arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...

Histories

» Show All     «Prev «1 ... 8 9 10 11 12 13 14 15 16 ... 71» Next»     » Slide Show

Dziedzictwo klątwy

Rozdział VIII – Wybory i pęknięcia

Rozdział IX

Wybór bez odwrotu

Latem 1980 roku Polska była krajem na krawędzi rewolucji. Narastało społeczne niezadowolenie – pogłębiający się kryzys gospodarczy, braki w sklepach i polityczne restrykcje budziły coraz większą frustrację. W powietrzu wisiało przeczucie nadchodzących zmian.

Półki świeciły pustkami, kolejki po podstawowe artykuły były codziennością, a wartość pieniądza malała z dnia na dzień. Rządowa polityka nie nadążała za potrzebami społeczeństwa, a zadłużenie zagraniczne tylko pogarszało sytuację.

W tym klimacie rodziły się ruchy opozycyjne i niepodległościowe. Robotnicy, intelektualiści i studenci zaczynali działać wspólnie – domagali się nie tylko chleba, ale i wolności.

Przełomem były lipcowe i sierpniowe strajki. Rozpoczęły się w Gdańsku, w Stoczni, gdzie protest wybuchł po zwolnieniu Anny Walentynowicz. Szybko ogarnęły inne zakłady, prowadząc do powstania Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego „Solidarność" – pierwszego w bloku wschodnim niezależnego związku zawodowego.

To lato zmieniło wszystko.

Dla Piotra również. Zakończył ósmą klasę bez świadectwa, które dawałoby szansę na dobre liceum. Została mu jedna opcja: Zespół Szkół Zawodowych przy Polskich Zakładach Optycznych w Warszawie.

Rodzice nie protestowali. Jedyną zaletą tej szkoły było to, że... istniała. I że dojazd był w miarę prosty: najpierw pieszo na stację, potem pociągiem, a na koniec tramwajem przez Pragę. W sumie – półtorej godziny w jedną stronę.

Jesienią zamierzał wreszcie wypytać ciocię Mariannę o te tajemnicze słowa – o księdze, o zmierzchu, o wujku Kaziku. Nie zdążył. W środę, 3 września, dotarła do niego wiadomość, że ukochana ciocia Marianna zmarła 26 sierpnia w ciechanowskim szpitalu.

Nie mając kontaktu do bliskich, szpital powiadomił jednego z dalekich krewnych. I tą właśnie drogą wiadomość dotarła na pomiechowskiej ulicy do Jadwigi Kamińskiej.

– Co, ciotce się zmarło – rzucił beznamiętnie mijający ją syn Ignacego Kilisia.

Zaskoczona Jadwiga nie miała pojęcia, że pogrzeb już zaplanowano w bezimiennym grobie, gdzieś w okolicach Ciechanowa. Dzięki staraniom Jadwigi ciało udało się sprowadzić, a pochówek, przy pomocy księdza prałata Mazurczaka, zorganizować zgodnie z życzeniem zmarłej. Marianna Chojnacka spoczęła w Pomiechowie, obok swojego męża.

Zespół Szkół Zawodowych przy Polskich Zakładach Optycznych w Warszawie był placówką szczególnie pilnowaną przez władze. Zakład miał znaczenie strategiczne – produkował na eksport, a część jego wyrobów trafiała do wojska. To sprawiało, że kontrola była tu większa niż w innych szkołach zawodowych.

Już od początku działał w zakładzie Komitet Zakładowy NSZZ „Solidarność". Wiosną 1981 roku dołączyło do niego także szkolne koło, zainicjowane przez grupę uczniów z pierwszych i drugich klas. Piotr Korycki, Heniek Adamkiewicz, Piotr Błachnio i kilkoro innych chcieli nie tylko mówić o Polsce, ale realnie działać.

Ich cele nie zawsze były wzniosłe – oprócz spraw wielkich jak wolność i niepodległość, walczyli też o rzeczy przyziemne. Marzyli choćby o wolnych sobotach.

Mimo formalnej przynależności do struktur związku, ich entuzjazm nie spotkał się ze wsparciem starszych działaczy. Czuli się ignorowani, pomijani. Zapał osiadał w murach szkolnych korytarzy jak kurz – obecny, ale niedotykalny. Tak minął pierwszy rok nauki.

Gdy nadeszły wakacje, a szkolny mur opresji na chwilę odsunął się w cień, znów pojawiła się siostra Kamila – jak zawsze w porę, gdy Piotr najbardziej potrzebował przewodnika.

– Jedziemy do Koszalina – powiedziała prosto, a w jej głosie Piotr usłyszał echo tamtej górskiej przygody.

