arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...

Histories

» Show All     «Prev «1 ... 11 12 13 14 15 16 17 18 19 ... 71» Next»     » Slide Show

Dziedzictwo klątwy

Kronika – Rozdział XII: Droga do domu

Rozdział XII

Droga do domu

Przyszły miesiące, o których Piotr później niechętnie opowiadał. Nie dlatego, że nic się wtedy nie działo. Raczej dlatego, że wszystko, co najważniejsze, działo się wewnątrz: w bezsennych nocach, w nagłych przypływach lęku, w godzinach spędzanych bez celu nad książką, której nie potrafił czytać.

Po rozpadzie planów związanych z domem na Szczypiornie coś w nim pękło. Nie był to jeden gwałtowny upadek, lecz powolne osuwanie się po ścianie, której nie miał się czego uchwycić. Stoicy pomagali na chwilę. Ich chłodna mądrość porządkowała myśli, ale nie umiała przywrócić sensu. Panteistyczne rozważania rozmywały ból, lecz razem z nim rozmywały także kontury świata.

W końcu trzeba było wrócić do zwykłego życia. Znalazł pracę w Urzędzie Pocztowym w Jabłonnie. Przychodził rano, stawał za okienkiem, wydawał znaczki, przyjmował przekazy, odliczał pieniądze, przykładał pieczątki. Każdy dzień podobny był do poprzedniego. W tej powtarzalności było coś kojącego, ale i upokarzającego: człowiek mógł działać poprawnie, odpowiadać uprzejmie, wykonywać wszystkie czynności, a mimo to mieć poczucie, że stoi obok własnego życia.

Pewnego grudniowego popołudnia starsza kobieta, której wydawał znaczki, przez chwilę przyglądała mu się uważniej. Potem sięgnęła do torby i podała mu mały pierniczek zawinięty w chusteczkę.
--- Dla pana. Taki pan zawsze smutny --- powiedziała cicho.

Zawstydził się. Podziękował niezgrabnie, schował pierniczek do kieszeni i przez następną godzinę czuł przez materiał jego kształt. Nic się od tego nie zmieniło. Kolejka przesuwała się dalej, pieczątka uderzała o papier, ludzie pytali o listy, przekazy i paczki. A jednak ten drobny gest został z nim na dłużej niż wiele poważnych rozmów.

Pieniądze odkładane z pocztowej pensji były niewielkie. Wystarczały na przeżycie i na złudzenie, że można coś zaplanować. Piotr zaczął myśleć o wyjeździe. Nie o podróży, nie o zwiedzaniu, nawet nie o emigracji w zwykłym sensie. Chciał zniknąć z miejsca, w którym wszyscy wszystko wiedzieli, komentowali, osądzali albo milczeli w taki sposób, że milczenie bolało bardziej niż słowa.

Działalność podziemna podsuwała mu jeszcze jedną nadzieję: może ktoś za granicą pomoże, może dawne kontakty okażą się czymś więcej niż wspomnieniem konspiracyjnych rozmów. Wiedział, że to rachuba wątła. Ale człowiek, który nie widzi przed sobą żadnej drogi, zaczyna wierzyć nawet w ścieżkę narysowaną patykiem na piasku.

Paszport na wszystkie kraje świata pozostał marzeniem. Pisał podania do Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, prosił, tłumaczył, odwoływał się. W akcie desperacji wysłał nawet list do Jerzego Urbana. Odpowiedzi, gdy przychodziły, niczego nie zmieniały. Dostał jedynie dokument pozwalający podróżować do kilkunastu państw socjalistycznych --- taką namiastkę wolności, która bardziej przypominała przedłużenie klatki niż wyjście z niej.

Albania i Jugosławia, przez które można było myśleć o dalszej drodze na Zachód, pozostawały poza zasięgiem. Po długim namyśle postanowił spróbować przez Jugosławię. Wykupił tygodniowe wczasy w Sofii, zwolnił się z pracy na poczcie i wyjechał z jedną walizką. Nie wiedział, czy ma plan, czy tylko rozpacz ubraną w plan.

Przez pierwsze dni robił to, co robi turysta, który nie chce wyglądać na uciekiniera. Chodził po mieście, patrzył na obce napisy, próbował zapamiętać rozkład ulic. Potem pojechał w góry pod Sofią i zaczął uczyć się jazdy na nartach. Szybko okazało się, że z nartami radzi sobie równie niepewnie jak z własnym życiem: potrafił ruszyć, lecz nie bardzo umiał się zatrzymać.

Prawdziwa próba miała przyjść nie na stoku, ale na granicy.
--- Przyleciałeś samolotem --- powiedział bułgarski pogranicznik, oglądając dokumenty.
--- Tak, ale bardzo boję się latać --- skłamał Piotr. --- Przez Jugosławię jest najkrótsza lądowa droga do Polski.
Pogranicznik spojrzał jeszcze raz w paszport.
--- Twój dokument na to nie pozwala. Wracaj.

Tyle. Bez krzyku, bez tłumaczeń, bez patosu. Szlaban pozostał zamknięty, a Piotr przez chwilę stał z paszportem w ręku, jakby czekał, że ktoś cofnie ostatnie zdanie. Nikt go nie cofnął. Wrócił tą samą drogą, którą przyjechał.

Zostało mu kilka dni wczasów i zbyt dużo czasu. Postanowił więc dalej uczyć się jeździć na nartach. Po dwóch dniach uznał, że pora spróbować czegoś trudniejszego. Wyciąg orczykowy okazał się przeciwnikiem ponad jego siły: raz szarpnął go za mocno, innym razem przewrócił po kilku metrach, za trzecim Piotr sam puścił drążek, czując, że za chwilę pojedzie w poprzek stoku. W końcu wybrał wyciąg krzesełkowy.

Na pierwszej stacji zrozumiał, że krzesełko nie zatrzymuje się po to, by początkujący narciarz mógł spokojnie zebrać odwagę. Tylko zwalniało. Za mało. Piotr nie wysiadł. Na drugiej stacji było podobnie. Nim zdążył podjąć decyzję, jechał już dalej, coraz wyżej, aż dotarł tam, gdzie nie miał żadnego interesu dotrzeć.

Na górze musiał zeskoczyć. Spojrzał w dół i od razu zrozumiał, że stok nie jest dla niego. Założył narty tylko na chwilę, potem zdjął je z ulgą i zaczął schodzić pieszo, niosąc je na ramieniu jak dowód porażki.

Następnego dnia spróbował niżej. Stok wydawał się łagodny, długi, ale możliwy do opanowania. Ruszył ostrożnie. Minął jeden świerk, potem drugi, który --- jak mu się zdawało --- wyrósł dokładnie tam, gdzie nie powinien. Prędkość rosła. Piotr przypomniał sobie poniewczasie, że nadal nie umie hamować.

W dole zobaczył duży, szary budynek. Zbliżał się szybko. Dopiero po chwili dostrzegł wejście stylizowane na westernowy saloon: wahadłowe drzwi, które wyglądały absurdalnie w środku bułgarskiej zimy. Tuż przed budynkiem przewrócił się twarzą w śnieg, ale pęd nie ustał. Sunął dalej, prosto na wejście. Drzwi rozchyliły się z hukiem. Piotr wjechał do środka na brzuchu i zatrzymał się dopiero pod barem, w sali pełnej ludzi.

Nikt nie musiał nic mówić. On też nie miał nic do dodania. Narty odstawił na kilka dziesiątków lat.

W pociągu powrotnym do Polski usiadła naprzeciwko niego starsza para. Gdy mijali pierwsze polskie stacje, kobieta, jak kiedyś ta z poczty, wyjęła z koszyka jabłko i bez słowa podała mu je do ręki. Podziękował, ale przez dłuższą chwilę nie potrafił go ugryźć. Patrzył na owoc leżący na kolanach i czuł, że ten gest jest nieproporcjonalnie duży wobec wszystkiego, co właśnie przegrał.

Wrócił z pustymi rękami. Stracił pracę, pieniądze i złudzenie, że wystarczy wyjechać, by coś się skończyło. Nie skończyło się nic. Zmienił się tylko kierunek powrotu.

Po powrocie odezwał się kręgosłup. Najpierw pobolewał, potem bolał coraz częściej, aż w końcu zaczął porządkować dni lepiej niż jakikolwiek kalendarz. Ten ból był pozostałością po urazie, jakiego doznał, gdy kilka lat wcześniej siostra wskoczyła mu niespodziewanie na plecy. Piotr chodził od lekarza do lekarza, od skierowania do skierowania, od jednej rejestracji do drugiej. Czekał w kolejkach na korytarzach, gdzie ludzie siedzieli w płaszczach, trzymali pod pachą wyniki badań i mówili do siebie półgłosem, jakby głośniejsze słowa mogły pogorszyć diagnozę.

W PRL-owskiej służbie zdrowia nic nie działo się szybko. Na jedno badanie czekało się tygodniami, na drugie miesiącami. Każdy lekarz dopisywał coś do kartki, każda pielęgniarka odsyłała do kolejnego okienka, a Piotr coraz lepiej znał zapach korytarzy, metalowych krzeseł i mokrych płaszczy.

Pewnego ranka, stojąc w kolejce do rejestracji, zobaczył za oknem wróble kąpiące się w kałuży. Pluskały się gwałtownie, otrząsały skrzydła, wskakiwały jedna na drugą, jakby świat został stworzony wyłącznie dla tej małej, brudnej kałuży przy szpitalnym chodniku. Patrzył na nie tak długo, że gdy doszedł do okienka, pielęgniarka musiała trzy razy powtórzyć pytanie. Przez moment naprawdę zapomniał, po co tu przyszedł.

Wśród tych kolejek i odsyłań spotkał też kobietę, której imienia nigdy nie zapamiętał albo nigdy nie poznał. Była pielęgniarką. Pomogła mu przyspieszyć jedną wizytę, potem załatwiła skierowanie, którego bez niej pewnie długo by nie dostał. Nie robiła z tego sprawy. Mówiła krótko, rzeczowo, z taką zwyczajną życzliwością, która nie potrzebowała wielkich słów.

Spotkali się jeszcze kilka razy. Ostatnia rozmowa, dłuższa i spokojniejsza, odbyła się w połowie 1989 roku. Potem zniknęła z jego życia tak samo nagle, jak się pojawiła. Nie znał jej adresu, nie miał powodu, by jej szukać, a może nie miał odwagi. Zostało wspomnienie osoby, która przez chwilę potraktowała go nie jak numer w kolejce, lecz jak człowieka.

Kręgosłupa nie udało się wyleczyć, ale pojawiła się inna możliwość: foniatria. W Toruniu działał oddział, na którym leczono wady wymowy. Skierowanie, formalności, wyjazd --- wszystko poszło szybciej, niż się spodziewał. Piotr chciał wierzyć, że skoro nie udało się naprawić życia, może przynajmniej uda się naprawić mowę.

Na miejscu okazało się, że terapia wymaga czegoś więcej niż powtarzania sylab i ćwiczenia oddechu. Trzeba było mówić przy ludziach, mylić się przy ludziach, przyjmować własną bezradność bez uciekania w żart, złość albo udawaną pewność siebie. To było dla niego trudniejsze niż ból kręgosłupa. Ból można było przemilczeć. Jąkania nie dało się ukryć w chwili, gdy kazano mówić.

Po nieudanych ćwiczeniach zamykał się w sobie. Czasem odpowiadał zbyt ostro, czasem nadrabiał miną, jakby wszystko kontrolował. W rzeczywistości bał się, że i ta droga skończy się tak jak poprzednie: dobrym początkiem, kilkoma obietnicami i powrotem do punktu wyjścia.

Pewnego dnia wyszedł na miasto i trafił na targ staroci. Między starymi sztućcami, lichtarzami, książkami bez okładek i porcelaną z wyszczerbionymi brzegami zobaczył mosiężny zegar. Był niemal taki sam jak ten, który pamiętał z domu ciotki. Kupił go za ostatnie pieniądze. Przez kilka następnych dni rozkręcał mechanizm, czyścił części, składał je z powrotem i znów rozkręcał. W tej drobnej, cierpliwej pracy było coś, czego brakowało mu w terapii: jasna przyczyna, widoczny skutek, kółko, które albo ruszało, albo nie.

