traktując ich obecność jako coś naturalnego. Z czasem i Innocenta oswoiła się z tym, starając się tylko na noc osłonić swoje posłanie starą firanką. Teraz, wołana przez kuzynkę, weszła odebrać trójniak z obiadem dla parobka, który na ugorze wypasał krowy.
Chłopak zobaczył ją z daleka, a wstawszy, uśmiechał się, czekając, aż dziewczyna podejdzie bliżej. Ta, podszedłszy, wyciągnęła dłoń z naczyniem.
— Masz obiad.
Chłopak nie ruszył się, pomyślał i odparł przeciągle:
— Nie będę jot.
Kuzynka gospodyni obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę obejścia.
— Bede jot, bede jot — usłyszała za sobą. Wróciła.
— Nie bede jot!
— No to nie — odparła Innocenta i znów ruszyła w stronę domu.
— Bede jot...
— No to jedz!
— Nie bede jot...
— Bede jot!
— Nie, nie będziesz jot! — odpowiedział Dolacie głos z oddali. Przygoda ta musiała Dolatę mocno zaboleć, bo tego dnia Innocenta straciła swego adoratora.
Mniej romantyczne przygody przytrafiały się podczas prac na polu Władysława Pawelskiego. Na jesienne wykopki do wujostwa wybrała się nie tylko Innocenta, ale i jej dwie siostry, Jadwiga i Marianna. Na oddalonym nieco od zabudowań gospodarczych polu kilka niewiast motykami wygrzebywało kartofle, inne idąc za nimi, zbierały je do plecionych koszów.
— Zostawiacie dużo kartofli za sobą — zwrócił kobietom uwagę Pawelski, który obserwował całą pracę, siedząc na stołku pod białą parasolką.
Jadwiga, do której te słowa były najpewniej skierowane, odwróciła głowę ze zdziwieniem.
— To są kartofle? — odpowiedziała pytaniem, wskazując na miniaturowe bulwy, po jakie, jej zdaniem, nie warto było się schylać.
— A nazwij to! — rozkazał zniecierpliwionym tonem. Dyskusja była bezcelowa.
W czasie, gdy mąż doglądał pracowników, Marianna Pawelska dbała, aby byli najedzeni. Po kilku godzinach pracy każda z pracownic otrzymywała kromkę chleba ze „zgrzebem", czyli rozgotowanymi jabłkami.
Marianna Wasilewska z Pawelskich mieszkała wówczas pod Nasielskiem. Tam poznała Piotra Koryckiego z Morgów — człowieka spokojnego, zarabiającego; w oczach Marianny dobrą partię, zwłaszcza że jego siostra, Waleria Kostewicz, od lat żyła w Stanach Zjednoczonych.
Koryccy wywodzili się z drobnej szlachty północnego Mazowsza. Przed powstaniem styczniowym mieli niewielki majątek ziemski; po klęskach XIX wieku ród zubożał i rozproszył się po Mazowszu i Podlasiu. Ojciec Piotra, Jan z Nuny, był już robotnikiem folwarcznym i zmarł, gdy syn miał dwanaście lat; matka, Joanna z Kowalskich, w 1904 roku wyszła ponownie za mąż za Antoniego Sadkowskiego. Pamięć o „dawnych Koryckich" jednak w domu trwała — bez patosu, jako codzienny etos pracy i godności. Dla Innocenty liczyło się co innego: uczciwość i stały zarobek.
Przed wojną Piotr pracował jako konduktor na kolei, po 1939 roku utrzymywał się z szewstwa. Sąsiedzi powtarzali, że „umiał zrobić wszystko". Mimo to żył skromnie, w wynajętym domku w Morgach.
Kilkumiesięczne zabiegi Wasilewskiej przyniosły oczekiwany efekt. 25 sierpnia 1940 roku w nasielskim kościele przed ołtarzem stanęli narzeczeni — dwudziestoośmioletnia Innocenta Kiliś i pięćdziesięciodwuletni Piotr Korycki.
Sielanka nowożeńców nie mogła trwać długo. Ona, żyjąca dotychczas wśród licznej rodziny, panna już nie najmłodsza, i on, jak na pana młodego raczej podstarzały, przyzwyczajony do życia w samotności i samostanowienia, wcześniej czy później musieli się poróżnić.
— Przecież ja tam nawet mieszkania sprzątnąć nie mogę — skarżyła się świeżo upieczona żona swojej rodzinie. — Tam wszystko jest pamiątką po matce!
