Rozdział XVII
Cena przemilczeń
Ślub nie zamknął automatycznie wszystkich spraw z poprzedniego życia Piotra. Anna, z którą jeszcze kilka miesięcy wcześniej planował małżeństwo na Boże Narodzenie, nie wiedziała nawet, że 24 sierpnia poślubił inną kobietę. Po ich ostatnim spotkaniu w Krakowie usłyszała, że związek nie ma przyszłości, lecz nie poznała całej prawdy. Piotr celowo nie powiedział jej wtedy o Małgorzacie. Chciał oszczędzić Annie dodatkowego upokorzenia, a zarazem uniknąć rozmowy, w której musiałby przyznać, jak szybko zbudował nowy plan życia.
Przez kilka miesięcy nie mieli ze sobą kontaktu. Później Anna zdobyła numer telefonu do mieszkania przy Mazowieckiej. Nikt już nie pamiętał, od kogo go otrzymała. Kiedy zadzwoniła po raz pierwszy, domagała się spotkania. Piotr odmówił. Powtarzał, że wszystko między nimi zostało zakończone i nie widzi powodu, by ponownie do tego wracać.
Anna nie przyjęła odmowy. W pewnej chwili zagroziła, że odbierze sobie życie, po czym odłożyła słuchawkę. Nie sposób było ocenić, czy wypowiedziała te słowa pod wpływem rozpaczy, czy chciała zmusić Piotra do rozmowy. Groźby nie można jednak było zlekceważyć.
Małgorzata zareagowała natychmiast. To ona zadzwoniła na komendę policji w Bielsku-Białej, podała adres Anny i poinformowała o możliwej próbie samobójczej. Nie wiedzieli później, czy policjanci dotarli na miejsce ani jak wyglądała interwencja. Wiedzieli jedynie, że Anna żyje, ponieważ po pewnym czasie zadzwoniła ponownie.
Następne telefony nie były już tylko sprawą Piotra. Małgorzata słyszała część rozmów i wiedziała, że dawna narzeczona nie uznaje rozstania za ostateczne. Po wspólnej naradzie małżonkowie zgodzili się na jedno spotkanie, które miało zamknąć sprawę. Wybrano dworzec autobusowy przy Stadionie Dziesięciolecia, miejsce publiczne i zatłoczone. W pobliżu miał pozostać Jacek Rogala, gotowy zareagować, gdyby sytuacja wymknęła się spod kontroli.
Rozmowa była burzliwa. Anna żądała wyjaśnień, Piotr powtarzał, że do siebie nie pasują i nie powinni wracać do dawnych planów. W pewnym momencie kobieta odrzuciła torebkę na jezdnię i pobiegła przed siebie. Jacek obserwował zdarzenie z oddalenia, lecz nie musiał interweniować. Spotkanie zakończyło się bez kolejnych gróźb.
— Gosiu, nie było lekko, ale tym razem byłem zdecydowany — powiedział Piotr po powrocie. — Powtórzyłem jej jasno, że to koniec.
— Powiedziałeś, że się ożeniłeś? — zapytała Małgorzata.
— Nie. Jakoś... głupio mi było. Mieliśmy mieć z Anką ślub w Boże Narodzenie, a z tobą pobrałem się już w sierpniu. Nie umiałem jej tego powiedzieć.
Pytanie Małgorzaty dotknęło sedna. Piotr zakończył spotkanie, lecz nadal nie przekazał Annie najważniejszej informacji. Z jego punktu widzenia milczenie miało oszczędzić jej cierpienia. Z punktu widzenia Anny pozostawiało jednak miejsce na przypuszczenie, że zerwanie nie jest ostateczne, a przeszkody można jeszcze usunąć.
Małgorzata nie ukrywała niezadowolenia. To ona wcześniej przypominała Piotrowi, że zanim zaczną wspólne życie, powinien uczciwie rozwiązać sprawę dawnej narzeczonej. Teraz okazywało się, że nawet po ślubie nie potrafił wypowiedzieć wobec Anny prostego zdania: jestem żonaty. Mimo tego uznali, że spotkanie zakończyło problem. Przez jakiś czas telefon milczał.