Tymczasem kraj przyspieszał. Rozmowy opozycji z władzą, nazwane Okrągłym Stołem, budziły w jednych nadzieję, w innych podejrzliwość. Piotra drażniła łatwość, z jaką ludzie zaczynali mówić o porozumieniu z tymi, których jeszcze niedawno nazywano okupantami. W środowisku SGK „Piast" i Konfederacji Polski Niepodległej słyszał głosy twardsze: z władzą komunistyczną się nie negocjuje.

Gdy ogłoszono częściowo wolne wybory, „Piast" wezwał do bojkotu. Jednocześnie nie zabraniał swoim ludziom udziału w pracach organizacyjnych, byle nie głosowali. Piotr wszedł więc do komisji wyborczej z ramienia Komitetu Obywatelskiego „Solidarność", a dwa dni wcześniej z jadącego pociągu wyrzucał ulotki wzywające do bojkotu. Sprzeczność była oczywista. Ale tamten czas składał się ze sprzeczności: z nadziei i nieufności, z pragnienia zmiany i lęku, że zmiana zostanie komuś sprzedana przy stole, do którego zwykłych ludzi nie dopuszczono.

Podczas pobytu w Toruniu wydarzyło się jednak coś, co nie miało związku ani z terapią, ani z polityką. Któregoś dnia Piotr wyszedł na spacer po bocznych ulicach miasta. Nie szukał niczego szczególnego. Patrzył na domy, ogrody, tabliczki przy furtkach. Na jednej z nich zobaczył nazwisko: Kilisz.

Zatrzymał się. Brzmiało prawie tak samo jak Kiliś, nazwisko z opowieści wujka Kazimierza. Przez chwilę wahał się, czy nacisnąć dzwonek. W końcu nacisnął.

Drzwi otworzyła kobieta. Piotr przedstawił się niezgrabnie i zapytał, czy nazwiska Kiliś i Kilisz mogą mieć wspólne pochodzenie. Nie wyglądała na zdziwioną.
--- To jedno i to samo --- powiedziała. --- U nas też mówiono o wędrówce z Litwy. Jeden z braci uciekł po jakiejś intrydze, którą uknuła dziewczyna. Dziwna była... Dwaj inni poszli za nim, a najstarszy wrócił na Litwę. O klątwie też mówiono, jak to dawniej.

Piotr słuchał z narastającym oszołomieniem. Nie znała wujka Kazika, nie znała Chojnackiej, nie mogła powtarzać ich słów, a jednak opowiadała tę samą historię. Inaczej rozłożoną, z innymi szczegółami, ale tę samą. Litwa, ucieczka, dziewczyna, bracia, klątwa.

--- Czyli Kronika prawdę mówi --- wyszeptał.

Powiedział to bardziej do siebie niż do kobiety. W jednej chwili rodzinne opowieści przestały być tylko opowieściami starych ludzi, które można było odkładać na później. Stały się tropem. A skoro był trop, trzeba było iść dalej. Od tego dnia szukanie przodków przestało być ciekawością. Stało się obowiązkiem.

Kilka miesięcy później przyszła wiadomość o śmierci Heleny Szcześniakowej, u której Koryccy gościli niedawno w Koszalinie. Piotr od razu poczuł żal, że jej nie wypytał. O dzieciństwo, rodzinę, wojenne losy, dawnych ludzi, których imiona jeszcze mogła pamiętać. Zrozumiał, że każda taka śmierć zamyka nie tylko jedno życie, ale i całe archiwum, do którego nikt już nie dostanie klucza.

Z tamtego pobytu w Koszalinie najmocniej zapamiętał spacer brzegiem Bałtyku z jej synem, wujem Jerzym, emerytowanym majorem Ludowego Wojska Polskiego. Szli długo przy wodzie. Morze było szare, wiatr wciskał słowa z powrotem do ust. Piotr mówił wtedy dobrze o Lechu Wałęsie, jak wielu ludzi, którzy chcieli wierzyć, że historia wreszcie znalazła swoją twarz. Jerzy słuchał przez chwilę, po czym rzucił krótko:
--- Zobaczycie, że jeszcze wielu się zdziwi.

Piotr zapamiętał te słowa, bo sam nie był wolny od podejrzeń. Publicznie Wałęsy bronił, ale w środku nosił obraz z początku stanu wojennego, kiedy pojechał do Gdańska szukać pomocy dla zdekonspirowanego członka „Piasta". Wałęsa przyjął go w mieszkaniu, lecz zamiast wsparcia Piotr usłyszał ironię:
--- Co takiego się stało, że sam Wałęsa musi interweniować?

Pomocy nie dostał. Po wyjściu zatrzymali go dwaj cywile i przesłuchali na komendzie. Wybrnął, trzymając się zmyślonej historii. Potem, już w pociągu, zobaczył mężczyznę w kurtce, demonstracyjnie pokazującego znaczek „Solidarności". Tamten epizod nie był dowodem, ale dla Piotra stał się jednym z tych obrazów, które nie chcą zniknąć i po latach obrastają podejrzeniem.

Słowa Jerzego wypowiedziane nad Bałtykiem trafiły więc na przygotowany grunt. Nie rozstrzygały niczego, ale potwierdzały nieufność, którą Piotr i tak w sobie nosił.

Helena Szcześniakowa zmarła 5 lutego 1990 roku. Na pogrzeb przyjechało niewielu krewnych. Ze strony Koryckich była Jadwiga z synem oraz siostra zmarłej, Jadwiga Kamińska. Piotr stał nad grobem z poczuciem, że po raz kolejny spóźnił się z pytaniami.

W następnych miesiącach skończyła się także praca w Przychodni nr 1 w Legionowie, przy ulicy Sowińskiego. Piotr był tam zatrudniony jako starszy asystent, ale w praktyce wykonywał obowiązki kierownika administracyjnego: pilnował zaopatrzenia, sprzętu, porządku, niższego i średniego personelu.

Początkowo dawało mu to poczucie sensu. Po miesiącach bezradności miał przynajmniej miejsce, w którym coś od niego zależało. Szybko jednak zobaczył, że przychodnia ma własny, dobrze utrwalony obieg spraw. Sprzęt znikał albo był używany prywatnie, materiały rozchodziły się nie wiadomo gdzie, a ludzie, którzy powinni reagować, woleli nie widzieć zbyt wiele.

Piotr nie umiał przejść nad tym do porządku. Zgłosił sprawę swojej bezpośredniej przełożonej. Wydawało mu się, że tak trzeba. Nie przewidział, że w świecie małych zależności samo powiedzenie prawdy może stać się błędem.

Pewnego dnia sekretarka zajrzała do jego pokoju.
--- Panie Piotrze, pani dyrektor prosi na spotkanie.

Zdjął biały fartuch i wyszedł. Siedziba dyrekcji mieściła się około kilometra dalej, w dawnym domu jednorodzinnym. Mówiono, że po wojnie wysiedlono stamtąd właścicieli, jak z wielu takich domów, które nowa władza uznała za wygodne dla siebie. Piotr szedł powoli, próbując odgadnąć, czego dotyczy wezwanie.

Dyrektorka nie traciła czasu na wstępy.
--- Pani kierownik twierdzi, że zgłaszał pan wynoszenie fotela ginekologicznego z gmachu przychodni.

Zrozumiał od razu. Nie wezwano go po to, żeby wyjaśnić sprawę, lecz żeby ustalić, kto powiedział za dużo. Przez chwilę miał ochotę potwierdzić wszystko. Potem odezwał się odruch obronny, silniejszy niż duma.
--- Nie. Ja nic o tym nie wiem i niczego nie zgłaszałem --- odparł.
--- Na pewno?
--- Tak, pani dyrektor. Na pewno. Nie było takiej rozmowy.

Spotkanie skończyło się równie szybko, jak się zaczęło. Nikt nie podnosił głosu. Nikt nie groził. A jednak po wyjściu z gabinetu Piotr wiedział, że ta praca właśnie się kończy. Nie dlatego, że ktoś mu to powiedział. Po prostu pewne zdania, raz wypowiedziane, zmieniają układ korytarzy, spojrzeń i milczenia.

Później, stojąc przed lustrem w biurowej łazience, zobaczył nagle nie urzędnika w białym fartuchu, lecz chłopca biegającego kiedyś po łące za motylami. Wspomnienie przyszło bez powodu i zabolało swoją obcością. Tamten chłopiec nie wiedział jeszcze, że dorośli ludzie potrafią urządzić świat tak, aby każdy, kto powie prawdę, musiał potem się jej wypierać.

Po odejściu z przychodni Piotr znów znalazł się w zawieszeniu. Nie miał siły natychmiast szukać następnej pracy. Czekał, choć sam nie wiedział na co. Jeszcze raz życie zatrzymało się w miejscu, które nie było ani końcem, ani początkiem.

W tym czasie odezwał się Jerzy Skwierczyński, dawny znajomy z pielgrzymek i młodzieńczych lat. Ich drogi rozeszły się dawno temu, ale Piotr wiedział, że Jerzy został księdzem. Przez pewien czas należał do Oblatów św. Józefa, a później trafił na Żytomierszczyznę, do Bykówki, gdzie pracował wśród miejscowych Polaków.

List przyszedł w chwili, gdy Piotr znów nie miał pewnego zajęcia i coraz częściej wracał myślą do seminarium. Nie była to już dawna, jasna pewność. Raczej pytanie, które powracało wtedy, gdy inne drogi się zamykały. Może jednak kapłaństwo? Może tam, gdzie wszystko osobiste tak łatwo się rozpadało, trzeba było wybrać życie bez własnego domu?

Jerzy pisał prosto:
„Piotr, zapraszam na Ukrainę. Pobędziesz tu miesiąc, popracujesz przy parafii, zobaczysz, czy to rzeczywiście twoje powołanie".

Te słowa nie dawały odpowiedzi, ale otwierały próbę. Piotr mógł pojechać daleko od Legionowa, od rodzinnych napięć, od nieudanych prac, od własnego zawieszenia. Mógł przez miesiąc żyć rytmem parafii, patrzeć na pracę księdza od środka, sprawdzić, czy to jeszcze jest jego droga, czy tylko wspomnienie dawnego planu.

Myśl o rodzinie wciąż jednak nie znikała. Przychodziła w obrazach prostych i upartych: stół, dzieci, czyjeś kroki w drugim pokoju, dom, do którego wraca się nie dlatego, że nie ma dokąd pójść, lecz dlatego, że ktoś czeka. Piotr nie umiał jeszcze powiedzieć, czego pragnie bardziej. Kapłaństwo dawało sens i porządek. Rodzina obiecywała coś mniej uchwytnego, ale bardziej własnego.

List Jerzego położył na stole jak wezwanie. Nie trzeba było od razu rozstrzygać całego życia. Wystarczyło pojechać i zobaczyć. Dlatego postanowił odpowiedzieć.

Droga z Legionowa do Bykówki była długa nie tylko w kilometrach. Pociągi, przesiadki, oczekiwanie, granica, obce dworce, ludzie mówiący raz po polsku, raz po rosyjsku, raz po ukraińsku --- wszystko to odsuwało go od Warszawy i Legionowa bardziej, niż wskazywała mapa.

Bykówka leżała na Żytomierszczyźnie, wśród równin i wiosek, które przez pokolenia nosiły w sobie pamięć dawnej Rzeczypospolitej. Polskość nie była tam ani dekoracją, ani szkolnym hasłem. Była czymś przechowywanym w domach: w modlitwach, nazwiskach, obrazach świętych, grobach, kilku pieśniach i w uporze ludzi, którzy mimo rusyfikacji, sowieckiego terroru i biedy nadal mówili o sobie: Polacy.

