Rozdział XIII
Z Anną pod górę
Później nie było już tak romantycznie. Choć spędzali ze sobą wiele dni i nadal przygotowywali się do małżeństwa, coraz wyraźniej się od siebie oddalali. Jadwiga nie ukrywała niezadowolenia, a nawet oburzenia z powodu tej znajomości. Uważała Annę za złą kandydatkę na synową; zarzucała jej niemoralne zachowanie, chłodny stosunek do wiary i wywyższanie się. Piotr w wielu sprawach przyznawał matce rację, lecz w domu bronił narzeczonej, przede wszystkim po to, by nie doprowadzać do kolejnych sporów.
Nie chodziło wyłącznie o różnice poglądów. Anna miała skłonność do układania wspólnego życia tak, jakby najważniejsze decyzje zostały już podjęte. Pewnego razu, podczas rozmowy w towarzystwie, do ust Piotra wpadł owad. Odruchowo go wypluł. Anna natychmiast, przy wszystkich, zwróciła mu uwagę, że źle się zachowuje. Piotr odpowiedział złośliwie, a drobny incydent szybko przerodził się w kolejne nieporozumienie. Dla Anny była to kwestia manier; dla Piotra — kolejny sygnał, że przy niej ma być poprawiany i prowadzony za rękę. Jako sędzia i córka byłego oficera SB była przyzwyczajona do pozycji osoby, której oceny traktuje się poważnie. Bywało, że na Piotra patrzyła z góry, jakby jego doświadczenia, praca i poglądy ważyły mniej od jej zawodowej pozycji.
Takie drobiazgi mnożyły się. Ona coraz częściej mówiła o przyszłości w trybie oznajmującym; on coraz wyraźniej czuł, że w tym planie przypadła mu rola człowieka, który ma się dostosować. Tęsknił za domem, w którym odpowiedzialność byłaby wspólna albo jasno podzielona, nie za życiem chłopca prowadzonego za rękę.
Właśnie wtedy, gdy plan ślubu trwał już bardziej siłą rozpędu niż wspólnego przekonania, przyszedł list z Janowa Podlaskiego. Nadawca, Małgorzata, prosiła Piotra — wówczas już bioterapeutę i masażystę — o pomoc dla matki, o której stan bardzo się obawiała. Do kilku zapisanych stron dołączyła fotografię.
Gdy wyjął zdjęcie z koperty, na moment znieruchomiał. Nie cała scena — sama dziewczyna — wydała mu się niezupełnie obca. Nie wróciło żadne konkretne wspomnienie: ani miejsce, ani głos, ani rozmowa. Było tylko mgnienie rozpoznania, zbyt słabe, by mu zaufać, a zbyt wyraźne, by całkiem je zlekceważyć. Pozostali ludzie przy stole, także chłopiec, do którego się pochylała, rozmywali ten niejasny obraz, zamiast pomagać w jego uchwyceniu.
Nie podejrzewał wtedy, że spośród setek tysięcy fotografii, jakie przeszły i przejdą przez jego ręce, właśnie ta jedna kiedyś... Na razie było to zdjęcie jak wiele innych: rodzinne przyjęcie, za stołem nieznani ludzie, a na pierwszym planie ładna, krótko ostrzyżona dziewczyna szepcząca coś do ucha kilkuletniego chłopca. Intrygujący był podpis: „To ja z moim synkiem".
Starsza pani była już po wizycie u innego znachora i wróciła od niego niemal z wyrokiem śmierci. Według tamtej diagnozy jej kres miał być bliski. Piotr niedawno ukończył studium medyczne i kilka innych, jak sam je nazywał, „tajemnych szkół". Był głodny zawodowego sukcesu, ale przede wszystkim chciał pomóc. Uroda córki pacjentki pozostawała szczegółem, którego starał się nie przeceniać.
Kilka dni później spotkali się pod Kolumną Zygmunta. Małgorzata czekała zmarźnięta, a spóźniony Piotr przez chwilę obserwował ją z daleka, onieśmielony bardziej, niż chciałby przyznać. Gdy podszedł bliżej, tamto niejasne wrażenie znajomości wróciło. Nie zapytał jednak, czy już się kiedyś spotkali; sam nie potrafiłby wyjaśnić, skąd wzięło się takie pytanie. Kiedy rozmowa dobiegła końca, nie pamiętał ani tego, jak była ubrana, ani nawet tego, o czym dokładnie mówili.