Anna odezwała się ponownie. Prosiła o jeszcze jedną rozmowę. Piotr wiedział już, że Małgorzata miała rację: dopóki dawna narzeczona nie znała prawdy o małżeństwie, mogła dopatrywać się szansy w każdym odłożonym wyjaśnieniu. Nie powiedział jednak żonie o kolejnym telefonie, postanowił załatwić sprawę sam.
Tłumaczył sobie, że nie chce ponownie obciążać Małgorzaty cudzym dramatem. Pierwsza rozmowa miała być ostatnia. Zgoda na kolejną świadczyła, że nadal nie potrafi postawić granicy, której wymagało małżeństwo.
Okazję dawał zaplanowany wyjazd do Janowa. Piotr nadal przyjmował tam raz w miesiącu pacjentów w dawnym mieszkaniu Małgorzaty. Na najbliższy weekend zapisano kilka osób, więc piątkowa podróż nie wymagała dodatkowych wyjaśnień. Miał jechać z sześcioletnim Pawłem.
Umówił się z Anną na dworcu przy Stadionie Dziesięciolecia. W piątek przyjechał do Warszawy z chłopcem i posadził go na krześle w hali dworcowej.
— Paweł, usiądź tutaj i zaczekaj chwilę — polecił.
Anna czekała dwa rzędy dalej. Piotr podszedł do niej, pozostawiając chłopca w zasięgu wzroku. Do odjazdu autobusu nie zostało wiele czasu.
— Aniu, nie wiem, po co znów przyjechałaś — zaczął. — My do siebie nie pasujemy. Ten związek nie miałby przyszłości.
Anna próbowała wrócić do jednej z wcześniejszych rozmów, którą Piotr uznawał za przekroczenie ważnej dla niego granicy. Nie pozwolił jej dokończyć. Mówił o różnicach charakterów, poglądów i sposobu planowania wspólnego życia. Ona miała wykształcenie prawnicze, własną pozycję zawodową i pomoc rodziców; on nieukończone studia, nieregularne dochody i przekonania polityczne oraz religijne, których nie zamierzał porzucać. Dla Anny część tych różnic mogła być przedmiotem rozmowy. Dla Piotra stały się już uzasadnieniem decyzji podjętej wiele miesięcy wcześniej.
— Tobie chodzi o to, że jestem kulawa! — powiedziała w końcu.
— Nie. Nigdy o to nie chodziło — odpowiedział. — Twoja niepełnosprawność nie była powodem rozstania.
Nie zdążył powiedzieć nic więcej. Z głośników ogłoszono podstawienie autobusu do Janowa Podlaskiego. Piotr wrócił do Pawła i ruszył z nim na stanowisko. Kiedy zajęli miejsca, zobaczył, że Anna wsiada do tego samego autobusu i siada tuż za nimi.
Podróż odbywała się wśród ludzi, którzy znali Małgorzatę, jej rodziców i samego Piotra. Anna próbowała wznowić rozmowę, on odpowiadał półgłosem i prosił, by zaczekała do przyjazdu. Sytuacja zmieniła się, gdy Paweł zwrócił się do niego słowem „tato". Anna znała chłopca z opowieści, lecz dopiero teraz usłyszała, jakie miejsce Piotr zajmuje w jego życiu.
Na pętli w Janowie mogła wrócić do Warszawy tym samym autobusem. Nie zrobiła tego. Została, ponieważ chciała dokończyć rozmowę. Piotr zobaczył, że sprawy nie da się już zamknąć kilkoma zdaniami wypowiedzianymi pomiędzy komunikatami dworcowymi.
— Aniu, nie krzycz. Chodźmy stąd — poprosił, zauważając zainteresowanie osób stojących przy przystanku.
Ruszyli w stronę ulicy Moniuszki. Piotr zastanawiał się nie tylko nad tym, co powinien powiedzieć, lecz także nad tym, jak obecność obcej kobiety zostanie odebrana przez ludzi znających jego żonę. Układał już wyjaśnienie, że przyjechała do niego pacjentka z daleka. Zanim powiedział Annie prawdę, przygotowywał więc kolejne przemilczenie wobec otoczenia.