Kobieta wypominała mężowi też pospolite dziwactwa, jak na przykład zbieranie pudełek po zapałkach i rozdawanie ich jako kolekcjonerskich skarbów wracającym ze szkoły dzieciom. Mało prawdopodobne, aby były to wszystkie zastrzeżenia do Piotra, gdyż już wczesną zimą tego samego roku Innocenta samotnie powróciła do Szczypiorna. Decyzji o rozstaniu nie zmieniła także wtedy, gdy okazało się, że jest w ciąży. Jej mąż po krótkim czasie oczekiwania na powrót żony wyprowadził się z domu i zamieszkał w wynajętym pokoiku u krewnych Śmigielskich. W Szczypiornie oczekiwano na jego pojawienie się i nakłonienie żony do powrotu na łono nowozałożonej rodziny. Oczekiwano bezowocnie. Mąż Innocenty nie pojawił się. Gdy od odwiedzającej go Heleny Szcześniak dowiedział się, że zostanie ojcem, wydawał się zupełnie tą informacją zaskoczony. W dowód troski przekazał wełnianą chustę, którą miało być okryte dziecko podczas zimowych miesięcy. Chociaż gest ten jedynie rozzłościł zarówno Nocię, jak i jej krewnych, niemal wszyscy byli zgodni, że małżeństwo powinno być ratowane.
Ze trzy kilometry od Chojnackich, tuż za nierozległym lasem kształtowała się nowa wioska, Śniadówek, wcześniej Zatoką zwany. Na jego przeciwległym krańcu, nad brzegiem Wkry, zamieszkał syn Władysława Pawelskiego Stanisław. Chłopak kilka lat wcześniej poślubił Genowefę z Biernackich. Dziewczyna była służącą w gospodarstwie Pawelskich. Nic zatem zaskakującego, że związek ten nie spodobał się jego rodzicom. Niemniej młodzi otrzymali w spadku znaczne ziemie na północny zachód od Szczypiorna, które stały się podstawą ich utrzymania. Sami wznieśli dom na działce należącej do Biernackich. Gdy bardzo wczesną wiosną 1941 roku Genowefa wyszła poza bramę, jej oczom ukazał się widok wstrząsający. Drogą, która w chwili niespodziewanej odwilży pokryła się gęstymi, głębokimi koleinami wypełnionymi wodą, od strony Cieksyna sunęły dwie kobiety. Jedna w zaawansowanej ciąży, druga schorowana na krótko przed śmiercią. Obie, niewiele wyrastające ponad otoczenie, wychudzone i zmęczone, dźwigały jakieś wielkie toboły.
— Ciociu, Nocia, skąd wy tutaj? — krzyknęła kobieta na ich widok. — Chodźcie do domu!
Skorzystały z zaproszenia, bo i przyszło ono w ostatniej chwili. Ich wyczerpanie było krańcowe. Do rozmowy między kobietami doszło dopiero po dłuższym odpoczynku.
— Wy z Morgów idziecie? — domyśliła się gospodyni. W odpowiedzi Rozalia smętnie pokiwała głową.
— Tak, Nocia uparła się zabrać swoje rzeczy... — Słowa te i widok przytarganych węzełków wyjaśniły wszystko. Nastały minuty milczenia i konsternacji.
— Nocia, a może jednak... — próbowała jeszcze mediacji Genia.
— Nie, za późno — ucięła krótko Innocenta, a jej kuzynka nie nalegała. Nie zapytała też o szczegóły spotkania. Na twarzy Innocenty zauważyła upór i determinację, która nie pozostawiała złudzeń.
Podobne, ponure nastroje zapanowały również w Morgach. „Głowo, głowo, coś ty zrobiła, do żeniaczki żeś mnie namówiła" — miał już wcześniej recytować Piotr. Po żonę jednak nie poszedł. Nie wiadomo, czy na przeszkodzie stanęła choroba, zima, czy też inne powody. W połowie marca do Szczypiorna dotarła wieść o jego niespodziewanej śmierci.
Śmierć ta była zaskoczeniem również dla Śmigielskich. Wieczorem jeszcze rozmawiali ze swoim lokatorem, a następnego dnia o świcie zbudziło ich donośne walenie w okno. To dwaj Suscy, dalecy krewni z Nuny, przyjechali zabrać rzeczy zmarłego w nocy Piotra. Załadowali na wóz cały dobytek Koryckiego i wyjechali. „Skąd oni wiedzieli o tej śmierci, skoro ja, mieszkając przez ścianę, nie wiedziałam" — dziwiła się Śmigielska. W czas wojny nikt przyczyn zgonu nie dociekał.
