Rozdział XIV
Pierścionek na dnie kieliszka
Po rozmowie w krakowskim parku Piotr wracał z przekonaniem, że tym razem odszedł od Anny naprawdę. Ulga nie była jednak czysta. Towarzyszył jej żal, bo mimo wszystkich różnic Anna pozostała kimś bliskim, i niepokój, czy słowo „koniec" wystarczy, by zamknąć sprawę. Na razie nie chciał do niej wracać. Myślami był już w Janowie.
Tam czekali Małgorzata i Paweł, a wraz z nimi życie, które on i Gosia zaczęli układać z niepojętą szybkością. Ona od lat sama dźwigała troskę o syna; on od lat wyobrażał sobie dom pełen dzieci. Każde zobaczyło w drugim odpowiedź na coś, czego długo mu brakowało. Była też między nimi sprawa niewypowiedziana. Oboje wiedzieli, że ich historia nie zaczęła się od listu ani od spotkania pod Kolumną Zygmunta. Nie musieli tłumaczyć tego sobie, a tym bardziej odsłaniać przed innymi.
Po powrocie do Legionowa imię Małgorzaty pojawiało się przy każdej okazji. Piotr opowiadał o jej matce, o Janowie, o długich nocnych rozmowach, a w końcu także o pięcioletnim Pawle. Tego obawiał się najbardziej. W rodzinie Małgorzaty od lat powtarzano wersję, według której, pracując w Warszawie, została zgwałcona przez nieznanego mężczyznę. Dla wielu krewnych było to jedyne wyjaśnienie, jakie potrafili przyjąć. Piotr wiedział, że nie była to cała prawda, lecz nie zamierzał nikomu niczego objaśniać.
Jadwiga przyjęła wiadomość o nowej dziewczynie z ulgą, której syn się nie spodziewał. Nie pytała o szczegóły ani o to, co powiedzą ludzie. Najważniejsze było dla niej co innego.
— Skoro nie zabiła, urodziła i wychowuje, to musi być porządna dziewczyna — skwitowała.
Jednym zdaniem rozwiała obawy, które Piotr nosił w sobie od powrotu z Janowa. Małgorzata nie przekroczyła jeszcze progu mieszkania Koryckich, a już przestała być w nim kimś obcym. Paweł również nie był dodatkiem do planowanej rodziny ani przeszkodą, którą należało zaakceptować. Przychodził razem z matką i od początku zajmował w tej rodzinie własne miejsce.
Zaczęły się częste podróże między Janowem, Warszawą i Legionowem. Pierwsza wizyta Małgorzaty w domu Koryckich miała być czymś więcej niż zwyczajnym przedstawieniem przyszłej żony rodzicom. Piotrowi zależało, by poznała także Czarka, dwuletniego syna Urszuli, który przez ostatnie lata był dla niego najbliższą namiastką własnego dziecka. Trzy dni wcześniej oznajmił więc siostrze, że jadąc do Warszawy po Gosię, zabierze chłopca ze sobą.
Na dworzec dotarli bez przeszkód i, jak zwykle, dużo przed czasem. Właśnie to oczekiwanie okazało się kłopotliwe.
— Siku — zażądał nagle Czarek głosem, który nie pozostawiał miejsca na negocjacje.
Autobus z Janowa mógł nadjechać w każdej chwili. Na stanowiskach kłębił się tłum, a przed wejściem do ubikacji ciągnęła się kolejka. Piotr rozejrzał się i pociągnął chłopca w stronę pobliskich krzaków.
— Czaruś, tylko szybko.
Dwulatek stanął na wysokości zadania, lecz gdy wrócili, autobus już stał. Tym razem to nie Piotr czekał na Małgorzatę, ale ona na niego. Przywitała ich bez pretensji, uśmiechnęła się do Czarka i razem ruszyli w stronę autobusu miejskiego. Pierwsze spotkanie z rodziną zaczęło się więc od drobnego spóźnienia i dziecięcej potrzeby, jakby od początku miało być bardziej zwyczajne niż uroczyste.
