arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...

Histories

» Show All     «Prev «1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 71» Next»     » Slide Show

Dzieje klątwy

Rozdział XVIII – Pusty wózek

Rozdział XVIII

Pusty wózek

Dwa tygodnie rozłąki wystarczyły, aby Piotr przestał wierzyć, że zdoła spokojnie czekać na powrót żony i Pawła. W Szczypiornie pozostawało wszystko, co przywieźli z mieszkania przy Mazowieckiej: meble ustawione byle gdzie, nierozpakowane kartony i worki, między którymi trzeba było przeciskać się w ciasnym domku. Nie zdążyli nawet zdecydować, gdzie co położyć. Małgorzata wyjechała do Janowa na dwa tygodnie, a on został pośród rzeczy, które miały zapowiadać nowe życie, lecz wyglądały raczej jak dobytek rodziny zatrzymanej w pół drogi.

Rozmawiali przez telefon, gdy tylko mogli sobie pozwolić na koszt połączenia. Głos Małgorzaty, słowa Pawła i zwyczajne pytania o mijający dzień nie łagodziły tęsknoty. Po odłożeniu słuchawki domek wydawał się jeszcze bardziej pusty. Piotr chodził między workami, zaglądał do kartonów, lecz nie miał powodu, by je rozpakowywać. Nie wiedział, czy żona rzeczywiście wróci, a bez niej każda próba urządzania tego miejsca wydawała się pozbawiona sensu.

W końcu spakował kilka koszul, buty i książkę o bioenergii, którą czytał wieczorami. Zamknął domek i ruszył do Janowa Podlaskiego. Nikt nie czekał na przystanku. Spotkali się dopiero w domu przy Moniuszki. Kiedy objął Małgorzatę i chłopca, przez kilka chwil nie pytał o powrót ani o dalsze plany. Wystarczało mu, że znowu są razem. Nadal jednak wierzył, że ten pobyt jest tylko przerwą i że przed końcem lata rodzina wróci na Mazowsze.

Dzień 29 czerwca, imieniny Piotra i Pawła, przyniósł odmianę. Przed domem ustawiono stoły, pojawili się rodzice i siostry Małgorzaty z rodzinami, przyszli znajomi. Jedzenia i napojów nie brakowało, rozmowy trwały do późna. Niespodziewanie przyjechała także doktor Danuta Kulesza, przełożona Piotra z lecznicy, wraz z mężem. Po tygodniach niepewności i sporów był to jeden z tych letnich dni, w których nawet trudne sprawy na kilka godzin przestają domagać się rozstrzygnięcia. Gdy włączono muzykę, doktor Kulesza poprosiła Piotra do tańca. Zaskoczony zgodził się. Nieczęsto pozwalał sobie wówczas na podobną beztroskę.

W lipcu odwiedził go Jacek Rogala, dawny znajomy ze Związku Strzeleckiego i z pracy w lecznicy. Dobrze się rozumieli. Potrafili godzinami rozmawiać o polityce, wierze, pracy i o planach, które wciąż wydawały się możliwe, choć życie raz po raz odsuwało ich realizację. Piotr coraz poważniej myślał o własnym gabinecie. Skoro rodzina miała pozostać w Janowie, chciał przynajmniej spróbować zbudować tu zawodową przyszłość.

W tym samym czasie przyjechał Aleksander Wierzbiński, dawny wykładowca z kursu bioenergoterapii. Mieli rozmawiać o wspólnej praktyce. Początek spotkania był rzeczowy: miejsce na gabinet, sposób przyjmowania pacjentów, podział obowiązków. Później na stole pojawił się alkohol, a rozmowa zaczęła zmieniać charakter.

Wierzbiński mówił coraz głośniej i coraz swobodniej. Z czasem niemal całą uwagę skierował na Małgorzatę. Przysuwał się ku niej, pochylał zbyt blisko, zwracał się poufale, jakby obecność męża nie stanowiła żadnej przeszkody. Nie uczynił niczego, co można byłoby nazwać wprost, lecz sposób, w jaki zabiegał o jej uwagę, był wystarczająco czytelny. Piotr obserwował to z rosnącym niesmakiem. Jacek również dostrzegł, że gość przestał pamiętać, po co właściwie przyjechał.