Było w tym coś niezrozumiałego. Piotr był przecież zaręczony z Anną. Mieszkała daleko, więc każde spotkanie z nią wyczekiwał i przeżywał. Żadne jednak nie pozostawiło po sobie takiego zamętu jak krótka rozmowa z Małgorzatą na warszawskiej Starówce. Jej treść odtworzył właściwie dopiero z następnego listu. Małgorzata pisała, że umówili się w Janowie Podlaskim: najpierw w jej domu, później u chorej matki.
Było późne lutowe popołudnie 1996 roku. Z warszawskiego Dworca Stadion wyruszył wysłużony autobus, który po kilku godzinach miał dotrzeć w okolice białoruskiej granicy. Dopóki wnętrze ogrzewali stłoczeni pasażerowie, podróż była znośna. Kilkadziesiąt kilometrów przed celem pojazd jednak opustoszał, a Piotr, oparty o szybę, zasnął.
--- Proszę pana, proszę pana --- usłyszał natarczywy głos. --- Dojechaliśmy, pora wysiadać.
Kierowca próbował dotrzeć do świadomości zaspanego mężczyzny. Piotr powoli oprzytomniał. Wstanie z siedzenia nie było jednak proste: cały rękaw przymarzł do szyby.
Moniuszki 6. W tamtych czasach pod ten adres nie prowadziła żadna nawigacja. Piotr nie musiał jednak pytać o drogę. Przed wyjazdem dokładnie przestudiował plan nieznanej miejscowości i zapamiętał trasę krok po kroku: z pętli w Przechodnią, potem w prawo w Brzeską. Wysoki biały dom rozpoznał bez trudu. Pamiętał też wskazówkę, by nie wchodzić po schodach, bo tam podobno straszyło, lecz zapukać do drzwi prowadzących na parter, a właściwie do sutereny.
Otworzyła Małgorzata — ciemna szatynka o krótkich włosach, ubrana zwyczajnie, jak ktoś zajęty codzienną pracą. On również nie przyjechał w garniturze ani z kwiatami. Była to wizyta terapeuty, który po długiej podróży musiał odpocząć i przenocować.
Mieszkanie od razu zwracało uwagę niskimi sufitami i nietypowym układem. Z małego przedpokoju schody prowadziły na wysoki parter, gdzie mieszkała Maryla, siostra Małgorzaty. Na wprost, po zejściu dwóch stopni, znajdował się duży, ciepło urządzony pokój; obok kotłownia, niewielki pokoik pięcioletniego Pawła i kuchnia. W ciasnym wnętrzu było dużo troski i dobrego smaku, ale także trudny do nazwania cień smutku.
Małgorzata przygotowała posiłek i zaprosiła go do kuchni. Początkowo rozmawiali o sprawach zwyczajnych, lecz z czasem jej opowieść zaczęła zataczać coraz szersze kręgi. Czasem mówiła szybko, jakby chciała wyrzucić z siebie całe lata naraz, czasem milkła tak długo, że słychać było tylko tykanie zegara i odgłosy budzącego się domu. Piotr nie przerywał.
Z zawodu była położną. Od narodzin Pawła przebywała na urlopie wychowawczym, ponieważ chłopiec od początku miał znaczne problemy zdrowotne. Znała lęk innych matek z sal porodowych, umiała je uspokajać i prowadzić przez najtrudniejsze chwile, lecz wobec choroby własnego syna traciła zawodowy dystans. Każde pogorszenie stanu Pawła wracało do niej jak zapowiedź nieszczęścia.
Nie mówiła o marzeniach wielkimi słowami. Chciała przede wszystkim, żeby Paweł był zdrowy, żeby mogła kiedyś wrócić do zawodu bez strachu, że zostawia go wtedy, gdy jej potrzebuje, i żeby w domu było miejsce, w którym nie trzeba stale bronić siebie ani dziecka. Z jej urywanych zdań wyłaniało się pragnienie zwyczajnego spokoju — czegoś, czego dotąd nie umiała sobie zapewnić.
