arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...

Histories

» Show All     «Prev «1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 69» Next»     » Slide Show

The Heritage of the Curse

Rozdział XVI – Nowe „my" i stare długi

Rozdział XVI

Nowe „my" i stare długi

Nazajutrz po weselu Adam i Jadwiga Koryccy pojawili się jeszcze na krótko w domu przy Moniuszki. Nie przyjechali z nimi ani Urszula, ani Tadeusz, ani mały Czarek. Oni ruszyli już w drogę i nawet nie zatrzymali się u nowożeńców.

Rodzice Piotra nie zamierzali pozostawać długo. Zjedli coś symbolicznie, bardziej z obowiązku niż z apetytu, i zaczęli przygotowywać się do odjazdu. Nie mieli ochoty wracać do wydarzeń minionej nocy. Rozmowa ograniczała się do kilku zdawkowych zdań, wypowiadanych tylko po to, by nie pozostawić po sobie całkowitego milczenia. Jadwiga nadal przeżywała zachowanie Wieśka, odmowę udostępnienia pokoju Urszuli i brak reakcji Małgorzaty. Nie chciała jednak rozpoczynać kolejnej awantury pod dachem Andrzejuków.

Tuż przed wyjazdem skinęła na syna i poprosiła, żeby wyszedł z nią przed dom. Odeszli kilka kroków, poza zasięg głosów dobiegających z wnętrza. Jadwiga przez chwilę milczała, jakby sama zastanawiała się, czy powinna wypowiedzieć to, co chodziło jej po głowie.

— Piotruś, ślub masz już za sobą — odezwała się w końcu. — Ale pamiętaj, gdybyś kiedyś chciał wrócić do domu, drzwi będą dla ciebie otwarte.

Piotr spojrzał na nią zaskoczony. Jeszcze poprzedniego dnia składał przed ołtarzem przysięgę, że nie opuści żony aż do śmierci, a teraz własna matka mówiła mu o możliwym powrocie. Rozumiał, skąd brały się jej słowa. Wiedział też, że nie zamierza z nich korzystać.

— Nie będę wracał — odpowiedział. — Teraz mam własną rodzinę.

Jadwiga nie próbowała go przekonywać. Powiedziała to, co chciała powiedzieć, i razem wrócili do domu.

Małgorzata zauważyła ich krótką rozmowę. Kiedy rodzice Piotra zaczęli już zbierać się do odjazdu, podeszła do męża.

— O czym tak szeptaliście?

— O niczym ważnym. Mama chciała mi tylko coś powiedzieć.

Nie dopytywała, ale odpowiedź najwyraźniej jej nie uspokoiła. Chwilę później Adam i Jadwiga pożegnali się z młodymi i odjechali.

Do Legionowa wracali samochodem Izydora Kilisia. Napięcie ostatniej doby dało o sobie znać już podczas podróży: silna biegunka zmusiła Jadwigę do nagłego postoju na uboczu.

Dom przy Miłej 5 w Nowym Dworze nie imponował rozmiarem. Wzniesiony z białej cegły, stał za niewielkim ogródkiem, niedaleko stacji kolejowej. Do ich dyspozycji przeznaczono kuchnię i jeden pokój. Drugi pozostawał zamknięty, wypełniony po brzegi rzeczami właściciela, które miał kiedyś uprzątnąć.

Bliskość kolei była jednym z głównych powodów, dla których zdecydowali się przyjąć tę ofertę. Po urlopie wychowawczym zamierzała wrócić do szpitala przy Czerniakowskiej w Warszawie. Musiała liczyć się z porannymi dojazdami i nocnymi dyżurami. Piotr nadal pracował w lecznicy doktor Danuty Kuleszy w Nowym Dworze. Z punktu widzenia codzienności miejsce wydawało się rozsądne.

Niepokoiło ich tylko ogrzewanie. Instalacja nie działała, a koniec sierpnia nie pozwalał zapomnieć, że za kilka tygodni zrobi się chłodno.

— Za jakiś czas naprawię — zapewnił właściciel.

Nie podał terminu. Młodzi nie mieli jednak wielu ofert ani czasu na dalsze poszukiwania. Wynajęli ciężarówkę, załadowali ubrania, pościel, nieliczne meble, rzeczy osobiste i zabawki Pawła. Z Janowa wyjeżdżali jako troje ludzi, którzy po raz pierwszy mieli zamknąć za sobą drzwi własnego domu.

W Nowym Dworze padał lekki deszcz. Kierowca pomógł zdjąć dobytek z samochodu, lecz właściciela nie było. Rzeczy ułożyli na trawie przed posesją i przykryli dużą płachtą folii. Czekali, poprawiając brzegi, gdy wiatr próbował je podrywać. Woda zbierała się w zagłębieniach, część kartonów wilgotniała od spodu. Paweł zaglądał pod folię, pilnując swoich zabawek.

— Mamo, a jak zmokną? — pytał, unosząc brzeg płachty.

— Nie zmokną. Pilnujemy — uspokajała go Małgorzata, chociaż sama coraz częściej spoglądała w stronę drogi.