O szóstej rano 17 maja 1941 roku w Szczypiornie przyszła na świat córka Innocenty. Stan noworodka zapowiadał rychłą śmierć, więc w pośpiechu, zaraz nazajutrz, miejscowa akuszerka, Marianna Oraczewska zaniosła dziewczynkę do pomiechowskiego kościoła, prosząc o pilny chrzest. Ksiądz Antoni Szewczak nadał jej imię Jadwiga, a rodzicami chrzestnymi zostali Antoni Pawelski i Jadwiga Kamińska.
Wbrew powszechnym obawom Jadwiga jednak przeżyła i nawet zdążyła uszczuplić dobytek III Rzeszy. W latach wojny w lasach szczypiorskich Niemcy urządzili warsztaty naprawy wozów bojowych. Aby wzmóc ochronę placówki, z części wioski wyznaczyli strefę ochronną, tzw. „getto", co miejscowi wytłumaczyli sobie jako „Gówno Hitler to otrzyma".
Gdy pewnego popołudnia mała Jadwiga wracała z matką ze Śniadowa, zauważyła nieopodal drogi stołeczek, który tak jej przypadł do gustu, że uparła się go zabrać. Matka, widząc, że stojący w pobliżu Niemiec domyślił się zamiarów dziecka i specjalnie odszedł, pozwoliła córce na tę nietypową kradzież mebla, który jeszcze długo po wojnie służył rodzinie Kamińskich.
Zima, jaka nadeszła, wydawała się nieść ze sobą kolejną tragedię. Córka Innocenty zachorowała na zapalenie płuc, a jej stan zdawał się pogarszać z każdą godziną.
— Nocia, ona ci umrze — biadoliła siostra Marianna.
— I co ja mam zrobić? Nie mam na lekarza ani na leki — zawołała z płaczem kobieta.
— Ty idź do Niemca. Oni tam mają doktora.
— Nie otruje?!
— Bez lekarza ona i tak nie przeżyje. Idź!
Innocenta musiała przyznać rację siostrze. Ubrała się, opatuliła córeczkę i poszła do lekarza niemieckich żołnierzy. Dziecko już następnego dnia zaczęło wracać do zdrowia.
Relacje z okupantem nie zawsze były tak poprawne. Mieszkańcy wykorzystywani byli przez władze okupacyjne między innymi do licznych prac polowych. Jedną z nich było pielęgnowanie upraw tzw. gumy. Do wyrywania chwastów chodziły więc także córki Stanisława Kilisia, a Innocenta zabierała ze sobą małą Dziunię. Gdy dziecko zaczęło mocno przeszkadzać w pracach polowych, Niemcy zainterweniowali.
— Po co ona tu? — zapytał jeden z nich.
— A co mam z nią zrobić? Suka szczeniaki trzyma w zębach, a ja mam dziecko zostawić? — odpowiedziała Korycka.
— Wynocha stąd i zabieraj tego bachora — odkrzyknął Niemiec, spełniając ukryte marzenia kobiety.
— Co tam się dzieje — zastanawiała się głośno jedna z sióstr, gdy schodziły z lasu. Jej zainteresowanie wzbudził rozchodzący się po okolicy niesamowity rumor dochodzący z którejś pobliskiej działki. Z ciekawości przyspieszyły. Mijając pierwsze wówczas zabudowania państwa Kielaków, widziały już dom Jadwigi. Tam nie dostrzegły niczego podejrzanego, zatem ten hałas musiał dobiegać z kolejnej posesji, obejścia Marianny.
— Ty, popatrz, co ten wariat wyprawia — Jadwiga zwróciła się do starszej siostry pokazując głową przed siebie.
Na drabinie przystawionej do ściany izdebki, w której żyła z pięcioletnią córką Innocenta, stał Stanisław, metalową łapką starający się oderwać ostatnie fragmenty dachu. Za każdym razem, gdy mu się udawało, jakaś część spadała z hukiem na ziemię.
Kobiety zatrzymały się tuż przy płocie, nie schodząc nawet z drogi. Chojnackiego bali się wszyscy. Zazwyczaj spokojny i chętnie pomagający innym, gdy wpadał w szał, stawał się nieobliczalny.
Tym razem był tak zajęty, że nie zważał na przyglądającego się zajściu Czesława Kamińskiego ani nawet nie zauważył swej żony z jej siostrami. Gdy zszedł z drabiny, mruknął w kierunku szwagra:
— Za parę lat, jak dziwka dorośnie, będą się tu chłopy schodzić, po co mi to?