Podczas następnej wizyty Małgorzata przywiozła dla Jadwigi dwie duże butelki wody żywej i martwej. Wiedziała o chorobie zwyrodnieniowej przyszłej teściowej i wierzyła, że w ten sposób zdoła choć trochę ulżyć jej w cierpieniu. Jedna z butelek nie wytrzymała podróży. Gdy Gosia otworzyła torbę, w środku chlupotała woda, a mokre rzeczy przylegały do odłamków szkła.
— Zobacz, potłukło mi się — powiedziała zrozpaczona.
Nie żałowała butelki ani zalanej torby. Bolało ją, że przyjechała z czymś, co miało pomóc Jadwidze, i nie zdoła tego wręczyć. Piotr patrzył na jej bezradność z rosnącym wzruszeniem. W trosce Małgorzaty o kobietę, której prawie jeszcze nie znała, widział zapowiedź zgody między dwiema najważniejszymi osobami w jego przyszłym domu. Wierzył, że jeśli one się polubią, reszta ułoży się sama.
Kolejne spotkanie w Janowie zaplanował z wyjątkową starannością. Przywiózł pierścionek, butelkę szampana i pomysł, którego nie zdradził Małgorzacie. Późnym wieczorem, po zabiegach u Marianny Andrzejuk, usiedli naprzeciw siebie w fotelach. Światło lampy było przygaszone, rozmowa płynęła spokojnie, a w jednym z kieliszków czekał złoty krążek.
Małgorzata dostrzegła go dopiero po pewnym czasie. Przechyliła szkło, przyjrzała się uważniej i zaczęła wydobywać znalezisko małym widelczykiem. Wtedy Piotr ukląkł przed nią.
— Gosiu, zostaniesz moją żoną?
Zastygła z pierścionkiem między palcami. Wiedziała, że mówią o wspólnym życiu, mogła więc spodziewać się tego pytania, lecz nie tej chwili i nie takiego gestu. Przez moment patrzyła na niego zupełnie poważnie, jakby chciała upewnić się, że za przygotowaną niespodzianką stoi prawdziwa decyzja.
— Tak. Zostanę twoją żoną — odpowiedziała w końcu.
Dopiero wtedy się uśmiechnęła. Pierścionek, który przed chwilą leżał na dnie kieliszka, znalazł się na jej palcu, a zamiar, o którym dotąd mówili półżartem i z niedowierzaniem, stał się obietnicą.
Pierwszy poranek narzeczeństwa przyniósł radość, lecz każde z nich przeżywało ją inaczej. Piotr budził się z poczuciem szczęścia wolnego od lęku, który towarzyszył zaręczynom z Anną. Małgorzata również cieszyła się pierścionkiem i nowym słowem „narzeczony", ale myślała już o tym, co należało zrobić: kończącym się urlopie wychowawczym, powrocie do pracy w Warszawie i miejscu, w którym mogliby zamieszkać razem z Pawłem.
— Wiesz, o czym myślałam w nocy? — zapytała po przebudzeniu.
— O nas?
— Skąd wiesz? — roześmiała się. — Ale tak konkretnie, no wiesz...
— No właśnie nie wiem — droczył się z nią.
— Jeśli mamy się pobrać, musimy zrobić to bardzo szybko.
— Ja mogę nawet dzisiaj!
— Oj, nie żartuj. Mówię poważnie. Niedługo skończy mi się urlop wychowawczy i będę musiała wrócić do pracy w Warszawie. Gdybyśmy byli już po ślubie, moglibyśmy wynająć mieszkanie gdzieś blisko.
Piotr opowiedział wtedy o propozycji Jadwigi: po ślubie mogliby na pewien czas zamieszkać w Legionowie. Dla ich trojga przeznaczono by jeden niewielki pokój. Byłoby ciasno, ale taniej, a dzięki temu mogliby odłożyć pieniądze na własne mieszkanie. Małgorzata słuchała, dopytywała o miejsce dla Pawła i dojazdy do pracy. Po krótkim namyśle uznała, że na początek można spróbować.
Od tego poranka niemal każda rozmowa wracała do ślubu, wesela i wspólnego domu. Trzeba było też przygotować Pawła na zmianę, której dorośli nadali już kierunek, lecz dla pięciolatka wciąż była czymś nowym.
— Gosiu, musimy go jakoś przestawić... — zaczął Piotr.
— Z czym?