Piotr obchodził stos dookoła i podsuwał pod folię wystające pudła. Nie tak wyobrażał sobie przekraczanie progu pierwszego wspólnego domu. Nie było klucza podanego młodej parze, powitania ani chwili, w której mogliby się zatrzymać. Była mokra trawa, spóźniony właściciel i ciężarówka, której kierowca chciał już odjechać.

Właściciel przyjechał dopiero po dłuższym czasie. Otworzył dom, jakby nic szczególnego się nie stało, i jeszcze raz zapewnił, że ogrzewaniem się zajmie. Nie chcieli zaczynać od kłótni. Wnosili więc mokre kartony, wycierali podłogę i ustawiali wszystko, co mieli.

Łóżko Pawła stanęło po lewej stronie drzwi. W przeciwległym kącie rozłożyli wersalkę dla siebie. Zmieściły się jeszcze szafa i niewielka szafka. Kartony z alkoholem pozostałym po weselu wsunęli za wersalkę. Gdy ostatnia torba znalazła się w pokoju, nie było już miejsca na uroczyste rozpoczęcie wspólnego życia. Byli zmęczeni, mokrzy i głodni, ale byli u siebie.

Małgorzata przetarła wilgotne półki i zaczęła układać ubrania. Piotr rozpakował pościel. Paweł najpierw krążył między dorosłymi, później usiadł na podłodze i zajął się zabawkami uratowanymi spod folii. W miarę jak znikały kartony, obce pomieszczenie zaczynało należeć do nich.

Wieczorem nie mieli siły przygotowywać uroczystej kolacji. Jedli to, co zostało z drogi i przeprowadzki, siedząc blisko siebie, bo jedyny stół stał w kuchni, a większość rzeczy wciąż nie miała swojego miejsca. W ciszy słychać było przejeżdżające pociągi. Ich odgłos przypominał o bliskości stacji i o życiu, które od następnego dnia miało już toczyć się według rozkładów jazdy, godzin pracy i potrzeb dziecka.

Tego wieczoru, siedząc obok siebie na wersalce, wracali do ustaleń poczynionych przed ślubem. Nie sporządzali małżeńskiego regulaminu. Rozmawiali o przyszłości tak, jak rozmawia się o czymś pewnym.

Chcieli mieć przynajmniej pięcioro dzieci. W domu zawsze miał być kot. Uzgodnili też, że wspólnie będą odmawiać modlitwę „Ojcze nasz" w wersji zapamiętanej przez Piotra:

„Ojcze nasz, któryś jest w Niebie, święć się imię Twe, przyjdź Królestwo Twe, bądź wola Twa, jako w Niebie, tak i na ziemi. Chleba naszego powszedniego daj nam dziś i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy naszym winowajcom. Amen."

Kiedy nadszedł czas modlitwy, okazało się, że nawet dobrze znane słowa można pamiętać inaczej. Piotr odmówił „Ojcze nasz" w wersji wyniesionej z domu i własnych doświadczeń religijnych. Małgorzata słuchała, a później zgodzili się, że właśnie tak będą modlić się razem. Ustalenie wydawało się drobne, lecz dotyczyło codzienności, która miała odtąd należeć do obojga.

Najpoważniejsze postanowienie nie dotyczyło jednak liczby dzieci ani modlitwy. Dali sobie słowo, że nigdy i z nikim nie będą rozmawiać o okolicznościach poczęcia Pawła. Oboje znali prawdę. Uważali, że dla innych nie ma ona znaczenia, a większość i tak by w nią nie uwierzyła. Chłopiec miał być ich synem, nie przedmiotem rodzinnych dociekań.

Byli również pewni, że małżeństwo zawarli na całe życie. Po wydarzeniach ostatnich dni nie była to pewność wolna od niepokoju. Tym bardziej chcieli wierzyć, że przysięga, wspólny cel i codzienne życie okażą się silniejsze od rodzinnych urazów.

Pierwsze dni przyniosły zmianę, której Piotr się nie spodziewał. Przed ślubem Małgorzata często mówiła o sobie, swojej matce i siostrach, jakby tworzyły jeden obóz. Na Miłej zaczęła mówić „my".

— Co zrobimy z tym alkoholem? — zapytała, wskazując kartony za wersalką.

Nie: „co ty zrobisz" ani „co ja mam z tym zrobić". Co zrobimy.

Innego dnia, przeglądając ubrania Pawła, powiedziała:

— Musimy mu kupić coś na jesień.

To jedno słowo potrafiło uspokoić Piotra bardziej niż wszystkie zapewnienia wypowiedziane przed ślubem. Oznaczało, że nie jest już gościem w cudzym życiu. Małgorzata, Paweł i on mieli odtąd odpowiadać za siebie razem.

Codzienność szybko odebrała im czas na celebrowanie nowego początku. Pawła trzeba było zapisać do przedszkola. Placówka znajdowała się na tyle daleko, że zwykłe odprowadzenie chłopca stawało się codzienną wyprawą. Gdy Małgorzata zaczynała dyżur o siódmej, wychodziła z domu jeszcze przed pełnym świtem. Piotr zostawał z dzieckiem, pilnował śniadania, ubierania i tego, by niczego nie zapomnieć.