Po dotarciu na miejsce Paweł pobiegł do dziadków. Piotr został z Anną przed domem i ponownie próbował przekonać ją do powrotu. Nie chciała odejść. Podnosiła głos, wracała do dawnych planów i żądała odpowiedzi. Na piętrze mieszkała szwagierka Maryla z synem Adamem. W każdej chwili mogła zejść i zobaczyć szwagra z kobietą, o której istnieniu Małgorzata nic nie wiedziała.
Piotr zaprosił Annę do mieszkania. Przedstawiał to sobie jako sposób na uspokojenie rozmowy i uniknięcie sceny przed domem. W rzeczywistości wprowadził dawną narzeczoną do miejsca należącego do historii jego żony i jej rodziny, nadal nie wyjaśniając, co wydarzyło się od ich rozstania.
Usiedli w dużym pokoju. Piotr na pewien czas wyszedł, pozostawiając Annę samą. Kobieta rozejrzała się po wnętrzu. Na półce, w widocznym miejscu, stała zasuszona wiązanka ślubna Małgorzaty.
— Ty się ożeniłeś! — krzyknęła, gdy Piotr wrócił.
Nie mógł już zaprzeczać. Anna dowiedziała się więc o jego małżeństwie nie od niego, lecz dzięki przedmiotowi pozostawionemu w pokoju. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej sama przygotowywała się do ślubu z Piotrem. Teraz odkrywała, że w czasie, gdy próbowała zrozumieć rozstanie, on został mężem innej kobiety i ojcem jej dziecka.
Reakcja Anny była gwałtowna. Piotr obawiał się, że krzyki usłyszą krewni Małgorzaty. Zamiast pozwolić, by prawda wybrzmiała do końca, próbował uspokoić kobietę za wszelką cenę. Powiedział, że małżeństwo było błędem, że rozwiedzie się z Małgorzatą i wróci do Anny.
Nie była to obietnica, którą zamierzał spełnić. Piotr nie planował rozwodu ani powrotu do dawnego związku. Wybrał kłamstwo, ponieważ w tamtej chwili wydawało mu się najszybszym sposobem zakończenia awantury. Uspokajał jedną kobietę, składając obietnicę, która krzywdziła drugą.
Anna przyjęła te słowa jako zapowiedź dalszego ciągu ich historii. Uspokoiła się na tyle, że rozmowa przestała być słyszalna poza mieszkaniem. Było już za późno na powrót do Bielska-Białej. Piotr przygotował jej miejsce do spania i prosił, by odpoczęła. Przed snem próbowała się jeszcze do niego zbliżyć. Odmówił, zasłaniając się zmęczeniem.
Noc minęła bez kolejnych scen. Rano zjedli śniadanie, po czym Piotr odprowadził Annę do autobusu. Odjechała przekonana, że usłyszała obietnicę, na którą powinna czekać. On wrócił do pacjentów i krewnych Małgorzaty.
Kilku osobom wspomniał o trudnej pacjentce przybyłej z daleka. Ta wersja pozwalała wyjaśnić obecność Anny, lecz nie mówiła niczego o prawdziwym charakterze spotkania. W niedzielę wieczorem Piotr i Paweł wrócili do Nowego Dworu z prowiantem otrzymanym w Janowie. Małgorzata nie dowiedziała się ani o podróży Anny, ani o nocy spędzonej przez nią w mieszkaniu przy Moniuszki, ani o obietnicy rozwodu.
Anna więcej nie zadzwoniła. Jej milczenie, kupione kłamstwem, mogło wyglądać jak ostateczne zamknięcie sprawy. Piotr uniknął następnych spotkań, ale wniósł do małżeństwa tajemnicę, której nie mógłby wyjaśnić bez przyznania, że świadomie oszukał obie kobiety.