Jeszcze bardziej niepokoiły ich jego wypowiedzi. Dokładne zdania zatarły się później w pamięci, pozostał jednak ich sens i atmosfera. Wierzbiński mówił o naturze jak o sile stojącej ponad zwykłym rozróżnieniem dobra i zła. Pojęcia religijne mieszał z własnymi wyobrażeniami o energii, a o tym, co robił z ludźmi podczas zabiegów, opowiadał w sposób budzący pytania nie tylko o metodę, lecz także o źródło i cel tej mocy. Raz powoływał się na Boga, po chwili mówił tak, jakby wiara była jedynie jednym z narzędzi, którym można posłużyć się dla osiągnięcia skutku.

Piotr i Jacek wyszli przed dom. Przez chwilę milczeli. Z wnętrza dochodził głos wykładowcy, raz podniesiony, raz ściszony, oraz odpowiedzi Małgorzaty. Ciepły wieczór nie usuwał uczucia niepokoju.

— Słyszysz, co on mówi? — odezwał się wreszcie Jacek.

— Słyszę.

Nie musieli długo wyjaśniać sobie własnych odczuć. Obaj byli ludźmi wierzącymi, a praktyki bioenergoterapeutyczne traktowali poważnie także dlatego, że dopuszczali istnienie rzeczywistości duchowej. To, co dla kogoś innego mogło być pijackim pomieszaniem pojęć, oni odebrali jako zetknięcie z czymś niebezpiecznym. Nie zaczęli odmawiać zwyczajnej modlitwy. Sięgnęli po tekst egzorcyzmu Leona XIII, który znali jako modlitwę przeciw działaniu złych duchów.

Egzorcyzm Leona XIII — Modlitwa do św. Michała Archanioła W Imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego. Książę najchwalebniejszy wojska niebieskiego, święty Michale Archaniele, broń nas w walce przeciw księstwom i mocom, przeciw władcom ciemności tego świata oraz złym duchom krążącym w przestworzach. Przybądź na pomoc ludziom, których Bóg stworzył na obraz i podobieństwo swoje oraz wykupił za wielką cenę z niewoli szatańskiej. Ciebie czci Kościół święty jako Stróża i Patrona; Tobie powierzył Pan odkupione dusze, byś je umieścił w niebieskiej szczęśliwości. Błagaj Boga pokoju, aby pod naszymi stopami starł szatana i nie pozwolił na trzymanie ludzi w niewoli i szkodzenie Kościołowi. Zanieś nasze prośby przed tron Najwyższego, aby rychło uprzedziło nas miłosierdzie Pańskie, i pochwyć smoka, węża starodawnego, który jest diabłem i szatanem, a związawszy go, rzuć w przepaść, aby więcej nie zwodził narodów.

Odmawiali słowa półgłosem, stojąc przed domem. Wierzbiński pozostawał wewnątrz, za dwiema ścianami, i nie mógł ich słyszeć. Nie doszli jednak daleko. Po chwili wyszedł gwałtownie na zewnątrz i zażądał wyjaśnienia, co robią.

Nie próbowali zaprzeczać.

— Odmawiamy egzorcyzm — odpowiedział Piotr.

— A zapytaliście mnie, czy ja tego chcę? — rzucił Wierzbiński, choć nie mógł słyszeć wypowiadanych przed domem słów.

Mógł być po prostu oburzony tym, że dwaj mężczyźni podjęli nad nim religijną praktykę bez jego wiedzy. Jednak dla nich, po wszystkim, co usłyszeli tego wieczoru, właśnie dobór tych słów zabrzmiał najbardziej złowrogo. Nie zapytał, dlaczego uznali jego zachowanie za niepokojące. Nie odrzucił ich rozpoznania. Zapytał, czy chce zostać od tego uwolniony. Następnego ranka wyjechał. Do wspólnej praktyki nigdy nie doszło.

Po jego odjeździe pozostało rozczarowanie, lecz także ulga. Piotr długo jeszcze wracał myślami do tamtego wieczoru. Nie miał wątpliwości, że rezygnacja ze współpracy była słuszna. Nie potrafił natomiast rozstrzygnąć, czy rzeczywiście zetknęli się z duchowym zagrożeniem, czy też alkohol odsłonił w przybyszu cechy, których wcześniej nie dostrzegali. Dla Jacka i dla niego różnica nie była wtedy najważniejsza. Wiedzieli tylko, że nie chcą powierzać mu ludzi szukających pomocy.