— Zęby umyte?

— Umyte.

— A czapka?

Paweł rozglądał się wtedy po pokoju, jakby czapka mogła sama odpowiedzieć.

Dopiero gdy byli gotowi, Piotr sadzał go na rowerze i ruszali do przedszkola. Dla chłopca była to przygoda. Dla dorosłego — pierwsza zwyczajna czynność ojca, powtarzana bez świadków i urzędowych dokumentów.

Małgorzata wróciła na pełny etat do tego samego szpitala przy Czerniakowskiej, w którym przed laty urodziła syna. Pełniła dwunastogodzinne dyżury dzienne i nocne, a jej grafik był ustalany z góry i pozostawiał niewiele miejsca na potrzeby rodziny. Piotr miał pod tym względem większą swobodę. W lecznicy sam układał godziny przyjęć, dostosowując je do dyżurów żony, zajęć w przedszkolu i potrzeb Pawła. Dzięki temu chłopiec miał zapewnioną stałą opiekę jednego z rodziców, jednak każda godzina przeznaczona przez Piotra na dziecko oznaczała mniej przyjętych pacjentów, a tym samym niższy dochód.

Nie mieli okresu spokojnego narzeczeństwa, podczas którego można stopniowo poznawać cudze przyzwyczajenia. Od razu dzielili łóżko, pokój, odpowiedzialność za dziecko i pieniądze. Małgorzata wiedziała, o której trzeba wyjść z domu, aby zdążyć na pociąg, co przygotować Pawłowi i jak rozłożyć obowiązki przed kolejnym dyżurem. Piotr uczył się tego systemu w biegu.

Czasami mijali się niemal w drzwiach. Ona wracała po nocnej pracy, on zbierał się do lecznicy. Wymieniali najważniejsze informacje: czy Paweł zjadł, o której trzeba go odebrać, czego brakuje w domu. W takich chwilach wspólnota nie miała nic uroczystego. Składała się z przekazanych kluczy, krótkich zdań i pewności, że drugie zrobi to, czego wymaga dzień.

Małgorzata ponosiła znaczną część ciężaru organizacyjnego. Pracowała, pilnowała spraw Pawła i prowadziła gospodarstwo, którego wcześniej nie prowadzili razem. Piotr nie kwestionował jej zaradności. Przeciwnie, początkowo dawała mu ona poczucie bezpieczeństwa. Problem miał pojawić się dopiero wtedy, gdy sprawność w podejmowaniu decyzji zaczęła zastępować samą potrzebę uzgadniania ich z mężem.

Wieczorami spotykali się w jednym pokoju. Paweł zasypiał w swoim łóżku, oni siadali na wersalce i rozmawiali szeptem. Nadrabiali lata, podczas których każde z nich żyło osobno, a zarazem próbowali zrozumieć ostatnie tygodnie.

Właśnie wtedy wracały sprawy wesela. Czasami wystarczył jeden drobiazg: karton alkoholu za wersalką, brak wizyty z Legionowa albo nazwisko którejś z sióstr Małgorzaty. Rozmowy zaczynały się spokojnie, lecz szybko okazywało się, że każde z nich pamięta te same wydarzenia inaczej. Małgorzata przyznała, że jej matka była urażona postawą Koryckich.

— Wszystko spadło na moich rodziców, więc chcieli o wszystkim decydować — tłumaczyła. — Ja też niewiele miałam. Byłam zdana na ich pomoc.

Nie usprawiedliwiała wszystkich zachowań, lecz pokazywała mechanizm, którego Piotr wcześniej tylko się domyślał. Andrzejukowie finansowali większą część uroczystości, a zatem uznali, że mają prawo rozstrzygać. Dla niego brzmiała w tym jeszcze jedna zasada: decyduje ten, kto ma pieniądze.

Rozmawiali również o Wieśku. Małgorzata przypominała, że miał problemy psychiczne i że wcześniej słyszał rodzinne rozmowy o Koryckich. Nie zaprzeczała, że zachował się skandalicznie, ale próbowała wyjaśnić jego wybuch chorobą i alkoholem.

Trudniej było im dojść do porozumienia w sprawie Krystyny.

— Ona odpowiadała za alkohol — powtarzała Małgorzata.

— Urszula chciała położyć dwuletnie dziecko, a nie wynosić butelki — odpowiadał Piotr.

— Nie mówię, że zrobiła dobrze.

— Ale niczego wtedy nie wyjaśniłaś.

Na to pytanie nie otrzymywał odpowiedzi, która mogłaby go uspokoić. Małgorzata broniła siostry, podkreślając, że odpowiadała ona za alkohol pozostawiony w pokoju. Tylko raz przyznała, że sposób potraktowania Urszuli był niestosowny. Piotrowi to nie wystarczało. Nie chodziło mu przecież o sam klucz, lecz o milczenie żony, gdy jej siostra upokorzyła jego rodzinę.