Pozbawionych dachu nad głową przygarnęli mieszkający po sąsiedzku Kamińscy. Czesław zabrał resztki materiału ze zniszczonej izby i z nich zbudował nową, „przyklejoną" do swego domu.
Pojawiały się chwile zadumy. Księgi nigdy nie widziała. Ojciec pokazał ją tylko najstarszym. Gdy jednak w zimowe wieczory słyszała, jak starsze rodzeństwo szeptem wspomina „księgę z Czarnowa", czuła, że jest w tym coś, czego jej nigdy nie dane będzie poznać. Teraz, gdy sama miała córkę, często zadawała sobie pytanie: czy ta klątwa dotyczy także jej? Jak potoczy się życie jedynaczki i czy pradawne wydarzenia z Litwy odcisną i na niej swe piętno? Pytań było wiele, na każde z nich brakło odpowiedzi.
Innocenta, mimo upływu czasu, nadal zarabiała na życie pracą u swoich krewnych. Jeśli były to jedynie dwu lub trzydniowe wyjścia, córkę zostawiała pod opieką siostry Jadwigi. Dziecku bardzo nie podobał się ten zwyczaj. Zdarzało się, że dziewczynka potrafiła wybiec na drogę i krzyczeć za oddalającą się w stronę lasu matką: „Mamusiu kochana, złota, niebieska! Nie zostawiaj mnie!". To jednak nigdy nie pomagało i Dziunia zawsze zostawała niepocieszona. Nie znaczy to wcale, że z sytuacją taką godziła się bez dyskusji. Od najmłodszych lat umiała wypowiedzieć swoje zdanie i to nie zawsze w sposób, który odpowiadał dorosłym.
— Dziunia, jak ty tak możesz? Bozia będzie się gniewać — krzyknęła ciocia Chojnacka, gdy jej siostrzenica odpowiedziała matce w sposób uznany w tej rodzinie za niedopuszczalny.
— Bozia nie widzi.
— Jak to „nie widzi"? Bozia wszystko widzi.
Dziewczynka rozejrzała się teatralnie naokoło. Bozi nie było.
— No, nie widzi — potwierdziła, choć doskonale rozumiała już wtedy swoją grę. Swój zadziorny charakter pokazała też na Śniadowie, gdy z „dziadziusiem" Władysławem Pawelskim poszli uzbierać porzeczek. Starszy pan nie ograniczył się do zapełnienia owocami litrowego wiaderka, ale na końcu ułożył też okazały czubek.
— Mamusiu, mamusiu, jakie piękne — wołała Dziunia wracając z sadu. Jej matka zobaczywszy naczynie pełne owoców, zamiast głośno je podziwiać, uległa pokusie. Zaczerpnąwszy pełną garść, zaczęła jeść, co wywołało prawdziwą furię u dziecka. Na nic zdały się zapewniania „dziadziusia", że pójdzie i uzbiera brakujących owoców. Rozpacz trwała bardzo długo, ale późniejszy żal za takie zachowanie został do końca życia.
„U Szcześniaków wesele Baśki miało być" — zapisał wkrótce po wojnie Kazimierz Kiliś. „Pojechaliśmy razem z Ignacym, ale zabraliśmy też Nocię z Dziunią. Czekając na przesiadkę w Szczecinie, weszliśmy do ruin jakiejś kamienicy. Niestety, pozwoliliśmy tam wejść dziecku." — zanotował. Rzeczywiście, dziecko wizytę tę zapamiętało, szczególnie walające się jeszcze w gruzach ludzkie włosy. Niemniej, z wyprawy tej Jadwiga zapamiętała też to, co widziała oczyma dziecka, czyli przygotowania do wesela, masę jadła i skubanie ubitego drobiu.
Pierwsze lata nauki związane były z miejscową szkołą czteroklasową, zaś katecheza z parafią w Pomiechowie.
— Dziunia, kto był u ciebie — zapytała z zaciekawieniem matka po powrocie z pracy.
— Nikogo u mnie nie było.
— Jak to? Pani Korytowska, która szła drogą, słyszała jak z kimś rozmawiałaś.
— Nie, ja tylko książkę głośno czytałam — odparła dziewczynka, która rzeczywiście czytać uwielbiała. Tym sposobem wypełniała też sobie długie godziny, w których była w domu sama.
