Rozdział III
Ziemia i pamięć
Stanisław należał do nielicznych dzieci, którym dane było przetrwać najtrudniejsze lata. Już jako dziesięcioletni chłopiec po raz pierwszy zrozumiał, że jego los nie będzie łatwy. Stał wtedy w cieniu starego dębu, gdy z izby dobiegł podniesiony głos ojca:
— Nie mamy więcej ziemi, Janie!
Te słowa na długo zapadły mu w pamięć.
W tym samym czasie jego najstarszy brat Jan poznał Mariannę z Mieszkowskich. Rodzice chłopaka dostrzegali w niej wiele zalet, lecz odnosili się do niej z wyraźną rezerwą. Niepokoiło ich zarówno skromne wykształcenie dziewczyny, jak i jej obce pochodzenie. Marianna ukończyła zaledwie drugą klasę szkoły powszechnej — szkoła w miasteczku spłonęła i przez długie lata nie została odbudowana. Mieszkowscy sami zajęli się jej dalszą nauką, dzięki czemu dobrze czytała, pisała i rachowała.
Jan wiedział jednak, że zanim poprowadzi Mariannę do ołtarza, będzie musiał pokonać przeszkodę trudniejszą niż niechęć rodziców. Tą przeszkodą była ziemia.
— Ojcze… — Jankowi słowa te przychodziły z trudem, jakby każde ważyło tonę. — Pan Mieszkowski zgodził się na ślub, ale… postawił warunek. Muszę dostać więcej ziemi.
Łukasz uniósł powoli głowę, jakby usłyszał coś zupełnie nieoczekiwanego. Przez dłuższą chwilę mierzył syna wzrokiem — jego oczy nie wyrażały jednak gniewu, tylko zmęczenie. Spojrzał na dokumenty rozłożone przed sobą — rachunki, które od dawna nie dawały mu spać.
Po chwili powtórzył cicho: — Więcej ziemi? — w jego głosie pobrzmiewało coś ostrzejszego. — Przecież wiesz, że nie mam już jej zbyt wiele. Twoje rodzeństwo ma swoje prawa.
Jan, czując, jak serce bije mu szybciej, zaczął niezdarnie tłumaczyć: — Gdy chłopcy dorosną, oddam im to, co się należy — jego głos zaczął drżeć, a słowa stawały się coraz bardziej chaotyczne. — Ojcze, to tylko tymczasowe. Pan Mieszkowski chce zabezpieczenia.
Łukasz westchnął głośno, jakby ciężar całego świata spoczywał na jego barkach. Otarł dłonią czoło i zapatrzył się w płomienie kominka milcząc. Syn poczuł, jak rośnie w nim napięcie — każda sekunda ciszy była dla niego jak ołowiany kamień, który wypełniał mu żołądek.
— A co z twoim rodzeństwem? — zapytał w końcu ojciec, jego głos brzmiał jak niskie pomruki. — Józefa ma już narzeczonego, ale Marcjanna… Michał, Stanisław… — imiona wypowiadane jedno po drugim sprawiały, że twarz Łukasza zacieniała się coraz bardziej.
— Gdy chłopcy dorosną, oddam to, co im się należy — powtórzył Jan z determinacją.
— Ziemia — mruknął ojciec pod nosem, bardziej do siebie niż do syna. — Zawsze tylko ziemia… — W jego głosie drgał ból, jakby coś więcej niż pola kryło się w tych słowach.
Łukasz, kiedyś radosny i wiecznie ruchliwy chłopak, dziś sprawiał wrażenie niedołęznego starca. Nie patrzył na syna, nerwowo skubiąc krawędź stołu, jakby szukał ratunku w sękach drewna. Może nie przypadkiem. Wszak stary dębowy stolik, porysowany, zmęczony latami, ale pamiętający wszystkie spory Kilisiów, wiele mógłby podpowiedzieć.
Jan poczuł, jak ciężar odpowiedzialności spada na jego ramiona. Przez myśli przebiegły mu obrazy przyszłości — braci z pustymi rękami, patrzących na niego z wyrzutem, a może i nienawiścią. Myślał także o Mariannie — o jej oczach pełnych nadziei i obietnicach, które jej złożył. Jego serce biło nierówno, walcząc między lojalnością wobec rodziny a pragnieniem nowego życia.
— Ojcze, zrobię, co trzeba — powiedział w końcu, a jego głos, pełen determinacji, zaskoczył nawet jego samego. — Będę walczył o tę ziemię, ale i o Mariannę, o rodzinę. Obiecuję, że dzieci dostaną to, co im się należy, ale teraz muszę zabezpieczyć swoją przyszłość.
Łukasz przez chwilę milczał, po czym powoli uniósł głowę i spojrzał na Jana, jakby chciał wyczytać coś z jego twarzy. Wstał, opierając się o stół, i podszedł do uchylonej okiennicy. Ciepły lipcowy wiatr niósł zapach skoszonego siana, a blask zachodzącego słońca malował izbę złotem.
— Masz swoją ziemię, Janku — powiedział w końcu, a jego głos brzmiał jak echo. — Ale pamiętaj, że każda decyzja ma swoją cenę. I tę cenę wkrótce zapłacisz.
Wiejski zgiełk rozbrzmiewał w Kosewie, zwołując gości na wesele Jana i Marianny. Lipcowy wieczór, ciepły i jasny, tętnił życiem. Zapach pieczonego prosięcia i świeżego chleba mieszał się z wonią siana z pól. Skrzypki i bęben grały mazurki, a konie u płotu parskały w rytm melodii.
Marianna, w lnianej sukni z koronkowym czepcem, siedziała wśród dziewcząt, serce biło jej z uniesienia. Jan, w pożyczonym surducie, stał przy starszyźnie, sączącej gorzałkę z glinianych kubków. — Oby im się wiodło — mruknął stary Pawlak. — Pola mają, ale czy na długo? Szczęście mija, gdy ziemia dzieli rodzinę. — Jego słowa niosły gorycz, jakby dawne urazy czaiły się w cieniu. — Zawsze tak samo — najpierw śmiech, a potem trudne lata…
Jan, zapatrzony w młodą żonę, nie słyszał tych słów. Dla niego Marianna była jak promień nadziei, nowy początek w świecie, który zbyt często przygniatał go ciężarem obowiązków. Gdy spojrzała na niego, zapominał o wszelkich troskach. Razem zdołają pokonać przeciwności. Podszedł do niej, wyciągając rękę.
— Tańczymy? — zapytał z szerokim uśmiechem.
Marianna odpowiedziała równie promiennym uśmiechem i pozwoliła mu się poprowadzić na plac. Wesele trwało do późnych godzin nocnych — ich tańczące sylwetki odcinały się od światła ogniska, które zdawało się ich otulać. Śmiech, rozmowy, żarty — wszystko to tworzyło obraz początku nowego życia.
Kilka miesięcy później młodzi zamieszkali w nowym domu wzniesionym w zagrodzie Kilisiów. Ich życie szybko wzbogaciły dwie córki — najpierw Balbina, a potem Waleria. Pierwsze dni po narodzinach Balbiny były dla Marianny trudne. Nowa rola matki przytłaczała ją, mimo że wokół była rodzina gotowa do pomocy. Kiedy po raz pierwszy usłyszała płacz swojej córki, poczuła, jak coś w niej się zmienia — serce zadrżało, jakby ten drobny dźwięk obudził w niej nową siłę. Trzymając w ramionach małą Balbinę, zdawała się odnajdywać swoje miejsce na świecie. Płacz dziecka wypełniał puste izby domu, który jeszcze niedawno wydawał się zimny i bezduszny.
— Życie nabiera nowego sensu, prawda? — zapytała kiedyś Marianna, podchodząc do Jana z uśmiechem. Jan przytaknął, patrząc na nią z ciepłem, które rzadko udawało mu się wyrazić słowami.
Niespełna dwa lata później w domu pojawiła się druga córka, Waleria. Teraz ich życie było pełne — pełne śmiechu, ale i nowych obowiązków.
Z upływem lat w zachowaniu Marianny zaczęły pojawiać się pierwsze zmiany. Z kobiety pełnej nadziei i ciepła, zaczęła stawać się oschłą, zapatrzoną jedynie w swoje dobro gospodynią w obejściu. Tę nieszczęsną odmianę zauważyli wszyscy. Zauważył też Stanisław. Chłopak, choć jeszcze bardzo młody, nie mógł zapomnieć, jak wyglądało życie tak niedawno. Pamiętał zapach świeżo skoszonego siana, dni, kiedy jako mały chłopiec biegł po polu, a słońce stało wysoko na niebie. „Było tyle nadziei" — myślał, wspominając, jak ojciec pokazywał mu, jak obrabiać ziemię. „Wszystko wydawało się możliwe." Teraz, gdy siedział samotnie w cieniu swojego domu, dźwięki przeszłości były jak odległe echa. Zamiast śmiechu, słyszał tylko długie, ciężkie westchnienia. „Co poszło nie tak?"
W roku 1884 Marcjanna wyszła za mąż za Jana Michalskiego z Pomiechowa i opuściła dom rodzinny, a trzy lata później umarł najmłodszy syn Łukasza, Michał. Do wypełnienia obietnicy danej ojcu, Janowi pozostało spłacenie Stasia lub zwrot otrzymanej kiedyś ziemi. Wiedział, że ten moment kiedyś nadejdzie, ale gdy w 1890 roku Stanisław postanowił ożenić się z Rozalią, córką Wawrzeńca i Balbiny Pawelskich, poczuł, że stanął przed problemem.
Pawelscy, podobnie jak niegdyś Matyasiakowie na Kosewie, byli nową rodziną w tej okolicy. Około roku 1873 Wawrzeniec Pawelski, za pieniądze zarobione przy budowie carskich fortów, kupił od miejscowego dziedzica jedną trzecią majątku Śniadowo i wraz z kilkorgiem dzieci zamieszkał tu po opuszczeniu stron rodzinnych w parafii Sarbiewo. Z pierwszą swoją żoną, Rozalią z Garczyńskich, ożenił się 18 lutego 1844 roku, jeszcze w Sarbiewie. Doczekali się czwórki dzieci: Piotra, Marianny, Franciszki, która została żoną Jakuba Łęgowskiego, i Antoniny, żony Tomasza Gruszczaka.
Po śmierci Rozalii, w 1869 roku, Wawrzeniec ponownie ożenił się w Sarbiewie — tym razem z Balbiną, córką Jana Biernackiego i Ludwiki z Jankowskich. Z tego związku narodziło się dziesięcioro dzieci: Władysława Milewska, Rozalia, Helena Celińska, Marianna Wasilewska, Władysław, Antoni, Katarzyna Sadlakowska, Jan, Julianna i Stanisław.
Rozważając plany małżeńskie Stanisława, jego rodzice nie mogli nie brać pod uwagę faktu, że Pawelscy byli ludźmi zamożnymi, a oni sami nie posiadali już nic. Robili tylko to, co mogli, wychowując najmłodszego syna, starali się jedynie przekazać mu wartości, którymi żyli od początku: wiarę, pobożność i uczciwość. Młodzieniec biegle czytał i pisał nie tylko po polsku, ale także po rosyjsku, znał matematykę, historię i geografię.