Pojechali tym samym składem: ona, Artur Nowak, Beata Dębska i Piotr. Oficjalnie był to wyjazd wypoczynkowy, ale od początku było jasne, że nie chodzi tylko o morze i zmianę powietrza. W starej kamienicy przy koszalińskim rynku każdego dnia rozbrzmiewało „Żeby Polska była Polską". Siostra Kamila nie wygłaszała przemówień. Wystarczyło, że była, słuchała i od czasu do czasu dopowiadała kilka zdań, po których zwykła piosenka przestawała być piosenką. Piotr znał już to uczucie. Kiedyś, jako kilkuletni chłopiec, wdrapywał się na stół, by dosięgnąć radia i posłuchać Wolnej Europy. Wtedy nie wszystko rozumiał, ale czuł, że zza trzasków i szumów płynie głos innego świata. Teraz ten sam głos wracał do niego w piosence.

Dla Piotra Koszalin stał się dalszym ciągiem Tatr. Tam po raz pierwszy zobaczył Polskę jako marzenie. Tu zaczął rozumieć, że to marzenie może domagać się czynu.

Wraz z początkiem nowego roku szkolnego wszystko niby wróciło na swoje miejsce, ale pod powierzchnią czuło się zmianę. Coś się przesunęło – nie gwałtownie, lecz nieodwracalnie. Korytarze tej samej szkoły, ci sami nauczyciele i znajome twarze z klasy, a jednak atmosfera była gęstsza. Jakby w powietrzu unosiła się zapowiedź czegoś większego.

Koło „Solidarności" formalnie wciąż istniało, lecz jego działalność przycichła. Za to pojawiły się ulotki. Najpierw jedna, potem kolejne – przyklejone do ścian, drżące od przeciągu, ale widoczne dla każdego.

Podpis: Niezależna Organizacja Szkolna „Biały Orzeł".

Ich przekaz był prosty i zdecydowany: żądania wolnych sobót, zapowiedź strajku. Nikt nie przyznawał się do autorstwa, ale nie było wątpliwości – to było działanie zamierzone, odważne, rozproszone. I skuteczne. Podejrzani też byli. Nie bez powodu. Wkrótce podobne wezwania pojawiły się także w dwóch innych szkołach na warszawskiej Pradze.

Na przerwach szeptano ostrożnie, z napięciem. Nauczyciele, jakby mimowolnie, częściej spoglądali przez ramię. Tajemnicza inicjatywa, choć bez twarzy, nabierała siły.

Dla Piotra ten czas był jak dalszy ciąg tamtej podróży do Koszalina. Pieśni, rozmowy, cisza po słowach siostry Kamili – wszystko to nadal rezonowało gdzieś głęboko, jakby wyznaczając kierunek. Już wiedział, że to nie tylko młodzieńcze poruszenie. To był początek drogi.

Sprawców tych „bezczelnych" czynów w szkole nikt nie ujął, a mimo to oceny Piotra nagle zaczęły się psuć jeszcze bardziej. Wiedza ani liczba poprawnych odpowiedzi na sprawdzianach nie miały wielkiego znaczenia. W dzienniku pojawiała się dwójka za dwójką.

W 1981 roku przy Mokotowskiej 16 mieściła się siedziba Regionu Mazowsze NSZZ „Solidarność". Z zewnątrz była to zwykła warszawska kamienica: fasada, okna, skrzypiące drzwi. W środku panował ruch, którego Piotr nie znał ani ze szkoły, ani z domu. Ludzie wchodzili i wychodzili z teczkami pod pachą, rozmawiali półgłosem, przenosili paczki papieru, odbierali ulotki, zostawiali wiadomości.

Najważniejsze były powielacze. Chrzęszczące maszyny pracowały niemal bez przerwy, wyrzucając z siebie biuletyny, odezwy i kartki, które jeszcze tego samego dnia miały trafić do zakładów, mieszkań, tramwajów, kościołów i szkół.

Piotr nie miał legitymacji, nie podpisywał dokumentów i nikt nie powierzał mu wielkich tajemnic. Był obecny. Nosił papier, układał wydrukowane stosy, pomagał przy farbie. Wśród stukotu maszyn i zapachu drukarskiej farby po raz pierwszy poczuł, że jego własny bunt ma miejsce, ludzi i narzędzia. Szybko odkrył swój własny sposób na udział w tej pracy. Zauważył, że pod kamienicę regularnie podjeżdżały ciężarówki z zaopatrzeniem – tonami papieru, beczkami farby drukarskiej. Gdy kierowcy zostawali z tym ładunkiem sami, oferował pomoc. Jego młodzieńcza sylwetka i pozorna niewinność czyniły go idealnym „ochotnikiem".

Po kilkudziesięciu minutach dźwigania, wymieniając z kierowcami porozumiewawcze spojrzenia, wracał do domu z plecakiem, pod którego płótnem kryły się ryzy papieru lub puszki farby. Czuł dumę, ale i niepokój. Wiedział, że jeśli ktoś każe mu otworzyć plecak, nie będzie umiał wytłumaczyć, po co uczniowi tyle papieru.

Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi Mokotowskiej 16, Piotr poczuł chłód wrześniowego powietrza. Schował dłonie do kieszeni. Miał wracać, ale coś go jeszcze przyciągało. Krążył wokół budynku bez celu, jakby chciał coś sobie dopowiedzieć. Może tylko uspokoić myśli.

– A ty czego tu się kręcisz? – agresywny głos zza pleców przerwał jego zamyślenie.

Odwrócił się. Nieznajomy miał może dwadzieścia dwa lata, ale patrzył twardo. Zbyt pewnie. Zbyt celnie.

– A, spaceruję sobie – rzucił Piotr swobodnie, choć serce zaczęło bić szybciej. To mógł być esbek. Tu, pod samą „Solidarnością", czuli się pewnie. Ich terytorium.

– Spacerujesz sobie, w czasie szkoły? – powtórzył tamten z wyczuciem drapieżnika.

Za blisko... wie za dużo – pomyślał Piotr. Przez moment rozważał ucieczkę. Ale stał. Uczył się, że czasem trzeba stać.

– Spokojnie, nie jestem ubekiem – dodał tamten, jakby odczytał myśli.

– Tak, wiem. Święty Mikołaj, co pobłądził – odpowiedział Piotr z wymuszoną ironią.

– Widziałem Białego Orła – powiedział nieznajomy, obniżając głos.

Wagarowicz zamarł. Słowa przeszyły go jak prąd. Widział? Co dokładnie widział?

– Chcielibyście działać na poważnie? – nieznajomy mówił spokojnie. Opowiedział o „organizacji", która czeka, która działa w cieniu. Warunek: tajność. Żadnych pytań. Tylko rozkazy.

Piotr milczał. Myślał gorączkowo. To pułapka. Zbyt bezpośrednie. Zbyt wyreżyserowane. Ale nie mógł się wycofać – nie tutaj, nie teraz.

– Może – odpowiedział ostrożnie. Umówili się na kolejne spotkanie.

Po rozmowie jeszcze przez chwilę stał nieruchomo. Tętno zwolniło, ale napięcie zostało. Wrócił na stację bez oglądania się za siebie. W wagonie kolejki oparł głowę o szybę i zamknął oczy. Nie spał. Wciąż słyszał głos tamtego chłopaka.

Zostałem namierzony – pomyślał.

Nie chodziło już o jeden plakat. Tamten mówił o „Białym Orle", o ulotkach, o sprawach, których nie omawiało się głośno nawet między kolegami. Młodzieńcza gra w konspirację właśnie się skończyła.

Matce nie powiedział nic. Następnego dnia poszedł tylko do Artura. Artur Nowak – spokojny, wyważony, o bystrym spojrzeniu – był jedyną osobą, której ufał bez zastrzeżeń. To właśnie jego zwerbował wcześniej do „Białego Orła", przekonany, że chłopak nie tylko podziela ich poglądy, ale potrafi też patrzeć na rzeczywistość z dystansem.

Spotkali się w jego mieszkaniu. Piotr opowiedział o tajemniczej rozmowie na Mokotowskiej, o propozycji, która wydawała się jednocześnie obiecująca i niepokojąca. Artur słuchał w milczeniu, marszcząc brwi. Gdy Piotr skończył, jak przystało na młodego intelektualistę, nie odpowiedział od razu. Pokiwał tylko głową.

– Nie sami. Musimy to przedyskutować z resztą. Decyzja powinna być wspólna – zawyrokował z miną mędrca.

Następnego dnia w jednej z opuszczonych piwnic na terenie osiedla odbyły się demokratyczne konsultacje. „Biały Orzeł" w pełnym składzie, w ciasnym kręgu, bez kart do głosowania, ale z powagą, której nie powstydziłby się żaden parlament.

Decyzja zapadła niemal jednogłośnie. Zaskakująco zgodni, młodzi konspiratorzy uznali, że należy przyjąć propozycję tajemniczej organizacji. Nikt nie podejrzewał prowokacji. W ich oczach był to krok w stronę większej sprawczości – szansa, by ich działania miały realne znaczenie.

Postawili tylko jeden warunek: „Biały Orzeł" nie rozwiązuje się i nie oddaje ludzi pojedynczo. Wchodzą razem albo wcale – jako własna komórka, z własną odpowiedzialnością i własną lojalnością.

Wtedy wydawało się to rozsądne. Dopiero później miało się okazać, że właśnie ta odrębność zacznie budzić w „Piaście" nieufność.

Niedługo potem, podczas samotnej wizyty na Powązkach, impulsywnie przycisnął małą, złożoną na czworo ulotkę do żelaznego ogrodzenia Kwatery Katyńskiej. Kartka, na której skrobiącym się długopisem wypisał zaledwie kilka zdań, wydała mu się wołaniem, które musiało dotrzeć. Okazała się przynętą.