Najwięcej emocji budziła Maryla. Rywalizacja między siostrami zaczęła się prawdopodobnie jeszcze w dzieciństwie. Maryla, oczko w głowie ojca, częściej dostawała to, czego chciała. Skończyła farmację, prowadziła własną aptekę i — przynajmniej w oczach młodszej siostry — zadzierała nosa, jakby zawodowy sukces dawał jej prawo do osądzania wszystkich dookoła. Kiedy zaczęło jej się dobrze układać w pracy, rozstała się z mężem. Samotnie wychowywała Adama, kilka lat starszego od Pawła, choć ojciec chłopca mieszkał zaledwie kilka ulic dalej.
Małgorzata mówiła o Maryli z mieszaniną złości, żalu i dawnej bezsilności. Dzisiejsze awantury o łazienkę, pieniądze czy wspólny dom były tylko dalszym ciągiem starego sporu o uwagę ojca, sprawiedliwość i prawo do własnego miejsca. W opowieści Małgorzaty starsza siostra zawsze miała więcej: uznania, swobody, pieniędzy i pewności, że to jej racja zostanie przyjęta jako ostateczna.
O ojcu Pawła mówiła ostrożnie i niejednoznacznie. Piotr zrozumiał jej słowa tak, jak najłatwiej było je zrozumieć: uznał, że rozstała się z mężem, a chłopcu brakuje ojca. Dopiero później miało się okazać, że Małgorzata nigdy nie była mężatką. Wtedy, tej nocy, nie dopytał, dlaczego ona i Paweł noszą nazwisko jej rodziców.
Kiedy na niebie pojawiło się pierwsze światło, między dwojgiem niemal obcych sobie ludzi leżało już więcej zwierzeń, niż zwykle wypowiada się przez wiele miesięcy. Nie wszystko dało się od razu pojąć. Imiona, rodzinne konflikty i dawne urazy nakładały się na siebie, a każda odpowiedź otwierała następną historię. Z tej nocy pozostał przede wszystkim obraz kobiety, która bardzo długo musiała radzić sobie sama.
Choć za oknem świtało, oboje zgodzili się, że powinni się przespać. Małgorzata pościeliła gościowi w dużym pokoju, a sama położyła się w pokoju dziecięcym, wolnym tej nocy, ponieważ Paweł spał u dziadków.
Mieli wstać o dziewiątej. Piotr obudził się wcześniej; obce miejsce i krępujące okoliczności nie pozwalały mu spać długo. Ubrał się, przedostał do łazienki i czekał. Kiedy uznał, że Małgorzata mogła już wyjść, zajrzał do małego pokoju. Na szerokim łóżku spod kołdry wystawały jej głowa i cała lewa noga. Widok wystarczył, by bezszelestnie się wycofał. Nie chciał, żeby pomyślała, iż wszedł tylko po to, by się jej przyglądać. Usiadł więc w fotelu i próbował ponownie zasnąć.
Z domu wyszli dopiero przed południem. Na Brzeskiej Piotr po raz pierwszy zobaczył Pawła. Pięcioletni chłopiec, prawdziwe żywe srebro z burzą loczków, jechał ulicą na małym białym rowerze. Na widok matki gwałtownie zawrócił, przywitał się i po chwili znów pognał przed siebie.
--- Nie boisz się o niego? Ma pięć lat i tak jeździ sam po ulicy --- zapytał Piotr, zaskoczony swobodą chłopca.
Małgorzata nie podzielała jego niepokoju. Wychowali się w innych domach i już przy pierwszym spotkaniu z Pawłem ujawniła się różnica w ich spojrzeniu na opiekę nad dzieckiem.
Matka Małgorzaty nie była tak ciężko chora, jak wcześniej sugerowano, a jej życiu nic bezpośrednio nie zagrażało. Piotr uznał dramatyczną diagnozę poprzedniego znachora za próbę wywarcia presji na rodzinie: im większy lęk, tym łatwiej zażądać zapłaty za rzekome ocalenie chorej.
Po zabiegu bioterapeutycznym, długim masażu i obiedzie Małgorzata odprowadzała Piotra na autobus. Przy drewnianej furtce, oddzielającej posesję od niewielkiego skweru przed kościołem, zatrzymała się.