Codzienne życie toczyło się dalej. Krewni nie odwiedzali mieszkania przy Mazowieckiej, dlatego małżonkowie jeździli do Janowa lub Legionowa. W grudniu pojechali na ślub Jacka Olichwiruka, syna Ireny. Później spędzili w Janowie Boże Narodzenie, przyjechali na Wielkanoc i ponownie w maju 1997 roku. Z zewnątrz ich rodzina wyglądała jak wiele młodych rodzin próbujących pogodzić pracę, wychowanie dziecka, dojazdy i kontakty z krewnymi.
W mieszkaniu nadal brakowało jednak wspólnego języka w sprawach najważniejszych. Piotr nie powiedział żonie o Annie. Małgorzata zarządzała pieniędzmi bez pełnego udziału męża. Każde z nich miało więc obszar, do którego drugie nie miało dostępu. Te sprawy nie były jednak równoważne: jedna dotyczyła ukrytego spotkania i złożonej obietnicy, druga sposobu prowadzenia domowego budżetu. Łączyło je to, że małżonkowie nie potrafili usiąść naprzeciw siebie i powiedzieć całej prawdy.
Piotr od dawna marzył o wyśnionej Rozalce. Przywiązanie do Czarka i przyjęcie Pawła za syna nie zmniejszyły tego pragnienia. Przeciwnie, codzienna opieka nad chłopcem upewniała go, że ojcostwo jest rolą, której szukał przez większą część dorosłego życia. Chociaż od ślubu minęło zaledwie kilka miesięcy, zaczął obawiać się, że dziecka nie będzie.
Pewnego wieczoru powiedział o tym Małgorzacie.
— Gosiu, martwię się. Czekam na nasze dziecko od tak dawna... Może coś jest nie tak?
— A może poczekalibyśmy dłużej? — odpowiedziała. — Najpierw powinniśmy się zagospodarować, ustabilizować. Dopiero później myśleć o dziecku.
Małgorzata mówiła wyraźnie: nie uważała pierwszych miesięcy małżeństwa za właściwy czas na kolejną ciążę. Najpierw chciała urządzić wspólne życie, poprawić sytuację mieszkaniową i osiągnąć większą stabilność. Nie określiła, jak długo miałoby to potrwać. W praktyce oczekiwanie mogło oznaczać nie kilka miesięcy, lecz nawet kilka lat.
— I tak czekam za długo — powiedział Piotr. — Za długo na nasze wspólne dziecko.
Rozmowa ujawniła rzeczywistą różnicę między nimi. Małgorzata chciała najpierw stworzyć rodzinie trwałe warunki; Piotr nie chciał dłużej odkładać ojcostwa. Nie uzgodnili wspólnego stanowiska i do tej rozmowy już nie wrócili.
Tymczasem, już na początku 1997 roku Małgorzata wróciła z pracy i zaraz po wejściu do mieszkania przekazała wiadomość:
— Piotrze, jestem w ciąży.
Piotr nie krył radości. Wiadomość oznaczała dla niego spełnienie jednego z najstarszych pragnień. Ich wcześniejsze ustalenie o licznej rodzinie przestawało być tylko planem z pierwszego wieczoru na Miłej. Rozalka była w drodze.
Ta sama wiadomość oznaczała również kolejną odpowiedzialność. Małgorzata nadal pracowała w dwunastogodzinnym systemie, Piotr podporządkowywał godziny przyjęć opiece nad Pawłem, a pieniądze regularnie kończyły się przed wypłatą. Ciąża nie usuwała żadnego z tych problemów. Sprawiała jedynie, że ich rozwiązanie stawało się pilniejsze.
W miarę zbliżania się końca roku szkolnego Małgorzata coraz częściej mówiła, że brakuje pieniędzy na czynsz i bieżące potrzeby. Piotr nadal nie znał pełnego obrazu domowych finansów. Oddawał zarobki, lecz nie uczestniczył w prowadzeniu rachunków. Niskie dochody odbierały mu odwagę do stawiania pytań, a brak pytań pozostawiał Małgorzacie coraz więcej decyzji do samodzielnego podjęcia.