Mimo tych rozmów w mieszkaniu panował spokój. Konflikty pozostawały na zewnątrz, a troje domowników zaczynało wypracowywać własny rytm. Właśnie w tym okresie wrócili do pozornie drobnego wydarzenia z warszawskiego dworca.

Piotr przyjechał wtedy po Małgorzatę razem z dwuletnim Czarkiem. Dla niego był to gest szczególny. Chciał, aby powitała ją najbliższa mu wówczas mała istota. Małgorzata zapamiętała tę samą scenę zupełnie inaczej. Obecność dziecka odebrała jej zdaniem wagę spotkaniu narzeczonych. Uznała, że Czarek był dla Piotra ważniejszy od niej.

Pewnego wieczoru, gdy Paweł już spał, zapytała wprost:

— Piotrze, dlaczego ty jesteś tak przywiązany do tego dziecka? Do Czarka Bożka?

Pytanie go zaskoczyło. Przez dłuższą chwilę szukał odpowiedzi, która nie zabrzmiałaby jak ogólnik.

— Przecież wiesz, że od dawna marzyłem o dziecku. Wydawało mi się, że ojcostwo jest dla mnie nieosiągalne. Kiedy urodził się Czarek, całą tę potrzebę przelałem na niego.

— Ale on ma rodziców.

— Ma. Tylko że przez długi czas jego ojciec nie potrafił naprawdę się nim zajmować.

Opowiedział o ślubie Urszuli i Tadeusza, zawartym w 1993 roku, oraz o narodzinach Czarka 23 sierpnia następnego roku. Wspominał, jak alkohol podporządkował sobie życie Tadeusza i jak trudno było od niego wymagać obecności przy dziecku.

— Nie twierdzę, że był złym człowiekiem — powiedział. — Wtedy po prostu nie umiał myśleć o niczym innym niż picie. Bywało, że spał w rowie. Urszula namawiała go na terapię, groziła rozwodem, ale nic nie działało.

— A później przestał pić.

— Znalazłem mu specjalistkę od hipnozy. Poszedł na kilka zabiegów i rzeczywiście przestał. Teraz pracuje, utrzymuje rodzinę i pod tym względem trudno mu coś zarzucić.

Małgorzata przez chwilę milczała.

— Ale wcześniej to ty robiłeś przy Czarku za ojca.

— Bo chciałem. Lubiłem go nosić, karmić, bawić się z nim. Tadek uważał, że jego obowiązek polega na zarabianiu. Ja potrzebowałem czegoś więcej.

— Skoro Urszula nie pracowała, mógł tak na to patrzeć.

— Mógł. Tylko że ona też często zostawiała dziecko innym.

W głosie Piotra pojawiła się gorycz. Przypomniał, że po ślubie oddał siostrze i jej mężowi większy pokój, ponieważ ich rodzina rosła, a on był sam. Małgorzata znała już spory między nim a Urszulą, ale dopiero teraz lepiej rozumiała, ile własnego miejsca i czasu poświęcił jej dziecku.

— Odpłaciła ci — powiedziała. — Ona jednak jest wredna.

— Ano jest — przyznał.

Potrafił surowo oceniać własną siostrę, nawet jeśli łączyły ich lata wspólnego życia i silna rodzinna więź. Nie próbował usprawiedliwiać jej tylko dlatego, że była Urszulą. Małgorzacie przychodziło to znacznie trudniej. O postępowaniu swoich sióstr mówiła ostrożniej, szukała dla nich wyjaśnień, a nawet wtedy, gdy dostrzegała ich winę, rzadko umiała nazwać ją równie jasno.

Rozmowa o Czarku nie rozwiązała wszystkich różnic, ale pozwoliła im zobaczyć, że ten sam gest można zapamiętać jako dowód miłości albo jako odsunięcie na drugi plan.

Przez dwa tygodnie nowe „my" naprawdę istniało. Małgorzata konsultowała z mężem codzienne sprawy, Piotr uczył się obowiązków ojca, a Paweł coraz swobodniej poruszał się w nowym domu. Nie znaczyło to jednak, że oboje jednakowo rozumieli wspólnotę finansową.

Piotr wszedł w małżeństwo bez oszczędności. Pierwsze zakupy ujawniły to szybciej niż jakakolwiek rozmowa o rolach w rodzinie. Małgorzata potrafiła wymienić potrzebne rzeczy, oszacować koszt i zdecydować, co można odłożyć. On przyglądał się rachunkom, lecz rzadko zabierał głos.

— Trzeba kupić Pawłowi kurtkę na jesień — powiedziała któregoś dnia.

— Tak — odpowiedział.

— I buty. Z tych zaraz wyrośnie.

— No tak.

Nie zapytał, ile pieniędzy mają ani ile może dołożyć. Wstydził się, że odpowiedź pokaże, jak niewiele wnosi. Małgorzata potraktowała jego milczenie jak zgodę, by sama wybrała rozwiązanie. Tak powstał wzór, który później powtarzał się przy większych wydatkach.