--- Teraz powiedz mi, jak jest naprawdę.
Najwyraźniej obawiała się, że słowa wypowiedziane przy matce miały ją jedynie pocieszyć. Piotr zapewnił, że nie widzi bezpośredniego zagrożenia, i zaproponował konsultację z Aleksandrem Wierzbińskim, wykładowcą bioterapii i masażu, którego bardzo cenił. Małgorzata przyjęła tę propozycję bez wahania.
Kolejne tygodnie przyniosły zwyczajny rytm zajęć. Piotra pochłaniały trudne relacje z Anną, sprzeczki w domu i dyżury w przychodni w Nowym Dworze Mazowieckim. Małgorzata zajmowała się matką, synem i własnymi sprawami. Ich znajomość mogła zakończyć się na jednej wizycie, gdyby nie tamta fotografia i następny list z Janowa.
Było już po połowie kwietnia, gdy na adres Piotra przyszła koperta bez adresu zwrotnego, podpisana jedynie: „Gośka". Rozerwał ją szybciej, niż zamierzał.
„Cześć, Piotr. Pamiętasz mnie jeszcze? Byłeś u mojej mamy w Janowie..." — zaczynała Małgorzata. Opisywała wizytę poleconego terapeuty z Warszawy, wdzięczność i nadzieję, że jej matka będzie żyła. Na końcu pytała, czy Piotr zechciałby przyjechać ponownie. Zaproszenie ucieszyło go bardziej, niż chciał przed sobą przyznać. Tłumaczył sobie, że to naturalna satysfakcja początkującego terapeuty, którego pomoc została doceniona.
Przed dyżurem próbował zadzwonić z poczty, lecz nikt nie podniósł słuchawki. W pracy nie potrafił skupić się na pacjentach; myślami wracał dwieście kilometrów na wschód. Roztargnienie zauważyła pani Marzena. Kiedy opowiedział jej o spotkaniu, liście i zabiegach u starszej pani, zaproponowała telefon przychodni. Piotr nie chciał narażać placówki na koszt rozmowy zamiejscowej, ale tym razem dał się przekonać. Po odłożeniu słuchawki wiedział jedno: umówili się na 1 maja.
--- Pani Marzeno, za trzy dni jadę do Janowa --- powiedział, odwracając się do niej.
--- Wiem. Byłam tu przez całą rozmowę --- odpowiedziała z uśmiechem.
--- Drugi i trzeci maja też są wolne, więc pewnie pan tam zostanie.
--- Nie. Jadę rano i wracam tego samego dnia --- odparł stanowczo, choć przez chwilę dopuścił myśl, że mógłby zostać dłużej. Zaraz ją jednak odrzucił jako nierealną.
Podróż rozpoczęła się rano. Dzień był słoneczny i wyjątkowo ciepły. Małgorzata czekała na pętli autobusowej, skąd poszli prosto do domu jej rodziców. Obiad, masaż, zabieg i rozmowa trwały tak długo, że ostatni autobus odjechał. Piotr musiał zostać do następnego dnia.
--- Nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło --- powiedział, choć martwił się, że rodzice będą czekali na jego powrót. Nie mieli telefonu, więc nie mógł ich uprzedzić. --- Jutro jeszcze raz zajmę się twoją mamą. Powiedz, jak było z wizytą Aleksandra Wierzbińskiego.
Małgorzata się roześmiała.
--- Przyjechał tylko dlatego, że nie wiedział, jak daleko jest Janów. Myślał, że chodzi o ten pod Warszawą.
--- Ale pomógł?
--- Coś robił, choć nie wiem dokładnie co. Powiedział, że ty możesz kontynuować. A na końcu zrobił coś nad moją głową. Sama go o to nie prosiłam. Przez trzy dni czułam się jak nowo narodzona: radosna, spokojna, pełna optymizmu.
--- I co potem?
--- Po trzech dniach wszystko minęło. Wróciła dawna, smutna rzeczywistość.