— Wolałbym, żeby nie mówił już do mnie „pan". Chciałbym też pojawić się w jego akcie urodzenia.
— No to trzeba będzie zacząć go przestawiać — odpowiedziała z uśmiechem.
Nazajutrz Paweł bawił się na podłodze, gdy nagle podniósł głowę.
— Tato, zobacz.
Piotr odwrócił się tak gwałtownie, jakby chłopiec zawołał kogoś innego. Paweł wskazywał mu coś z przejęciem, nieświadomy, że jedno krótkie słowo zatrzymało dorosłego w pół kroku. Piotr chciał odpowiedzieć zwyczajnie, ale przez moment nie wydobył z siebie głosu. Spojrzał na Małgorzatę. Uśmiechnęła się tylko, jakby od początku wiedziała, co to z nim zrobi.
— Widzę, synku — powiedział wreszcie, ciszej niż zamierzał.
Na to słowo czekał od lat. Nie potrzebował uroczystości ani świadków; wystarczył chłopiec, który po raz pierwszy uznał, że może go tak nazwać.
Do wieczora ustalili, że zaręczyny trzeba będzie powtórzyć oficjalnie przy rodzinie. Wybrali przybliżoną datę ślubu, rozmawiali o miejscu zamieszkania, a nawet o kolorze garnituru. Plany rosły szybciej niż czas, jaki zdążyli ze sobą spędzić.
Kilka dni później Piotr wszedł do Lecznicy „Pod Dębami" z nowiną, której nie potrafił zatrzymać dla siebie.
— Pani Marzeno, będzie pani zaproszona na ślub — oznajmił od progu.
— A kiedy planujecie?
— Skąd pani wiedziała, że mój?
— To od dawna było czuć — roześmiała się. — Kiedy?
— Pod koniec sierpnia.
— To zobaczymy. Chyba będę wtedy na wczasach. No niestety...
Piotr spochmurniał. W tamtych dniach najchętniej zaprosiłby cały świat, żeby wszyscy mogli uczestniczyć w jego szczęściu. Jacek przynajmniej się nie wykręcał; już wcześniej obiecał, że na weselu będzie. Tego dnia przyjechał do lecznicy na kolejną praktykę. Radość z przyszłego ślubu musiała jednak ustąpić zwykłym obowiązkom. Na dziesiątą zapisana była kobieta z dzieckiem.
Dzieckiem okazał się rosły szesnastolatek. Od dłuższego czasu cierpiał na uporczywe bóle głowy. Matka prowadziła go od lekarza do lekarza, lecz kolejne badania i terapie nie przynosiły poprawy. Do bioterapeutów przyszła jak do ostatniej deski ratunku.
— Proszę usiąść na kozetce, a ty stań tutaj, na środku — polecił Piotr.
Rozpoczął badanie tak jak wiele razy wcześniej. Po chwili jednak zatrzymał dłonie. Pojawiła się myśl tak niedorzeczna, że powinien ją natychmiast odrzucić, a mimo to poprosił Jacka, by sam sprawdził chłopaka. Praktykant podszedł, skupił się i niemal natychmiast odskoczył.
— Parafrenia. Parafrenia albo... — wyszeptał.
Nie dokończył. Nie musiał. Obaj zbladli, choć wcześniej nie zamienili na ten temat ani słowa. Nie mieli racjonalnych podstaw do podobnego rozpoznania i nigdy nie zetknęli się z takim przypadkiem. Pomiędzy nimi zawisło inne słowo, znacznie bardziej niepokojące, którego żaden nie chciał wypowiedzieć przy chłopcu i jego matce.
Kobieta patrzyła na nich coraz uważniej.
— Można mu jakoś pomóc? — zapytała, jakby od odpowiedzi zależała ostatnia resztka nadziei.
— Będę leczył pani syna, ale pod jednym warunkiem — odpowiedział Piotr.
— Jakim?
— Proszę teraz pójść z nim do kościoła. Niech poprosi księdza o spowiedź i Komunię świętą. Potem wróćcie do nas.
Nie zaprotestowała. Skinęła głową, wzięła syna za rękę i wyszła. Tego dnia już się nie pojawili.