Nie minęło pół godziny, gdy w bramie cmentarza zastąpiły mu drogę dwie sylwetki w skórzanych kurtkach. Nie musieli się przedstawiać. „Chodź z nami, poeto" – warknął starszy, chwytając go tak mocno za ramię, że aż kość zatrzeszczała. Zaciągnęli go do surowego, zielonego samochodu, który śmierdział papierosami i lękiem.

W Pałacu Mostowskich świat zwolnił i stał się ostry, nienaturalny. Oświetlona lampą twarz przesłuchującego, kojarząca się z twarzą nauczyciela od fizyki, kontrastowała z cichym, syczącym głosem, który zadawał w kółko te same pytania. „Kto? Gdzie? Kiedy?". Piotr czuł, jak zimny pot spływa mu po kręgosłupie, a serce wali młotem w klatce piersiowej. Zacisnął zęby, powtarzając w myślach jedyną bezpieczną formułę: Ja. Nikogo. Nigdzie. Powtarzał ją tak długo, aż jego głos przestał brzmieć jak jego własny. Gdy w końcu wypchnięto go na zimne, wieczorne powietrze, drżał nie z zimna, ale z wewnętrznego wstrząsu, uczucia, że dotknął czegoś groźnego i nieczystego.

W „Piaście" spotkała go burza. „Samowola! Egoizm! Mogłeś pogrążyć wszystkich!" – słyszał gorzkie słowa. Stał ze spuszczoną głową, wchłaniając je jak razy. Lecz gdy umilkli, ten sam głos dodał ciszej, niemal dla siebie: „Ale wytrzymałeś. Nie pękłeś". I wtedy Piotr po raz pierwszy poczuł, że ten dreszcz, który w nim został, nie był tylko strachem. Był też gorzkim posmakiem inicjacji, pieczęcią wtajemniczenia. Zrobił krok w głąb, ale część siebie zostawił za sobą w tych gołych, oświetlonych ścianach.

Na początku grudnia 1981 roku, tuż przed wybuchem czegoś większego, zjawiła się Marzena. Nie znał jej prawdziwego imienia. Smukła sylwetka, krótka kurtka, torba z dokumentami. Wręczyła mu kopertę bez słowa, jakby to była tylko gazeta. Decyzja komendanta.

Z treści nie dało się wyczytać emocji. Była sucha, konkretna, niemal wojskowa. „Tworzenie struktur. Werbowanie nowych członków. Przygotowanie do powstania narodowego." Brzmiało to poważnie, jakby rzeczywiście szykowali się na wojnę. Może i tak było. Ale na papierze była i inna informacja. Oto ktoś wyżej zdecydował, że będą porozumiewać się własnym językiem. Nie miał to być tylko szyfr do wzajemnej komunikacji, lecz własne znaki literowe, własny system zapisywania dat i liczb, a nawet język. O ile to pierwsze ukształtowało się szybko i było w miarę łatwym procesem, o tyle tworzenie języka trwało wiele lat, właściwie aż do 1989 roku i nigdy nie zostało w pełni ukończone. Mimo to – Kirge hejn, to króciutkie zdanie, choć znane każdemu, gdy zostało zapisane opracowaną właśnie czcionką i nowym systemem kodowania, było nie do odczytania.

Na dostarczonym Piotrowi dokumencie dopisano: „Kto chce i ma możliwości – może działać samodzielnie. Akcje ulotkowe. Własne ryzyko."

Piotr złożył dokument na pół i schował głęboko. Wiedział, że od tej pory każdy wybór niesie cenę. Ale miał też pewność – że będzie wybierał.

W podziemiach bloku nr 20 w Legionowie panował osobliwy spokój. Piwnica, oficjalnie oddana na potrzeby klubu młodzieżowego, nie przypominała ani świetlicy, ani sali zabaw. Nie było tu muzyki z magnetofonów, dymu papierosowego, śmiechu rozbawionych nastolatków. To miejsce przyciągało inny rodzaj młodzieży – tych, którzy chcieli coś zmienić.

Praca przebiegała w ciszy, przerywanej jedynie oddechem i szelestem papieru. Ryzy papieru znikały w oczach – ktoś ostrożnie wyciągał pojedyncze kartki, przykładał je do matrycy, wygładzał powierzchnię dłonią. Ktoś inny, z wprawą nasycał czcionki farbą, a potem przesuwał po kartce wałkiem fotograficznym. Następny zdejmował świeżo zadrukowane arkusze i zawieszał je na sznurku do wyschnięcia. Nie było tu miejsca na rozmowy, każdy znał swoją rolę. Milczenie było równie ważne jak tusz.

Kiedy papier wysychał, ruszała druga zmiana. Ulotki pakowano, zanoszono, rozklejano – najczęściej w tramwajach. Metoda była prosta, ale skuteczna. Papier smarowano klejem, przyklejano na plecy koledze, a ten, opierając się o szybę, zostawiał za sobą komunikat. Informacja jechała przez miasto.