Piotr słuchał tych opowieści z uwagą, jakiej wcześniej często brakowało mu wobec własnej rodziny. Na miejscu rozumiał wyraźniej, co znaczy utrata pamięci. Wystarczyło jedno pokolenie zastraszone lub przemilczane, jedna wojna, jedna wywózka, jedna noc, po której ktoś nie wracał --- i całe rodzinne archiwum zamieniało się w kilka urwanych zdań.

Starsi mieszkańcy mówili o czasach, gdy polski język trzeba było chować. O szkołach, w których uczono cudzej historii. O latach trzydziestych, gdy operacja polska NKWD zabierała ludzi z domów i zostawiała po nich tylko strach. Nie opowiadali tego jak historycy. Mówili krótko, czasem półsłówkami, czasem jednym nazwiskiem, po którym zapadała cisza. Ta cisza była bardziej wymowna niż daty.

Na cmentarzach wciąż można było odnaleźć polskie napisy. Starsi ostrożnie wspominali przodków. Młodsi dopiero uczyli się, że ich nazwiska znaczą więcej, niż dotąd im mówiono. Piotr patrzył na to z mieszaniną wzruszenia i zawstydzenia. Oni, żyjąc na obcej ziemi i pod obcą władzą, przechowali więcej, niż on potrafił zachować we własnym domu.

Ks. Jerzy Skwierczyński pracował tam bez wielkich słów. Organizował parafię, odprawiał Msze, jeździł do ludzi, zbierał środki, doglądał budowy kościoła. W Bykówce i okolicy pomagały mu polskie zakonnice. Ich praca była cicha, praktyczna, codzienna: przygotować dzieci, odwiedzić chorych, dopilnować papierów, znaleźć kogoś z cegłą, deską, workiem cementu albo choćby z dobrą wolą.

Piotr szybko zobaczył, że tamtejsza wiara nie ma w sobie nic z wygody. Była spleciona z biedą, pamięcią i polskością. Ludzie przychodzili do kościoła nie dlatego, że mieli uporządkowane życie, ale właśnie dlatego, że nic nie było uporządkowane. W tej rzeczywistości ksiądz nie był tylko człowiekiem od liturgii. Był kimś, do kogo przynoszono sprawy, których nie dało się zanieść nigdzie indziej.

Z sąsiedztwa plebanii najczęściej zaglądała pani Agnieszka Kwiatkowska. Była jedną z tych kobiet, które nie pytają długo, tylko od razu widzą, że ktoś jest głodny, zmęczony albo za chudy.
--- Ale ksiądz chudy --- mówiła z troską, choć Piotr kapłanem jeszcze nie był.

Przynosiła jedzenie: trochę ziemniaków, jajka, kawałek słoniny, coś zawiniętego w czystą ściereczkę. Piotr przyjmował te dary z wdzięcznością i zakłopotaniem. Wiedział, że tam niczego nie dawano z nadmiaru. Każdy kawałek chleba, każde jajko i każda miska zupy miały swoją wagę.

Żytomierszczyzna roku 1990 była biedna i zmęczona. W miastach i wsiach brakowało wielu podstawowych rzeczy, a codzienność wymagała zaradności. Kto miał piec, drewno, ziemniaki i kawałek ogrodu, ten mógł czuć się bezpieczniej. Smutek często topiono w samogonie. Wiara jednak trwała, może właśnie dlatego, że niewiele innego było pewne.

Po jednej z Mszy podeszła do Piotra kobieta i pociągnęła go lekko za rękaw sutanny.
--- Proszę księdza, proszę księdza...
Odprowadziła go kilka kroków dalej, jakby bała się, że ktoś usłyszy.
--- Ja mam sprawę. Chcę do spowiedzi, ale tu jest tylko ksiądz Skwierczyński. Ja nie chcę do niego.

Piotr nie mógł jej pomóc. Tłumaczył spokojnie, że nie jest kapłanem, że nie może spowiadać, że musi poczekać na innego księdza. Kobieta przyjęła to bez pretensji, ale jej twarz przygasła. Dla niej nie była to kwestia organizacyjna. Przyszła z czymś, co ciążyło jej od dawna, i znów musiała odejść z tym sama.

Innym razem przyszła starsza kobieta z sąsiedniej wioski. Mówiła wolno, z trudem dobierając słowa.
--- Proszę księdza, ja jestem Polka, ale prawosławna... Wie ksiądz, jak to u nas było... ciężkie czasy.
Piotr słuchał.
--- My nie ochrzcili syna. Baliśmy się. A potem Ruscy wzięli go do wojska. Wywieźli na wojnę i Afgańce go zabili. On nie był ochrzczony. Co ja mogę zrobić?

Zaczęła płakać. Nie płakała głośno. Raczej tak, jak płaczą ludzie, którzy już wiele razy opowiadali to samo sobie i Bogu, ale nigdy nie dostali odpowiedzi. Piotr nie miał dla niej gotowego słowa. Mógł tylko stać obok i czuć, że sutanna, którą miał na sobie, waży coraz więcej.

Zdarzały się jednak także sprawy lżejsze, choć dla ludzi równie ważne. Państwo Zielińscy martwili się o kilkuletniego syna. Chłopiec wstawał nocą, chodził po izbie we śnie, czasem zbliżał się do drzwi. Rodzice bali się, że któregoś razu wyjdzie na dwór i stanie się nieszczęście.
--- Próbowaliście hipnozy? --- zapytał Piotr, gdy matka opowiedziała mu o nocnych wędrówkach.
--- A kto by tu coś takiego zrobił? --- odpowiedziała niepewnie. --- To by pomogło?
--- Nie wiem. Ale można spróbować.
--- A ile to będzie kosztować?
--- Nic. Zobaczymy, czy dam radę.

Następnego dnia zaprowadzono go do domu Zielińskich. Chłopiec stał przy matce wystraszony, jakby nie wiedział, czy ma zostać zbadany, ukarany, czy oddany obcemu człowiekowi. Piotr mówił do niego długo i spokojnie. Tajniki hipnozy znał tylko z książek zdobytych gdzieś po drodze, ale potrafił wzbudzić zaufanie. Wprowadził chłopca w sen, potem równie ostrożnie go z niego wyprowadził.

Po tym spotkaniu nocne wędrówki ustały. Rodzice przynieśli na plebanię kosz jedzenia. Dziękowali tak, jakby wydarzyło się coś wielkiego. Piotr przyjmował te podziękowania z zakłopotaniem. Nie wiedział, czy naprawdę pomógł, czy tylko przypadek ułożył się po jego stronie. Wiedział natomiast, że dla tych ludzi liczył się sam fakt, że ktoś przyjechał, wysłuchał i spróbował coś zrobić.

Pobyt w Bykówce coraz wyraźniej pokazywał Piotrowi, że kapłaństwo nie jest tylko piękną ideą, ucieczką od własnych niepokojów ani sposobem na uporządkowanie życia. Jest codziennym stawaniem wobec ludzi, którzy przychodzą z głodem, winą, strachem, chorobą, śmiercią dziecka, prośbą o sakrament, którego nie można im dać, albo pytaniem, na które nie ma prostej odpowiedzi.

Przełom przyszedł przy ambonie. Ks. Jerzy uznał, że Piotr powinien spróbować powiedzieć kilka słów do wiernych. Może chciał go ośmielić, może sprawdzić, może po prostu uważał, że inaczej Piotr nigdy się nie przekona, czy nadaje się do tej drogi.

Piotr stanął przed ludźmi. Widział twarze kobiet w chustkach, starych mężczyzn, dzieci trzymających się matek, młodych stojących z tyłu. Miał mówić o Bogu, nadziei, wierze, może o tym, że warto trwać. Otworzył usta i nagle poczuł, że nie przejdzie dalej. Słowa ugrzęzły w gardle. Nie było w tym żadnej wzniosłości. Była cisza, własny oddech, spojrzenia ludzi i dawne upokorzenie, które wróciło z całą siłą.

Wtedy zrozumiał, że nie może być księdzem. Nie dlatego tylko, że miał wadę wymowy. Ta przeszkoda była widoczna, łatwa do nazwania, ale pod nią kryło się coś głębszego. Kapłaństwo wymagało zgody na publiczne słowo, na odpowiedzialność wypowiadaną przed ludźmi, na obecność przy cudzym cierpieniu bez ucieczki. Piotr nie był do tego gotów.

Po tamtej próbie wróciły mu słowa wujka Kazika:
--- Ty będziesz miał rodzinę.

Kiedyś brzmiały jak jedna z jego dziwnych przepowiedni, półżart, półwyrok. Teraz zabrzmiały inaczej. Nie jako nakaz, ale jako rozpoznanie. Piotr coraz wyraźniej czuł, że nie szuka sutanny. Szuka domu.

Myślał o matce i wiedział, że znów ją rozczaruje. Jadwiga zapewne wolałaby syna księdza: bezpiecznego w swojej roli, oddanego Bogu, trochę wyniesionego ponad zwykłe rodzinne niepowodzenia. Piotr jednak nie mógł już udawać, że pragnienie rodziny jest tylko słabością albo pokusą. Było w nim zbyt mocno.

Wracał myślami do „Kroniki", do nazwisk, do Litwy, do Kazika, do opowieści, które ginęły wraz z ludźmi. Coraz bardziej rozumiał, że pamięć nie ocaleje sama. Musi przejść przez dzieci, przez dom, przez kogoś, kto zapyta kiedyś: „A kim oni byli?".

Wtedy po raz pierwszy wypowiedział w sobie zdanie proste i stanowcze:
„Muszę znaleźć dziewczynę, która będzie matką moich dzieci".

Nie brzmiało to romantycznie. Było raczej decyzją człowieka, który po wielu ucieczkach zaczyna rozumieć, że nie chce już znikać. Chce zostać. Chce mieć komu przekazać nazwiska, historie, ból, śmiech, wstyd i wszystko to, co dotąd rozpadało się w milczeniu.

W drodze powrotnej z Bykówki wyobrażał sobie stół. Przy nim żonę. Dzieci. Najpierw bez twarzy, jak cienie przyszłości, potem coraz wyraźniejsze. Wśród nich Rozalkę i Stanisława --- imiona, które niosły w sobie coś z rodzinnej ciągłości. Nie wiedział, czy naprawdę tak będzie. Nie wiedział nawet, czy znajdzie kobietę, która zechce iść z nim tą drogą.

Ale pierwszy raz od dawna przyszłość nie miała kształtu ucieczki. Miała kształt domu.

Teraz trzeba było żyć.

Po powrocie z Bykówki Piotr nie stał się od razu człowiekiem spokojnym. Decyzja, że nie pójdzie do kapłaństwa, zamykała jedną drogę, ale nie otwierała jeszcze następnej. Polska zmieniała się szybciej niż on. Dawne podziemne środowiska traciły pewność, że można jeszcze dokonać politycznego przełomu na własnych warunkach. Wśród ludzi z „Piasta" gasła wiara w rewolucję, a życie coraz częściej kazało wybierać między wielkimi hasłami a zwykłą codziennością.

Równocześnie Piotr ponownie rzucił się w wir działań Konfederacji Polski Niepodległej. Po latach podziemia i półlegalnych kontaktów była to już działalność jawna, ale wcale nie prostsza. Zamiast konspiracyjnych skrytek, haseł i szyfrów pojawiały się zebrania, uchwały, lokalne spory, plakaty, dyżury i rozmowy z ludźmi, którzy jeszcze niedawno bali się mówić głośno, co myślą.

Piotr nie odszedł od polityki. Raczej coraz wyraźniej widział, że sama polityka zmienia formę. Dawniej trzeba było przenieść paczkę, odebrać wiadomość, zachować milczenie na przesłuchaniu. Teraz trzeba było mówić, pisać, przekonywać, tłumaczyć i spierać się z ludźmi, którzy wolność rozumieli zupełnie inaczej.