Droga przechodząca obok płota Kamińskich w zasadzie nie zasługiwała na nazywanie jej drogą. Ot, była taką niby-drogą, po prostu zapłociem. Prawdziwa droga była jakieś sto metrów dalej. W lewo, jak ktoś się uparł, mógł dojść do Śniadówka, a dalej, do Cieksyna. W prawo szło się nie tylko do sklepu po zakupy, ale też na Mszę świętą do Pomiechowa lub urzędu w Pomiechówku.
Przy skrzyżowaniu tej drogi z niby-drogą Jadzia wyprawiła uroczysty pogrzeb swojej jedynej zabawki — lalki. W „uroczystości" brała udział Stasia Radomska, jej siostra Teresa, „Rojzą" zwana, i kilku kolegów, z Radomskim na czele. Właściwie to Radomski był podstawą wszystkiego, bo cała zabawa była jego pomysłem. Gdy lalka zmarła, pochowano ją godnie i kwiatki zasadzono. Po rozejściu się żałobników, Dziunia postanowiła jednak wrócić do swej lalki. To, co zastała w miejscu pochówku zdziwiło ją wielce, bowiem grób zastała pusty, a świadków „zmartwychwstania" nie było. Podejrzewano, że Radomski musiał wiedzieć coś na temat tego cudu, ten jednak milczał niemal jak ten pusty grób.
W czerwcu 1949 Jadwiga przystąpiła w Pomiechowie do I Komunii świętej. W czasie systematycznych wędrówek „za chlebem", najczęściej do Bronisławy Ostrowskiej, kilkulatka lubiła chadzać siedem kilometrów do brata Ostrowskiej, wuja Stanisława Kilisia. Była więc częstym gościem także w jego wodnym młynie nad Wkrą. Częstym, ale i wyjątkowo samodzielnym.
— Dziunia, poczekaj, odprowadzę cię — Stanisław prosił małą kuzynkę.
— Sama przyszłam, to i sama wrócę — odpowiedziała pewnego razu.
Wędrowne szlaki Jadwigi prowadziły nie tylko pomiędzy domostwami jej krewnych. W trakcie pobytu w Szczypiornie niejednokrotnie posyłana była na Wronę, aby przynieść do domu jakieś zapasy jedzenia. Innocenta zazwyczaj wychodziła później po córkę, aby pomóc jej nieść ciężkie torby. Tak było i tego, listopadowego popołudnia. Jednak tym razem, nie spotkała Dziuni zaraz po minięciu szczypiorskiego lasu. Nie było jej też wśród pól Śniadowa. Dopiero niedaleko Wrony zauważyła dziewczynkę, która mimo dźwigania ciężaru, z zaciekawieniem czegoś wypatrywała po obu stronach miedzy.
— Co tak długo?
— Patrzę, czy nie znajdę innego zająca — odrzekła Jadzia.
— Jakiego zająca?
— No, takiego samego... nie widziała mamusia? Stał przy drodze... — dodała, oddając matce jedną z toreb i raźno ruszając do przodu. Po drodze tłumaczyła, jak idąc rankiem, znalazła zastrzelonego przez myśliwych zająca, którego ustawiła przy ścieżce, aby na nią zaczekał.
— Czemu go nie zabrałaś? Na pewno dawno już ktoś go znalazł — Innocenta karciła córkę, która całkiem nie zdawała sobie sprawy z nieroztropności swego postępku. Ku jej zaskoczeniu, zając jednak cały czas „czekał" tam, gdzie był pozostawiony. Do domu ruszyły, nucąc znaną sobie piosenkę:
„Nie płacz Karolciu, nie płacz aniele
Niejeden Leon jest w świecie
I chociaż on u nas długo nie bywał,
Ale jak wróci nie rzuci...
Ach droga mamo, on już nie wróci
Bo moje serce tak bije...
Albo go konik z siodełka zruci,
Albo zły człowiek zabije.
Leon przyjeżdża, tu już po ślubie,
Goście się bawią w salonie,
A Karolina na innym łonie,
Inny jej usta całuje.
Ach Karolino, gdzie Twa przysięga,
Gdzie twe całe zaklęcie?
Pisałaś w listach, przyjedź, ach przyjedź,
A teraz z innym ślub wzięłaś."
Dzień później, wraz z siostrą Kamińską, mogły przygotować niecodzienny obiad.