— Stasiu, Janek obiecał, że odda twoją część — przypomniała mu matka, gdy snuł przed nią plany na przyszłość, martwiąc się o nią. — Idź, synu, do Janka.
Chłopak, przeczuwając, czym skończy się to spotkanie, wcale nie rwał się do odwiedzin. Z drugiej strony, była to jedyna szansa na zapewnienie sobie jakiejś stabilizacji życiowej. Marianna, czując te obawy, zdecydowała się towarzyszyć mu w tej krótkiej, ale jakże niełatwej wyprawie. Do spotkania doszło szybko, bowiem nastał czas uroczystości Wszystkich Świętych.
Nocą z 31 października na 1 listopada ludzie starali się zachować czujność — tak, jak nakazywał dawny obyczaj. Powszechnie wierzono, że tej nocy dusze zmarłych gromadzą się na cichą Mszę odprawianą w kościele przez kapłana z zaświatów. Po nabożeństwie zaś, pod przewodnictwem księdza, udają się w ponurą procesję na cmentarz.
Mówiono, że tej jednej nocy dusze mogły odwiedzać swoje dawne domy. Przeto każdy uchylał drzwi i okna, aby żaden zbłąkany duch nie czuł się zamknięty na progu swego dawnego życia. W domu, wszyscy poruszali się z ostrożnością, uważając, by nie naruszyć spokoju przybysza z zaświatów. Nim ktoś przysiadł na ławie, najpierw przesuwał dłonią powietrze, delikatnym gestem odganiając niewidzialną obecność.
Na długo przed świętem Wszystkich Świętych gospodynie piekły małe chlebki, zwane peretyczkami, zdobione krzyżem i inicjałami bliskich, którzy odeszli. Rywalizacja w ozdabianiu tych darów dla dusz była niemalże święta, a każdy krzyż i każda litera wyrażały pamięć i tęsknotę. Pierwszego dnia listopada ognia rozpalać już nie można było. Szeptano, że dusze lubią wygrzewać się przy ciepłym piecu, a zaniepokojone mogły wywołać pożar. Na parapecie czekały jeszcze miseczka kaszy i butelka wódki, a w niektórych domach, szczególnie na Podlasiu, przygotowywano specjalnie dla duchów kisiel z owsa.
Zwyczaj „ugaszczania dusz" z czasem zaginął, zastąpiony przez wypominki — modlitwy za zmarłych odmawiane przez księdza. Jednak duch tego święta pozostał niezmienny — pamięć, wdzięczność i chęć zachowania bliskości z tymi, którzy odeszli, wciąż łączyły świat żywych i umarłych. Tak było i w 1891 roku, kiedy to matka z synem poszli upomnieć się o swoje.
Do przebycia mieli zaledwie kilkadziesiąt kroków, lecz zdawało się im, że pokonują najdłuższą w swym życiu drogę. Nie śpieszyli się, jakby chcąc jak najbardziej odwlec moment spotkania i rozmowy. Szli w milczeniu, jakby każde słowo mogło obudzić dawne urazy. Matka, drobna i niska od młodości, teraz zgarbiona pod ciężarem lat, prowadziła syna, którego skulona postać wyrażała nie tylko lęk, lecz i rezygnację.
Nie spodziewali się radosnego powitania, ale to, co nastąpiło, wprawiło kobietę w osłupienie i zabolało bardziej, niż mogła przypuszczać. Wciąż wszak chciała wierzyć, że jej rodzina zawsze świeciła przykładem cnót wszelkich. Gdy tylko w obejściu zaszczekały psy, na progu domu pojawiła się bratowa Stanisława.
— A czego tu?! — wrzasnęła, ledwie widząc ich sylwetki. Najpewniej spodziewała się niechcianych gości i musiała też wiedzieć po co przychodzą. — Majątku się zachciało? — dodała, a jej głos drżał gniewem. W ręku błysnęło ostrze siekiery, które uniosła lekko, jakby już decydowała, czy zadać cios. — Wynocha! Bo jak nie, to zobaczycie, co was czeka!
Matka, mimo zaskoczenia słowami synowej, nie dała tego po sobie poznać. Stanęła nieco wyżej, jakby nagle odzyskała dawną siłę.
— Przyszliśmy porozmawiać z Jankiem — powiedziała stanowczo, ale spokojnie. — Obiecał Stasiowi jego część. Teraz przyszedł czas, by dotrzymał słowa.
Marianna uśmiechnęła się, ale było w tym coś gorzkiego. Zrobiła krok naprzód.
— Obiecał, powiadasz? — zapytała chłodno, niemal kpiąco. — Janek ma teraz własną rodzinę. My musimy myśleć o przyszłości naszych dzieci, a nie o tym, co komu się należy. Wasz czas już minął.
Stanisław stał jak sparaliżowany. Czuł, że każde słowo Marianny wbijało się w niego jak nóż. Wiedział, że bratowa od dawna żywiła do niego niechęć, ale teraz stawało się to aż nadto oczywiste.
— Proszę cię, Mania — wtrąciła matka, starając się zachować spokój. — Janek sam powiedział, że odda to, co należy się bratu. Przecież to jego rodzina.
Marianna uniosła brew, patrząc na starą kobietę z wyraźnym zniecierpliwieniem. Jej głos brzmiał twardo, niemal zimno.
— Rodzina, powiadasz? — Jej słowa były niemal sykiem. — A co ja mam z tego? Nasza ziemia to nasze życie. Jeśli damy wam więcej, co zostanie dla naszych dzieci? Balbina i Waleria nie mogą żyć z obietnic i pięknych słów.
W końcu, zaniepokojony podniesionym głosem żony, pojawił się Jan. Wyszedł na ganek, próbując zrozumieć, co się dzieje. Stanisław, patrząc na brata, miał z początku nadzieję na złagodzenie napięcia. Surowy, niemy wyraz twarzy, jaki dostrzegł, szybko pozbawił go złudzeń.
— Stanisławie, wiesz, że chciałbym ci pomóc, ale… — Jan zawiesił głos, jakby sam nie wiedział, co powiedzieć. — My też mamy swoje problemy. Wiem, że obiecałem, ale czasy się zmieniły.
Matka próbowała coś jeszcze powiedzieć, ale popatrzyła tylko niemo na jednego syna, potem na drugiego i wyszeptała gorzko:
— To nie tak miało wyglądać…
Nie dyskutowali dłużej.
— Chodź stąd, synu — Kilisiowa pociągnęła Stanisława za rękaw, ale w jej głosie nie było już ani łagodności, ani ciepła. Zrezygnowanie, które na co dzień nosiła głęboko w sercu, teraz odbijało się echem w każdym jej geście. Była matką, która widziała, jak jej syn upada na oczach świata, a ona mogła jedynie prowadzić go z powrotem do domu — w milczeniu.
Stanisław czuł na sobie jej spojrzenie. Nie potrafił jednak spojrzeć jej w oczy. Jak mógł? Jak mógłby wyjaśnić to poniżenie, ten ból? Szedł za nią, potykając się o własne myśli. Wydawało się, że droga, którą wracali, wydłużała się z każdym krokiem.
Milczeli, ale nie była to cisza spokojna. Cisza była ciężka od niewypowiedzianych pytań. Dlaczego tak się stało? Dlaczego ich rodzina stała się wrogiem we własnych oczach? Każdy krok, który stawiali w stronę domu, był jak bolesne przypomnienie tego, co wydarzyło się przed chwilą. Wiedzieli, że coś w ich rodzinie pękło na zawsze.
Brak majątku nie stanął na przeszkodzie ślubu Stanisława i Rozalii. Pomimo faktycznej biedy, młody Kiliś miał dla Pawelskich jeden niepodważalny atut — był nim szacunek ludzi oraz szlachecka tradycja, która integrowała przybyszów z krajanami. Było też coś, co wszyscy chcieli ukryć i co… udało się na wiele dziesiątków lat. Młodzi przed ołtarzem cieksyńskiego kościoła stanęli 25 listopada 1891 roku, a już w kwietniu następnego roku, w majątku Pawelskich, narodziła się Anna. W jej akcie urodzenia zapisano: „ojca niewiadomego". Dziecko żyło zaledwie cztery miesiące, a pamięć o jego narodzinach zaginęła aż na trzy pokolenia. Nikt nigdy nie dowiedział się, kto był prawdziwym ojcem, a w rodzinnej kronice czyjaś ręka zapisała jedynie tajemnicze słowa Stanisława: „Tata mawiał, że dziecka z nieprawego łoża nie można kochać, ale nie można go też nie kochać. Nikt tych słów nie rozumiał."
Pojawienie się Anny wywołało wiele pytań, ale ani Stanisław, ani nikt inny nigdy nie wyjaśnił, kto był prawdziwym ojcem dziewczynki. Stanisław ożenił się z ciężarną Rozalią, ale czy wiedział o jej stanie przed ślubem?
Wkrótce po śmierci Anny relacje młodych małżonków z Pawelskimi zaczęły się psuć. Stanisław i Rozalia postanowili zatem przenieść się do Kosewy, gdzie liczyli na rozpoczęcie nowego, spokojniejszego życia. To właśnie tam, 18 września 1893 roku, narodziła się ich najstarsza córka Marianna, którą Stanisław darzył szczególną miłością. Na chrzestnego dziewczynki wybrano szwagra Stanisława, Franciszka Lewandowskiego, co miało pomóc w zacieśnieniu więzi rodzinnych.
W tym czasie Rozalia bardzo zbliżyła się do najbliższych swego męża. „Wszystko dobro, jakiego nauczyłam się w życiu, pochodziło od mojej teściowej" — mawiała po latach. Sielanka nie trwała jednak długo, gdyż wszystko, co rodzice Stanisława posiadali, formalnie należało już do ich syna Jana. Temu zaś, a szczególnie jego żonie, przedłużający się pobyt krewnych coraz bardziej przeszkadzał. Po kilku miesiącach młoda rodzina musiała wrócić na Śniadowo.
Tymczasem w domu Jana i Marianny początkowa radość z pozbycia się bliskich szybko ustąpiła miejsca nowym problemom. W święto Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w 1895 roku wybuchł pożar w pobliskich zabudowaniach gospodarczych Andrzeja Pająka. Gdy ogień rozprzestrzenił się na sąsiednie budynki, mieszkańcy postanowili rozebrać kilka domów, by powstrzymać pożogę. Wśród skazanych na rozbiórkę znalazł się również dom Jana Kilisia. Po pożodze domu nigdy nie odbudowano. Rodzina osiedliła się we Wronie — miejscu, z którego w 1847 roku rodzice Marianny przenieśli się do Bieli w płońskiem. W kolejnych latach we Wronie urodziły się ich kolejne dzieci: Stanisław, Kazimiera, Bronisława i Feliksa.