Działalność w KPN dawała mu kontakty, tematy i język ostrzejszy niż ten, którego używało się w zwykłej pracy. Uczyła też, że lokalne sprawy nie są drobiazgami. W mieście polityka miała konkretne twarze, nazwiska, mieszkania, urzędy i pretensje wypowiadane na korytarzu albo pod sklepem.

Z tych doświadczeń naturalnie wyrosła jeszcze jedna możliwość: lokalna gazeta.

Tygodnik „To i Owo Legionowo" szukał ludzi, którzy umieli pisać, chodzić po mieście, rozmawiać z mieszkańcami i przynosić tematy. Piotr trafił tam najpierw trochę z ciekawości, trochę z potrzeby zarobku, a trochę dlatego, że dziennikarstwo dawało pozór ruchu. Można było wejść w czyjeś życie na godzinę, zapytać, zanotować, wyjść i następnego dnia iść gdzie indziej.

Po dwóch tygodniach od pierwszego kontaktu redakcja zaczęła powierzać mu stałe obowiązki. Wkrótce został etatowym reporterem. Pisał o lokalnej polityce, interwencjach, sporach, wydarzeniach i sprawach, które w małym mieście urastały czasem do rangi wielkich dramatów.

W tym samym okresie, latem 1990 roku, Piotr po raz pierwszy mocniej zaangażował się w reaktywowany Związek Strzelecki „Strzelec". Mundur, komendy, ćwiczenia i jasna hierarchia dawały mu coś, czego brakowało w innych miejscach: porządek. W „Strzelcu" nie trzeba było bez końca rozważać własnych stanów. Trzeba było wykonać zadanie.

Informacja o manewrach warszawskiego okręgu przyszła szybko. Piotr stawił się w siedzibie Związku przy Nowym Świecie. W sali zebrało się około dwudziestu chłopaków. Część miała elementy umundurowania, część zwykłe ubrania, wszyscy czekali na wyznaczonego dowódcę. Ten jednak się nie pojawiał.

Po kilku telefonach i naradach ktoś wskazał Piotra. Miał poprowadzić pododdział. Nie miał czasu zastanawiać się, czy się nadaje. Otworzono koperty z rozkazami. Zadanie brzmiało: przejść pieszo z centrum Warszawy w rejon Sulejówka, unikając grupy pościgowej.

Ruszyli. Miasto zostało za nimi, potem zaczęły się ciemniejsze drogi i las. W pewnym momencie jeden ze strzelców doznał poważnej kontuzji. Powrót całego pododdziału oznaczałby koniec zadania, zostawienie rannego nie wchodziło w grę. Piotr zdecydował szybko.
--- Wychodzimy na drogę. Blokujemy przejazd. Zatrzymujemy pierwszy samochód i odsyłamy go do szpitala.
Ustawili się na jezdni. Nadjeżdżający kierowca zwolnił, widząc przed sobą grupę młodych ludzi w mundurach. Dowódca podszedł do auta.
--- Mamy rannego. Trzeba go zawieźć do szpitala.

Nie była to prośba, choć nie brzmiała też jak groźba. Kierowca zgodził się. Poszkodowanego wsadzono do samochodu, a reszta ruszyła dalej.

Do punktu kontrolnego w Sulejówku dotarli zmęczeni, ale prawie w komplecie, pomniejszeni tylko o rannego, którego odesłali do szpitala. Nie odpoczywali długo. Wkrótce przyszła wiadomość o ruchach przeciwnika i trzeba było szybko dostać się do stacji kolejowej. Tam sytuacja wyglądała źle: za dużo światła, za dużo ludzi, za dużo oczu.

Piotr zaproponował prosty plan. Jeden z mniej rozpoznawalnych strzelców miał wejść normalnie na peron, wsiąść do pociągu i otworzyć drzwi po drugiej stronie wagonu. Reszta czekała w cieniu. Gdy pociąg stanął, drzwi rzeczywiście się otworzyły. Strzelcy wskoczyli do środka i położyli się na podłodze.

Pasażerowie zamilkli. Konduktor też przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. O bilety nie poprosił. Pociąg ruszył, a pododdział wymknął się z obławy w sposób bardziej teatralny, niż ktokolwiek zaplanował.

Następny rozkaz prowadził ich w stronę Puszczy Kampinoskiej. Po drodze, już trochę ośmieleni powodzeniem, wymyślili dodatkowe zadanie: przedrzeć się na teren strzeżonego lotniska na Bemowie, dotknąć stojących tam samolotów i wyjść niezauważenie. Pomysł był ryzykowny i niepotrzebny, ale miał w sobie wszystko, co pociągało młodych strzelców: odwagę, brawurę i odrobinę bezczelności.

Nocą przekradli się przez teren lotniska. Dotknęli kadłubów samolotów, jakby potwierdzali wykonanie zadania, po czym wycofali się bez alarmu. Dalej szli przez Kiełpin w stronę Kampinosu.

Gdy dotarli do punktu zbornego, byli brudni, zmęczeni i zadowoleni z siebie. Zadanie wykonali, a opowieść o rannym, pociągu i lotnisku szybko zaczęła żyć własnym życiem. Dla Piotra ważne było jednak coś więcej. Po raz pierwszy od dawna znalazł się w sytuacji, w której inni czekali na jego decyzję --- i ta decyzja nie rozpadła się w wahaniach. Pochwały i pierwsze awanse były tylko zewnętrznym znakiem czegoś, co poczuł mocniej: w działaniu potrafił być kimś innym niż człowiekiem niepewnym własnego głosu.

Od września 1990 roku Piotr podjął równocześnie pracę w Przedszkolu nr 12, niedaleko domu. Wkrótce okazało się, że jako mężczyzna w przedszkolu jest zjawiskiem prawie egzotycznym --- mówiono nawet, że drugim takim nauczycielem w województwie.

Dzieci przyjęły go szybciej niż dorośli. Dla nich nie był problemem ani jego życiorys, ani polityczne zaangażowanie, ani to, że przyszedł z zupełnie innego świata. Bawił się z nimi, opowiadał, organizował zajęcia, potrafił być jednocześnie stanowczy i bliski. Dzieci lgnęły do niego, a rodzice patrzyli na to życzliwie.

Wśród części personelu ta popularność nie budziła już takiego entuzjazmu. Piotr był obcy w środowisku niemal wyłącznie kobiecym, zbyt wyrazisty, zbyt polityczny, zbyt łatwo zdobywający dziecięcą uwagę. Nie umiał udawać, że tego nie widzi, ale nie umiał też dobrze się przed tym bronić.

W 1991 roku Piotr zaczął budować struktury „Strzelca" w Legionowie. Nie miało to jeszcze nic wspólnego z regularną organizacją wojskową. Był zapał, kilka mundurów, trochę sprzętu, dużo improwizacji i przekonanie, że młodym ludziom trzeba dać coś więcej niż podwórko, szkołę i telewizor.

Z czasem powstała kompania: dwa plutony strzeleckie i pluton orląt, czyli najmłodszych, poniżej dwunastego roku życia. Dzieciaki traktowały to z pełną powagą. Drewniany karabin był dla nich karabinem, komenda --- komendą, a zbiórka --- zbiórką. Piotr widział w tym coś więcej niż zabawę. Uczyli się odpowiedzialności, dyscypliny i wspólnego działania, których sam tak długo szukał.

Pomógł Andrzej Kicman, ówczesny prezydent Legionowa. Oddał im do dyspozycji lokal na rogu Jagiellońskiej i alei 3 Maja. Wcześniej mieścił się tam sklep z artykułami dziecięcymi „Bąbel" i ta nazwa długo jeszcze trzymała się miejsca, choć zamiast zabawek pojawiły się tam mundury, mapy, pasy, plecaki i głosy chłopaków meldujących się na zbiórkę.

Po zakończeniu pracy w przedszkolu przeniósł się na Tarchomin, do szkoły podstawowej, ale tam również nie znalazł miejsca na dłużej. Coraz wyraźniej rozumiał, że bez studiów będzie wciąż trafiał na ścianę: raz formalną, raz środowiskową, raz zwyczajnie finansową.

W grudniu 1991 roku przyszła wiadomość o śmierci Kazimierza Kilisia. Wujek Kazik, ostatni człowiek, który znał rodzinne opowieści nie z drugiej ręki, ale z własnego życia, został znaleziony martwy w swoim gospodarstwie. Leżał w pomieszczeniach gospodarczych. Nikt nie wiedział dokładnie, kiedy odszedł.

Od dawna żył samotnie. Zaglądała do niego właściwie tylko Helena, jego wychowanica. Piotr wiedział, że starość w Szczypiornie nie miała w sobie nic z łagodnych obrazków. Była zimna, niewygodna, zależna od opału, zdrowia, sąsiadów i tego, czy ktoś w porę zapuka do drzwi.

Krótko przed śmiercią Kazimierz pojawił się jeszcze w Legionowie. Usiadł przy stole z Jadwigą i po chwili milczenia powiedział:
--- Ja bym zamieszkał z wami...
Jadwiga nie odmówiła.
--- Wujku, bardzo chętnie. Ale musisz zapytać Heleny. Jeśli się zgodzi, zapraszam.

Czy zapytał? Czy zdążył? Czy naprawdę chciał się przenieść, czy tylko po raz ostatni sprawdzał, czy ma jeszcze dokąd pójść? Tego Piotr nigdy się nie dowiedział.

Najbardziej bolało go jednak coś innego. Razem z wujkiem odchodziły opowieści. Te, które zdążył usłyszeć, były tylko częścią większej całości. Kazimierz obiecywał mu przecież „Księgę" --- tajemnicze zawiniątko, przechowywane jak rzecz zbyt ważna, by pokazywać ją byle kiedy. Piotr wyobrażał sobie, że kiedyś usiądą razem przy stole, rozłożą stare papiery, a wujek zacznie wyjaśniać nazwiska, miejsca, daty i znaki, których nikt inny już nie rozumiał.

Ten dzień nie przyszedł.

Po śmierci Kazimierza „Księgi" nie odnaleziono. Zniknęła tak, jak znikają rzeczy w rodzinach, które zbyt długo odkładają rozmowę na później: ktoś coś przesunie, ktoś spali, ktoś uzna za niepotrzebne, ktoś schowa w miejscu, którego sam potem nie pamięta. Może było inaczej. Może leżała gdzieś jeszcze przez lata. Dla Piotra skutek był ten sam.

Stracił wujka, ale stracił też ostatnią pewność, że do rodzinnej przeszłości prowadzi jeszcze prosta droga. Od tej chwili zostawały już tylko strzępy: cudze wspomnienia, nazwiska na nagrobkach, urwane zdania, przypadkowe spotkania i pytania zadawane za późno.

W szkole na Tarchominie narastało tymczasem przekonanie, że trzeba postawić sprawę jasno:
--- Skierowanie na studia albo odchodzę.

Nie było w tym teatralnego gestu. Była raczej frustracja człowieka, który po raz kolejny widział, że samo zaangażowanie nie wystarcza. Dyrekcja nie zamierzała brać na siebie dodatkowych zobowiązań. Piotr odszedł.

Jeszcze podczas pracy w „To i Owo", przed pierwszym wyjazdem na Bałkany, jedno ze zleceń zaprowadziło go do kobiety zajmującej się bioenergoterapią. Piotr szedł tam nastawiony nieufnie. Drażniło go, że ludzie ciężko chorzy płacą za obietnicę pomocy, której nikt nie potrafi uczciwie zmierzyć. Rozmowa miała być materiałem dziennikarskim, może nawet demaskatorskim.

Po wywiadzie kobieta zatrzymała go jeszcze na chwilę.
--- Niech pan pokaże rękę.

Zrobił to bardziej z uprzejmości niż z przekonania. Ona przesunęła dłonią, poruszyła wahadełkiem, przyjrzała mu się uważnie.
--- Pan też ma moc --- powiedziała w końcu. --- Bardzo dużą moc. Powinien pan leczyć ludzi.