Prócz częstych odwiedzin u kuzynów Ostrowskich i Antoniego Pawelskiego, Innocenta zachodziła czasami i do jego brata, Władysława. Chociaż, idąc ze Szczypiorna, zabudowania wuja Władysława były tuż przy rozstaju dróg, a więc po drodze, do tych odwiedzin nie dochodziło często, co zresztą było powodem licznych niesnasek. „Przechodzą koło nas i idą do Antosiów" — wypominano. Jednak ani Innocenta, ani jej córka, nie wspominały pobytów w tym gospodarstwie zbyt miło. Ośmioletnia Dziunia na zawsze zachowała obraz ciotki Marianny, która skrzyczała ją za wejście na płot, aby zerwać dwa orzechy wiszącego na gałęzi wysoko nad jej głową.
— Gdzieś tam wlazła! — krzyczała ciocia Marianna i, aby ukryć prawdziwe intencje, zauważyła: — Nie masz, co robić, a ja w twoim wieku już makatki wyszywałam! Do dziś je mam.
— To ciocia pokaże te makatki — poprosiła niewinnie dziewczynka, nie spodziewając się nieuchronnego ataku furii.
Żal o orzech, który mógł zostać zjedzony, był w jakimś stopniu uzasadniony, gdyż kobieta oszczędzała także na wyżywieniu własnych dzieci.
W domu tym żyła też Julcia, siostra Władysława. Kobieta, dziewięć lat młodsza od brata, nigdy za mąż nie wyszła. Owszem, miała kiedyś kandydata na męża, ale przez bliskich uważana za „upośledzoną", została skutecznie od takiego pomysłu odwiedzioną. Pozostała jej rola nieopłacanej służącej, najpierw u Władysława, później Antoniego. Mimo złego traktowania, Julianna dla braci gotowa była na wszystko. „To dla Władzia" — podkreślała stawiając na stole talerz, na którym ułożyła wcześniej najpiękniej ugotowane kartofle. Dla niego musiały być odpowiednio sypkie i błyszczące skrobią.
Nieograniczona miłość nie przeszkadzała jednoczesnej bojaźni. „Władek nas zabije" — zawołała, gdy jej bratowa cisnęła synem Heńkiem o ścianę, a dziecko straciło przytomność. Strach przed gniewem mężczyzny zmusił ją do cucenia bratanka. Przytomność odzyskał, ale gniew matki przypłacił dozgonnym jąkaniem się.
Julianna dopiero po kilku latach przeniosła się do stojącego dwieście metrów dalej domostwa drugiego brata. Antoni, znany z wybuchowego charakteru i od swego powiedzenia zwany „psia treść", był człowiekiem łagodniejszego serca. Niemniej, Julcia i tu nie zaznała spokoju ani szacunku.
Tymczasem, wbrew faktom, na długo jeszcze przed wybuchem II wojny światowej państwo Pawelscy jako ludzie zamożni byli częstymi gośćmi na weselach. Mimo iż w domu było jedenaścioro dzieci, do doglądania dobytku wołano kogoś dorosłego, zaufanego... najlepiej krewnego. Chętnych nie brakowało, zwłaszcza że w okolicznych wioskach żyło wielu krewnych znacznie uboższych, którzy dla dobrych relacji z Pawelskimi gotowi byli na wiele.
— No to my wracamy jutro — rzekła Marianna do kuzynki Lipkowej ze Szczypiorna, zabierając się do wyjścia z domu.
Lipkowa przyjęła to ze zrozumieniem, ale Stanisław, najstarszy z dzieci Pawelskich zapytał:
— A co będziemy jeść? Matka zdawała się zaszokowana takim pytaniem, które zbyła krótką, dla niej oczywistą informacją:
— Jak to „co?" Woda w kanałku jest, kartofle w piwnicy są. Macie co jeść! — krzyknęła i nie czekając na reakcję, wyszła z domu. Gdy tylko zatrzasnęły się za matką drzwi, Stanisław zwrócił się do zszokowanej całą sytuacją opiekunki:
— Ciocia się nie martwi, damy sobie radę.
Chłopak, nauczony doświadczeniem, miał już przygotowany dorobiony klucz od spichlerza, a po obejściu biegał drób, z którego można było przygotować pokrzepiający rosół. Trzeba było jedynie uważać, aby młodsze rodzeństwo nie zorientowało się w dokonanej „zbrodni", bo donos, nawet mimowolny, mógłby skończyć się dla Stasia nieprzyjemnie w przyszłości. Bać było się o co, gdyż zdaniem matki, dzieci miały ząbki, więc mogły jeść na co dzień kartofle, ich tatuś nie miał ząbków, więc musiał jeść upieczoną kaczkę.