Przez lata Piotr żył tak, jakby w każdej chwili mógł wrócić do seminarium, dlatego nie odkładał pieniędzy na mieszkanie ani rodzinę. Jego dochody z lecznicy były niewielkie, również dlatego, że godziny przyjęć podporządkowywał dyżurom Małgorzaty i opiece nad Pawłem. Pamiętał też, że znaczną część wesela sfinansowali ludzie, którzy podczas przygotowań traktowali go jak ubogiego krewnego.

Gdy Małgorzata pytała, co zrobić z pozostałym alkoholem, nie chciał decydować. Nie on go kupił. Kiedy mówiła, że trzeba kupić Pawłowi ubrania, nie proponował kwoty ani sklepu. Wydawało mu się, że człowiek zarabiający mniej powinien mówić ciszej. Zamiast wejść w rolę współgospodarza, sam zaczął oddawać żonie kolejne obszary decyzji.

Małgorzata była bardziej praktyczna. Wiedziała, ile kosztuje jedzenie, bilet do Warszawy, przedszkole i ubrania. Przynosiła wypłatę ze szpitala, liczyła rachunki i planowała zakupy. W pierwszych tygodniach jej zarządzanie dawało rodzinie poczucie porządku. Piotr nie pytał o szczegóły, a ona nie przyzwyczajała go do wspólnego prowadzenia rachunków. To, co początkowo wydawało się wygodnym podziałem obowiązków, powoli stawało się trwałym układem.

Do nowego „my" nie dołączyły dawne rodziny. Andrzejukowie i siostry Małgorzaty utrzymywali z nią oraz z Pawłem stały kontakt, lecz wobec Piotra zachowywali dystans. Koryccy wybrali inną metodę: niemal zupełnie się wycofali. Zaledwie dwadzieścia pięć kilometrów dzieliło Legionowo od Nowego Dworu, a mimo to w domu przy Miłej się nie pojawiali.

Adam Korycki przyjechał raz, niemal siłą nakłoniony do wizyty. Obejrzał dom, usiadł na chwilę i odpowiadał na pytania, lecz nie zachowywał się jak ojciec odwiedzający syna w jego pierwszym mieszkaniu. Nie interesowało go ustawienie pokoju ani plany młodych. Po kilkudziesięciu minutach wrócił do Legionowa.

Ta krótka wizyta jeszcze wyraźniej pokazała pustkę po pozostałych. Jadwiga oraz Urszula nie przyjechały. Piotr nie wiedział, czy czekają na zaproszenie, przeprosiny czy kapitulację. Nie chciał prosić ich o zainteresowanie, a jednocześnie każdego dnia nasłuchiwał, czy ktoś nie zatrzyma się przy furtce.

Nieobecność rodziny była szczególnie dotkliwa w zwyczajnych chwilach. Nie chodziło wyłącznie o pomoc przy przeprowadzce czy opiekę nad dzieckiem. Piotr chciał móc pokazać matce, gdzie śpi Paweł, opowiedzieć ojcu o dojazdach i usłyszeć od Urszuli choćby zwykłe pytanie, jak im się mieszka. Zamiast tego każde z nich trwało po swojej stronie urażonej granicy.

Małgorzata nie odczuwała tej pustki w ten sam sposób. Jej rodzice i siostry telefonowali, pytali o Pawła, przekazywali wiadomości i rady. Dla niej więź z dawnym domem pozostała żywa. Piotr miał nową rodzinę obok siebie, ale dawną niemal stracił. Ta różnica nie prowadziła jeszcze do otwartej kłótni, lecz zmieniała ciężar ich wspólnych rozmów. Tym bardziej zależało mu, aby dom zbudowany z Małgorzatą i Pawłem okazał się wystarczający.

Jednego ranka, kiedy Małgorzata wyjechała już do Warszawy, z drogi przy furtce dobiegł uporczywy warkot. Dwóch nastolatków jeździło niewielkim motocyklem tam i z powrotem. Silnik wył tak głośno, że Piotr nie mógł spokojnie przygotować Pawła do wyjścia.

Wyjrzał przez okno.

— A żeby się wam rozsypał — rzucił ze złością.

Po chwili wsadził chłopca na rower i pojechał do przedszkola. Gdy wracał, zobaczył obu nastolatków przy samej furtce. Motocykl leżał częściowo rozebrany, a jego elementy rozłożono na ziemi. Chłopcy próbowali go naprawić.

Piotr uśmiechnął się pod nosem. Znał opowieści o sile słów i myśli, lecz jeszcze nie potraktował tego zdarzenia poważnie. Dopiero znacznie później, po innym doświadczeniu, miał do niego wrócić.

Spokój na Miłej trwał krótko. Właściciel ostatecznie zrezygnował z naprawy centralnego ogrzewania i wypowiedział najem. Jesień była coraz bliżej, a oni znów zostali bez pewnego dachu nad głową.

Piotr dostrzegł w tym nie tylko kłopot, lecz także możliwość naprawienia stosunków z własną rodziną. Uważał, że czasowy powrót do Legionowa pozwoli im zaoszczędzić czynsz, a zarazem stworzy Koryckim okazję do zaakceptowania Małgorzaty i Pawła.