Rozmawiając, wrócili na Moniuszki. Do wieczora pozostawało jeszcze dużo czasu, więc kobieta zaproponowała wycieczkę rowerową nad Bug. Pojechali we troje. Z zewnątrz mogli wyglądać jak rodzina na majowym pikniku: kobieta, mężczyzna i dziecko. W Piotrze obraz ten poruszył pragnienie, które nosił w sobie od lat.
W jego wyobraźni pod oknem z firankami stał stół, na parapecie rosły kwiaty znane z dzieciństwa, a po pokojach biegało czworo dzieci. Jedno z nich miało imię i twarz: Rozalia.
Lata mijały, a to marzenie pozostawało niespełnione. Po trzęsieniu ziemi w Gruzji mówiło się o adopcji osieroconych dzieci przez polskie rodziny, lecz samotny mężczyzna nie miał na nią szans. Piotr był gotów wychować także niespokrewnione dziecko, które stałoby się jego własnym. Z Anną planował małżeństwo, ale wracało pytanie, czy będą mogli mieć dzieci. Wyprawa nad Bug, z Małgorzatą i Pawłem, na chwilę nadała dawnym wyobrażeniom realny kształt.
Wieczorem znów usiedli w kuchni i rozmowa ponownie przeciągnęła się do późna. Tym razem Małgorzata nie opowiadała już życiorysu. Wracała do pojedynczych scen: nocnych gorączek Pawła, własnej bezradności, kłótni z Marylą... Czasem płakała, czasem urywała zdanie i przez dłuższą chwilę patrzyła w stół. Nie prosiła wprost o ratunek. Potrzebowała raczej, by ktoś wreszcie wysłuchał jej bez poprawiania, osądzania i porównywania ze starszą siostrą.
Największy lęk zawsze wracał do Pawła. Bała się o jego zdrowie, ale także o to, czy wychowywany bez ojca chłopiec nie będzie przez całe życie nosił w sobie braku, którego ona nie potrafi wypełnić. Z tych zwierzeń po raz pierwszy wyłaniała się nie tylko Małgorzata skrzywdzona przez rodzinę, lecz kobieta rozdarta między własnym zmęczeniem, odpowiedzialnością za dziecko i pragnieniem, by jeszcze kiedyś zacząć życie od nowa.
--- Kiedy się urodził? --- zapytał.
--- Trzeciego marca 1990 roku --- odpowiedziała Małgorzata bez wahania i po chwili mówiła dalej. Data zatrzymała Piotra na ułamek sekundy. Odruchowo cofnął w myślach kalendarz, lecz nie dokończył rachunku. Wróciło tylko znajome ukłucie, podobne do tego, którego doznał, patrząc na fotografię i później pod Kolumną Zygmunta. Małgorzata nie zauważyła niczego albo nie chciała zauważyć. On nie zadał następnego pytania.
Po północy przeszli do dużego pokoju. Z wieży płynęła muzyka, na stoliku stał wazon z wiosennymi kwiatami, a Małgorzata wyjęła wino i dwa kieliszki. Cisza między nimi nie była już tą samą ciszą co wcześniej. Po drugim kieliszku Piotr zaproponował masaż; zgodziła się bez wahania. Nie było stołu, więc rozłożyła koc na grubym szarym dywanie. Pierwsze ruchy jego dłoni były zawodowe, spokojne i pewne. Potem oboje przestali rozmawiać. Granica nie zniknęła w jednym geście — ustępowała powoli, w kolejnych chwilach, z których każdą można było jeszcze zatrzymać. Żadne z nich tego nie zrobiło.
--- Jak nas widzisz? --- zapytała Małgorzata, gdy mieli już zasnąć.
Do tej chwili mogli oboje udawać, że mijająca noc była tylko przypadkiem, skutkiem bliskości, wina i długiej rozmowy. Pytanie Małgorzaty odebrało im tę wygodę. Piotr nie przypuszczał, że widzi w tej znajomości początek czegoś trwałego. Skoro jednak zapytała wprost, odpowiedział równie wprost: mówił o poważnych zamiarach.
--- Najpierw musisz rozwiązać sprawę z Anną --- przypomniała mu.
--- Jasne --- odpowiedział, udając sennego.