Tamtego dnia celem był Urząd Miejski w Legionowie. Miejsce nieprzypadkowe i wymagające odwagi. Piotr, jak zawsze skupiony, podsunął słoiczek z klejem Heniowi.

– Ja mam w tym maczać palce? – zapytał z przekąsem, choć w oczach błysnęło napięcie.

Ton był żartobliwy, ale to właśnie Heniek ryzykował najwięcej. Nie tylko sobą. Był synem oficera wojska, mieszkał z rodziną w służbowym lokalu. W razie wpadki cała rodzina mogła zostać eksmitowana, a jego ojciec – zdymisjonowany.

Tym razem się udało. Wypełnili tablicę ogłoszeniową, zostawiając kilkanaście ulotek pod hasłem „Prawda to nie zbrodnia". Potem zamknęli szafkę własną kłódką i zniknęli, zanim ktokolwiek zdążył zareagować.

Piwnica w bloku nr 20 znów zamilkła. Ale echo tej ciszy niosło się dalej – przez szybę tramwaju, przez urzędnicze korytarze, aż do tych, którzy wciąż mieli odwagę czytać.

W nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku na ulice wyjechały wozy wojska i milicji. Zmarznięty śnieg skrzypiał pod butami patroli, ale widzieli to tylko nieliczni.

Większość ludzi dowiedziała się rano, przed telewizorami, gdy zamiast niedzielnego programu zobaczyła generała Wojciecha Jaruzelskiego. W wielu domach zapadła cisza. Słowo „wojenny" brzmiało nierealnie, jakby nie pasowało do kuchni, dziecięcych kapci, niedopitej herbaty i porannego światła w oknach.

Do Koryckich wiadomość przyszła z kościoła.

– Mamy w Polsce stan wojenny – ogłosiła Jadwiga po powrocie z kościoła, gdy z jakiegoś powodu rodzina nie poszła razem na poranną Mszę świętą.

– Chyba wyjątkowy – przerwał jej syn, kierując się plotkami, jakie wśród opozycjonistów krążyły od kilkunastu dni.

– Nie, ksiądz na kazaniu mówił, że Jaruzel wprowadził stan wojenny.

Piotr nie miał pojęcia, co wydarzyło się tej nocy. Jak co wieczór, szykował się do pracy w piwnicy. Tak, drukarnia ruszyła wieczorem, ale najpierw trzeba było się spotkać, porozmawiać, coś zaplanować. Kontakt „Piasta" milczał. Piotr poszedł więc do Artura. Rozmawiali krótko. Wybiegli na opustoszałe ulice Legionowa. Patroli było niewiele, za to całe miasto oklejone wielkimi obwieszczeniami o wprowadzeniu stanu wojennego. Zaczęli je zrywać. Dopiero wieczorem zabrali się w kilku do drukowania kolejnych, aktualnych ulotek. „Od obozów do łapanek ulicznych tylko krok" wołał wielki, czarny napis nawiązując do organizowanych przez władze wojskowe obozów dla internowanych. Pod hasłem pojawił się podpis: „SGK Piast".

Ulotki powstawały najprostszą metodą. Wykorzystywano do tego symbole wycięte z gumki „Myszki", a treść pisana była za pomocą gumowych czcionek kupionych w sklepie papierniczym. Papier, w dość dużych ilościach, zachowany jeszcze ze zbiorów otrzymywanych w Regionie „Solidarności", uzupełniany był przez Wandę Ziubińską, ciotkę Piotra, która obsługiwała powielacz w warszawskim Szpitalu Bielańskim. Z tego samego źródła pochodziła też później farba drukarska. Na tak intensywnej pracy minęły pierwsze dni stanu wojennego.

Był wieczór 27 grudnia. Do drzwi Koryckich ktoś załomotał. To Zygmunt Wilemski, milicjant mieszkający w sąsiednim bloku.

– Ubieraj się – rzucił do szesnastoletniego wówczas Piotra.

Gdy wyszli za drzwi, uchylił poły cywilnej kurtki, pokazując wciśnięty za pasek pistolet.

– Tylko skurwysynu uciekaj – ostrzegł.

Na dole, przed blokiem, czekała już milicyjna nysa. Dopiero po pewnym czasie młody więzień zrozumiał, czemu tak długo wówczas bezczynnie czekali w unieruchomionym pojeździe. Podczas gdy jego zatrzymanie i doprowadzenie do radiowozu zajęło milicjantowi zaledwie kilka minut, inni potrzebowali znacznie więcej czasu na wrzucenie do „suki" Artura Nowaka. Co się działo przez te kilkadziesiąt minut, nie wiadomo. Późniejsze przesłuchania obu zatrzymanych trwały wiele godzin. Służba Bezpieczeństwa musiała traktować to niezwykle poważnie. Po klasycznym przesłuchaniu doszło bowiem do wielogodzinnej rozmowy, a nawet dyskusji pomiędzy szesnastoletnim więźniem a oficerem bezpieki. Funkcjonariusz, gdy już zrozumiał, że nie dowie się niczego istotnego, posunął się do rozmów na tematy geopolityczne, a nawet dywagacji o możliwej zmianie granic Polski, naturalnie na korzyść Niemiec.