Władysław, mimo tak troskliwej żony, zdawał się bardziej niż o nią, troszczyć o własną reputację. Wracając z wesel czy innych przyjęć, Marianna najczęściej była zupełnie pijana, co jej mąż starał się ukryć przed ciekawskimi oczyma sąsiadów, zrzucając ją z wozu, aby wytrzeźwiała w przydrożnym rowie przed powrotem do domu.
Trudne warunki, w jakich przyszło dorastać dzieciom Władysława Pawelskiego nie zaszkodziły im. Wszystkie one doczekały dorosłości i usamodzielniły się. Było to dokładnie odwrotnie niż w rodzinie Antoniego, gdzie o dzieci dbano nad wyraz, a one umierały jedno po drugim.
Rok 1952 to dla Innocenty i jej córki czas wielkich zmian. Gdy Jadwiga ukończyła czteroklasową szkołę w Szczypiornie, jej matka zdecydowała, że przeniosą się do Wrony na stałe. Przemawiały za tym nie tylko względy bytowe, ale i odległość do szkoły. Pozostając w Szczypiornie, do szkoły dziecko musiałoby chodzić około pięciu kilometrów przez las i pola. Do wrońskiej szkoły było znacznie bliżej.
— Ty wiesz, co mnie dziś spotkało? — wrzasnął do Dziuni podekscytowany jakimś wydarzeniem kolega z klasy. — Wracałem wczoraj do domu i zaszedłem do Kilisia „w dzierżawę", na jabłka. — Siedzę na drzewie, aż tu patrzę, Kiliś wprost na mnie z laską leci. Chciałem uciekać, ale widzę, że on biegnie, coś krzyczy, ale cały czas mi się kłania! — opowiadał chłopak, śmiejąc się. Nie wiedział, że ofiara jego żartów to wujek dziewczyny, której właśnie opowiadał swą przygodę. Stanisław Kiliś cierpiał na tik nerwowy powodujący mimowolne ruchy głową. Łobuziak systematycznie wchodził mu w szkodę, choć nie robił tego ze złej woli. Do szkoły chadzał tylko sezonowo, od listopada do kwietnia. W inne miesiące zarabiał na swoje utrzymanie pasąc krowy.
Wśród rozległych pól Wrony, otoczony kilkunastoma drzewami stał dom drewniany, pamiętający jeszcze czasy Jana Kilisia. Przechodzący obok jego prawego szczytu dukt, kończył się małym stawem, przy którym postawiono ciężki kierat. Na wprost i po prawej jego stronie rozłożyły się budynki gospodarcze. Naprzeciw domu, po drugiej stronie duktu, w ziemi ukryto ciężką, kamienną piwnicę. To przechowywane tam jadło wszelkiego rodzaju, w tym wędzone szynki, kiełbasy i śmietana, sprawiało, że dla jedenastoletniej Dziuni przeprowadzka była dobrą odmianą.
Względną sielankę wiejskiego, wakacyjnego życia zakłóciło nadejście pory żniw. Jak wszystkie dzieci w tym czasie, tak i Jadwiga musiała mieć swój udział w pracach polowych. Jej zadanie, z pozoru łatwe, niosło za sobą śmiertelne zagrożenie. Państwo Ostrowscy, dbający o zagrodowe zwierzęta, do kieratu zaprzęgali nie dwa, lecz trzy konie. Ten, który samotnie szedł na przedzie, musiał jednak być prowadzony. Wyznaczona do tej roli klacz miała swoje upodobania i nie pozwalała się dosiąść w miejscu, którego nie akceptowała. Dziunia była jedyną, która umiała ze zwierzęciem dojść do porozumienia. Zgodna współpraca była krótka. Dziewczynka dość szybko zaczęła cierpieć na odparzenia w okolicach ud i zmuszona została do prowadzenia klaczy za uzdę. Wystarczyła chwila nieuwagi, aby trzystukilowe zwierzę nadepnęło kopytem na dziewczęcą stopę.
Rekonwalescencja nie mogła trwać długo, bo już kilka dni później Dziunia w stajni znów dosiadła niepokorną kobyłę. Następne wydarzenia potoczyły się błyskawicznie. Zwierzę poczuwszy na sobie człowieka, ruszyło z kopyta wprost w otwarte wrota. Jedynie odruchowe pochylenie się nad końskim karkiem uchroniło Jadwigę przed roztrzaskaniem głowy o wieńczącą wrota belkę. Kobyła, wybiegłszy na podwórze, przestraszona dodatkowo rozpaczliwym krzykiem Innocenty, pokonała z dzieckiem na grzbiecie pobliski rów przeciwpancerny i zatrzymała się dopiero na łąkach sąsiedniej wsi.