Sprawa z Anną nie sprowadzała się do jednej trudnej rozmowy. Od miesięcy rozstawali się i wracali do siebie, jakby sama chęć założenia rodziny mogła wystarczyć za zgodność charakterów. Każda wcześniejsza próba ostatecznego odejścia kończyła się jednak jej łzami i słowami: „Bo jestem brzydka", „bo jestem kaleką". To właśnie odbierało mu odwagę, by powiedzieć stanowcze „koniec".
Nie była to jeszcze miłość, przynajmniej nie taka, która miała czas dojrzeć. Było natomiast gwałtowne poczucie wzajemnego rozpoznania: ona znalazła człowieka gotowego słuchać, on — kobietę, przy której na moment zobaczył dom i dzieci. Zanim zasnęli, możliwość wspólnego życia przestała być tylko fantazją. Stała się planem, choć żadne z nich nie miało jeszcze pojęcia, ile w tym planie było nadziei, a ile pragnienia, by uciec od dotychczasowego życia.
Powrót z Janowa nie przyniósł Piotrowi ulgi. W drodze próbował nazwać to, co wydarzyło się w nocy, lecz każda nazwa brzmiała jak usprawiedliwienie. Myśl o Małgorzacie i Pawle niosła radość, a zaraz obok pojawiała się Anna — nie jako przeszkoda, lecz jako człowiek, którego miał zranić.
Uczucie do Anny nie zniknęło w jednej chwili. W pewnym sensie ją kochał: czekał na spotkania, znał jej lęki, wiedział, jak bardzo boi się odrzucenia. Najbardziej obawiał się, że uzna rozstanie za skutek niepełnosprawności. Nie chciał, by pomyślała, że odchodzi dlatego, że ona kuleje, że jest „gorsza" albo że jej ciało przekreśliło wspólne życie. Nie chciał odpowiadać za jej upokorzenie ani za kolejne łzy.
Przez kilka następnych dni układał w głowie rozmowę, która nie byłaby ani kłamstwem, ani okrucieństwem. Nie znalazł dobrych słów. Wiedział tylko, że nie powie o Małgorzacie.
Dzień był słoneczny i wyjątkowo piękny. Anna przywitała go na dworcu radosnym uśmiechem i serdecznym uściskiem. W jej zachowaniu nie było cienia podejrzenia; przyjechał przecież narzeczony, z którym miała budować przyszłość. Piotr odwzajemnił powitanie i przez moment niemal uwierzył, że może niczego nie mówić, że wystarczy wrócić do dawnego planu. Zaraz jednak pomyślał o Janowie. Wiedział, że dalsze milczenie byłoby jeszcze większym kłamstwem. Anna przygotowała niespodziankę: po obiedzie mieli jechać do Krakowa. Dla niej był to kolejny wspólny dzień; dla niego — coraz cięższe odroczenie rozstania.
Rodzice Anny przyjęli go jak zawsze życzliwie. Ojciec Ryszard, mimo nawyków wyniesionych z aparatu PRL, w domu zachowywał się ciepło i swobodnie. Matka troszczyła się o przyszłość jedynaczki. Oboje byli dyskretni i korzystali z każdej okazji, by zostawić młodych samych, wyraźnie licząc na rychłe wesele.
--- Jedz szybciej, bo musimy już jechać --- poganiała Anna.
--- Aniu, co wymyśliłaś?
--- Mówiłam: niespodziankę.
Nie chciała zdradzić więcej. Piotr wsiadł do dostosowanego do jej niepełnosprawności fiata 126p i pozwolił się wieźć w nieznane. Anna prowadziła sprawnie i zgodnie z przepisami. Wszystkie funkcje obsługiwane zwykle nogami przeniesiono w okolice kierownicy, dzięki czemu do jazdy wystarczały sprawne dłonie.
--- Aniu, dokąd jedziemy? --- zapytał, gdy zjechali z drogi prowadzącej do Krakowa.
--- Powiedziałam, że będzie niespodzianka. Właściwie dwie.
Anna mówiła o przyszłości z pewnością osoby, która długo ją układała: o pracy, mieszkaniu, rodzicach i życiu po ślubie. Piotr odpowiadał półsłówkami. Każdy kolejny szczegół, który dla niej był dowodem troski, w nim pogłębiał poczucie winy. Nie wiedział, co jest bardziej okrutne: pozwolić jej mówić dalej czy przerwać w chwili, gdy z radością odsłaniała przed nim wspólny plan.