21 września 1895 roku Stanisław Kiliś doczekał się narodzin swojego drugiego dziecka — syna Kazimierza. Pragnąc odbudować napięte więzi rodzinne, poprosił swojego starszego brata Jana, by został ojcem chrzestnym jego syna. Mimo różnic, które narosły między nimi, Stanisław wierzył, że ten gest pomoże ocieplić relacje między nimi.
Kilisiowie szybko przekonali się, że życie dziedziców pokaźnego majątku nie było im pisane. Stanisław od dawna wiedział, że nie może liczyć na spadek — to było dla niego jasne jeszcze zanim założył własną rodzinę. Podobne rozczarowanie spotkało teraz Rozalię, kiedy dowiedziała się o decyzji swojego ojca. Wawrzeniec Pawelski postanowił podzielić dobra ziemskie wyłącznie między troje dzieci: synowie, Antoni i Władysław, otrzymali największe części, a pozostałą zapisał Franciszce Łęgowskiej, córce z pierwszego małżeństwa. Rozalia, pomimo swej bliskości z ojcem, została całkowicie pominięta w podziale majątku.
Ta decyzja Wawrzeńca pozostała niezrozumiana przez resztę rodziny. Wydawało się, że jego duma z własnego dorobku przeważyła nad uczuciami — być może uznał, że Stanisław powinien sam zapewnić dobrobyt swojej rodzinie. Jedno było pewne: Wawrzeniec nie chciał rozdrabniać majątku, którego zdobyciem tak bardzo się chlubił. Pochodząc z biednej rodziny, tu, w Śniadowie mógł udawać dziedzica i szlachcica. Czy miał to teraz stracić dla córki, która z takim wstydem szła do ślubu?
Dla Stanisława i Rozalii to był cios, którego się nie spodziewali. Brak ziemi oznaczał nie tylko utratę nadziei na dostatnie życie, ale również poczucie, że są odsunięci na margines — zarówno przez rodzinę Stanisława, jak i Rozalii. Ich ambicje i plany na przyszłość zaczynały się kruszyć, a na horyzoncie rysowała się wizja trudnej walki o przetrwanie.
Stanisław Kiliś był jeszcze młodym człowiekiem, lecz życie zdążyło już odebrać mu wiele złudzeń. Najboleśniej odczuwał nie brak dostatku, lecz świadomość, że nie potrafił zapewnić rodzinie warunków, jakie uważał za obowiązek męża i ojca. Z roku na rok stawał się coraz bardziej milczący. Dawniej chętnie zabierał głos podczas sąsiedzkich rozmów, teraz częściej słuchał niż mówił.
Najbliżsi zauważali tę zmianę. Rozalia patrzyła na męża z rosnącym niepokojem, lecz niewiele mogła zrobić. Widziała, jak zamyka się w sobie, jak coraz rzadziej się uśmiecha i coraz częściej ucieka w długie chwile milczenia.
Z czasem niemal każda rozmowa schodziła na sprawy zasad i moralności. Stanisław był przekonany, że człowiek powinien żyć według jasno określonych reguł, a od ojca rodziny wolno wymagać więcej niż od innych. Surowość, z jaką oceniał siebie, przenosił również na najbliższych. Nie dostrzegał, że ciężar własnych rozczarowań staje się coraz trudniejszy do uniesienia także dla nich.
Wieść o wydziedziczeniu Rozalii była dla niego kolejnym ciosem. Po długim namyśle postanowił wrócić z rodziną do Kosewy. Liczył, że tam, wśród dobrze znanych pól i ludzi, łatwiej będzie rozpocząć wszystko od nowa.
Przez kilka następnych lat los okazał się dla Kilisiów łaskawszy. W domu nad kosewskim stawem przyszli na świat kolejni synowie: Wacław, następnie Stefan, a pod koniec stulecia Jan. W tym samym czasie Stanisław otrzymał posadę nauczyciela w pobliskiej szkole. Nie była ona dobrze płatna, lecz dawała rodzinie upragnioną stabilizację i przynosiła gospodarzowi szacunek mieszkańców okolicy.
Zawsze nosił do szkoły skórzaną teczkę. Dbał o nią z niezwykłą starannością. Dzieci wspominały później, że zanim przekroczył próg klasy, poprawiał kołnierz, otrzepywał ubranie z pyłu i dopiero wtedy wyjmował książki. Uważał, że nauczyciel powinien dawać przykład nie tylko wiedzą, ale również wyglądem i zachowaniem.
W tamtym czasie zbliżył się do pomiechowskiego proboszcza oraz do Andrzeja Laskowskiego, oficera armii rosyjskiej polskiego pochodzenia. Wieczorne spotkania przy kartach szybko stały się tematem miejscowych plotek.
Nie brakowało również innych opowieści.
Mówiono, że dzieci Stanisława nie siadają w szkolnych ławkach obok dzieci z najuboższych rodzin. Jedni widzieli w tym pychę, inni wyniosłość. Niewielu próbowało zrozumieć, że w przekonaniu Stanisława nie chodziło o majątek. Wierzył, iż bieda bardzo często jest skutkiem utraty zasad, a obowiązkiem ojca jest chronić dzieci przed wszystkim, co mogłoby je od tych zasad oddalić.
Takie przekonanie przysparzało mu niechęci sąsiadów.
Jeszcze większe zdziwienie budziły chwile, gdy siadał samotnie nad jeziorem z harmonią na kolanach.
Dla jednych była to zwykła muzyka.
Dla niego — powrót do wspomnień o ojcu.
Śmierć Łukasza Kilisia 8 marca 1899 roku zamknęła pewien rozdział w historii rodziny. Odszedł człowiek, który przez całe życie starał się utrzymać jedność swoich bliskich, choć nie zawsze potrafił zapobiec narastającym między nimi podziałom.
Nowe stulecie nie przyniosło Kilisiom upragnionego spokoju.
Po kolejnej przeprowadzce zamieszkali w Swobodni. Tam urodziły się dwie córki: Helena, a dwa lata później Wanda. Radość z narodzin dzieci mieszała się jednak z wiadomościami napływającymi z rodzinnych stron.
W Czarnowie wydarzyło się coś, co jeszcze kilkanaście lat wcześniej wydawało się nie do pomyślenia.
Wojciech, wnuk Michała Kilisia, roztrwonił niemal cały odziedziczony majątek. Najpierw przegrał znaczną część ziemi w karty, a to, co jeszcze pozostało, sprzedał, kupując niewielkie gospodarstwo w Płońsku.
Tak bezpowrotnie zakończyła się historia rodzinnego majątku Kilisiów w Czarnowie.
Dla Stanisława była to wiadomość bolesna.
Jeszcze boleśniej przeżył śmierć matki.
Marianna zmarła 11 grudnia 1906 roku. Odeszła ostatnia osoba, przy której Stanisław nigdy nie musiał udowadniać swojej wartości. Po jej śmierci poczuł się naprawdę osamotniony.
Niedługo później los ponownie zmusił rodzinę do zmiany miejsca zamieszkania.
Tym razem niespodziewaną pomoc okazali Pawelscy. Dawne urazy nie zniknęły całkowicie, ale wyraźnie osłabły. Dzięki temu Stanisław i Rozalia mogli wrócić do Śniadowa.
Tam, w 1908 roku, urodził się Ignacy.
Do chrztu trzymali go Władysław i Julianna Pawelscy, a świadkiem ceremonii był Antoni Pawelski. Dla obu rodzin był to znak, że mimo dawnych sporów nadal potrafią stanąć obok siebie w najważniejszych chwilach.
Niebawem Wawrzeniec Pawelski zrobił kolejny krok.
Na skraju swojego gospodarstwa posiadał niewielki nieużytek, położony u zbiegu trzech dróg. Zaproponował Stanisławowi, aby właśnie tam wybudował dom.
Dla wielu byłby to dar nie do odrzucenia.
Stanisław odmówił.
Uznał, że ofiarowany skrawek ziemi jest zbyt mały, by zapewnić przyszłość tak licznej rodzinie. Nie chciał rozpoczynać budowy domu na miejscu, które od początku skazywało ich na dalszą biedę.
Zamiast tego wynajął niewielki domek na Pomocni.
Tam, w 1910 roku, przyszła na świat Józefa.
Dom składał się właściwie z jednej izby i małej przybudówki. Wokół ustawiono kilka uli, a Stanisław postanowił rozpocząć hodowlę świń.
Kupił trzy prosięta.
Pierwsze padło po krótkim czasie.
— Panie Kiliś, sprzedaj pan te dwa pozostałe. I tak długo nie pociągną — poradził mu sąsiad.
Stanisław pokręcił głową.
— Nie sprzedam czegoś, o czym wiem, że jest chore.
Po kilku dniach padło drugie prosię.
Potem trzecie.
Rodzina została bez pieniędzy.
Stanisław jednak ani przez chwilę nie żałował swojej decyzji.
Uważał, że człowiek może stracić majątek.
Nigdy nie powinien stracić uczciwości.
16 lipca 1912 roku urodziła się Innocenta.
Było to ostatnie dziecko, które przyszło na świat w Śniadowie. Kilka miesięcy wcześniej Wawrzeniec Pawelski po raz kolejny wyciągnął rękę do zięcia. Tym razem użyczył Stanisławowi na trzy lata część swojej ziemi, licząc, że dzięki własnej pracy zdoła poprawić byt rodziny.
Dla Kilisiów była to szansa, na którą czekali od wielu lat.
Od pierwszych dni pracowali ponad siły.
Karczowali zaniedbane pole, osuszali podmokłe miejsca, naprawiali ogrodzenia. Każdy dzień kończyli późnym wieczorem, a o świcie wracali do pracy.
Pierwszego roku ziemia nie wydała niemal żadnego plonu.
W następnym zbiory zniszczyły ulewy.
Trzeciego roku przyszła susza.
Po raz kolejny okazało się, że sama pracowitość nie zawsze wystarcza.
Wkrótce nad Europą zawisło widmo wojny.
Początkowo mieszkańcy okolic Twierdzy Modlin nie odczuwali jej bezpośrednio. Docierały jedynie pogłoski o mobilizacji i przemarszach wojsk. Z czasem jednak coraz więcej rodzin zaczęło opuszczać swoje domy.
Jedni uciekali jak najdalej od twierdzy.
Inni przeciwnie — szukali schronienia w jej pobliżu, wierząc, że obecność wielkiego garnizonu zapewni bezpieczeństwo.
Stanisław wybrał Kosewę.
Nie kierował się jednak jedynie obawą przed frontem.
Najbardziej bał się o swoich dorastających synów.
Kazimierz, Wacław i Stefan byli już w wieku, w którym rosyjska armia mogła upomnieć się o ich służbę.
Pewnego wieczoru spojrzał na Rozalię i powiedział krótko:
— Uciekamy do Józi, do Kosewy. Tam trudniej będzie ich znaleźć.
Nie protestowała.
Spakowali tylko najpotrzebniejsze rzeczy.