Piotr nie wiedział, czy potraktować to poważnie, czy wzruszyć ramionami. Zdanie jednak zostało w nim na dłużej. Hipnozą interesował się już wcześniej, a w Bykówce przekonał się nawet, że czasem sama sugestia i zaufanie mogą przynieść skutek. Wtedy jednak nie podjął jeszcze żadnej nauki. Praca w redakcji, polityka i „Strzelec" wypełniały mu czas, a wkrótce wydarzenia miały zaprowadzić go znacznie dalej.

Z tamtego, nieprecyzyjnie dziś datowanego okresu pochodzi również akcja, w której legionowski „Strzelec" został wykorzystany nie na ćwiczeniach, lecz w prawdziwym konflikcie. Konfederacja Polski Niepodległej chciała odzyskać pomieszczenia w swojej siedzibie przy Nowym Świecie. Parter kamienicy Branickich zajmowała Samoobrona Andrzeja Leppera. Z punktu widzenia KPN byli to niechciani lokatorzy, którzy nie płacili czynszu i nie zamierzali się wynosić.

Do Legionowa przyjechał sierżant Marek Albiniak ze sztabu. Podczas zajęć ze strzelcami odciągnął Piotra na bok.
--- Panie Piotrze, przyjedzie pan jutro na Nowy Świat? Może znajdzie pan jeszcze ze dwóch strzelców do pomocy?
Piotr spojrzał na niego uważniej. Z tonu rozmowy wynikało, że nie chodzi o zwykłe przenoszenie mebli.
--- Coś się będzie działo?
--- Jutro w siedzibie Komendy Głównej trzeba będzie zabezpieczyć budynek.
--- Wystawię pluton.
Albiniak uśmiechnął się z niedowierzaniem.
--- Nierealne w tak krótkim czasie.
--- Nierealne? --- powtórzył Piotr.
--- Dobrze. Ale pamiętajcie: nie uczestniczycie w samym oczyszczaniu pomieszczeń. Jak odpowiedni ludzie zrobią swoje, zabezpieczacie wejścia i okna. Nic więcej.
--- Na jak długo jedziemy?
--- Myślę, że na cały dzień.
--- Będziemy gotowi.

Po wyjściu Albiniaka Piotr przerwał zajęcia.
--- W dwuszeregu, frontem do mnie --- zbiórka!
Strzelcy ustawili się szybko.
--- Na dziś koniec. Jutro zbiórka alarmowa dla wybranych. Powiadomienie pójdzie ustalonymi kanałami. To będzie sprawdzian gotowości i wyszkolenia. Rodzicom mówicie, że ćwiczenia mogą potrwać nawet dwa dni. Zabierzcie kanapki i wodę. Rozejść się!

Godzinę później rozkazy poszły przez radio CB do dowódców plutonów. Z jedenastu wezwanych na pętli autobusowej stawiło się dziewięciu. Mieli plecaki, jedzenie, wodę i tę szczególną minę młodych ludzi, którzy jeszcze nie wiedzą, czy jadą na przygodę, czy w kłopoty.

Gdy dotarli na Nowy Świat, w kamienicy trwała już awantura. Słychać było wybuchy petard, strzały z broni gazowej, krzyki i tupot ludzi zbiegających ze schodów. Z parterowych okien wyskakiwali mężczyźni, ktoś krzyczał, ktoś przeklinał, ktoś próbował przedrzeć się przez tłum. Strzelcy stali z boku, zgodnie z rozkazem. Nie mieli brać udziału w wyrzucaniu lokatorów.

Dopiero gdy główny zamęt ucichł, padła komenda:
--- Zabezpieczyć wejścia i okna na parterze!

Wtedy ruszyli. Drzwi zastawiono meblami, przy oknach ustawiono warty. Szczególne znaczenie miało okno w toalecie, położone wysoko, prawie na poziomie pierwszego piętra. Z zewnątrz trudno było do niego dosięgnąć, ale właśnie dlatego mogło się stać drogą awaryjną. Piotr postawił tam strzelca z krótkofalówką.

W środku budynek szybko zmienił się w twierdzę. W korytarzach krążyli ludzie z pistoletami gazowymi, kijami, metalowymi rurkami, drewnianymi maczugami nabitymi gwoździami, ktoś miał nawet starą szablę po dziadku. Na parapetach stały butelki z benzyną. Nastoletni strzelcy, którzy jeszcze niedawno ćwiczyli w Legionowie, znaleźli się nagle w środku politycznej awantury, która coraz mniej przypominała ćwiczenia.

Akcja nie skończyła się po jednym dniu. Trzeba było powiadomić rodziców, że „ćwiczenia" potrwają dłużej. Pod kamienicę zaczęli przychodzić ludzie związani z drugą stroną sporu: łysi, z irokezami, w ciężkich butach, z kijami i łańcuchami. Stali na zewnątrz, wykrzykiwali groźby, czasem próbowali podejść bliżej. Policjanci z zaparkowanej niedaleko nysy obserwowali wszystko bez pośpiechu.

Któregoś dnia Piotr dostał rozkaz:
--- Trzeba odebrać z Dworca Centralnego pluton śląskiego „Strzelca". Jadą z odsieczą, a nie znają Warszawy. Niech pan po nich skoczy.

Poszedł. Na peronie czekał długo, bo pociąg z Katowic się spóźniał. Stał w mundurze, z dystynkcjami sierżanta i bronią u pasa. Dwaj policjanci patrolujący dworzec zauważyli go od razu.
--- Kto to jest i co z tym robić? --- usłyszał za plecami.
--- Nie wiem. Lepiej zostawmy.

Oddalili się. Piotr czekał dalej, starając się wyglądać tak, jakby obecność uzbrojonego człowieka w mundurze na peronie Dworca Centralnego była czymś zupełnie zwyczajnym.

Gdy pociąg wreszcie przyjechał, wysiadło tylko pięciu chłopaków. Ich dowódca podszedł i zameldował regulaminowo:
--- Panie sierżancie, kapral Fiutek melduje się z drużyną.

Ruszyli na Nowy Świat. Pod kamienicą okazało się, że główne wejście jest obstawione. Piotr zdecydował się obejść budynek od tyłu.
--- Z przodu stoją. Od tyłu mamy okno. Za mną.

Strzelec dyżurujący przy oknie w toalecie zrozumiał plan i spuścił sznur. Ślązacy wspinali się jeden po drugim. Kiedy przyszła kolej na Piotra, zza rogu dobiegł krzyk. Zostali zauważeni.

Wiedział, że nie ma kondycji na takie popisy. Chwycił sznur właściwie bez wiary, że zdąży. Ktoś z góry szarpnął, ktoś pomógł mu przy parapecie. Chwilę później siedział na podłodze łazienki, ciężko dysząc. Za oknem słychać było głosy tych, którzy dobiegli za późno.

Nie wiedział, jakim sposobem znalazł się w środku. Wiedział tylko, że się udało.

Oblężenie skończyło się czwartego dnia. Przed wyprowadzeniem legionowskiego pododdziału Piotr został wezwany do gabinetu Komendanta Głównego. Leszek Moczulski przyjął go krótko, bez ceremonii, ale z wyraźnym uznaniem.
--- Szef Sztabu podpisał dla pana awans na stopień porucznika --- powiedział.

Dla Piotra brzmiało to niemal nierealnie. Pamiętał powrót z Bykówki i przekonanie, że nie nadaje się do słowa publicznego. Teraz dostawał awans za dowodzenie ludźmi w sytuacji, w której słów było mniej niż decyzji. Nie rozwiązywało to jego życia, ale potwierdzało coś, co coraz wyraźniej widział: gdy trzeba było działać, potrafił nie uciekać.

Po akcji przy Nowym Świecie mundur przestał być dla Piotra wyłącznie znakiem ćwiczeń, dyscypliny i młodzieńczej organizacji. Był już doświadczeniem działania w sytuacji, w której trzeba szybko decydować, brać odpowiedzialność za innych i nie oglądać się za siebie. Wciąż jednak była to Polska --- nie front.

Wiosną 1992 roku na Bałkanach trwała wojna. Do chwili wyjazdu Piotr pracował w redakcji „To i Owo", a równocześnie nadal działał w Związku Strzeleckim. Z Polski wyjeżdżali ochotnicy, którzy chcieli stanąć po stronie napadniętych Chorwatów. Wśród nich byli także ludzie związani ze „Strzelcem". Piotr, już jako porucznik Związku, dowiedział się, że część Polaków dostała się do serbskiej niewoli, a w kraju organizowana jest grupa, która miała spróbować ich uwolnić. Według przekazywanych informacji Chorwaci z Herceg-Bośni akceptowali plan i obiecywali wsparcie: pojazd, przewodnika oraz broń.

Piotr miał za sobą jedynie kilkunastodniowe przeszkolenie wojskowe z czasów stanu wojennego i doświadczenie strzeleckich ćwiczeń. Nie było w tym nic, co czyniłoby go żołnierzem wojny. A jednak nie wahał się długo. Zgłosił się razem z innymi.

Do Zagrzebia dotarli pociągami. Dalej jechali autobusem, coraz głębiej w kraj, w którym zwykła mapa przestawała wystarczać. Ktoś przeprowadził ich na stronę bośniacką, ktoś inny wskazał następny kontakt. Wreszcie dotarli do miejsca, w którym rzeczywiście czekał samochód terenowy, kierowca, przewodnik i kilku żołnierzy. Nikt z nich nie był Chorwatem. Prócz jednego Austriaka byli to Słowianie ze Słowacji i Czech --- ludzie, których wojna przyciągnęła z różnych stron Europy i postawiła obok siebie w sytuacji, w której zaufanie trzeba było budować szybciej niż znajomość języka.

Akcja uwolnienia Polaków powiodła się. Była krótka, napięta, bardziej realna niż wszystkie wcześniejsze ćwiczenia razem wzięte. Dopiero podczas odwrotu przyszła cena, której nikt nie był w stanie przewidzieć. Przewodnik siedział na otwartej pace jeepa. Nagle pochylił się i wyszeptał:
--- Słyszałem ją.

Może chodziło o żołnierskie przekonanie, że człowiek nie słyszy kuli, która go zabija. On ją usłyszał. Nikt inny nie usłyszał nic. Zapewne był to strzał snajpera. Upadł na podłogę samochodu, zanim ktokolwiek zdążył zareagować.

Polacy wrócili do kraju. Wszyscy oprócz młodego porucznika. Piotr postanowił zostać.

Dotarł w okolice chorwackiego Metkovića, gdzie skierowano go do prowizorycznie zorganizowanego punktu poborowego. W środku siedziała Włoszka w wojskowym uniformie. Spojrzała na jego polskie dystynkcje i zawołała po włosku:
--- O! Capitano!

Dla niej porucznik był kapitanem. Tak Korycki awansował, zanim jeszcze trafił na front --- dziwny, ruchomy, nigdzie do końca niewyznaczony. To nieporozumienie miało jednak praktyczne skutki. Pod jego komendę oddano niewielki pododdział, dumnie nazywany plutonem, i skierowano go w górzysty rejon na północny wschód od Metkovića. Rozkaz był prosty: utrzymać pozycje.

Skład oddziału był przypadkowy, jak sama wojna. Byli tam ochotnicy z Herceg-Bośni, Chorwaci z Bośni, ludzie z okolicznych krajów, najczęściej słowiańskich, każdy z własną historią, własnym powodem przyjazdu i własnym sposobem oswajania strachu. Po kilku dniach, jako wsparcie artyleryjskie, przysłano im zdezelowany czołg. Wyglądał raczej jak resztka po dawnej armii niż gwarancja bezpieczeństwa, ale na tym froncie nawet taka resztka znaczyła wiele.

Wśród żołnierzy była Dajana, Chorwatka, która często śpiewała polską piosenkę „Złoty pierścionek". Z początku rozmawiali o wojnie, o pozycjach, o ostrzale, o tym, gdzie można iść, a gdzie lepiej nie wychylać głowy. Potem coraz częściej rozmawiali także o życiu. Na wojnie czas biegł inaczej. To, co w normalnych warunkach wymagałoby miesięcy, tam zdarzało się w kilka dni. Bliskość nie rodziła się z nastroju, lecz z poczucia, że następnego ranka może już nie być.