Po pewnym czasie wjechali do niewielkiego podgórskiego miasteczka. Anna zatrzymała samochód przed okazałym domem, wyjęła z torebki klucze i otworzyła drzwi bez pukania.
--- Czyj to dom?
--- Mojego ojca. Taki domek letniskowy w górach. Rodzice chcą się tu kiedyś przeprowadzić, a nam zostawić mieszkanie w mieście.
--- Nie uważasz, że ja też powinienem mieć coś do powiedzenia?
--- Ale o czym tu dyskutować? Ja będę tutaj pracować. Nie możemy mieszkać w Warszawie.
To samo miejsce widzieli zupełnie inaczej. Anna oprowadzała go po pokojach, omawiała wyposażenie, mówiła, gdzie mogliby mieszkać i jak rodzice zamierzają im pomóc. W jej głosie była ulga: oto jeden z najtrudniejszych problemów młodego małżeństwa został rozwiązany. Piotr słyszał w tym gotowy scenariusz, w którym dla niego nie pozostawiono miejsca na decyzję. Gdy przypomniała mu, by zdjął buty, poczuł się bardziej gościem niż przyszłym gospodarzem.
Nie podjął rozmowy. Byli daleko od stacji, a Anna cieszyła się z przygotowanego dnia. Każda chwila milczenia przedłużała jednak złudzenie, które sam miał za chwilę odebrać. Wyszedł za nią z domu, wiedząc, że od tej rozmowy i tak nie ucieknie.
Do Krakowa dotarli późnym popołudniem. Na drugą niespodziankę było jeszcze za wcześnie. Piotr domyślił się, że chodzi o miejsce, które odwiedzili poprzedniej jesieni i z którego oboje lubili patrzeć na miasto z wysokości. W innych okolicznościach wyjazd mógłby ich ucieszyć. Tego dnia wszystko miało jednak podwójne znaczenie.
--- Chodź, coś ci pokażę --- powiedziała Anna i poprowadziła go w stronę spokojnego parku na zboczu. Wśród drzew i równo przyciętej trawy w oddali majaczyła Wisła.
--- Podoba ci się?
--- Jest tu przyjemnie.
--- Widzisz tę lipę? --- wskazała drzewo stojące nieopodal.
--- No i?
--- Byłam tu kiedyś z moim dawnym chłopakiem. Właśnie pod tą lipą... no wiesz...
Piotr milczał.
--- Chodź. Chcę to powtórzyć z tobą --- powiedziała jednoznacznie.
--- Nie, Aniu. To jest chore. Będziesz musiała poprosić o pomoc byłego chłopaka.
--- Nie wygłupiaj się. To dawno skończone, a ja chcę być z tobą. W ogóle musimy porozmawiać o tych sprawach.
--- Czegoś nam brakuje?
--- Teraz nie. Jest cudownie, ale jestem chora, a każdy mężczyzna ma swoje potrzeby także na starość.
--- Aniu, to nie jest najważniejsze w życiu.
--- Chcę, żebyś wiedział, że jeśli kiedyś nie będę mogła, zależy mi tylko na tym, żebyś mnie kochał. Nie miałabym pretensji, gdybyś...
--- Co ty opowiadasz? --- przerwał jej Piotr.
Nie chciał takiej rozmowy i czuł się coraz bardziej nieswojo. Anna próbowała jednak wyjaśnić, jak wyobraża sobie ich przyszłość.
--- Mogłabym nawet zapłacić jakiejś kobiecie, żebyś był zadowolony --- powiedziała w końcu.
Po tych słowach zapadła cisza. Anna patrzyła na niego z napięciem, jakby czekała, aż zrozumie rozmiar jej gotowości do poświęcenia. W jej rozumieniu próbowała ocalić ich przyszłość przed własną chorobą. Piotr usłyszał jednak coś odwrotnego: zgodę na życie, którego nie chciał, i obraz siebie sprowadzonego do samych potrzeb. Cofnął się o krok. Kiedy na jego twarzy nie pojawiła się wdzięczność ani ulga, w Annie narastało niezrozumienie, a potem złość.