Każde dziecko niosło coś w rękach.
Chłopcy kolejno dźwigali niewielkie drewniane łóżeczko Innocenty — to samo, w którym wcześniej spało całe starsze rodzeństwo.
Wśród pakowanych rzeczy znalazł się również stary drewniany stolik.
Na pierwszy rzut oka niczym się nie wyróżniał.
Był niewielki, nadgryziony zębem czasu, z porysowanym blatem i chwiejącą się nogą.
Rozalia już nieraz zastanawiała się, dlaczego mąż otacza go tak wielką troską.
Kilka lat wcześniej widziała, jak Stanisław długo rozmawiał z matką w sadzie. Oboje byli tak pochłonięci rozmową, że nie zauważyli jej obecności. Później weszli do domu Marianny, a po pewnym czasie Stanisław wyszedł stamtąd właśnie z tym stolikiem.
Nigdy nie zapytała go, dlaczego zabiera stary mebel.
Uznała, że musi być to cenna pamiątka rodzinna.
Nie wiedziała jeszcze, że jego wartość nie miała nic wspólnego z drewnem, z którego został wykonany. Wręcz przeciwnie — kryła się w tajemnicy, o której wiedzieli tylko nieliczni.
Im bliżej Kosewy docierała wojna, tym mniej złudzeń mieli jej mieszkańcy.
Początkowo obecność rosyjskich żołnierzy nikogo szczególnie nie dziwiła. Bliskość Twierdzy Modlin i Fortu II sprawiała, że wojskowe patrole były tu codziennym widokiem. Z czasem jednak oddziałów przybywało tak wiele, iż stało się jasne, że okolica wkrótce znajdzie się na pierwszej linii wydarzeń.
Pewnego letniego dnia do kolejnych gospodarstw zaczęli wchodzić rosyjscy żołnierze.
— Убирайся![1]
Jedno słowo wystarczyło.
Rodziny opuszczały domy, zabierając jedynie to, co zdołały unieść. Opustoszałe zagrody zajmowali sołdaci.
Taki sam los spotkał Lewandowskich.
Pozwolono im wprawdzie pozostać w niewielkiej izbie, w której przed laty mieszkała Marianna Kiliś, lecz dla Stanisława, Rozalii i ich dzieci zabrakło już miejsca.
Przenieśli się do budynku gospodarczego.
Wieczorem Stanisław wyszedł przed dom.
Długo patrzył na znajome pola, sad i drogę prowadzącą ku Czarnowu. Wszystko pozostawało na swoim miejscu, a jednak nic nie było już takie jak dawniej.
Wojna dopiero nadchodziła.
On już wiedział, że zabierze ludziom znacznie więcej niż domy.
Był lipiec 1914 roku, gdy wracający z pola Stanisław zobaczył biegnącą w jego stronę siostrzenicę.
— Wujku, wujku — krzyczała nastoletnia Genia.
— Czemu krzyczysz? Co się stało?
— Moskale zabrali wujka stolik!
— Stolik, ten z waszej izby?!
— Ten sam!
Stanisław w pośpiechu postawił koło siebie niesiony kosz warzyw i bez słowa pobiegł rozpoznać sytuację. Jak się okazało, pod nieobecność domowników, do izby wdarli się moskiewscy żołdacy i zabrawszy wszystko, co tylko zdołali unieść, poszli w siną dal. Mężczyzna nie czekał. Nie opowiadając się nikomu, zniknął za najbliższymi zabudowaniami. Kilkadziesiąt metrów dalej, w dawnym jego domu rodzinnym swą kwaterę miał rosyjski dowódca.
— Где твой командир?[2] — wrzasnął do stojącego w progu żołdaka. Gdy ten z wrażenia otwarł jedynie gębę, dodał jeszcze głośniej: — Поговорите, а где Андрей Ласковский?[3]
Sołdat nadal nic nie mówiąc, skinieniem głowy wskazał na drzwi wejściowe. Już na pierwszy rzut oka widać było, że chociaż niemłody już i w moskiewskiej armii nabrał nieco obycia, to jednak cech dzikiego Azjaty nigdy się nie wyzbył. Do krzyków nawykł od dzieciństwa, ale aż do dziś żaden Polak nie odważył się na taką bezczelność, aby podnieść głos na carskiego żołnierza. Ach, gdyby tylko mógł sięgnąć do szabli!
Stanisław Kiliś wiedział, na co może sobie pozwolić. W czasie wielu nocy spędzonych nad talią kart nie zawsze był sam na sam z proboszczem. Częstym ich kompanem bywał Andrzej Laskowski, potomek polskich zesłańców syberyjskich, teraz pozostający w służbie imperatora, jako komendant rosyjskiego kontyngentu. Był to stosunkowo młody jeszcze człowiek, wykształcony i dbający o szlacheckie maniery. Na oficerskie epolety zasłużył sobie w walkach z wojskami japońskimi na początku stulecia. Język polski rozumiał wybornie, za to w mowie strasznie kaleczył go rusycyzmami.
— Andrzej! Andrzeju, ci twoi złodzieje okradli mnie! — zawołał Stanisław Kiliś, gdy tylko wbiegł do izby.
— Okradli? Kto? Moje sołdaty? — z niedowierzaniem dopytał oficer.
— Tak przyjacielu! Twoi złodzieje mnie okradli!
— Stanisławie, ja wiem, że oni kradną — westchnął Laskowski, starając się zachować spokój. — Ale tu nie chodzi o sprawiedliwość, tylko o przetrwanie — dodał.
Stanisław zmrużył oczy, jego twarz stężała.
— A co z moim przetrwaniem, Andrzeju? Co z moją rodziną? — zapytał sucho, jakby każde słowo było ostrzem tnącym ciszę. Laskowski westchnął, ale jego wzrok odwrócił się ku ziemi. Nie miał odpowiedzi. Cisza, która zapadła między nimi, była bardziej przerażająca niż jakiekolwiek słowa. — Nic na to nie poradzę, ale zabroniłem im okradać ludzi w Kosewie… Wiesz o tym — przypomniał Laskowski. Po chwili, jakby sam do siebie dodał: — Ciebie znają osobiście, widywali nas razem… który by się odważył?… — wyszeptał, po czym dodał: — Poczekaj na mnie chwilę.
Rosjanin wrócił po kilkunastu minutach.
— Tak, jak myślałem — zaczął. — Moi ludzie cię nie okradli.
— Ale…
— Posłuchaj… — Laskowski przerwał swemu gościowi wyjaśniając tło całego zajścia: — To rzeczywiście byli ruscy żołnierze, ale nie moi. Przed obiadem prowadzili tędy na Modlin nowych rekrutów. Dowiedziałem się, że „zajrzeli" do wielu domów — skonstatował smutno.
— Co teraz?!
— Co ci zabrali?
— Stolik, taki niewielki, drewniany stolik — odparł Kiliś, a widząc zaskoczoną minę Rosjanina dodał z zakłopotaniem: — Niewiele wart, ale dla mnie to jedyna pamiątka po dziadkach.
— Dobrze, że jest ciepłe lato…
— Lato, co ma do tego lato?
— Widzisz Stanisław, gdyby było zimno, stolik poszedłby na ognisko. Już byś go nie zobaczył. A tak, na pewno dobrze go pilnują i szukają kupca. Twój mebel jest bezpieczny przyjacielu — zapewnił Rosjanin z uśmiechem.
Po krótkiej naradzie mężczyźni uzgodnili, że jeden z nich zdobędzie informacje na temat przemieszczającego się oddziału, jego dowódcy i miejsca stacjonowania, a być może też uda się mu ustalić bezpośrednich sprawców kradzieży. Drugi zaś zacznie rozpytywać okoliczną ludność, prosząc o informacje, gdyby ktoś spotkał się z ofertą kupna podobnego przedmiotu.
Polski uczestnik tej przedziwnej narady nie zamierzał jednak ograniczać się do tych ustaleń. Doskonale pamiętał, jak synowie jego, nie wiedząc, że są słyszani przez ojca, rozmawiali na temat potrzeby wstąpienia do formowanych, polskich oddziałów. W planach tych przodowali Kazimierz z Wacławem, chociaż i młodszy od nich Stefan nie krył marzeń o przywdzianiu polskiego munduru. Jak na ten moment, wszystko to wydawało się mało realne, a i Stanisław, chociaż uważał się za patriotę, nie marzył o tym, aby jego dzieci ginęły na froncie. Postanowił sobie, że utrudniać im zaciągnięcia się do armii nie będzie, ale w duszy liczył jednak na to, że żegnać się z dziećmi nie będzie musiał. Teraz jednak zdecydował dać chłopakom przedsmak wojenki.
Rozalia widziała, jak Stanisław wraca do domu, gniewny i zamyślony. Jego kroki były ciężkie, jakby nosił na barkach nie tylko troski, ale i decyzje, które musiał podjąć. Znała go zbyt dobrze, by nie zauważyć tych znaków. Zawsze najpierw milczał, potem ruszał w pośpiechu, a potem — podejmował decyzje, które wpływały na całą rodzinę.
Tym razem było inaczej. Stanisław, ledwie przekroczywszy próg, odwrócił się do synów: — Idziecie ze mną — jego rozkaz był surowy, choć głos wciąż nieznacznie drżał.
Rozalia natychmiast podniosła głowę znad stołu, przeczuwając kłopoty. — Stasiu, co robisz? — zapytała, choć odpowiedzi się nie spodziewała. Jej głos był miękki, pełen troski, ale wiedziała, że teraz nic go nie zatrzyma. Stanisław nawet na nią nie spojrzał. Przeszedł przez izbę, jakby go tam nie było, jakby nikt, poza synami, nie istniał.
To zawsze tak wyglądało. Jego decyzje były niepodważalne, jego słowo ostateczne. Ale tym razem… Tym razem coś było inaczej. Czuła to, jak kobieta, która spędziła lata u boku tego samego człowieka, znając każde jego spojrzenie, każdy gest.
— Gdzie ich prowadzisz? — ponowiła pytanie, choć bardziej do siebie niż do niego.
Stanisław zatrzymał się na moment. Chciał coś powiedzieć, tłumaczyć, ale co mógł jej powiedzieć? Że wysyła ich na misję, z której mogą nie wrócić? Że stary stolik i to, co w nim ukryte, jest ważniejsze niż bezpieczeństwo ich dzieci? Te słowa nie przeszłyby mu przez gardło. Nie patrząc na nią, wyszedł z izby.
Rozalia patrzyła, jak synowie bez słowa wstają i ruszają za ojcem, jakby podążyli za nim nawet na koniec świata. Ale czy on wiedział, dokąd ich prowadzi? Z każdą minutą czuła, że coś się zmienia, coś w ich rodzinie zaczyna się jeszcze bardziej kruszyć. Jak zawsze, milczała.