— Gosiu, przenieśmy się do moich rodziców — zaproponował.

Reakcja żony była natychmiastowa.

— O tym pomyśle słyszeć nie chcę.

Nie wdawali się wtedy w spokojne rozważanie korzyści i zagrożeń. Dla Piotra Legionowo oznaczało oszczędność i szansę na pojednanie. Małgorzata widziała dom ludzi, którzy po weselu niemal zerwali z nimi kontakt i u których nie czułaby się gospodynią. Żadne z nich nie potrafiło przyjąć perspektywy drugiego.

Rozpoczęli gorączkowe poszukiwania. Wieczorami przepisywali treść ogłoszeń, rano rozklejali je w miejscach, przez które przechodziło najwięcej ludzi. Pytali pacjentów, znajomych z pracy i sąsiadów. Każda wiadomość budziła nadzieję, po czym okazywało się, że lokal jest za drogi, zbyt daleko od stacji albo nie nadaje się dla rodziny z dzieckiem.

Adam, choć sam zachowywał dystans wobec synowej, uruchomił swoje znajomości i również szukał lokalu. Piotr przyjmował tę pomoc jako znak, że więź z ojcem nie została zerwana całkowicie. Małgorzata widziała w niej przede wszystkim praktyczne działanie. Dni mijały, właściciel przypominał o terminie wyprowadzki, a odpowiedniej oferty nie było.

Dopiero kilka dni przed koniecznością opuszczenia Miłej jedna z pacjentek Piotra powiedziała o mieszkaniu przy ulicy Mazowieckiej. Znajdowało się na piątym piętrze bloku. Miało kuchnię, duży pokój oraz osobny, całkiem przestronny pokój dla Pawła. O ogrzewanie nie trzeba było się martwić.

W połowie października przeprowadzili się ponownie. Tym razem nie czekali w deszczu przed zamkniętym domem. Wnosili rzeczy na piąte piętro, wielokrotnie kursując między samochodem a mieszkaniem. Każdy kolejny kurs przypominał, ile zdołali zgromadzić przez zaledwie kilka tygodni i jak wiele z tego nadal mieściło się w kartonach.

Paweł po raz pierwszy otrzymał własny pokój. Obszedł go kilka razy, sprawdzając przestrzeń, po czym zaczął ustalać, gdzie będą leżały zabawki. Mógł je rozłożyć bez konieczności chowania przed snem. Dla Małgorzaty większe mieszkanie oznaczało normalniejsze gospodarstwo, dla Piotra — kolejny początek. Spór o Legionowo jednak nie zniknął wraz z opuszczeniem Miłej. Żona zapamiętała, że w chwili zagrożenia zaproponował jej powrót pod władzę swoich rodziców. On zapamiętał, że odrzuciła jedyną szansę pojednania z jego rodziną.

Własny pokój nie odcinał Pawła od dawnego domu. Dziadkowie kupowali mu karty telefoniczne, aby mógł regularnie dzwonić do Janowa. Dla kilkuletniego dziecka sama karta była obietnicą rozmowy z babcią, dziadkiem i ciociami. Gdy pojawiała się w domu, wracał również temat telefonu do bliskich.

Piotr starał się budować więź z chłopcem przez codzienność. Wymagał porządku, dobrego zachowania i podporządkowania się zasadom obowiązującym w nowej rodzinie. Janów docierał do Pawła inaczej: przez rozmowy, prezenty, współczucie i zapewnienia, że tam zawsze na niego czekają. Te dwa rodzaje miłości nie musiały się wykluczać, ale w dziecięcym odbiorze łatwo było je przeciwstawić. Ojciec wymagał; babcia i ciocie pocieszały.

Małgorzata podtrzymywała częsty kontakt syna z jej rodzicami. Z jej punktu widzenia chroniła więź dziecka z ludźmi, którzy wychowywali je przez pierwsze lata. Piotr coraz częściej odnosił jednak wrażenie, że w ich mieszkaniu stale obecny jest dawny porządek, w którym Paweł miał matkę, dziadków i ciocie, a ojca jeszcze nie było.

W mieszkaniu na Mazowieckiej coraz wyraźniej zaznaczała się obecność Janowa i Gdańska. Marianna Andrzejuk wysyłała córce paczki z żywnością. Przychodziły także przesyłki od Krystyny Sołoduszkiewicz. Ich wartość materialna była niewielka. W kartonach znajdowały się domowe przetwory, sok, czasem kilka drobiazgów, które równie dobrze można było kupić w najbliższym sklepie. Ważniejsza od zawartości była ceremonia otwierania.

Kiedy przychodziła paczka z Janowa, Małgorzata nie otwierała jej pośpiesznie ani na osobności. Stawiała karton na stole i wołała Pawła, jakby rozpoczynała małą rodzinną uroczystość. Chłopiec podchodził zaciekawiony. Piotr siadał obok albo przyglądał się z drugiego końca pokoju. Żona przecinała sznurek, odginała karton i wyjmowała przedmioty po kolei.