--- To czego ty właściwie chcesz?!
--- Nie wiem, Aniu. Ale wiem, że tak nie chcę. Najpierw pokazujesz mi dom i mówisz, gdzie będziemy mieszkać, jakby wszystko było już ustalone. Teraz urządzasz mi nawet to, z kim mam spać, kiedy tobie zabraknie sił. A mnie w tych planach w ogóle nie ma.
--- Przecież robię to dla ciebie! Chcę, żebyś był ze mną szczęśliwy.
--- Ale ty ciągle wiesz lepiej, co ma mnie uszczęśliwić. Pamiętasz, jak podczas rozmowy wpadł mi owad do ust? Wyplułem go, a ty przy wszystkich zrobiłaś mi wykład, że źle się zachowuję. Miałem go połknąć i się oblizać? --- wyrzucił z siebie. --- Nie chcę przez całe życie słyszeć, co mam mówić, gdzie mieszkać i jak się zachowywać.
--- Teraz wyciągasz jakieś głupstwo, bo nie podoba ci się to, co powiedziałam -- zawołała, nadal nie widząc nic złego w swoim zachowaniu.
--- To nie jest jedno głupstwo. Tak jest ciągle. Ty decydujesz, a potem oznajmiasz mi, co ustaliłaś. Ja nie chcę być chłopcem prowadzonym za rękę.
--- Czyli co? Chcesz mnie zostawić, bo próbuję myśleć o naszej przyszłości?
--- Nie dlatego. I nie dlatego, że jesteś chora. Właśnie tego najbardziej nie chciałem, żebyś tak pomyślała. Jesteś mi bliska, Aniu. Na swój sposób cię kocham. Ale my się razem zamęczymy. Ty będziesz mną rządzić, ja będę się buntował o każdą rzecz. W końcu albo się znienawidzimy, albo pozabijamy.
--- Skąd ci się nagle wzięła ta cała mądrość?
--- Nie nagle. Tylko wcześniej nie miałem odwagi tego powiedzieć. A po tym, co usłyszałem przed chwilą, już nie potrafię udawać. Gdy mówisz, że zapłacisz obcej kobiecie, żebym był zadowolony, robisz ze mnie zwierzę. Ja nie chcę takiej miłości. To nie ma sensu. Powiedz tylko, w którą stronę mam iść na stację.
--- To koniec? --- zapytała cicho.
--- Chyba tak --- odpowiedział. Słowa, na które przygotowywał się przez całą podróż, zabrzmiały słabiej, niż chciał. Po raz pierwszy to on kończył związek i nie potrafił zrobić tego bez wahania.
--- Zrobimy tak: odwiozę cię na stację, pojedziesz do domu i się uspokoisz. Wszystko będzie dobrze --- Anna znów podjęła decyzję i znów tego nie zauważyła.
Na parkingu Anna była już spokojniejsza, jakby w drodze zdążyła ułożyć wydarzenia w wersję, którą można jeszcze odwrócić.
--- Idź teraz sam. Potrzebujesz samotności. Kiedy zatęsknisz, zadzwoń.
Nie usłyszała potwierdzenia, lecz brak sprzeciwu wystarczył jej, by zostawić otwartą możliwość powrotu. Uściskała go serdecznie. Ten sam gest miał dla nich dwojga inne znaczenie: dla niej mógł być przerwą, dla niego był pożegnaniem. Odjechała, a Piotr jeszcze przez chwilę stał na parkingu; ulga mieszała się z pustką po czymś, co mimo wszystko miało stać się jego życiem.
Następnego dnia Piotr zadzwonił do Małgorzaty z pierwszej czynnej budki telefonicznej.
--- Cześć, Gosiu. Jestem już po trudnej rozmowie z Anną. Nie było łatwo, ale sprawa jest zamknięta.
--- Co jej powiedziałeś? Wie o mnie?
--- Nie musiałem mówić o tobie. Dziś nasz związek zakończyłby się nawet wtedy, gdyby ciebie nie było. Nie masz z tym nic wspólnego. Nie chcę już o tym rozmawiać. Skończyło się.
— Koniec rozdziału XIII —