Kiedy drzwi się zamknęły, w gabinecie została ciężka, duszna cisza. Jacek przez dłuższą chwilę nie odrywał wzroku od miejsca, w którym stał chłopak. Piotr również nie próbował żartować. Obaj myśleli o tym samym, lecz żaden nie chciał pierwszy nadać temu nazwy.
— Musiałeś ją przestraszyć księdzem? — odezwał się w końcu Jacek.
— A co miałem zrobić? Musiałem.
Byli przekonani, że kobieta uznała ich za szarlatanów i nigdy nie wróci. Mylili się; pojawiła się ponownie po kilku tygodniach. Tego dnia nie mogli jeszcze o tym wiedzieć. Napięcie przerwała dopiero kwiaciarka z obejścia pana Kuleszy, która zajrzała do środka ze sprawą tak przyziemną, że w pierwszej chwili zabrzmiała niemal groteskowo.
— Panie Piotrze, jak to jest z tą bioterapią? Żeby był efekt, trzeba w nią wierzyć?
— Szczerze? Sam nie wiem. Wiem tylko, że działa, a wiara chyba nie ma większego znaczenia. Kiedyś leczyłem psa. Mało prawdopodobne, żeby pies wierzył w moje zabiegi, a jednak wyzdrowiał.
— Bo mój mąż nie wierzy w te rzeczy, a ma czkawkę...
— Czkawkę? — Piotr parsknął śmiechem. — Niech wstrzyma oddech albo proszę go porządnie przestraszyć.
— Ale on ma ją od miesiąca!
Śmiech zniknął z twarzy terapeuty.
— Od miesiąca? Nie słyszałem o czymś takim. Niech go pani przyprowadzi.
— Nie przyjdzie. Dziad uparty jak osioł.
— Ma pani jego zdjęcie?
Kobiecina przeszukała portfel i wydobyła stare zdjęcie legitymacyjne. Piotr położył fotografię na ladzie. Nigdy wcześniej nie próbował pracować ze zdjęciem i sam nie był pewien, czy wierzy w podobne opowieści. Tym razem nie miał jednak przed sobą pacjenta, na którym mógłby skupić dłonie i uwagę. Zamknął oczy i wyobraził sobie, że mężczyzna stoi tuż obok.
Po chwili fotografia przestała być tylko kawałkiem papieru. Piotr odniósł wrażenie, że wyczuwa całe ciało nieobecnego człowieka, miejsce problemu i sposób, w jaki należałoby go usunąć. Pewność trwała krótko. Gdy skończył, odpłynęła jak sen, zostawiając mgliste wspomnienie czegoś, czego nie potrafiłby nikomu rozsądnie wyjaśnić.
— No dobrze, zobaczymy, co z tego będzie. Niech pani idzie do męża i sprawdzi, czy dalej mu się czka — powiedział bez większego przekonania.
On i Jacek nie zdążyli jeszcze porządnie obśmiać eksperymentu, gdy kwiaciarka wbiegła z powrotem.
— Panie Piotrze, niech pan sobie wyobrazi, że mu przeszło!
— I co? Uwierzył?
— A gdzież tam. Głupi dziad powiedział, że to przypadek!
Dla jej męża mogło to być przypadkowe ustąpienie czkawki. W obejściu pozostawał jednak jeszcze jeden niedowiarek: pan Kulesza, mąż doktor Danuty. Gdy tylko usłyszał o całym zdarzeniu, wszedł do lecznicy dostojnym krokiem.
— Mówią, że hipnozą można człowieka z alkoholizmu wyleczyć.
— Ano można.
— I podobno pan potrafi tak zahipnotyzować, że człowiek nic nie pamięta...
— Zazwyczaj jest to możliwe.
— Ja mam taki twardy charakter, że ze mną by się nie udało — przekomarzał się pan Kulesza.
Piotr łatwo dawał się sprowokować do podobnych prób.
— Proszę się położyć na kozetce.
— I co, wyleczy mnie pan z papierosów? — pokpiwał starszy mężczyzna.
— Może...
Kiedy nieoczekiwany pacjent ułożył się wygodnie, jego żona, pani Marzenka i Jacek zaczęli śledzić każdy ruch terapeuty. W gabinecie zapadła cisza.
— Leży pan wygodnie. Całe ciało odpoczywa, rozluźnia się... Jest panu ciepło i przyjemnie. Stopy stają się lekkie, odpływa z nich zmęczenie...