Nie opróżniała paczki jednym ruchem. Każda rzecz musiała zostać pokazana, nazwana i przypisana nadawcy. Właśnie powtarzanie było najważniejsze. Jedno zdanie, wypowiedziane raz, oznaczałoby zwykłą informację. Wypowiadane przy każdym drobiazgu stawało się lekcją.

Najpierw pojawiał się słoik ogórków.

— Zobacz, Pawełku. To od babci z Janowa.

Potem butelka domowego soku.

— To też od babci z Janowa.

Niekiedy na dnie leżał pojedynczy plasterek serka topionego, zawinięty osobno, jakby był czymś szczególnie cennym. Małgorzata podnosiła go i ponownie wypowiadała tę samą formułę:

— To od babci z Janowa.

Nie ironizowała. Mówiła z namaszczeniem, nadając każdemu drobiazgowi wartość większą niż ta, którą miał naprawdę. Karton mógł zawierać rzeczy niemal bezwartościowe, lecz sposób ich prezentowania budował opowieść o nieustannej pomocy. Paweł miał zapamiętać nie ogórki, sok czy jeden plaster sera, ale to, komu je zawdzięczał.

Z czasem rytuał zaczął kształtować w nim przekonanie, że rodzina żyje dzięki paczkom z Janowa. Ojciec kojarzył się z wymaganiami: przedszkolem, porządkiem, nauką i zasadami. Babcia oraz ciocie przysyłały dobra i współczucie. Dawny świat nie stawiał warunków — przynajmniej tak wyglądał w opowieści towarzyszącej otwieraniu kartonów.

Podobnie było z paczkami z Gdańska. W języku Małgorzaty Krystyna zajmowała miejsce szczególne. Nie mówiła o niej po prostu „ciocia Krystyna", tak jak mówiła „ciocia Irena" czy „ciocia Maryla". Zawsze była „ciocia Krysia" — z czułym zdrobnieniem, wypowiadanym tonem zarezerwowanym dla kogoś wyjątkowego.

Przy wyjmowaniu kolejnych rzeczy powtarzała:

— To od cioci Krysi.

— A to też przysłała ciocia Krysia.

— Zobacz, to od cioci Krysi.

Ten sam sposób prezentowania pomocy powtórzył się później także w obecności Jadwigi. Przy teściowej Małgorzata również wyjmowała rzeczy pojedynczo i za każdym razem podkreślała: „To od cioci Krysi". Jadwiga słuchała w milczeniu. Powtarzane z namaszczeniem imię „cioci Krysi" mogło brzmieć dla niej jak podkreślenie szczególnego miejsca, jakie w pamięci dzieci miała zajmować nadawczyni paczki.

Teściowa mogła przynieść coś osobiście, mogła pomóc w inny sposób, lecz taka pomoc nie otrzymywała osobnej ceremonii. Tymczasem jeden drobiazg przysłany z Gdańska stawał się dowodem troski, ponieważ kilka razy wypowiedziano nad nim imię „cioci Krysi". Teściowa słuchała, jak każdy drobiazg zostaje przypisany „cioci Krysi", podczas gdy udział innych krewnych nigdy nie otrzymywał podobnej oprawy. Nie chodziło jedynie o wskazanie nadawcy. Ciągłe powtarzanie tych imion budowało w dzieciach wyraźną hierarchię: to babcia z Janowa i ciocia Krysia troszczą się o nie, pamiętają i przychodzą rodzinie z pomocą.

Ten język nie zatrzymał się na Pawle. W kolejnych latach podobne formuły miały być powtarzane również przy młodszych dzieciach. One także słyszały, że to babcia z Janowa przysłała jedzenie, że ciocia Krysia pamiętała, że dzięki nim w domu pojawiło się coś potrzebnego. Zwykła pomoc rodzinna była w ten sposób zamieniana w opowieść o zależności.

Różnicę słychać było nawet w imionach. Irena pozostawała „ciocią Ireną", Maryla — „ciocią Marylą". Tylko Krystyna była zawsze „ciocią Krysią". Zdrobnienie powtarzano z czułością i niemal uroczystym szacunkiem. Dzieci nie musiały rozumieć rodzinnych układów. Wystarczało, że od początku uczyły się, które imię należy wymawiać szczególnie ciepło.

Piotr coraz gorzej znosił te przedstawienia. Nie kwestionował prawa Marianny ani Krystyny do pomagania ich bliskim. Drażniło go, że skromna paczka stawała się dowodem ich niezbędności, a wszystko, co rodzina miała na co dzień dzięki pracy obojga małżonków, pozostawało bez nazwy.

Pewnego wieczoru zadzwoniła Krystyna. Małgorzata odeszła z aparatem do kuchni. Piotr nie słyszał całej rozmowy. Z kuchni dochodziły jedynie urywki wypowiedzi Małgorzaty:

— ...no właśnie, a on dalej swoje...

Po chwili usłyszał:

— Do Legionowa? Serio? To jest chore...