Pokoju Dajana nie doczekała.

Wróg ostrzeliwał ich z oddali, także artylerią. Nie zawsze celnie, ale wystarczająco, by każdy wiedział, że zagrożenie jest prawdziwe. Odpowiedź ogniem z czołgu była trudna, bo strzały padały od strony wioski. Uderzenie w zabudowania mogło oznaczać śmierć cywilów. Trzeba było spróbować inaczej.
--- Szukam ochotników --- ogłosił Piotr.

Chodziło o podejście przeciwnika na jego terenie i zlikwidowanie stanowiska, z którego prowadzono ogień. Ochotnicy się znaleźli. Wśród nich była Dajana.

Na kilka minut przed wymarszem żołnierze zobaczyli scenę, która w innych okolicznościach mogłaby wydać się niemożliwa. Nie było kapłana, nie było kościoła, nie było świadków w odświętnych ubraniach. Była wojna, broń, pośpiech i wola dwojga ludzi, którzy nie chcieli czekać na świat, jaki być może nigdy nie wróci.

--- Biorę sobie ciebie, Dajanę, za żonę...

Te słowa padły cicho, ale wystarczająco wyraźnie, by zostały zapamiętane. W nadzwyczajnych sytuacjach Kościół dopuszcza taką formę małżeństwa. Tam, między jednym rozkazem a drugim, w cieniu możliwej śmierci, ta prawda przestała być prawną formułą. Stała się ostatnim aktem nadziei.

Ochotnicy nie wrócili.

Gdy w oddali znów zaszczekała broń, Piotr krzyknął do czołgisty:
--- Napieprzaj, aż zamilkną!

Wróg zamilkł po trzech wystrzałach.

Ta przygoda odbiła się na nim mocniej, niż chciał później przyznawać. Nie było w niej nic z romantycznej legendy o wojnie. Był strach, przypadek, śmierć człowieka siedzącego obok, zniknięcie tych, którzy jeszcze przed chwilą mówili, śpiewali, żartowali albo brali ślub bez kościoła, bo nie było czasu czekać na normalność.

--- To nie dla mnie --- powiedział sobie ostatecznie.

Zdjął mundur. Włożył z powrotem garnitur i tak dotarł do Splitu nad Adriatykiem. Stamtąd promem przedostał się do Włoch, a potem wrócił do Polski. Sama podróż promem miała w sobie coś nierzeczywistego. Statek był zaciemniony z obawy przed serbskim ostrzałem, a tymczasem na dolnym pokładzie sala z telewizorem była wypełniona po brzegi. Właśnie leciała „Santa Barbara". Ludzie patrzyli w ekran, jakby fikcyjne cierpienia bohaterów amerykańskiego serialu mogły na chwilę zasłonić prawdziwą wojnę, od której odpływali.

Piotr miał dość.

Po powrocie do Polski Piotr nie wrócił już do redakcji. Przynajmniej na pewien czas. Wkrótce ponownie zajął się działalnością „Strzelca". Andrzej Kicman wsparł przygotowania do letniego obozu i latem 1992 roku w lasach szczypiorskich stanęły namioty. Przyjechało czternaście osób z Legionowa i dwie z Warszawy. Dla Piotra był to powrót w miejsce dobrze znane, ale już inne. Nie przyjeżdżał tam jako dziecko, które słucha opowieści starszych, ani jako syn wplątany w rodzinne oczekiwania. Przyjeżdżał jako komendant.

Dni miały własny rytm. Pobudka, apel, musztra, zajęcia z kartografii, maski przeciwgazowe, kopanie okopów, ćwiczenia w lesie, nauka przetrwania, trochę szermierki i walki wręcz. Adam Korycki pomagał przy gotowaniu na pobliskiej działce, ale strzelcy także sami rozpalali ogniska, pilnowali garnków i uczyli się, że obóz nie składa się tylko z rozkazów, ale również z obierania ziemniaków, mycia menażek i noszenia wody.

Pewnego popołudnia, gdy Piotr zajmował się obiadem, jeden ze strzelców wbiegł z meldunkiem:
--- Komendancie, policjanci przyjechali!

Piotr zostawił kuchnię ojcu i poszedł na skraj obozu. Przy prowizorycznym szlabanie z brzozowego pnia stał radiowóz. Naprzeciw niego --- dwóch nastoletnich wartowników z drewnianymi karabinami i błyszczącymi bagnetami. Rozkaz był prosty: nikogo nie wpuszczać. Wykonywali go więc z powagą ludzi broniących twierdzy.

Policjanci przyjechali po skardze z sąsiedniego ośrodka kolonijnego. Według skarżących strzelcy mieli zaatakować jednego z kolonistów.
--- Znam sprawę --- powiedział Piotr. --- Przez trzy noce ktoś rzucał kamieniami w nasze namioty. Wczoraj wystawiłem czujki. Zauważyli dwóch chłopaków, którzy znowu kręcili się przy obozie, i ruszyli za nimi. Nie złapali ich, bo tamci uciekli przez ogrodzenie do swojego ośrodka.

Policjanci wysłuchali wyjaśnień, pojechali do kolonii i najwyraźniej rozmowa tam wystarczyła. Kamienie więcej nie poleciały.

Innym razem pododdział dostał zadanie przeprawy przez Wkrę. Mieli przejść przez wodę w pełnym umundurowaniu i zaskoczyć przeciwnika rozłożonego na leśnej polanie. Atak się udał. Mokre mundury ciążyły, buty chlupały, ale wszyscy byli zadowoleni.

W drodze powrotnej, już po przejściu rzeki, padła komenda:
--- Padnij!
Strzelcy runęli na piasek.
--- Czołganiem na górę, marsz!

Przed nimi była kilkumetrowa skarpa. W przemoczonych mundurach, oblepieni piachem, zaczęli się wspinać, metr po metrze, aż dotarli między sosny. Dopiero tam mogli wstać. Dyszeli ciężko, ale nikt nie narzekał. Takie chwile najlepiej zapadały w pamięć, bo w nich zabawa kończyła się, a zaczynało doświadczenie wysiłku naprawdę wspólnego.

Po dwóch tygodniach wracali do Legionowa inni niż przyjechali. Brudniejsi, zmęczeni, bardziej pewni siebie. Piotr wracał z poczuciem, że Szczypiorno znowu coś mu dało. Nie dom, którego nie zbudowano, nie „Księgę", której nie odnaleziono, ale miejsce, w którym potrafił zebrać ludzi i przeprowadzić ich przez próbę.

W roku szkolnym 1992/1993 Piotr podjął pracę katechety w dwóch legionowskich przedszkolach wojskowych. Wydawało się, że to zajęcie może połączyć kilka jego doświadczeń: religię, pracę z dziećmi, potrzebę porządku i dyscypliny. Szybko jednak wyszło na jaw, że z małymi dziećmi nie da się postępować jak z oddziałem ani nawet jak z uczniami starszych klas.

Piotr wymagał nauki i wiedzy. Traktował katechezę poważnie, może zbyt poważnie jak na wiek dzieci. Kiedy na świadectwach nie wszyscy dostali najwyższe oceny, pojawiły się pretensje rodziców. Dla nich przedszkolna religia miała być raczej potwierdzeniem grzeczności dziecka niż prawdziwym sprawdzianem wiadomości.

Piotr zrozumiał, że i tu nie zostanie na dłużej. Nie ubiegał się o tę pracę w następnym roku szkolnym. Kolejna ścieżka okazała się tylko przejściem.

W 1993 roku w domu Koryckich znów pojawił się temat ślubu, choć początkowo nie dotyczył nikogo z najbliższych. Rodzina została zaproszona do Nowego Dworu Mazowieckiego na uroczystość Izabeli Zawłockiej, wnuczki Jadwigi Kamińskiej, która wychodziła za mąż za Piotra Bożka. Ślub odbywał się w nowo zbudowanym kościele pw. Świętych Piotra i Pawła.

Pojechali prawie wszyscy. Piotr musiał zostać w Legionowie, zatrzymany obowiązkami w Związku Strzeleckim. Nie przypuszczał wtedy, że z tego wesela, na którym go nie było, wróci do domu sprawa mająca wkrótce zmienić układ całej rodziny.

Urszula wróciła zauroczona Tadeuszem, bratem pana młodego. Znajomość zaczęła się gwałtownie, jakby oboje od razu przeskoczyli etap ostrożnych rozpoznań. Uczucia rosły szybko, a wraz z nimi emocje, niecierpliwość i napięcie. Już latem było jasne, że wszystko zmierza ku następnemu ślubowi --- tym razem Urszuli i Tadeusza.

W sierpniu Piotr oddał siostrze swój większy pokój, żeby po ślubie miała gdzie zamieszkać z mężem. Sam przeniósł się do jej pokoju. Zatrzymał tylko jego wyposażenie, bo Urszula od czasu przeprowadzki do Legionowa miała nowe meble, podczas gdy on przez lata korzystał z tego, co zostało mu przydzielone. Nie robił z tego sprawy. W rodzinie od dawna był przyzwyczajony do przesuwania się tam, gdzie akurat zostawało miejsce.

Ślub odbył się 25 września 1993 roku. Niewielkie, bezalkoholowe wesele wyprawiono w miejscowym Klubie Garnizonowym. Wszystko miało pozór skromnego, spokojnego początku: młodzi małżonkowie, rodzinny stół, dobre życzenia, nadzieja, że odtąd życie będzie się układać prościej.

Bardzo szybko okazało się jednak, że małżeństwo nie rozwiązuje problemów, które wchodziły do niego razem z ludźmi. Tadeusz miał problem z alkoholem. Urszula wierzyła, że nowy dom, odpowiedzialność i jej obecność wystarczą, by go od tego odciągnąć. Nie wystarczyły. Prośby, groźby i awantury wracały jak ten sam źle zamknięty rozdział.

Po kilku miesiącach Piotr zapytał siostrę ostrożnie:
--- Może zaproponowałabyś mu hipnozę? Znam panią profesor Szulc, która ma duże sukcesy w walce z nałogami.

Urszula zgodziła się spróbować. Przekonała też Tadeusza. Po kilku seansach przestał pić. Nie był to krótkotrwały zryw ani obietnica wytrzymana przez parę tygodni. Minęły lata, potem dziesięciolecia, a Tadeusz do nałogu już nie wrócił.

Wkrótce całą rodzinę zaczęła pochłaniać inna sprawa: Urszula spodziewała się dziecka. Rozpoczęły się przygotowania, zakupy, rozmowy, wizyty i zwykłe domowe poruszenie, które pojawia się wtedy, gdy wszyscy wiedzą, że za chwilę przyjdzie ktoś nowy.

Tadeusz, z natury cichy, nieśmiały i małomówny, w ważniejszych sprawach chętnie szukał oparcia w szwagrze. Tak było również ze szkołą rodzenia. Na pierwsze zajęcia pojechali we troje: Urszula, Tadeusz i Piotr. Sytuacja wyglądała na tyle osobliwie, że obecne tam pary żartowały, iż przyszła matka chyba nie wie, kto jest ojcem, więc na wszelki wypadek przyprowadziła dwóch kandydatów. Nie wiedziały, że jeden z mężczyzn jest jej rodzonym bratem.

Po drodze na zajęcia Urszula, już w ciąży, beztrosko korzystała z urządzeń na warszawskim placu zabaw. Piotr patrzył na to z rozbawieniem, ale też z nagłym poczuciem powrotu dawnego obrazu. Przypomniała mu się scena znad kosewskiego jeziorka: ciężarna Marianna wołająca Łukasza, żeby wspólnie pobiegali. W rodzinie pewne gesty powracały po latach w innych osobach, jakby pamięć sama szukała sposobu, by się przypomnieć.