Podczas gdy Artur został zwolniony już następnego dnia, Piotra wypuszczono dopiero 2 stycznia, kierując sprawę do nowodworskiego sądu. Aresztowanie miało dla nastolatka i inne, długotrwałe konsekwencje. W czasie, gdy skończył pięć lat, zaczął się nieco jąkać. Być może przyczyną był stres, może – jak mówili niektórzy – zazdrość o nową siostrę, a być może względy genetyczne. W dalszej rodzinie jego ojca były przypadki problemów z mową, a jeden z kuzynów był zupełnym niemową. Niemniej z biegiem czasu wada ta stawała się coraz mniej widoczna. Ale teraz, gdy wyszedł na wolność, nie mógł poprawnie wymówić jednego słowa.

– I co chcieli od ciebie? – zapytał Artur podczas ich kolejnego spotkania na początku roku.

– No, niestety, teściowa jednego z milicjantów widziała mnie, jak rozklejałem te ostatnie ulotki. Mieli świadka, ale czemu ciebie zwinęli?

Artur nie odpowiedział, zapewnił tylko, że nikogo nie sypał, nic nie powiedział.

– Nie mieli na mnie nic – zaklinał się.

Piotr tyle szczęścia nie miał.

– Ja niestety, musiałem się przyznać, bo mieli aż dwoje świadków – wyznał. – Wszystko jednak wziąłem na siebie. Powiedziałem im, że papier i farbę drukarską dostałem w „Solidarności" za jakąś tam pomoc, a ulotki drukowałem sam. Starszy z chłopaków był najwyraźniej sceptyczny.

– I co, uwierzyli ci?

– Nie, ale nie mogli niczego udowodnić.

Rozmową tą zakończyła się ponad roczna działalność Artura w SGK „Piast". Co prawda, zasady obowiązujące w organizacji nie przewidywały możliwości opuszczenia jej szeregów, ale w tym przypadku wszyscy bezgłośnie dali znać, że problemu nie zauważają.

Nie minął nawet miesiąc, gdy Piotr dowiedział się, że mają go znów aresztować. Postanowił być krok przed tajniakami. Trzeba było zniknąć.

W swoim pokoju miał niewiele mebli, ale stał tam półkotapczan. Wieczorem dolną część można było rozłożyć, uzyskując miejsce do spania. W dzień, całość zajmowała znacznie mniej miejsca, zachowując zaledwie półkę na jakieś drobnostki i dwie szafki na wszystko, co na widoku być nie powinno. W jednej z tych szafek trzymał zawsze zbiór map wszelakich. Tym razem potrzebna mu była mapa samochodowa Polski. Ołówkiem zakreślił jakąś przypadkową miejscowość w Bieszczadach a na marginesie naniósł wyliczenia odnośnie czasu potrzebnego na dotarcie tam z okolic Warszawy.

Spakował się i wyszedł. Najpierw zaszedł do najbliższego przyjaciela, gdzie spotkało go ewidentne rozczarowanie. Artur, mimo widocznego zainteresowania najnowszymi wydarzeniami nie był chętny do udzielenia jakiejkolwiek pomocy. Piotr nie liczył na wiele. Mimo to, zachowanie kolegi mocno go zasmuciło. W rzeczywistości nie miał żadnych planów. Wiedział jedynie, że musi uciekać. Nie wiedział gdzie, ani z czyją pomocą. Swemu przełożonemu w „Piaście" przekazał zaledwie, że „znika" i ruszył tam, gdzie ciągnęło go serce, do rodzimego Szczypiorna.

Na działce, gdzie kiedyś stał rodzinny dom, nie pojawił się. Wiedział, że to byłoby wielce ryzykowne. Co prawda, wszelkie tropy, jakie zostawił za sobą, prowadziły w Bieszczady, ale ryzykować nie chciał.

– Dzień dobry, babciu – zawołał do staruszki, która otwarła mu drzwi starej, jednoizbowej chałupy.

Józefa Przybysz, w swoim blisko dziewięćdziesięcioletnim życiu wiele widziała. Nie zdziwiło ją więc, gdy przybrany wnuczek niemal w progu wyznał prawdę i poprosił o schronienie. Zaraz po próbie nakarmienia gościa, staruszka odsunęła jakiś mebel pokazując starą drewnianą, ledwo żywą jeszcze, klapę w podłodze przykrytą jakimś zużytym materiałem, niby dywanem.