Z tonu żony i jej odpowiedzi mógł się domyślać, że Krystyna znów wypowiada się o nim, o przeprowadzce do Legionowa i o pieniądzach. Nie znał jednak dokładnych słów siostry Małgorzaty.

Kiedy wróciła do pokoju, nie wyjaśniła rozmowy. Jej twarz nie zdradzała chęci dyskusji. Piotr również nie zapytał. Odniósł jednak wrażenie, że sprawy ich małżeństwa po raz kolejny omawiano poza nim — tym razem z Krystyną.

Od tej pory coraz rzadziej pojawiało się pytanie: „Co zrobimy?". Małgorzata podejmowała decyzje o wydatkach, a Piotr przyjmował je do wiadomości. Niskie zarobki odbierały mu pewność siebie. Zamiast domagać się wspólnego wglądu w pieniądze, uznawał, że nie ma moralnego prawa kontrolować kwot, których sam nie potrafił zapewnić.

Nie ustalili wspólnego sposobu prowadzenia domowego budżetu. Nie siadali raz w miesiącu z dwiema wypłatami, czynszem i listą wydatków. Piotr oddawał zarobione pieniądze, a później dowiadywał się, że środków zostało niewiele albo zabrakło ich przed kolejną wypłatą. Nie podejrzewał żony o przywłaszczanie pieniędzy. Problem polegał na tym, że nie znał żadnych liczb i stopniowo przestał nawet pytać.

Małgorzata mogła odbierać jego bierność jako brak zainteresowania odpowiedzialnością za dom. Piotr uważał ją za skutek własnej słabej pozycji finansowej. Każde z nich mogło więc widzieć w tym samym zachowaniu coś innego: ona — konieczność samodzielnego działania, on — odsuwanie go od decyzji. Żadne nie nazwało tego wprost.

Pierwsza pożyczka z oszczędności Pawła wyglądała niewinnie. Małgorzata wcześniej kilka razy wspominała, że pieniądze szybko się kończą. Piotr słyszał to, lecz nie znał rachunków. Nie wiedział, ile kosztowały zakupy, ile bilety, ile przedszkole i ile zostało po opłaceniu mieszkania. W jego rękach nie znajdowała się ani domowa kasa, ani zeszyt z wydatkami.

Kilka dni przed wypłatą Małgorzata powiedziała, że zabrakło pieniędzy na bieżące zakupy. Nie brzmiała, jakby pytała o rozwiązanie. Podeszła do szafki, wyjęła portmonetkę syna i położyła ją na stole.

Chłopiec odkładał w niej pieniądze otrzymywane od krewnych na imieniny, urodziny i przy innych okazjach. Małgorzata otworzyła zamek, przeliczyła banknoty i wyjęła potrzebną kwotę.

— Pożyczymy. Po wypłacie oddamy — powiedziała.

Użyła liczby mnogiej. „Pożyczymy", „oddamy". Nowe „my" wracało, ale tym razem nie oznaczało już wspólnego planu. Oznaczało zgodę Piotra na decyzję, której nie podejmował.

Gdy otrzymał wypłatę, Małgorzata przypomniała o pożyczce. Piotr wyjął pieniądze, a część jego zarobku od razu wróciła do portmonetki Pawła. Żona przeliczyła banknoty, porównała kwotę z tą, którą wcześniej zabrała, i dopiero wtedy schowała portmonetkę.

Każdy pożyczony grosz wracał do portmonetki chłopca. Nie zmniejszało to jednak upokorzenia Piotra. Pracował, oddawał wypłatę, a następnie patrzył, jak jej część służy przede wszystkim spłacie długu, którego powstania ani wysokości nie kontrolował. Sam ponownie pozostawał bez środków, nie wiedząc dokładnie, na co wydano wcześniejsze pieniądze.

Po pewnym czasie sytuacja się powtórzyła. Znów zabrakło pieniędzy przed wypłatą, znów otwarto szafkę i znów sięgnięto do oszczędności chłopca. Piotr nie znał pełnego stanu domowych finansów. Nie wiedział, które wydatki były konieczne, które można było odłożyć ani dlaczego pieniędzy regularnie brakowało. Ufał żonie, a jednocześnie coraz wyraźniej czuł, że w sprawach materialnych przestał być równorzędnym członkiem rodziny.

Za każdym razem mechanizm wyglądał tak samo. Portmonetka Pawła pojawiała się na stole. Małgorzata wyjmowała pieniądze. Po wypłacie Piotra oddawano pożyczoną kwotę, po czym portmonetka wracała do szafki. Syn odzyskiwał swoje oszczędności, mąż ponownie zostawał bez grosza, a żona zachowywała wyłączną wiedzę o tym, dokąd odpłynęły pozostałe pieniądze.

Dług wobec Pawła był skrupulatnie spłacany. Dług między małżonkami właśnie zaczynał rosnąć.


Media TitleThe Heritage of the Curse
Media NotesChapter XVI
Latitude52.38096474723043
Longitude19.072265625

» Show All     «Prev «1 ... 49 50 51 52 53 54 55 56 57 ... 69» Next»     » Slide Show





Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.