Po dłuższej chwili Piotr postanowił sprawdzić, jak głęboko pacjent poddał się sugestii.
— Leży pan teraz na zielonej łące. Pod plecami czuje pan nagrzaną słońcem trawę, z góry dochodzi monotonny szum drzew. Jest tak przyjemnie... Gdyby nie ta uparta mucha. Ciągle lata koło twarzy. Proszę ją przegonić.
Pan Kulesza nie poruszył się ani o centymetr. Piotr uznał próbę za nieudaną i rozpoczął wybudzanie.
— Będę liczył od jednego do dziesięciu. Kiedy skończę, obudzi się pan, mocno zaciśnie pięści i wstanie. Jeden, dwa...
Po ostatniej liczbie pan Kulesza usiadł na kozetce z triumfującą miną.
— A nie mówiłem? Mnie się nie da zahipnotyzować. Poleżałem sobie przynajmniej wygodnie. No, prawie wygodnie, bo jakaś mucha ciągle latała mi koło nosa...
Nie rozumiał, dlaczego wszyscy nagle parsknęli śmiechem.
— No co?
Odpowiedź zagłuszył dzwonek telefonu. Po chwili z zielarni dobiegł nieśmiertelny zwrot pani Marzenki:
— Panie Piotrze, do pana.
Kiedy podszedł do aparatu, pozostali, jak na umówiony znak, przesunęli się bliżej drzwi.
— Słucham.
— Dzień dobry panu, tu Agnieszka — odezwał się męski głos.
— Dzień dobry pani. Widziałem te żyrafy. Były bardzo ładne.
— Dziękuję. Obiekt sprawdzony. Nie mamy zastrzeżeń, ale rodzina bardzo nieciekawa. Proszę to przemyśleć. Decyzję pozostawiamy panu.
— Bardzo dziękuję. Do widzenia.
Śmiech po hipnozie wygasł równie szybko, jak się pojawił. Zebrani nie słyszeli wszystkich słów, lecz męski głos przedstawiający się imieniem „Agnieszka" musiał wzbudzić ciekawość. Tylko Jacek odważył się później, w pociągu do Legionowa, zapytać wprost. Odpowiedzi nie otrzymał.
Piotr przez większą część drogi milczał. Wśród stukotu kół wracało jedno zdanie: „rodzina bardzo nieciekawa". „Agnieszka" był pseudonimem człowieka odpowiedzialnego w „Piaście" za zbieranie informacji o osobach, które miały wejść do bliskiego otoczenia członków organizacji. Wobec samej Małgorzaty nie zgłoszono zastrzeżeń. Ostrzeżenie dotyczyło jej krewnych i nie zawierało żadnych szczegółów. Można je było zlekceważyć, ale można też było dopowiedzieć sobie najgorsze.
W domu czekała jeszcze prostsza, a przecież wciąż nieodbyta rozmowa. Jadwiga nadal nie wiedziała o pierścionku ani o planowanym terminie ślubu.
— Mama, przyszłaby mamusia do mnie na chwilę? — poprosił Piotr, gdy tylko coś zjadł.
— Nie teraz. Jak Ula wróci, to Czarusia weźmie — odpowiedziała Jadwiga, zajęta wnukiem.
Rozmowa została odłożona. Kiedy Urszula wreszcie się pojawiła, przyniosła ze sobą własne sprawy, a później wszyscy chcieli obejrzeć wieczorny film. Dla syna znów zabrakło kilku minut.
Po dwóch dniach spróbował ponownie.
— Czy Ula już wróciła, żeby mamusia mogła przyjść do mnie na chwilę?
— Skąd miała wrócić? — Jadwiga spojrzała na niego ze szczerym zdziwieniem.
— Przedwczoraj prosiłem mamusię o rozmowę. Miała mamusia przyjść, kiedy Urszula zajmie się swoim dzieckiem.
— Piotruś, zaczynasz już?
To zdanie od lat kończyło spory, zanim jeszcze zdążyły się rozpocząć. Piotr zamilkł. Skoro nie mógł porozmawiać o zaręczynach, postanowił przynajmniej wyjaśnić ostrzeżenie „Agnieszki". O takie rzeczy nie należało pytać przez telefon. Najbliższy kontakt z „dwójki" mieszkał w Płocku. Pozostawało umówić spotkanie.