Cezary urodził się 23 sierpnia 1994 roku w warszawskim szpitalu przy ulicy Karowej. Dawna umowa między Piotrem i Urszulą, dotycząca wychowania jej pierwszego dziecka, została zawarta przecież nie tak dawno. A jednak, kiedy dziecko naprawdę przyszło na świat, nikt już o niej nie myślał. Wydawała się czymś z innego czasu --- dziwnym, niepoważnym śladem dawnych napięć, samotności i marzeń, których wtedy oboje nie umieli jeszcze nazwać.

Nie znaczyło to, że Piotr odsunął się od siostrzeńca. Przeciwnie. Oddał mu całe serce. Karmił go, przewijał, kąpał, usypiał. W domu szybko stało się oczywiste, że przy dziecku można na niego liczyć. Na spacery najczęściej wysyłano dziadka Adama, ale w codziennej opiece Piotr był obecny od początku.

25 września 1994 roku został ojcem chrzestnym Cezarego. Czuł się przy nim naturalnie, jakby od dawna czekał właśnie na taki rodzaj miłości: zwyczajnej, cielesnej, wymagającej obecności, cierpliwości i rąk gotowych do pracy. Mógł kochać niemal jak swoje, nosić, tulić, uspokajać płacz i patrzeć, jak małe dziecko skupia wokół siebie cały dom.

A jednak granica była wyraźna. Cezary był ukochanym siostrzeńcem, nie synem. Ta bliskość nie osłabiła w Piotrze pragnienia własnego dziecka. Przeciwnie --- uczyniła je jeszcze bardziej konkretnym. Nie chodziło już tylko o przedłużenie rodzinnej pamięci, o „Kronikę", nazwiska i opowieści, które trzeba komuś przekazać. Chodziło o dziecko, które bierze się na ręce, które trzeba nakarmić, przewinąć, wykąpać i za które odpowiada się naprawdę.

Rok 1995 pozostał w pamięci Piotra mniej uporządkowany. Zachowała się pewność co do najważniejszych wydarzeń, nie zawsze jednak co do ich dokładnej kolejności. Trzy lata po pierwszym wyjeździe wrócił na Bałkany. Skontaktowała się z nim siostra Dajany, sugerując, że zaginiona w akcji dziewczyna mogła przeżyć. Taka wiadomość, nawet niepewna, nie pozwalała przejść obojętnie. Pojechał więc jeszcze raz. Nadzieja nie potwierdziła się. Przeciwnie --- znalazł ślady wskazujące, że Dajana zginęła. Nigdy nie powiedział tego jej siostrze wprost. Nie chciał gasić ostatniego światła, zwłaszcza że nie miał dowodu, który dawałby prawo do ostatecznego słowa.

Przez zbieg wydarzeń i tym razem trafił w sam środek wojny. Znów w mundurze, w okolicach Livanjskiego Pola, stanął naprzeciw wojsk Republiki Serbskiej. Do kraju wrócił szczęśliwie i z kolejnym awansem. Po latach władze chorwackie doceniły zagranicznych ochotników, przyznając im państwowe odznaczenia. Piotr znalazł się wśród nich.

Nie zmieniało to jednak najważniejszego. Bałkany zostawiły w nim ślad, którego nie dało się przykryć ani awansem, ani odznaczeniem, ani późniejszą opowieścią. Wojna ostatecznie odebrała mu złudzenie, że mundur może być odpowiedzią na wewnętrzny chaos. Mógł dowodzić, mógł działać, mógł nie uciec w chwili próby. Ale wiedział już, że nie tego szuka. Nie frontu. Nie śmierci. Nie kolejnej przygody, która po wszystkim zostawia w człowieku tylko ciszę.

Szukał domu.

Z tym samym okresem wiązał się powrót do słów bioenergoterapeutki poznanej podczas pracy w „To i Owo". Po latach Piotr nie potrafił już jednoznacznie rozstrzygnąć, czy decyzję o rozpoczęciu nauki podjął jeszcze przed drugim wyjazdem na Bałkany, czy dopiero po powrocie. Pewne było tylko, że między tamtym wywiadem a pierwszym kursem minęło sporo czasu.

Dzięki wsparciu chrzestnej i dofinansowaniu z Urzędu Pracy zapisał się w końcu na kurs bioenergoterapii w Polskim Stowarzyszeniu Bioenergoterapeutów „Biopol". Trafił do świata, w którym obok siebie funkcjonowali bioenergoterapeuci, zielarze, różdżkarze, masażyści, hipnotyzerzy, jasnowidze i ludzie przedstawiający się jeszcze dziwniej. Jedni sprawiali wrażenie poważnych praktyków, inni bardziej przypominali bohaterów jarmarcznej opowieści. Piotr chłonął wszystko, choć nie wszystko przyjmował bez zastrzeżeń.

Z czasem przyszło też zaproszenie na spotkanie rekrutacyjne różokrzyżowców. Poszedł na warszawską Starówkę z mieszaniną ciekawości i ostrożności. Pokój był zwyczajny: biurko, dwa krzesła, spokojna kobieta naprzeciwko. Rozmowa toczyła się uprzejmie, dopóki nie padło pytanie o reinkarnację.
--- Jestem katolikiem. W reinkarnację nie wierzę --- odpowiedział Piotr.

Po tym zdaniu uprzejmość pozostała, ale rozmowa właściwie się skończyła. Tajemny świat nie otworzył przed nim drzwi.

Nie zraziło go to. Po dyplomie z bioenergoterapii zrobił kurs masażu, potem studium ziołolecznictwa przy Akademii Medycznej. Poznał też hipnoterapeutę, autora książek, który wprowadzał go głębiej w pracę z sugestią. Czytał o elektropunkturze, ziołach, masażu, hipnozie i wszystkim, co mogło stać się zawodem albo przynajmniej sposobem pomagania ludziom.

W tym szukaniu było coś chaotycznego, ale nie przypadkowego. Piotr nie chciał już tylko opowiadać o cudzych sprawach ani przerzucać się między instytucjami. Chciał mieć w ręku konkretną umiejętność: taką, z którą można wejść do gabinetu, pochylić się nad człowiekiem i zrobić coś, co przyniesie ulgę.

Uzbrojony w wiedzę i świadectwa, ruszył na poszukiwanie kolejnej pracy. Po kursach i dyplomach przyszła zwykła próba: trzeba było znaleźć miejsce, w którym ktoś pozwoli mu naprawdę pracować z ludźmi. Świadectwa wyglądały dobrze w teczce, ale nie dawały jeszcze ani gabinetu, ani pacjentów, ani pieniędzy.

Pomogło spotkanie z dr Danutą Kuleszą, anestezjolog z Nowego Dworu Mazowieckiego. Prowadziła gabinet medycyny naturalnej przy „Zielarni pod Dębami" i była jedną z tych osób, które łączyły lekarskie wykształcenie z otwartością na metody, na które oficjalna medycyna patrzyła z rezerwą. Dla Piotra było to ważne. Nie trafiał do jarmarcznego pokoiku z wahadełkiem, lecz do miejsca, gdzie obok ziół, masażu i homeopatii pojawiał się także człowiek po studiach medycznych.

Dr Kulesza przyjęła go do pracy jako bioenergoterapeutę, masażystę i hipnoterapeutę. Brzmiało to osobliwie, ale po wszystkich wcześniejszych zakrętach miało jedną ogromną zaletę: było konkretne. Przychodził pacjent, siadał albo kładł się na stole, opowiadał, co mu dolega, a Piotr musiał coś zrobić --- wysłuchać, dotknąć, rozmasować, uspokoić, poprowadzić sugestię, czasem po prostu być przez chwilę kimś, kto nie zbywa cierpienia machnięciem ręki.

Do Nowego Dworu jeździł z Legionowa rowerem. W jedną stronę było ponad dwadzieścia kilometrów. Droga nie zawsze była wygodna, pogoda nie zawsze łaskawa, ale w tym codziennym wysiłku było coś oczyszczającego. Rano pedałował do pracy, wieczorem wracał zmęczony, z bolącymi nogami, czasem z głową pełną cudzych historii.

Z czasem zaczął myśleć, że może właśnie tak będzie wyglądało jego życie: trochę polityki, trochę pracy z ludźmi, dojazdy między Legionowem a Nowym Dworem, powolne budowanie własnego miejsca. Nie była to jeszcze stabilizacja, ale przynajmniej nie była już ucieczka.

Najważniejsza myśl wracała jednak uporczywie: dom. Nie abstrakcyjny, nie ten ze Szczypiorna, którego nie zbudowano, i nie klasztorny porządek, którego nie wybrał. Dom z kobietą i dziećmi. Po Bykówce to pragnienie nie słabło. Przeciwnie, coraz wyraźniej stawało się miarą wszystkiego, co robił. Praca, pieniądze, gabinet, rowerowe kilometry --- wszystko miało sens tylko wtedy, jeśli prowadziło do życia, które można będzie z kimś dzielić.

--- Panie Piotrze, do pana! --- zawołała pani Marzena z zielarni, wyrywając go z rozmowy z pacjentką. Piotr przeprosił i chwycił słuchawkę.
--- Słucham...
--- Cześć, pamiętasz, na którą mamy być u Zawadzkich na imieninach? --- to Wiesiek, kumpel z podstawówki, z którym zawsze chodzili do wspólnych znajomych.
--- Dobrze, że dzwonisz, zapomniałbym. Na siódmą, jak zawsze. Boże, muszę się zerwać z pracy! Pamiętaj jednak o żyrafach.

Wiesiek zrozumiał. Słysząc o długoszyjnych zwierzętach, wiedział, że ich rozmowę słyszy ktoś obcy. Nic więcej nie mówił.

Tego wieczoru nie miał już pacjentów, więc zamknął sprawy szybciej i ruszył do Legionowa. U Zawadzkich wszystko zwykle odbywało się według znanego porządku: ta sama godzina, podobne potrawy, te same twarze, żarty powtarzane od lat i atmosfera ludzi, którzy znają się tak długo, że nie muszą już niczego wyjaśniać.

Ewa Zawadzka przywitała ich jak zwykle mocnym uściskiem dłoni. Dziewczyny z „Piasta" często miały w sobie ten rodzaj bezpośredniości: trochę koleżeńskiej, trochę konspiracyjnej, trochę zbyt twardej jak na zwykłe spotkania towarzyskie. U Ewki łączyło się to z temperamentem. Tu kogoś szturchnęła, tam rzuciła ostrzejszy żart, kogoś objęła, komuś coś wypomniała. Była u siebie.

Jej mąż siedział z boku, trochę schowany za paprocią, z książką w ręku. Wyglądał jak człowiek, który dawno zrozumiał, że na tych spotkaniach lepiej nie próbować konkurować z żywiołem żony.

W pewnej chwili Ewa wskazała dziewczynę stojącą nieco z boku.
--- Wiesiek, Piotr, poznajcie Dankę. I nie pytajcie o nic więcej.

To ostatnie zdanie wystarczyło za rekomendację. Znaczyło: „nasza", z „Piasta", z dawnych spraw, z kręgu, w którym nie o wszystko pytało się od razu.

Danka była wysoka, szczupła, trochę onieśmielona, choć starała się to ukrywać. Miała w sobie coś sprzecznego. Z jednej strony styl koleżeński, prawie chłopacki, z drugiej --- delikatność i niepewność, które przebijały spod żartów. Co jakiś czas mówiła coś ostrego, po czym szybko dodawała:
--- Żartowałam.

Piotr zwrócił na nią uwagę niemal natychmiast. Nie dlatego, że zachowywała się efektownie. Raczej przeciwnie: była trochę poza głównym ruchem spotkania, jak ktoś, kto chce być obecny, ale jednocześnie gotów jest w każdej chwili się wycofać. Ta mieszanina przyciągała go bardziej niż pewność siebie.

Zaczęli rozmawiać. Najpierw zwyczajnie, przy stole, wśród innych głosów. Potem coraz częściej obok. Danka nie ułatwiała sprawy. Raz odpowiadała ciepło, raz uciekała w żart, raz zamykała się nagle, jakby sama przestraszyła się tego, co przed chwilą powiedziała.