W pamięci dziecka pozostała też inna historia z tamtej jesieni. Pobyt w opływającym w dostatki obejściu wujostwa Ostrowskich był okazją do częstego zajadania się ulubionym budyniem, na który mleka nie brakowało. Innocenta, ochoczo przygotowująca ten posiłek, pewnego dnia, zirytowana ugotowała go cały garnek i zmusiła córkę do zjedzenia. Jadwiga, chociaż po latach domyślała się przemęczenia u swej matki, to jeszcze siedemdziesiąt lat później czuła czasami mdłości na myśl o tej potrawie.
Początek września 1952 roku był czasem rozpoczęcia przez Jadwigę nauki w nowej szkole. Zajęcia w Nowej Wronie odbywały się nie tylko w budynku szkolnym, ale i w przykościelnej organistówce. Mimo konieczności codziennego pokonywania około ośmiu kilometrów, Jadwidze wydawało się, że zaczyna się dla niej lepszy czas.
Wszystko skończyło się 20 stycznia.
Jeszcze parę dni wcześniej, gdzieś na początku roku, Stanisław Ostrowski obudził się w dziwnym nastroju. „Czyżbym miał umrzeć" — wyszeptał jakby do siebie. Na pytanie ciekawskich opowiedział niecodzienny sen. Oto zobaczył „panią, całą w bieli, która kazała mu być zawsze gotową na śmierć". Jak bardzo wziął sobie to do serca, nie wiadomo, w każdym razie wkrótce o wszystkim zapomniano. Do czasu...
Innocenta, wyprowadzając się ze Szczypiorna, czyniła to z zamiarem pozostania we Wronie na stałe. Jednak zimowe miesiące, w czasie których w wiejskich obejściach pracy jest niewiele, budziły w niej poczucie bezużyteczności.
— „Dolata" ci teraz wystarczy — w połowie stycznia zakomunikowała kuzynce Bronisławie. — Ja posiedzę na Szczypiornie, a do was wrócę wiosną — zapewniła. Na dzień przed planowanym powrotem w rodzinne strony, Innocenta zdecydowała się pojechać z Ostrowskim po zaopatrzenie do Płońska. Miały to być zapasy na czas spędzony u siostry. Zima była śnieżna, więc decyzja o wyborze sań wydawała się właściwa. Co prawda sąsiad Salamonowicz radził, aby w taką drogę wziąć raczej duże sanie, jednak Ostrowski zdecydował, że pojadą „zajdkami".
Przeczuwając wielką atrakcję, w tę podróż chciała się wybrać i Jadwiga.
— Nie, Jadzia, ty masz szkołę — zaprotestowała matka, pozwalając latorośli dojechać saniami jedynie do centrum wsi.
W czasie niedługiej podróży dziewczyna była jednak mimowolnym świadkiem sprzeczki dorosłych, z której wywnioskowała, że jej mama wróci do domu pociągiem. Po lekcjach zdecydowała więc iść wprost do wuja Stanisława Kilisia, którego dom stał stosunkowo blisko linii kolejowej. Wielokrotnie wybiegała później na każdy dźwięk przejeżdżającego pociągu, aby spotkać się z matką. Niestety, Innocenta wbrew wcześniejszym planom postanowiła wracać razem z Mieczysławem Ostrowskim. Było po godzinie czwartej wieczór, gdy opuściwszy Płońsk, zbliżali się do Szczytna. Droga biegła w dół, wprost na most nad niewielką rzeczką. Gdy sanie skryły się w dolinie, od strony miasta nadjechał wojskowy star. Kiedy kierowca zauważył przed sobą przeszkodę, nie miał już czasu na wyhamowanie pojazdu. Jedyne, co mógł zrobić, to zjechać ze skarpy, ryzykując życiem lub doprowadzić do katastrofy. Młody żołnierz wybrał własne bezpieczeństwo. Siła uderzenia była tak duża, że części drewnianego pojazdu znajdowano kilkadziesiąt metrów dalej, podobnie jak fragmenty ciała woźnicy. Najmniej widocznych urazów miała Innocenta. Niestety, jako mniej poszkodowana, nie została zabrana z miejsca wypadku karetką pogotowia, lecz przygodnie zatrzymanym Żukiem.
— Co teraz będzie z moją Dziunią? — szeptała do kogoś, kto jej towarzyszył w drodze do szpitala. Zmarła w płońskim szpitalu piętnaście minut po północy.