Gdy już było wystarczająco daleko, aby żadne wścibskie ucho ich nie podsłuchało, ojciec zabrał się do wyłuszczenia synom sprawy. Nadal nie wyjawiając prawdziwej wartości, jaką dla całej rodziny stanowił zaginiony mebel, opowiedział im o słowach Rosjanina i dał krótkie polecenie: mają odzyskać mebel, a przynajmniej ustalić, gdzie jest przechowywany. Na zgodę nie czekał. Dał polecenie i oczekiwał efektów.
Młodzi Kilisiowie rozumieli swoje zadanie. Więcej, byli niezwykle dumni z ojcowskiego zaufania i nie wyobrażali sobie, że mogliby go zawieść. Planowanie akcji rozpoczęło się niemal natychmiast. Naturalnie, priorytetem było odzyskanie łupu. Jednak trzeba było też zadbać o bezpieczeństwo wewnętrzne, czyli wymyślić sobie odpowiednie alibi na dłuższy pobyt poza domem. Matka, Rozalia Kilisiowa mogłaby niechcący pokrzyżować plany, a nawet sprowadzić niebezpieczeństwo na swych synów. Ci, w przeciwieństwie do ojca, uważali iż są sytuacje, które wymagają minięcia się z prawdą dla jakiegoś wyższego, zbożnego celu. Tak też było i tym razem. Pretekstem stał się pomysł odwiedzenia kuzynów Rzepkowskich w pobliskim Stanisławowie zwanym wówczas z rosyjska Kolonią Aleksandryjską.
Rozalia Kiliś nie miała ani czasu, ani potrzeby, by wnikać w plany Kazika i Wacka. Skoro ojciec im pozwolił odwiedzić rodzinę, niech idą. Jednak gdy wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, pojawił się niespodziewany problem.
— A wy dokąd? — zapytała Mania, najstarsza siostra chłopców, widząc ich przygotowania.
— Do Rzepkowskich — odpowiedział Wacek, starając się brzmieć beztrosko. — W odwiedziny.
— Do Rzepkowskich… — powtórzyła dziewczyna z lekkim uśmieszkiem. Jej ton zdradzał, że coś jej nie pasuje.
— Ano do Rzepkowskich. Tatuś pozwolił — dodał gorliwie Kazimierz, starając się zabrzmieć przekonująco.
— Co za zbieg przypadku! Wyobraźcie sobie, że i ja zatęskniłam za nimi. Pójdę z wami — oznajmiła, jakby decyzja była już podjęta.
Jej bracia doskonale zrozumieli, skąd ta nagła decyzja dziewczyny. Marianna była nie tylko pierworodną córką ich ojca, ale i tą ukochaną. Niejednokrotnie to ona pierwsza dowiadywała się o wielu sprawach rodzinnych, będąc często powiernicą a nawet doradcą ojca. Ileż to razy Mania wiedziała o sprawach, o których jej matka pojęcia nawet nie miała. Nie, Stanisław nie ukrywał niczego przed swą żoną, ale też nie zawsze uważał za stosowne konsultować cokolwiek z nią. Wszak to on był głową rodziny. W jego mniemaniu rozmowy z córką i szukanie u niej porad ujmy mu nie przynoszą. Nie ulegało wątpliwości, że tak też musiało być i tym razem. Jeśli mieli rację, to znaczyło, że Marianna zna prawdę, a być może wie nawet więcej, niż oni…
— No to co robimy? — zapytał Kazimierz, chcąc szybko podjąć decyzję.
— Może powinniśmy się najpierw pomodlić… — zasugerował Wacek.
— Dobra myśl. Pożyczmy od wujka koni i pojedźmy rano na Mszę.
— To przejdę się po wsi i zbiorę nieco informacji — zarządziła dziewczyna.
Gdy odeszła, starszy z braci rozłożył jedynie ręce w geście bezradności.
— Może się na coś przyda — westchnął drugi.
Ich krótki dialog przerwało pojawienie się Stanisława. Tym razem, wbrew swojemu zwyczajowi, nie zawołał synów gestem, ale sam podszedł do nich i bez wstępu wyłożył, czego dowiedział się od Laskowskiego. Sołdat, który ukradł stolik, stacjonował obecnie w Kolonii Aleksandryjskiej.
— Kolonii? To tam właśnie jutro jedziemy! — wykrzyknął Wacek z entuzjazmem.
— Nie wiem, czy powinniście — przerwał mu ojciec. — Sołdat twierdzi, że sprzedał stolik za manierkę gorzałki. Ale nie wie, komu.
Nastała chwila ciszy, którą szybko przerwał starszy z chłopaków: — Dobrze tato, zastanowimy się co robić.
Stanisław nie skomentował i tak szybko, jak przyszedł, tak też i odszedł. Jego synowie nie mając już nic dziś do roboty, postanowili pokręcić się po okolicy, posłuchać, popatrzeć… skoro wiedzieli, kto jest sprawcą, trafienie na jakiś ślad nie wydawało się trudne.
Niestety, tego dnia niczego ważnego ustalić im się nie udało. Gdy wstał świt, cała trójka, przy wyraźnym zdziwieniu ich matki, wstała i zgodnie z planem udała się do Pomiechowa. Msza św. w dzień powszedni długa nie była, więc i w drogę powrotną ruszyli dość szybko.
— Wacek, pojedź koło Fortu — poprosiła Marianna brata powożącego zaprzęgiem.
— Byliśmy tam wczoraj… znów coś wymyśliłaś?
— Pojedź — powtórzyła dziewczyna, a gdy byli już blisko, poleciła: — Chłopaki, zaczekajcie na mnie.
Nie zapytali o nic. Wiedzieli, że z Manią, podobnie jak z ojcem, nie dyskutuje się. Zjechali więc z drogi i zatrzymali konie w cieniu wierzb.
— Co się z nią dzieje — zaniepokoił się młodszy z braci po godzinie oczekiwania.
— Ona da sobie radę, ale nam się dostanie za nieoddane konie — zwrócił uwagę drugi. — Ja tu zostanę, a ty jedź do domu, bo wujek nie będzie zadowolony.
Kazimierz, kiedy został sam, w pierwszym odruchu chciał iść na poszukiwania siostry. Po chwili jednak zarzucił ten pomysł, rozumiejąc jak łatwo mogą się minąć w drodze. Wiedząc o zbliżającym się froncie, na drogi ruszyło setki mieszkańców bliższych i dalszych wiosek. Pełno było migrujących ludzi, ale i żołnierzy w przeróżnych mundurach, częstokroć obdartych bardziej od szukających chleba nędzarzy. W tych warunkach wszelkie oddalanie się od umówionego miejsca spotkania było bardzo ryzykowne. Postanowił czekać.
Czas płynął, a Marianna nie wracała. Nie wracał też Wacław, który powinien był w drodze spędzić nie więcej niż pół godziny. Do domu miał niewiele ponad kilometr…
— Co się stało? — Kazimierz zawołał na widok brata biegnącego w jego stronę po co najmniej trzech godzinach.
— Nic, musiałem u Lewandowskich odpracować konie — zaśmiał się chłopak, ale nagle, rozglądając się wokoło spochmurniał. — Mani jeszcze nie ma?
Marianny nie było. Nie pojawiła się ani za godzinę, ani na porę obiadową. Ostatecznie obaj bracia zdecydowali, że przyszła pora powiadomić o sytuacji ojca.
Zdenerwowani, niepewni losów siostry, nie pilnowali drogi. Dom wujostwa stał na skraju Kosewy, więc idąc na przełaj, przez pola, nie musieli wchodzić w obejścia sąsiadów, a pozwoliło im to zaoszczędzić kilka minut. Mijając ostatnie łany żyta, zobaczyli z oddali swego ojca chodzącego w tę i we w tę pomiędzy jabłoniami. Założone w tył ręce i szybki krok niewątpliwie wskazywały na częste u Stanisława Kilisia zdenerwowanie.
— Już jesteście?! — zawołał z nieukrywanym zaskoczeniem ujrzawszy swych synów. Oni odpowiedzieli z nie mniejszym zdziwieniem: — Tato, jak to „już"?…
— No bo Mania dopiero co zdążyła do was wyjść…
— Mania? Do nas???
Otóż okazało się, że biegnąc do domu, chłopcy właśnie minęli się z siostrą, która idąc od strony sąsiedniego Janowa postanowiła najpierw zdać relację ojcu. Teraz zaś poszła w miejsce, w którym wiele godzin wcześniej się rozstali. Nie pobiegli za nią. Musieli zdobyć najnowsze informacje, a te były wyjątkowo ważne. Otóż okazało się, że Marianna, z którą się rozstali na wschód od Kosewy, poprzez lasy, dotarła do Szczypiorna.
Wieś ta nie była jej całkiem obcą. Osada, chociaż jej znane początki sięgają czasów króla Jagiełły, nie była zbyt wielka. Ot, kilkanaście chałup, jakieś sklepy i dwór dziedzica. Do tego siedziba miejscowego nadleśniczego… Bywało, że Kilisiówna przechodziła tamtędy w drodze do krewnych, czy to na Goławice, czy dalej, do Czarnowa… Teraz dowiedziała się właśnie, że zaginiony mebel trafił w ręce miejscowego urzędnika Nadleśnictwa. Mężczyzna widział, że nie jest on cennym zabytkiem, ale dla niego wart był ceny, jakiej dziki Azjata w rosyjskim mundurze zażądał.
Radość Marianny z powzięcia tej informacji nie trwała długo. Jak wynikało z opowieści leśnika, sołdat, gdy tylko dostał swoją zapłatę, przekonał go bagnetem do oddania stolika z powrotem. Polak oddał i cieszył się, że wraz z meblem nie musiał oddać reszty rubli, jakie miał przy sobie.
— Moskale idą w stronę Janowa, prawdopodobnie na Fort w Błogosławiu, idź za nimi — zasugerował leśnik. Marianna posłuchała. Co było dalej, na razie nie wiadomo. Wróciwszy do ojca, znała już imię nowego właściciela mebla. Jej braciom to wystarczyło.
— Idziemy! — zakrzyknęli jednocześnie.
— Zaraz! — zawołał ojciec. — Najpierw coś wam dam — dodał prowadząc synów do starej, kamiennej, zagłębionej w ziemi piwnicy. Nie był u siebie, ale w czas wojny czuł się w obejściu szwagra niemal jak w domu. Gdy po chwili pojawił się znów w świetle słońca, w ręku trzymał zapas wszelakiego jedzenia. Wciskając im w ręce kawałki szynki, kiełbasy i butelkę śmietany rozkazał: — A teraz idźcie. I… niech Was Bóg błogosławi.
Była zwyczajowa pora kolacji, gdy młodzi Kilisiowie wyruszyli w drogę. Ich ojciec wiedział, że mają do pokonania ponad siedem kilometrów, nie spodziewał się ich zatem zbyt szybko. Gdy jednak nie dotarli na noc, zaczął się niepokoić. Także Rozalia, która nigdy wcześniej nie odważyła się sprzeciwić mężowi, zaczęła czynić mu wyrzuty.
— Kawałki drewna ważniejsze dla ciebie niż życie naszych dzieci? — krzyknęła w rozpaczy.