W budce telefonicznej wybrał numer Iwony i przedstawił się pseudonimem znanym jej jeszcze z lat stanu wojennego.
— Rozmawiałem kilka dni temu z „Agnieszką", ale żyrafy przeszkadzały...
— Wiem. W takim razie wpadnij do mnie. Kiedy możesz?
— Najchętniej jutro.
— Nie ma problemu. Od dziesiątej będę w domu. Przyjeżdżaj.
Po powrocie uprzedził Jadwigę, że następnego ranka wyjeżdża i wróci dopiero wieczorem.
— A gdzie ty znowu jedziesz?
— Do Płocka.
— Po co? Nie masz na co pieniędzy wydawać?
— Jadę zaprosić na wesele.
— Czyje wesele?
— Moje przecież.
— To matka jeszcze nic nie wie, a ty...
— Chciałem z mamusią porozmawiać, tylko czekam, aż mamusia znajdzie dla mnie czas.
Jadwiga westchnęła.
— Tylko nie rób teraz awantury.
— O tym właśnie mówię. Moje sprawy zawsze są „awanturą". Musi mamusia iść, bo Czaruś płacze.
Następnego dnia podróż do Płocka zajęła kilka godzin: pociąg, oczekiwanie na PKS, później autobus miejski. Do bloku Iwony dotarł niemal w południe. Dawna przyjaciółka nie próbowała budować napięcia. Usiadła naprzeciw niego i przekazała informacje po kolei, spokojnym, prawie urzędowym głosem.
Według danych zebranych przez „dwójkę" Ryszard Andrzejuk, syn Jana, miał do czasów stanu wojennego należeć do ORMO[1] w Białej Podlaskiej. Nie było całkowitej pewności, czy chodzi o tę samą osobę, lecz zbieżność imienia, nazwiska, imienia ojca i miejsca zamieszkania uznano za zbyt dużą, by ją zignorować. Dalej było gorzej. W najbliższej rodzinie wskazywano troje tajnych współpracowników SB oraz jedną osobę prawdopodobnie szantażowaną przez aparat władzy. Karta samej Małgorzaty pozostawała czysta.
Piotr słuchał bez przerywania. Przy pierwszym nazwisku odwrócił wzrok ku oknu. Przy kolejnych siedział już nieruchomo. Każda informacja uderzała w obraz rodziny, do której zamierzał wejść, lecz nie zmieniała tego, co wiedział o Gosi.
— Przykro mi — powiedziała Iwona, kiedy skończyła.
— Biorę ślub z dziewczyną, nie z jej krewnymi. Gosia sama ma wyrobione zdanie o siostrach, szwagrze i ojcu. Ona jest inna. Dobrze wiesz, że w każdej rodzinie zdarzają się tacy ludzie.
Po chwili dodał ciszej:
— Przecież mój własny wuj był donosicielem.
Iwona nie przekonywała go, że powinien zmienić decyzję. Raport miał ostrzec, nie rozstrzygać za niego. Z czasem rozmowa zeszła na wesele. Piotr był pewien, że skoro inni ludzie z organizacyjnej „rodziny" nie przyjadą, przynajmniej ona będzie obecna. Tym razem to Iwona musiała go rozczarować.
Od kilku miesięcy spotykała się z mężczyzną, z którym wiązała duże nadzieje. Na początku opowiadała mu o dawnym życiu, a w wielu historiach pojawiał się Piotr z Legionowa. Dopiero później zrozumiała, jak chorobliwie zazdrosny jest jej narzeczony. Teraz nawet jawny kontakt ze starym przyjacielem groził awanturą.
— Jeśli opowiedziałaś mu, jak nocowaliśmy w Tatrach pod gołym niebem, w jednym śpiworze, to mógł nabrać podejrzeń — roześmiał się Piotr.
— I pomyśleć, że wtedy nie grzeszyliśmy! — odpowiedziała równie rozbawiona, po czym spoważniała. — Nikt by w to nie uwierzył.
Wspomnienia mogłyby ciągnąć się długo, lecz zbliżała się pora odjazdu autobusu do Warszawy. Pożegnali się serdecznie, oboje świadomi, że następna swobodna rozmowa może nie nadejść prędko.