W następnych dniach spotkali się kilka razy. Plotki pojawiły się natychmiast. W takim środowisku nic nie zostawało długo prywatne. Urszula dopytywała wprost o „tę dziewczynę", znajomi mrugali porozumiewawczo, ktoś coś insynuował. Piotr zbywał ich półsłówkami, ale sam czuł, że sprawa jest poważniejsza, niż chciałby przyznać.

Z koleżankami z „Piasta" umiał rozmawiać. Znał ich język, żarty, skróty, polityczne aluzje. Ale kobieta, którą można było sobie wyobrazić jako żonę, była czymś innym. Tu nie wystarczały koleżeńskie zaczepki i wspólna przeszłość organizacyjna. Tu każde słowo mogło znaczyć za dużo albo za mało.

Któregoś dnia, gdy padło zwykłe pytanie, co dalej robią, Piotr zaproponował:
--- Może pojedziemy na moją działkę? Rozpalimy ognisko, upieczemy coś, pogadamy. Możemy zostać do rana.

Powiedział to ostrożnie, bardziej sprawdzając granicę niż naprawdę licząc na zgodę.
--- No, dobry pomysł --- odpowiedziała Danka.

Zaskoczyła go.

Na Szczypiorno dotarli o zmierzchu. Letnia noc była ciepła, ale nie duszna. Rozpalili ognisko, piekli kiełbasę, rozmawiali długo o sprawach ważnych i zupełnie nieważnych. W takich rozmowach najłatwiej udawać, że nic się nie rozstrzyga, choć oboje wiedzą, że właśnie coś się sprawdza.

Po północy zrobiło się chłodniej. Ogień przygasł, rozmowa rwała się coraz częściej, jakby oboje czekali, aż któreś z nich nazwie to, co od dłuższej chwili wisiało między nimi. Danka wstała z pieńka i spojrzała w stronę domku.
--- Idziemy do środka?
--- Możemy, ale najpierw ugaszę ogień --- odpowiedział Piotr.

Powiedział to spokojnie, może zbyt spokojnie. Zrozumiał, co znaczyło jej pytanie. Nie miał wątpliwości. Nie była to już niewinna propozycja schronienia przed chłodem. Danka była gotowa pójść dalej, a może sama dopiero w tej chwili odkrywała, że jest gotowa.

W domku stały dwa łóżka. Danka usiadła na jednym z nich, potem półleżała, podtrzymując rozmowę zwykłymi zdaniami, które nie były już zwykłe. Piotr czuł jej bliskość, jej oczekiwanie i napięcie, które narastało z każdą chwilą ciszy.

Nie był obojętny. Przeciwnie, właśnie dlatego nie chciał zrobić kroku, którego nie potrafiłby potem uczciwie unieść. Po Bykówce nosił w sobie decyzję o żonie, dzieciach, domu. Jeśli Danka miała być kimś ważnym, nie chciał zaczynać od gestu, który następnego dnia mógłby ich oboje zawstydzić albo zranić. Jeśli nie miała być kimś ważnym, tym bardziej nie miał prawa brać od niej czegoś, co w jego własnym porządku sumienia należało do małżeństwa.

Przez chwilę siedzieli więc blisko siebie, a jednak oddzieleni wszystkim, czego Piotr nie powiedział. Może powinien był powiedzieć: „Traktuję cię poważnie". Może powinien był wziąć ją za rękę i nazwać swoją powściągliwość troską, a nie chłodem. Nie zrobił tego. Milczał, sądząc, że uczciwość obroni się sama.

Nie obroniła się.

Danka nagle podniosła się z tapczanu.
--- Wiesz, ja już muszę jechać.

Powiedziała to szybko, niemal szorstko, jakby chciała przeciąć sytuację, która wymknęła się spod kontroli. Piotr zobaczył w jej twarzy zawstydzenie, może urazę, może strach przed własną gotowością sprzed kilku minut. A może wszystko naraz.
--- Ty zostajesz czy odwieźć cię do Legionowa? --- zapytała.

Wiedział już, że jeśli pojedzie, będzie to wyglądało jak próba naprawienia czegoś, czego nie umiał wcześniej nazwać. Jeśli zostanie, pozwoli jej odejść z przekonaniem, że ją odrzucił. Wybrał to drugie, bo wydawało mu się mniej nieuczciwe.
--- Chyba zostanę --- powiedział.

Danka odjechała. Został sam w domku, przy zapachu dymu i dogasającego ogniska. Dopiero wtedy zrozumiał, że jego milczenie mogło zabrzmieć inaczej, niż chciał. On myślał o powadze, ona mogła usłyszeć odmowę. On chciał ocalić możliwość czegoś czystego, ona mogła poczuć się upokorzona.

Kilka dni później przyszedł list. Danka pisała, że lepiej będzie, jeśli nie będą się więcej spotykać. Nie tłumaczyła wiele. Nie musiała. Piotr rozumiał aż za dobrze, że tamtej nocy nie tylko nic się nie wydarzyło. Właśnie dlatego coś się skończyło.

Historia z Danką nie zamknęła w Piotrze pragnienia rodziny. Przeciwnie --- uświadomiła mu tylko, że sama uczciwość nie wystarcza, jeżeli nie umie się jej wypowiedzieć w porę. Można kogoś nie chcieć zranić i właśnie przez to zranić. Można milczeć z szacunku, a zostać zrozumianym jak człowiek obojętny.

Dlatego, kiedy w jego życiu pojawiła się Anna, nie była już tylko kolejną znajomością ani próbą wyrwania się z samotności. Trafiła na człowieka, który po wielu ucieczkach coraz lepiej wiedział, czego szuka.

Okoliczności ich poznania Piotr na zawsze zachował dla siebie. Nie wszystko chciał oddawać cudzym pytaniom, zwłaszcza że ciekawych nigdy nie brakowało. Ważniejsze było co innego: od pierwszych spotkań czuł, że tym razem nie chodzi o grę niedopowiedzeń, niepewne próby i domysły, lecz o sprawę poważniejszą. Anna także nie szukała towarzyskiej przygody. Oboje byli już zmęczeni życiem odkładanym na później.

Nie była dziewczyną z dawnych, naiwnych wyobrażeń o spokojnym domu za białym płotem. Była niska, ciemnowłosa, miała okrągłą twarz i wyraźnie utykała na lewą nogę. Z tą przypadłością żyła od dawna, ale nie znaczyło to, że przestała ją czuć. Nauczyła się rozpoznawać spojrzenia ludzi szybciej, niż oni zdążyli cokolwiek powiedzieć. Czasem odpowiadała na nie ostro, czasem żartem, czasem zamknięciem się w sobie.

Nie była jednak słaba. Już za kilka miesięcy miała zostać sędzią. Miała własne zdanie, potrafiła mówić wprost i nie należała do osób, które łatwo dają się przesunąć na bok. W jej niepewności było wiele bólu, ale pod tym bólem kryła się siła człowieka, który zbyt długo musiał sam siebie bronić.

Piotr też nie przychodził do niej jako ktoś gotowy i spokojny. Miał za sobą zbyt wiele urwanych dróg: seminarium, podziemie, Bykówkę, „Strzelca", kolejne prace, kolejne próby zaczynania od nowa. Nie mógł jej obiecać wygodnego życia ani pewnej przyszłości. Mógł natomiast obiecać coś, co po latach błądzenia stawało się dla niego coraz ważniejsze: że nie chce już uciekać.

Ich znajomość nie była lekka. Od początku miała w sobie napięcie dwojga ludzi poranionych, upartych i spragnionych domu, choć każde inaczej rozumiało, czym ten dom miałby być. Bywały między nimi zgrzyty, różnice zdań, chwile, w których łatwiej byłoby się rozejść i uznać, że to jednak nie to. A jednak wracali do siebie. Nie dlatego, że wszystko do siebie pasowało, lecz dlatego, że oboje przeczuwali, iż prawdziwe życie rzadko zaczyna się od doskonałego dopasowania. Częściej od decyzji, że mimo różnic człowiek zostaje.

Latem 1995 roku Piotr zaproponował Annie wyjazd na kilka dni do Szczypiorna. Miejsce, które tyle razy wracało w jego życiu jako przestrzeń pamięci, rodzinnych opowieści, utraconych planów i niespełnionego domu, miało teraz przyjąć kogoś nowego. Nie jako gościa z zewnątrz, lecz jako kobietę, z którą Piotr coraz poważniej wiązał przyszłość.

Któregoś dnia poszli przez wieś, trzymając się za ręce. Dla Piotra był to gest naturalny, może nawet oczywisty. Anna jednak niosła w sobie tyle dawnych zawstydzeń, że nawet taki gest musiała sprawdzić.
--- Nie wstydzisz się tak iść ze mną za rękę? --- zapytała nagle.
--- Czemu mam się wstydzić?
Zawahała się, jakby wypowiedzenie następnych słów kosztowało ją więcej, niż chciała pokazać.
--- No... z taką kulawą...
Piotr odpowiedział od razu. Nie układał tego zdania wcześniej, nie przygotowywał się do żadnej deklaracji. Może właśnie dlatego zabrzmiało najprawdziwiej.
--- Aniu, przecież tak będziemy chodzić całe życie.

Zatrzymała się. W zwykłym zdaniu usłyszała coś, czego nie dało się już cofnąć ani zamienić w żart.
--- Piotr... Ty chcesz się ze mną ożenić? Naprawdę?
Popatrzył na nią i poczuł, że po latach rozmytych pragnień, ucieczek i nieudanych prób odpowiedź może być wreszcie prosta.
--- I mam nadzieję, że bardzo szybko.

Wracali na działkę już inaczej. Jeszcze przed chwilą szli drogą jak dwoje ludzi, którzy dopiero wyczuwają granicę między znajomością a narzeczeństwem. Teraz mówili o ślubie, terminie, świadkach, formalnościach. Boże Narodzenie, rodzina, goście --- słowa, które zwykle wymagają narady, zaczęły układać się same, jakby od dawna czekały tylko na wypowiedzenie.

Na działce ojca Piotra nie było. Wsiadł na rower i pojechał gdzieś przed siebie. Zostali sami. Wtedy Anna się rozpłakała. Nie teatralnie, nie po to, by coś wymusić. Płakała raczej z nagłego rozluźnienia tego wszystkiego, co przez lata musiała trzymać w sobie: lęku, że ktoś będzie się jej wstydził, że zawsze będzie musiała pytać, czy może iść obok, że miłość --- jeśli w ogóle przyjdzie --- okaże się litością albo chwilowym wzruszeniem.

Piotr usiadł przy niej, objął ją, głaskał po włosach i ocierał łzy. Pamiętał noc z Danką i tamto milczenie, które miało być uczciwe, a stało się niezrozumiałe. Tym razem nie chciał zostawiać miejsca na domysły. Nie odsunął się. Nie tłumaczył uczuć z bezpiecznej odległości. Po prostu był przy niej.

Nie oznaczało to, że nagle wszystko stało się łatwe. Nie stało się. Różnice charakterów, lęki i trudne sprawy nie zniknęły dlatego, że padło słowo o ślubie. Ale po raz pierwszy od dawna przyszłość nie miała już kształtu ucieczki: ani za granicę, ani w kolejną pracę, ani w następną próbę zaczynania od zera. Miała twarz Anny, która płakała przy nim na szczypiorskiej działce.

Piotr zrozumiał wtedy, że droga do domu nie prowadzi do miejsca obiecanego kiedyś przez innych. Prowadzi do człowieka, przy którym postanawia się zostać.

I przy niej został.


— Koniec rozdziału XII —


Media TitleDziedzictwo klątwy
Media NotesRozdział XII
Latitude52.38096474723043
Longitude19.072265625

» Show All     «Prev «1 ... 11 12 13 14 15 16 17 18 19 ... 71» Next»     » Slide Show





Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.