— Co ty pleciesz? — również podniesionym głosem odparł mężczyzna. Wymiana zdań bardzo szybko przerodziła się w jawną kłótnię, która musiała być na tyle niecodzienna, że w oknie izby, gdzie spali Lewandowscy, zaświeciła się lampa. To nieco ostudziło emocje obojga Kilisiów. — Ty nic nie rozumiesz — wymruczał na końcu mężczyzna, po czym dodał uniesionym głosem w stronę uniesionych nad poduszki głowy młodszych dzieci: — Śpijcie.
Tej nocy nikt nie spał. Stanisław zdawał sobie sprawę z tego, że jego najbliżsi muszą go mieć za bezdusznego dziwaka, który w obliczu wojny posyła swoje dzieci wprost w łapy wroga, aby ci poszukiwali jakiegoś starego, nic nie wartego mebla. On sam też nie do końca pewny był swej decyzji. Tłumaczył sobie, że w najgorszym razie synowie mogą zostać pobici i wrócić z niczym. Nic gorszego stać się nie mogło, bo przecież Rosjanie to dzikusy, ale ziemie te traktowali jak swoje. Za swojskością tej okolicy dla wojsk moskiewskich mogły też przemawiać liczne w okolicy kolonie, gdzie Rosjanie stanowili nie tylko znaczący odsetek mieszkańców, ale często nawet ich większość. Tak było nie tylko w Kolonii Aleksandryjskiej, która stała się swego rodzaju centrum życia duchowego najeźdźców, ale nawet w Szczypiornie, w której carat wykupywał ziemię pod nowe osadnictwo.
Ryzyko zatem, jak kalkulował, wielkie nie było. Z drugiej strony przerażała go możliwość dostania się w niepowołane ręce tego, co w stoliku było ukryte, a o czym nawet jego najbliżsi nie wiedzieli. „Gdyby do schowka dobrali się Moskale, to pół biedy" — dedukował. „Kacapy polskiego nie znają". W najgorszym razie spaliliby kawał historii, którą spisywały pokolenia.
„Gdyby ta księga wpadła w polskie ręce…" — ta myśl trafiła go nagle, jakby wyjęta z otchłani jego najgłębszych obaw. Zrobiło mu się duszno, serce przyśpieszyło, a po plecach spłynęła strużka zimnego potu. Czy to naprawdę był powód, by narażać własnych synów?
Jego myśli nadal krążyły wokół starego stolika. Ten prosty, niemal nic nieznaczący mebel, który nagle zyskał tyle ciężaru. To nie był tylko kawałek drewna. To było coś więcej. Dziedzictwo i pamięć. Krew jego rodu, zamknięta w tych pożółkłych stronach, spisanych ręką przodków. Ale czy warto? Słowa ojca wróciły do niego jak echo. „Honor, synu, to nie coś, co można stracić i odzyskać. To skarb, którego strzeżesz całe życie." A teraz on, Stanisław, miałby go oddać? Żadne złoto świata nie mogło zrekompensować tej straty.
Z drugiej strony… Czy był gotów patrzeć, jak jego synowie idą w paszczę wroga?
Poczuł, jak zaciska pięści. Wiedział, co powie Rozalia, gdy się dowie. „Jak możesz posłać ich na pewną zgubę? Dla czego? Dla kawałka drewna?" Słyszał już ten głos, pełen bólu i pretensji. „Ale co ona mogła wiedzieć? Nie zrozumie" — pomyślał gorzko. Kobieta, choć dobra i oddana, nie miała tego ciężaru na barkach, tej odpowiedzialności. To na nim spoczywało brzemię honoru rodziny. On musiał to zrobić.
Poranek nie przyniósł dobrych wieści, podobnie jak i dzień cały, zmierzch i dzień następny. W domu atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Zdziwienie, a nawet zaniepokojenie nieobecnością chłopców dało się także zauważyć u rodziny Lewandowskich, którzy mieszkając w tym samym budynku, przez cały czas mijali się, rozmawiali i żyli wspólnymi sprawami. Nie mogło więc umknąć ich uwadze, że nagle kogoś zabrakło, a co dziwniejsze, nikt nie chce na ten temat rozmawiać.
Trzeciego dnia od wyjścia z domu Kazimierza i Wacława ich ojciec postanowił zacząć działać. — Idę do Laskowskiego — zwierzył się żonie. Rozalia, w pierwszej chwili zaskoczona samym faktem, że mąż informuje ją o tym, co zamierza zrobić, nie powstrzymała uszczypliwości: — No, nareszcie!
Nie odpowiedział. Tak był już zajęty swoimi myślami, że być może nawet nie usłyszał słów żony. Musiał iść do Laskowskiego. Ten oficer był teraz jego jedyną nadzieją na odnalezienie synów. Niemal biegnąc, dotarł do dobrze sobie znanego budynku, w którym od dawna mieszkał i sołdatami dowodził znajomy potomek polskich zesłańców.
Dopiero, gdy Stanisław Kiliś znalazł się na ganku, zauważył, że coś jest nie tak. Nie tak, jak zawsze. Nie ma wałęsających się wszędzie sołdatów, nikt nie udaje, że kontroluje wchodzących… Ze wszech stron biła zupełna pustka i cisza. Jedyny hałas, jaki dało się słyszeć pochodził z sąsiednich posesji i drogi, którą szli nie tylko ludzie ale i konie ciągnący machiny wojenne. Pod Modlin zbliżały się już wojska niemieckie, więc i Moskale wszystkie swoje siły koncentrowali w twierdzy i otaczających je fortach. Laskowski musiał zatem pójść razem z nimi.
„Co robić, co robić?" — Stanisław Kiliś oparł się o drewnianą poręcz ganku i myślał. W samodzielnym szukaniu synów sensu nie widział. Za duży ruch nowych wojsk, obcych, nieznanych sobie ludzi. Za wielka masa tych nowych ludzi… Czekać bezczynnie było jednak niepodobna. „Muszę iść, może trafię na jakiś ślad" — postanowił i ruszył w swoją stronę, aby pierwszemu z napotkanych krewnych rzucić: — Idę na Błogosławie. Powiedzcie Rozalii.
Nie uszedł dalej niż ze dwa kilometry za ostatnimi chałupami Kosewy, gdy gdzieś z oddali dobiegł go znajomy głos. Odwrócił się. Zobaczył wtedy biegnącą wzdłuż skraju lasu Mariannę:
— Tatusiu, tatusiu, chłopcy wrócili! — wołała radośnie, a on nie chciał wiedzieć nic więcej. Nie dopytywał… wystarczyło mu to, że jego synowie są w domu, są żywi. Nawet nie zwrócił uwagi na „tatusiu", którego to słowa nienawidził, domagając się od dzieci, aby używały formy „tato". Do domu wracali niemal w biegu, trzymając się mocno za dłonie. Ona, rozradowana młodziutka niewiasta i on, nagle odmłodzony i pełen siły. Oboje czuli, że odzyskali tych, w których powrót zdążyli już zwątpić. Brama, zamykająca zwykle obejście Lewandowskich, tym razem była otwarta. Tuż za nią skupili się wszyscy, zarówno najbliżsi Stanisława, jak i jego siostry Józefy. W ciągu zaledwie kilku minut wieść o powrocie chłopaków ściągnęła z pól, sadu, stajni i domowych czeluści kilkanaście osób. Dwaj główni bohaterowie, widząc biegnącego ojca unieśli w górę coś, co Stanisław rozpoznał bez trudu. Wacław i Kazimierz wrócili nie tylko cali i zdrowi, ale też z odzyskanym meblem!
Chwila powitania i radości nie trwała długo. Obaj chłopcy byli nad wyraz zmęczeni, a z ich twarzy wyczytać nie było trudno, że przeszli wiele, może zbyt wiele.
Najbliższego poranka wszyscy mieli jechać na dziękczynną Mszę świętą. Nie pojechali. Walki, jakie właśnie wybuchły, na dziesięć dni sparaliżowały całą okolicę. Ani Kazimierz, ani Wacław, ani też Marianna nie chcieli nikomu opowiedzieć o tym, co spotkało ich w tych ostatnich dniach.
— Tato, najważniejsze, że teraz jesteśmy już gotowi, aby wstąpić do naszego wojska — wyszeptał młodszy z synów. Jego ojciec domyślał się, że za taką odpowiedzią stać musiała jakaś wielka przygoda, na tyle straszna, że nikt nie chciał do niej wracać. Nie miał w zwyczaju okazywania uczuć, a tym bardziej słabości. Tym razem zrobił wyjątek. Przytulił mocno syna i szepnął mu coś do ucha. — Dobrze tato — odparł już głośno chłopak i poszedł szukać Marianny.
Po krótkiej rozmowie rodzeństwo rozstało się. Wacław zniknął gdzieś z odzyskanym dzień wcześniej meblem, zaś Mania zaczęła rozdzielać młodszym jakieś codzienne zadania. Nikogo to nie dziwiło, gdyż dziewczyna, chociaż sama pracy nie unikała, to lubiła też, za ojcowskim pozwoleniem, zarządzać rodzeństwem. Gdy skończyła, poszła wprost do izby, gdzie chciała znaleźć swą matkę. — Mamo, tatuś kazał zawołać — powiedziała do stojącej przy kuchni Rozalii. — Pranie robię — mruknęła kobieta, ale zdjęła fartuch i poszła za córką. Szły wprost do sadu, ale zatrzymały się dopiero za starymi krzakami, jakie rosły tuż przed polem zasianym owsem.
Gdy Kilisiowa zobaczyła męża i dwóch najstarszych synów stojących przy aż nadto znanym stoliku, niemal zasłabła.
— Co się stało? — wydusiła z siebie, gdy tylko odzyskała głos.
— Rózia, nic się nie stało — odpowiedział z uśmiechem i jakimś dziwnie dla niego ciepłym głosem Stanisław. — Nic się nie stało. Po prostu zasłużyliście na to, aby poznać prawdę o tym stoliku i o tym, dlaczego on tak jest ważny — dodał podchodząc bliżej do mebla i odwracając go blatem do trawy. Ukląkłszy obok, zaczął coś dłubać trzymanym w dłoni dłutem.
Podczas gdy wszyscy z zaciekawieniem obserwowali tę scenę, jedynie Marianna zdawała się być nieco znudzoną, jakby mało zainteresowaną tym, co dla innych było niemal szokiem. Nie zmieniło się to nawet wtedy, gdy Stanisław po kilku minutach usunął jedną deskę, a następnie wyciągnął z wnętrza owinięty w szmaty tobołek.
— Nie stolik ma dla nas wartość, ale to — powiedział unosząc do góry wyciągnięte ze szmat coś, co przypominało zbiór kilku książeczek połączonych w jedno grubą dratwą. — To jest historia naszego rodu — dodał patetycznie. — Pisano tu o nieszczęściach, co co pokolenie spadały na Kilisiów, jakby klątwa jaka nad nami ciążyła — mimowolnie powtórzył słowa swej matki sprzed dziesięcioleci. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale tu w słowo wszedł mu starszy ze synów:
— Tato, ale czemu to było ukryte?