Po powrocie do Legionowa Jadwiga sama rozpoczęła temat, którego wcześniej nie miała czasu wysłuchać.
— To może i mnie zaprosisz na to wesele — rzuciła na powitanie.
Piotr nie chciał zaczynać od kolejnej sprzeczki.
— Musimy porozmawiać, bo jest o czym.
Usiedli na tapczaniku. Tym razem powiedział wszystko po kolei: o zaręczynach, kończącym się urlopie wychowawczym Małgorzaty, jej powrocie do pracy i potrzebie znalezienia miejsca dla niej oraz Pawła.
— Nie będzie przecież dojeżdżała do szpitala z Janowa, a mieszkać tutaj bez ślubu nie chcemy — zakończył.
Ten argument przekonał Jadwigę. Uznała, że ślub powinien odbyć się szybko, a sierpień będzie najrozsądniejszym terminem. Gdy minęła pierwsza ulga, zaczęła jednak układać własną wizję uroczystości.
— Skoro sierpień, powinniście zrobić wesele bezalkoholowe, tak jak u Uli.
— Dla mnie alkoholu może nie być. Porozmawiam z Gosią.
— Porozmawiaj. To miesiąc bezalkoholowy. A może zgodziłaby się, żeby wesele było w Legionowie? Wynajęlibyśmy tę samą salę co u Uli. Nie wyszło drogo, wszyscy byli zadowoleni...
Legionowo oznaczało dla Jadwigi znajomą salę, sprawdzone koszty i możliwość dopilnowania przygotowań. Młodych bardziej zajmowało to, co nastąpi po uroczystości. W niewielkim pokoju nie dało się ustawić dwóch łóżek, więc posłanie Pawła musiałoby znaleźć się w dużym pokoju. Pozostawały pytania o wspólną kuchnię, obiady i nocne dyżury Małgorzaty. Rozmowa przeciągnęła się niemal do rana, a i tak większość spraw wymagała uzgodnienia z Gosią.
Najbliższa rozmowa telefoniczna przyniosła połowiczne rozwiązanie. Małgorzata nie wyobrażała sobie wesela całkowicie bez alkoholu, ale obiecała zapytać rodziców o możliwość urządzenia przyjęcia w Legionowie. Piotr przekazał Jadwidze odpowiedź w możliwie najłagodniejszej formie.
— Rozmawiałem z Gosią — zaczął, ledwie przekroczył próg.
— No i?
— Mówi, że trochę alkoholu musi być, bo niektórzy poczuliby się obrażeni, gdyby nie było go wcale. Ale ma to być ilość symboliczna. Za to prawdopodobnie nie będzie problemu z weselem u nas.
Dobra wiadomość nie zatarła pierwszego wrażenia. Jadwiga poczuła się zawiedziona, lecz nie na tyle, by odmówić wyjazdu do Janowa na oficjalne zaręczyny, zaplanowane przy okazji imienin Piotra i Pawła.
Spotkanie obu rodzin odbyło się na podwórku przy Moniuszki 6. Dorośli obserwowali się z ostrożnością, której nikt nie chciał nazwać nieufnością. Paweł bez skrępowania wołał do Piotra „tato", a złoty pierścionek na dłoni Małgorzaty nadawał gwałtownym planom pozór ładu i trwałości. Nic złego się nie wydarzyło. Po powrocie do Legionowa opinie były na ogół życzliwe.
Pozostała kwestia miejsca wesela. Małgorzata nie sprzeciwiała się Legionowu, lecz Marianna stanowczo odrzuciła ten pomysł. Piotr tłumaczył, że narzeczona sama nie miała nic przeciwko, jednak dla Jadwigi odmowa była pierwszym wyraźnym sygnałem, że obie rodziny mogą zupełnie inaczej rozumieć wspólne przygotowania. Pierścionek pozostawał na palcu, termin ślubu był coraz bliższy, a pod radością zaczynał pojawiać się pierwszy cień.
[1] ORMO – Ochotnicza Rezerwa Milicji Obywatelskiej, paramilitarna formacja wspierająca milicję w PRL, często kojarzona z represjami wobec opozycji. ↩