– Odsuń to – poprosiła.

Po zdjęciu pokrywy zobaczył czarną czeluść. Z dołu uderzył zapach ziemi, stęchlizny i gnijącego drewna. Piotr pochylił się, ale zaraz cofnął głowę. Nie wiedział, jak powiedzieć staruszce, że nie chce schodzić.

– Poczekajmy chwilę, niech się przewietrzy. Wezmę świecę i zejdziemy...

– Babciu, chyba tylko ja sam tam zejdę – powiedział żartobliwie.

– No tak, sam zejdziesz – zgodziła się pani Przybyszowa.

Otworzyli okno i lekko uchylili drzwi. Na zewnątrz panował siarczysty mróz, więc po kilku minutach trzeba było je zamknąć. Dopiero wtedy Piotr zszedł na dół.

Schron był ciasny, ledwie na dwie osoby. Stało tam coś, co kiedyś mogło być posłaniem. Po prawej stronie zaczynał się wąski tunel, zabezpieczony przegniłymi belkami.

– Babciu, co to może być?

– Wyjście awaryjne. Jakby była wpadka w domu.

Jama pamiętała czasy AK-owców. Od 1944 roku nikt tam nie zaglądał. Wejście od zewnątrz skrywała psia buda, ale wszystko było już spróchniałe i groziło zawaleniem.

Piotr zrozumiał, że babcia stara się pokazać mu jego przyszłe schronienie. Miał tam zamieszkać. Wygląda strasznie, ale wystarczająco bezpiecznie – myślał. To będzie tylko na parę dni. Marzena, przyjmując jego raport dla komendanta, zapewniła, że postara się szybko go wyciągnąć i znaleźć przyzwoite miejsce ukrycia.

Babcię Przybyszową nieczęsto ktoś odwiedzał. Owszem, czasami wdepnęła kuzynka żyjąca za ścianą, ale większego zainteresowania starszą panią nie wykazywała. Można więc było mieć nadzieję na spokój i bezpieczeństwo.

Oboje z Piotrem najczęściej spędzali czas siedząc na łóżku. On słuchał, a ona opowiadała. Najwięcej o swojej młodości, o mężu i dzieciach, z których nie za bardzo była zadowolona. Ich losy potoczyły się nie tak, jak by tego chciała. Cóż, pozostawiona na łasce czasu staruszka na to wpływu już nie miała. Lubiła też wspominać czasy wojny, nie, nie tej ostatniej. Pierwszej, a potem wojny z bolszewikami. Najbardziej radował ją widok uciekających spod Warszawy czerwonoarmistów.

– Głowy mieli wzniesione w górę, palcem wskazywali w niebo i wrzeszczeli: „Boża Mać, Boża Mać", i wiali na wschód, aż się kurzyło – wspominała w zamyśleniu.

Czy miało to miejsce w Szczypiornie? Raczej nie. Być może w którejś pobliskiej wiosce, dokąd bolszewicy dotarli.

Mijał tak kolejny dzień, a „Marzena" się nie pojawiała. Może nie dotarła do niej informacja, gdzie mnie szukać... – zastanawiał się po tygodniu.

Pukanie do drzwi. Takie delikatne, nieśmiałe... To nie mogła być milicja. Mimo tej pewności chłopak zniknął w swym podziemnym schronieniu. Siedząc w ciemnościach, słyszał, jak otwierają się drzwi i słyszał rozmowę swej opiekunki. Słyszał tylko jej głos, ale bez trudu domyślił się, że do izby wchodzi jego znajoma. Nie czekał na umówiony sygnał. Wyszedł.

– Cześć, Szilas!

– Cześć. Co tak długo?

– Nie będzie pomocy. Nie teraz. Sama jestem spalona.

W chatce na skraju wsi zrobiło się jeszcze ciaśniej. Marzena, która nie miała więcej niż szesnaście lat, była bliską krewną, a może nawet wnuczką samego komendanta „Piasta". Tak przynajmniej podejrzewał Piotr. Jej decyzje, często podejmowane bez uzgodnień wymaganych od innych, pewność co do przyszłych rozkazów, a także coś, co można było nazwać szarogęszeniem się nastolatki, mówiło, że jest w jakiejś uprzywilejowanej sytuacji. Gdy po paru dniach oświadczyła, że spróbuje dotrzeć do Legionowa, skąd wcześniej uciekła, Piotr o nic nie pytał.

Po jej wyjściu cisza stała się trudniejsza do zniesienia. Nie wracała. Nie przysłała znaku. Nie było wiadomo, czy dotarła do Legionowa, czy wpadła, czy po prostu zniknęła jak inni.

– Babciu, ja muszę szukać jakiegoś rozwiązania – zagadnął pewnego ranka swą opiekunkę.

– Bądź ostrożny! Ludzie podobno giną bez śladu.