— Synek, czytałem wam poezje Mickiewicza… pamiętasz takie słowa: „Są prawdy, które mędrzec wszystkim ludziom mówi, Są takie, które szepce swojemu narodowi, Są takie, które zwierza przyjaciołom domu, Są takie, których odkryć nie może nikomu" — cytował z pamięci Stanisław Kiliś. — Tak samo jest u nas — dodał. — W tej księdze są słowa, których nikt obcy nie powinien przeczytać… Spisywali to wasi przodkowie przez kilka już stuleci. Ja też tu coś pisałem przed laty.
— Była u nas jakaś zbrodnia? — wykrzyknął zniecierpliwiony całą zagadką Wacław.
— Zbrodnia? Och, nie, nie było żadnej zbrodni — ojciec z trudem powstrzymał śmiech. — Chociaż kiedyś, jeszcze na Litwie, wydarzyło się coś, przez co ludzie mogliby wziąć nas na języki. A co więcej, księga ta i nas przestrzega przed klątwą…
Gdyby nie fakt, że Stanisław Kiliś miał od zawsze opinię człowieka poważnego i prawdomównego, jego słowa odebrane zostałyby jako żart. Zamiast tego wzbudziły niepohamowaną ciekawość. Pierwsza naturalnie, znalezisko chwyciła Rozalia. Niestety, nie mogąc poradzić sobie ze starym, częściowo wyblakłym rękopisem, musiała przekazać je Kazikowi. Ten, podobnie jak i jego brat, doskonale przez ojca wykształcony, radził sobie z czytaniem wyśmienicie.
— Dzieci, pamiętajcie, strzeżcie tej księgi jak samych siebie — radził ojciec. — Ta księga to nie tylko papier, to nasze dzieje, nasza pamięć o tych, którzy byli wcześniej, o ich życiu. Oni też cierpieli, też kochali i, co najważniejsze, żyli dla nas. To wszystko tak długo będzie miało sens, jak długo będziemy o nich pamiętać.
— A ta klątwa? Przecież… — Kazimierz chciał chyba zwrócić uwagę na wątek, który bardziej go zajmował niż spisane dzieje.
— Już od tak dawna nic się nie wydarzyło, co można by łączyć z tą klątwą — przerwał mu ojciec. — Może to tylko takie ludzkie gadanie. Ale tu są spisane nasze dzieje. To jest ważne — podkreślił stanowczo, chociaż ani wtedy, ani nigdy później nie dowiedział się, w jaki wielkim był błędzie.
Okołodomowe zarośla nie były najlepszym miejscem do takiej rozmowy ani lektury. Po krótkim czasie musiano wszystko odłożyć na później.
Tajemnica, jaką od tego dnia przechowywała ta piątka osób, scementowała ich więź w sposób szczególny na całe życie. Zarówno bliscy, jak i ludzie całkiem obcy, obwiniali Kilisiów o faworyzowanie trójki najstarszych dzieci… tymczasem ich połączył jedynie sekret.
Czas I wojny światowej minął w rodzinie bez wielkich tragedii. Kilisiowie przez kilka kolejnych lat pozostali jeszcze w zagrodzie Lewandowskich. Najcenniejszy z rodzinnych mebli został oficjalnie przekazany pod opiekę najstarszego z synów, Kazimierza. Ten jednak niedługo pełnił rolę strażnika rodzinnych sekretów. Idąc na wojnę z bolszewikami chciał oddać mebel swojej ukochanej siostrze. Ta, zdając sobie sprawę z faktu, że pisanie nie jest jej najmocniejszą stroną, odmówiła. Ostatecznie stołem zajął się Wacław.
Z tego okresu w kronice pozostało niewiele zapisów. „Kazik poszedł na wojnę i nie ma od niego żadnych wiadomości" — pisał na początku 1920 roku Wacław w stylu prostym, pamiętnikarskim. Opisywał też codzienne realia: „W domu jest bardzo ciężko. Dobrze, że mała Jadzia zdrowo się chowa. Nocia, jak zawsze, chorowita."
Kilka stron dalej zanotował:
Było w tych krótkich zdaniach więcej prawdy niż w długich opisach. Najmłodsza Innocenta od urodzenia była słabego zdrowia. Rodzice poświęcali jej wiele uwagi, starsze rodzeństwo dawno nauczyło się radzić sobie samodzielnie.
Wacław z czułością pisał również o Mariannie:
„Mania umie sobie życie zorganizować. W domu przyjęła rolę matki, chociaż czasami bardziej wygląda mi na nadzorcę. Aby mieć spokój od dzieci, każe im czyścić sztućce albo wycierać kurze. Ale to dzięki niej w domu panuje porządek, gdy rodzice zajęci są pracą."
Ten krótki zapis mówił o Mariannie więcej niż niejeden obszerny opis. Nie była surowa. Była odpowiedzialna. I właśnie dlatego, choć sama niewiele o sobie pisała, zajęła w rodzinnej kronice miejsce szczególne.
Pośród wojennych zapisków Wacław pozostawił jeszcze dwie historie. Na pierwszy rzut oka mogły wydawać się zwykłymi wiejskimi opowieściami. On jednak zapisał je z całą powagą. Nie dlatego, że łatwo wierzył w rzeczy niezwykłe, lecz dlatego, że ich świadkiem był człowiek, którego uczciwości nigdy nie podawał w wątpliwość.
Stanisław Kiliś.
Wacław zanotował krótko:
„Ojciec nigdy nie kłamał."
To jedno zdanie tłumaczy wszystko, co następuje później.
Pierwsza historia dotyczyła kobiety, która zmarła przy porodzie. Osierociła nowo narodzone dziecko. Mieszkańcy okolicy twierdzili jednak, że każdego dnia, o tej samej porze, widywali ją zmierzającą w stronę rodzinnej zagrody.
Rozpoznawali ją bez trudu. Za życia wyraźnie utykała, ponieważ jedna noga była krótsza od drugiej. Taką samą widywano po śmierci.
Żniwiarze pracujący na pobliskich polach mawiali między sobą:
— Kulawka idzie. Musi być już jedenasta.
W tej samej chwili z domu dobiegał charakterystyczny odgłos ssącego niemowlęcia. Dziecko, które jeszcze przed chwilą płakało, nagle milkło. Jakby ktoś właśnie nakarmił je matczynym mlekiem.
W okolicy opowiadano tę historię z całkowitym przekonaniem. Nikt nie próbował jej udowadniać. Nikt też szczególnie z nią nie dyskutował. Po prostu należała do pamięci miejscowych ludzi.
Druga opowieść była jeszcze bardziej niezwykła.
Pewnego dnia Stanisław wraz z zaprzyjaźnionym gospodarzem jechali furmanką na targ do Warszawy. Było jeszcze przed świtem. Gdy mijali zalesione wzgórza w okolicach Nowego Dworu, po lewej stronie drogi dostrzegli stado owiec pasących się na porannej rosie.
Nagle od stada odłączył się potężny baran. Ku zdumieniu obu mężczyzn wbiegł prosto na ich wóz. Nie był spłoszony. Nie próbował uciekać. Przeciwnie. Podszedł do jednego z gospodarzy i zaczął ocierać się o niego jak oswojone zwierzę.
Mężczyzna odruchowo pogłaskał go po łbie.
— Bidny baranek… bidny baranek…
W tej samej chwili zwierzę uniosło głowę. Spojrzało człowiekowi prosto w oczy. I wyraźnie odpowiedziało ludzkim głosem:
— Bidny baranek… bidny.
Po czym spokojnie zeskoczyło z wozu i wróciło do stada.
Przez resztę drogi obaj mężczyźni nie odezwali się do siebie ani słowem. Dopiero po powrocie opowiedzieli o wszystkim mieszkańcom wsi.
Wacław kończy ten zapis prostym komentarzem:
„Gdyby nie ojciec, nikt by w to nie uwierzył."
I właśnie dlatego postanowił zachować tę historię w rodzinnej kronice.
Wbrew późniejszym sądom mieszkańcy Ziemi Zakroczymskiej nie żyli na początku XX wieku wyłącznie w świecie zabobonu. Znano historię, czytano literaturę narodową, komentowano opowieści zasłyszane w kościele, na targu i w sąsiedzkich domach. Bieda sprawiała jednak, że najchętniej powracano do historii mówiących o głodzie, niedostatku i ludzkiej chciwości.
Do najczęściej wspominanych należała opowiastka o żebraku, który zamówił u gospodarza zupę ugotowaną na gwoździu. Przez wiele lat opowiadano również historię miejscowego żebraka, Wróbla. Wprosiwszy się na obiad do bogatego rolnika, miał tyle razy prosić o dokładkę, że dostał skrętu kiszek i zmarł.
Przy okazji tego nieszczęścia wytknięto też pomiechowskiemu kapłanowi wielki nietakt. Podczas Mszy pogrzebowej miał zapytać:
— Czyś człowieku klusków nie widział?
— Ano pewnie dawno nie widział — komentowano później ze współczuciem dla zmarłego.
Boże Narodzenie roku 1919 nie przyniosło rodzinie Kilisiów radości i spokoju, jakie zwykle towarzyszą świątecznemu czasowi. Dobrą Nowinę o narodzinach Chrystusa przyćmiła epidemia grypy zwanej hiszpanką, która przetaczała się wówczas przez Europę. Zaraza nie oszczędziła także Mazowsza.
Wacław zanotował wtedy:
„Wszyscy wokoło chorujemy. Nie wiem, czy przeżyjemy, chociaż Wandzia, która opiekuje się nami, zapewnia, że będziemy zdrowi."
W dalszej części dopisał słowa jeszcze bardziej przejmujące:
„Ona, chyba najradośniejsza z nas wszystkich, jest przekonana, że jako jedyna z nas umrze."
Niestety, przeczucie Wandy okazało się prorocze.
Na początku 1920 roku dziewczyna, dotąd pełna życia i pogody, nagle zachorowała. Jej stan pogarszał się z dnia na dzień. 11 stycznia, ledwie poruszając ustami, wyszeptała:
— Przyszła po mnie Pani ubrana cała na biało…
To były jej ostatnie słowa.
Rola Wacława jako autora kroniki szybko dobiegła końca. Późnym latem 1920 roku także on zgłosił się do wojska. Ostatni wpis dotyczył ran, jakie Kazimierz odniósł pod Kijowem, oraz późniejszej krwawej dyzenterii, która zakończyła się pobytem w szpitalu.
W połowie 1921 roku obaj bracia wrócili do domu. Wacław, odznaczony Krzyżem Walecznych, postanowił pozostać w wojsku. Z czasem został żołnierzem Korpusu Ochrony Pogranicza. W jego ślady poszedł młodszy brat Stefan. Obaj zamieszkali w okolicy Krzynowłogi Wielkiej, na granicy Rzeczypospolitej z Prusami Wschodnimi.