Spory nie dotyczyły jednego rachunku. W każdym z nich wracał ten sam problem: kto odpowiada za dom, kto ma prawo decydować i kto ponosi winę, gdy pieniędzy zabraknie. Małgorzata mogła widzieć obok siebie męża, który nie zapewnia wystarczających środków i nie interesuje się szczegółami budżetu. Piotr widział żonę, która zarządza wszystkim, a jego udział ogranicza do przekazania wypłaty. Oboje mieli argumenty, lecz żadnego nie potrafili przedstawić bez uruchamiania dawnych urazów.
Po jednej ze sprzeczek Piotr spakował do plecaka kilka rzeczy i wyszedł z mieszkania. Nie miał przygotowanego miejsca, do którego mógłby odejść, ani planu dalszego życia. Usiadł na ławce i przez dłuższy czas próbował przekonać samego siebie, że decyzja jest ostateczna.
Po około godzinie pomyślał o ciężarnej żonie i Pawle. Zadał sobie pytanie, co Małgorzata zrobi sama, i wrócił. Nie wiedział, jak ona odebrała jego wyjście: jako rzeczywistą próbę rozstania, groźbę czy gwałtowną reakcję na kłótnię. Nie podjęli rozmowy, która mogłaby to wyjaśnić. Plecak został rozpakowany, lecz możliwość odejścia została już wprowadzona do ich małżeńskich sporów.
Druga próba zaczęła się od błędnego odczytania zwykłego obrazu. Pewnego ranka Piotr, po jakiejś sprzeczce, zobaczył na stole obrączkę i pierścionek Małgorzaty. Żony nie było; wyszła do pracy. Biżuteria pozostawiona razem wydała mu się jednoznacznym komunikatem. Uznał, że Małgorzata postanowiła zakończyć małżeństwo.
Ponownie zebrał rzeczy i poszedł do lecznicy. Tym razem nie wrócił po godzinie. Czekał na dalszy rozwój wydarzeń, przekonany, że żona świadomie zostawiła mu znaki rozstania.
Po południu Małgorzata zadzwoniła. Wyjaśniła, że przed wyjściem zdjęła obrączkę i pierścionek w toalecie, a później zapomniała włożyć je z powrotem. Nie zamierzała przekazywać żadnej wiadomości. Piotr zbudował całą decyzję na własnym lęku przed odrzuceniem, nie próbując wcześniej sprawdzić, co naprawdę się wydarzyło.
Wrócił także tym razem. Małżeństwo trwało, ale dwie próby odejścia pokazały, jak niewiele potrzeba, by każde z nich zaczęło działać osobno. On pakował rzeczy, zanim kończyła się rozmowa. Ona podejmowała decyzje finansowe czy życiowe, zanim zapytała go o zdanie. Oboje coraz częściej reagowali na własne wyobrażenie o intencjach drugiego, zamiast na to, co zostało rzeczywiście powiedziane.
W czerwcu 1997 roku problem czynszu stał się rozstrzygający. Małgorzata uznała, że nie mogą dłużej utrzymywać mieszkania przy Mazowieckiej. Piotr nie przedstawił rozwiązania, które pozwoliłoby im zostać. Zrezygnowali z najmu i przewieźli dobytek na działkę w Szczypiornie.
Miejsce to po raz kolejny miało stać się rozwiązaniem rodzinnego kryzysu. Wcześniej Piotr wyobrażał sobie na Szczypiornie własny dom. Później plan budowy rozpadł się w sporze z rodzicami. Teraz na działkę trafiły kartony, meble i rzeczy rodziny, która ponownie straciła wynajęty dach. Zamierzali spędzić tam lato i w tym czasie znaleźć tańsze mieszkanie.
Tymczasem już następnego dnia Małgorzata powiedziała, że pojedzie z Pawłem do Janowa.
— Pojadę z Pawłem na dwa tygodnie. Odpoczniemy.
Była już na długotrwałym zwolnieniu lekarskim związanym z ciążą. W Janowie miała rodziców, siostry i dom, w którym Paweł czuł się bezpiecznie. Piotr został na Szczypiornie przy rzeczach przewiezionych z Mazowieckiej. Nie sprzeciwił się wyjazdowi, choć nie wiedział, czy po dwóch tygodniach żona rzeczywiście wróci i gdzie wtedy będą mieszkać.
Pojechała. On został sam.