– Będę, babciu! – zapewnił, chociaż ruszał w nieznane.

Wiedział, że w Kroczewie jest proboszcz, ksiądz Antoni Gawarecki, u którego można się spotkać w razie kłopotów. Tylko tyle. Kapłana nigdy wcześniej nie widział, nie znał.

Ze Szczypiorna do Kroczewa jest nie więcej niż dziesięć kilometrów. Teoretycznie więc Piotr powinien dotrzeć tam w dwie godziny. Klucząc, unikając ludzkich osad, na miejsce doszedł po zmierzchu.

Zapukał raz. Potem drugi. Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Dopiero gdy miał odejść, za drzwiami rozległy się kroki. W uchylonych drzwiach pojawiła się postać mężczyzny w wieku dojrzałym, chociaż nie starym. Zdziwiony widokiem nieznajomego mężczyzna zapytał o powód tych niecodziennych odwiedzin.

– Ja do księdza Gawareckiego.

– A w jakiej sprawie?

– Powiem księdzu Gawareckiemu.

Drzwi otwarły się szerzej. Mężczyzna gestem ręki zaprosił chłopaka do wejścia.

– To ja. Ja jestem księdzem Gawareckim – powiedział po zamknięciu drzwi, nie proponując nawet wejścia do kancelarii.

– Mnie szuka milicja, ukrywam się – zwierzył się chłopak, chociaż zarówno strój, jak i zachowanie jego rozmówcy nie skłaniało do zaufania.

– Ukrywasz się... a dlaczego przyszedłeś do mnie? Kto ci kazał?

– Nikt mi nie kazał. Potrzebuję pomocy.

– I szukasz jej u mnie – powątpiewał duchowny, podejrzewając intrygę Służby Bezpieczeństwa.

– Nikt mnie nie nasłał i nikt mi nie kazał tu przyjść. Jestem z „Piasta"...

– Ciszej! – przerwał gospodarz i chwyciwszy chłopaka za kurtkę, pociągnął w stronę jakiegoś pokoiku. – Poczekaj tu – rozkazał.

Gdy wrócił, był z nim drugi, nieco młodszy, brodaty mężczyzna.

– To jest pan Jerzy, nasz katecheta – przedstawił nieznajomego ksiądz Antoni, po czym zniknął w czeluściach domu.

– Głodny jesteś, może coś zjesz?

– Nie, miałem kanapki – skłamał, aby nie naprzykrzać się gospodarzom.

Pan Jerzy popatrzył na chłopaka i poszedł jednak po jakąś kolację.

– Zjedz, prześpij się, a rano porozmawiamy – zarządził.

Tak też się stało. Noc minęła w cieple i po raz pierwszy od dawna w wygodnym łóżku. Ranek był mniej przyjemny. Ksiądz się nie pojawił. Zamiast niego przyszedł pan Jerzy i zaczął pytać. Spokojnie, ale uparcie. O nazwiska, o drogę, o „Piasta", o to, kto go przysłał. Piotr powtarzał swoją wersję, lecz widział, że każde zdanie rodzi następne podejrzenie.

– Kto ci kazał? – pytał katecheta.

To bolało bardziej niż cięgi. Dla Piotra nie było nic gorszego niż podejrzenie o zdradę albo podstęp. Gdy był już gotów zniknąć ciszej, niż się pojawił, napięcie nagle opadło. Może mu uwierzono. Może sprawdzono jego słowa. Dość, że po raz pierwszy od wielu dni usłyszał obietnicę pomocy.

Duchowny nie pokazał się więcej ani razu, za to pan Jerzy, z pewnością na jego polecenie, działał niezwykle sprawnie.

– Piotr, wrócisz do domu.

– Ale...

– Spokojnie. Nic ci nie grozi. Wszystko jest załatwione. Nie aresztują cię. Za jakiś czas będziesz miał sprawę w sądzie. Ktoś obiecał pomóc. Będzie dobrze – zapewnił i wyprawił nastolatka z plebanii.

Sprawa w nowodworskim sądzie odbyła się piętnastego lutego 1982 roku. Wyrok, jaki wtedy zapadł, był zgodny z obietnicą katechety z Kroczewa. Uznano go winnym druku i kolportażu ulotek, ale wykonanie wyroku zawieszono na pięć lat.

Piotr poczuł ulgę. Mając niespełna siedemnaście lat, wiedział już, co to areszt, przesłuchanie, groźby i strach. Bał się więzienia. Wyrok w zawieszeniu przyjął z wielką ulgą, ale warunków tego zawieszenia nie zamierzał dotrzymać.


Media TitleDziedzictwo klątwy
Media NotesRozdział IX
Latitude52.38096474723043
Longitude19.072265625

» Show All     «Prev «1 ... 8 9 10 11 12 13 14 15 16 ... 71» Next»     » Slide Show





Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.