Na początku lat dwudziestych dzieci Stanisława i Rozalii zaczęły zakładać własne rodziny. Kazimierz, zaraz po powrocie z wojny, idąc w ślady dziadka, zatrudnił się przy robotach budowlanych związanych z odbudową i rozbudową umocnień wokół Twierdzy Modlin. Rok później, w 1922 roku, poślubił Stefanię Łęgowską, kuzynkę swojej matki, a za zarobione pieniądze kupił pole w Janowie, gdzie postawił trzyizbowy, drewniany dom.
Swoją szansę na ułożenie życia miała również Marianna. W czasie wojny z bolszewikami poznała legionistę, z którym planowała założyć rodzinę. Pan Bóg zdecydował inaczej. Chłopak nie wrócił z jednej z pobliskich bitew.
Wacław, żyjąc na północy, poznał Teodozję z Kołakowskich. W 1925 roku wzięli ślub i doczekali się czworga dzieci. Dla Stanisława była to wiadomość bolesna. Nie tylko dlatego, że syn założył rodzinę daleko od domu. Ojciec widział w tym dalszy ciąg rozproszenia rodu, którego przez całe życie tak bardzo się obawiał.
— Nie tak powinna wyglądać nasza rodzina — powiedział gwałtownie, gdy dotarło do niego, że Wacław zamierza spędzić życie na pruskiej granicy.
Po chwili dodał już ciszej:
— Dość już było przeprowadzek i zagubionych krewnych.
Tym razem jednak wiedział, że jego sprzeciw na niewiele się zda.
Był to pierwszy z szeregu ciosów, jakie miały go spotkać przy małżeństwach dzieci.
W roku 1926 odbył się ślub Ignacego z Heleną z Łabędów. W tym samym czasie Helena, wbrew woli ojca, wyszła za Antoniego Szcześniaka, mieszkańca Kosewy. Dla Stanisława ten związek był podwójnie bolesny. Szcześniakowie, choć w przeszłości bywało inaczej, uchodzili w jego oczach za ludzi o chwiejnym morale i słabym związku z Kościołem. Co gorsza, sam kandydat na zięcia nie bez powodu łączony był z wywrotową działalnością polskich komunistów inspirowanych przez Moskwę.
— Już zobaczyła chłopskie kalesony! — krzyczał Stanisław, gdy Helena biegła na spotkanie z nieszczęsnym wybrańcem.
Przed małżeństwem córki jednak nie ustrzegł. Związek ten przetrwał próbę czasu, choć Antoni bywał później w gniewie nazywany przez żonę parobijasem, którym w rzeczywistości pozostał do końca.
Jeszcze większe emocje wybuchły, gdy Józefa zdecydowała się poślubić swego krewnego, Lucjana Kilisia z Pomiechowa. Kandydat na męża był różnorako spokrewniony z przyszłym teściem, dlatego młodzi musieli starać się o kościelną dyspensę.
Stanisława to nie przekonało. Do końca sprzeciwiał się temu związkowi, a prawdziwego powodu odmowy błogosławieństwa nigdy publicznie nie ujawnił. Powszechnie sądzono, że uważał Lucjana za zbyt biednego, choć jego sytuacja materialna była znacznie lepsza niż sytuacja rodziny Stanisława.
Prawda była inna.
Znali ją tylko troje jego dzieci. Dla pozostałych krewnych sprzeciw ojca pozostawał niezrozumiałym uporem starszego człowieka.
Do małżeństwa doszło w Pomiechowie 22 listopada 1931 roku, w atmosferze rodzinnego skandalu. Józefa, na krótko przed planowanym ślubem, uciekła do swojej ciotki Józefy Lewandowskiej i do domu rodzinnego już nie wróciła.
Kazimierz, który przechowywał wówczas księgę, zapisał później:
„Tatuś bardzo przeżył tę historię. Zawsze, odkąd pamiętam, nerwowy i skryty, teraz stał się bardzo wybuchowy. Zmieniła się też jego mowa. Mówi tak szybko, że czasami trudno zrozumieć słowa, a on to niezrozumienie traktuje jak naszą złośliwość."
Mniej więcej z tego czasu pochodzi także historia wspominana później półgłosem w rodzinie. Sąsiad, któremu wyroiły się pszczoły, wiedząc, że Stanisław jest pszczelarzem, przyszedł z prośbą o pożyczenie kośki, czyli rojnicy. Pod nieobecność gospodarza urządzeniem samowolnie zadysponowała Rozalia. Gdy Stanisław wrócił, uznał, że decyzja należała do niego jako głowy rodziny.
Początkowo opowiadano jedynie o gwałtownej awanturze. Z czasem jednak opowieść zaczęła przybierać coraz ostrzejsze formy, aż w rodzinnych przekazach pojawiła się wersja o dotkliwym pobiciu. Trudno dziś rozstrzygnąć, ile w tym prawdy, a ile późniejszego dopowiedzenia. Nie ulega jednak wątpliwości, że Stanisław był już wówczas człowiekiem rozdrażnionym, chorym i coraz bardziej przywiązanym do pozorów dawnego porządku.
Jesienią, niedługo po ślubie Józefy z Lucjanem, Stanisław wrócił do domu silnie wzburzony. Trzasnął drzwiami, usiadł przy stole i ukrył głowę w drżących dłoniach.
— Tato, co się stało? — zawołała Marianna, widząc, że ojciec z każdą chwilą traci siły. — Tatusiu!
Odpowiedział jej jedynie niezrozumiały potok dźwięków.
Stanisław z jękiem oparł czoło o blat stołu. Lewa ręka opadła bezwładnie, prawa, drżąca, próbowała jeszcze podtrzymać głowę. Bezskutecznie.
— Tatusiu, pomogę dojść do łóżka — szepnęła Marianna, chwytając go pod ramiona.
Człowiek, który przez całe życie sam decydował o sobie i innych, w jednej chwili stał się bezradny. Nie mógł zaprotestować. Nie mógł pomóc córce. Nie mógł nawet powiedzieć, co się z nim dzieje.
Marianna, najstarsza, a zarazem najsilniejsza z rodzeństwa, zdołała ułożyć ojca na posłaniu.
— Tatusiu, co się dzieje? — powtórzyła.
Znów odpowiedziało jej tylko głuche pojękiwanie.
Nie była kobietą uczoną. Ku rozczarowaniu rodziców ukończyła jedynie dwie klasy. Zamiast nauki wybierała pomoc w domu i opiekę nad młodszym rodzeństwem. Od najmłodszych lat wykazywała jednak niezwykłą mądrość życiową, a wiedzę o sprawach praktycznych czerpała nie wiadomo skąd.
Tym razem również zrozumiała szybciej niż inni.
Otworzyła drzwi i zawołała:
— Mamuś, tatusia krew zalała! Wylewu dostał!
Rozalia wbiegła do izby bez słowa. Uklękła przy łóżku.
— Stasiek, co tobie?
Chory nie mógł odpowiedzieć. Przerażenie w jego oczach mówiło jednak więcej niż słowa. Musiał cierpieć bardzo, bo łzy spływały po pomarszczonych policzkach, a cichy jęk wypełniał izbę.
Następnego dnia zaczęli schodzić się krewni. Przyjechała siostra z Kosewy, pojawili się Pawelscy i Kilisiowie. Po wielogodzinnym zamieszaniu, rozmowach i biadoleniu uznano jednak, że choremu potrzeba przede wszystkim ciszy.
Życie powoli wracało do zwykłego rytmu.
Wszystko zmieniło się tylko w małej chatce Kilisiów.
Dni mijały, chory powoli odzyskiwał mowę, ale z łóżka już nigdy nie wstał. Od tego czasu jedynym źródłem utrzymania stało się dziesięć złotych, jakie starsi synowie, podoficerowie Wojska Polskiego przysyłali do domu rodzinnego. Uzyskanie ich nie było łatwe. Marianna, podobnie jak większość jej rodzeństwa, z postury podobna do swego dziadka Kilisia, niska, choć silna, musiała teraz pracować ponad miarę. Bez względu na pogodę, po odbiór pieniędzy od braci chadzała na pocztę do oddalonego o dwadzieścia kilometrów Zakroczymia. Nie zwalniało jej to z konieczności uzbierania w lesie drewna na opał, przygotowania posiłków czy oprania sióstr, matki i leżącego w łóżku ojca, a po wodę trzeba było iść blisko kilometr do Śniadówka, zwanego wtedy Zatoką.
— Stój, bo strzelam — usłyszała Marianna krzyk zza zarośli, gdy w lesie wuja Władka zbierała chrust. Odwróciła się, a zobaczywszy celującego w nią z dubeltówki brata swej matki, odstawiła na bok to, co zebrała, po czym znów stanąwszy tyłem, nieco się pochyliła.
— A strzelaj — odkrzyknęła pokazując ręką na najniższą część swoich pleców. Ponieważ strzał nie padł, kobieta zabrała swoje zbiory i bez słowa pożegnania poszła w stronę domu. Problemy pojawiały się nie tylko podczas wizyt w lasach prywatnych. Miejscowi byli też nękani przez jednego z urzędników nadleśnictwa. Gajowy zapłacił za to cenę najwyższą. Schwytany przez grupę kobiet, został przywiązany w mrowisku. Sprawców znali ponoć wszyscy, nie wydał nikt.
Podczas jednej z codziennych wypraw do Śniadówka Marianna poznała Stanisława Chojnackiego, swego przyszłego męża. To on, za otrzymaną z domu spłatę wartości jednej krowy, pobudował jednoizbowy domek na wynajętej od rodziny Śmiesznych, pięcioarowej działce na skraju Szczypiorna. Kilkadziesiąt kroków dalej mieszkali tam już Szcześniakowie. Chojnaccy w Szczypiornie nie zamieszkali sami. Do ich domu dobudowano maleńką izdebkę, w której dach nad głową znaleźli rodzice Marianny, a także jej najmłodsze siostry.
Sama Marianna, w przeciwieństwie do wielu mieszkańców Szczypiorna, nie bała się świata. Do najbardziej znanych w rodzinie wypraw należały jej podróże do braci. Koleją, z przesiadkami, a dalej umawianym wcześniej wozem, dojeżdżała do Świniar, Janowca Kościelnego czy Leśnik.
Stanisław Kiliś po latach choroby zmarł 7 stycznia 1935 roku. Pochowano go na cmentarzu parafialnym w Pomiechowie, gdzie jego grób istniał do początku XXI wieku.
Półtora roku później Jadwiga wyszła za Czesława Kamińskiego. Wesele zorganizowano w lesie, naprzeciw domu Chojnackich. Wkrótce potem młodzi odkupili od rodziny Kielaków sąsiednią działkę. Po drugiej stronie, tuż za siedliskiem Jankowskich, mieszkali już Szcześniakowie.
Nikt z obecnych nie przypuszczał, że wraz z ocaloną kroniką ocalała również pamięć rodu, której kolejne pokolenia miały dopiero dopisać następne karty.