Mijały kolejne tygodnie, a powrót na Mazowsze stawał się coraz mniej realny. Małgorzata mówiła już wprost, że nie chce wracać ani do Szczypiorna, ani do Nowego Dworu. Przypominała, że nie mają pieniędzy na wynajem, a domek na działce nie nadaje się do zamieszkania przez ciężarną kobietę i dziecko. Tego Piotr nie mógł uczciwie zakwestionować. Widział przecież wilgoć, prowizoryczne warunki i cały dobytek nadal stłoczony w zamkniętych kartonach i pakunkach.

Nie wierzył jednak, że chodzi wyłącznie o warunki. Z każdym tygodniem nabierał przekonania, że żona wybrała Janów także dlatego, iż przy rodzicach i siostrach czuła się pewniej niż w życiu budowanym od początku tylko z nim. Nie mówiła tego wprost. On jednak obserwował, jak szybko wróciła w dawny rytm rodzinnego domu i jak łatwo wcześniejsze plany wspólnego zamieszkania na Mazowszu przestały być jej planami.

Pojechał więc do Szczypiorna po część rzeczy. Po drodze zatrzymał się w Legionowie i zabrał ze sobą Czarka. Chłopiec cieszył się z wyprawy, nie wiedząc, że okaże się ona ostatnią wspólną podróżą chrzestnego i chrześniaka. Na działce nic się nie zmieniło. Kartony i worki stały tak, jak je pozostawiono, część mebli blokowała przejście, a prowizoryczny domek bardziej przypominał skład niż miejsce, do którego rodzina zamierza wrócić.

Piotr wybrał kilka ubrań, książki i osobiste drobiazgi. Nie rozpakował reszty. Nie wiedział, czy ma zabezpieczać rzeczy przed wilgocią, czy przygotowywać je do kolejnej przeprowadzki. Domek, który miał być pierwszym etapem budowy własnego domu, przechowywał teraz nierozpakowane ślady życia przy Mazowieckiej. Zabierając niewielką torbę, pozostawiał tam znacznie więcej niż przedmioty.

W Janowie rodzina żyła blisko siebie — tak blisko, że drzwi, schody i podwórza nie wyznaczały wyraźnych granic. Dla Pawła oznaczało to bezpieczeństwo: zawsze mógł pobiec do babci albo którejś z ciotek. Dla Piotra ta sama bliskość szybko stała się źródłem konfliktu. Gdy próbował wymagać od chłopca wykonania choćby drobnego obowiązku, nie rozmawiał już tylko z dzieckiem. W każdej chwili do sporu mogła włączyć się kolejna osoba dorosła.

Paweł miał codziennie przeczytać niewielki fragment książki. Nie było to zadanie ponad jego siły, lecz chłopiec często próbował go uniknąć. Odkładał książkę, twierdził, że już przeczytał, złościł się, a czasem podnosił głos tak długo, aż ktoś usłyszy go na piętrze. Piotr wiedział, że syn sprawdza, czy polecenie ojca rzeczywiście coś znaczy. Dlatego nie chciał ustępować.

Podczas jednej z takich prób sił otworzyły się drzwi prowadzące do mieszkania Maryli. Szwagierka stanęła na schodach i nie pytając, od czego zaczął się spór, krzyknęła przy chłopcu:

— Jak można tak męczyć dziecko! Ty jesteś jakiś faszysta!

Nie była to uwaga o sposobie czytania ani prośba, by Piotr się uspokoił. Było to publiczne odebranie mu prawa do stawiania synowi wymagań. Słowo padło przy Pawle i nie mogło pozostać bez skutku. Chłopiec otrzymał jasny sygnał: gdy ojciec czegoś od niego żąda, wystarczy odpowiednio głośno zaprotestować, a ktoś z rodziny przyjdzie z pomocą. Podobne sytuacje powtarzały się później w różnych formach. Piotr czuł, że nie spiera się już o kilka przeczytanych stron. Walczy o to, czy w tym domu wolno mu być ojcem.

Wkrótce troska o wychowanie Pawła zeszła jednak na dalszy plan. W środku nocy Małgorzata obudziła męża. Jej głos nie przypominał zwykłego wołania.

— Piotr, coś się dzieje. Zobacz.

Na prześcieradle była krew. Przez kilka sekund oboje patrzyli na nią bez słowa. Później wszystko zaczęło dziać się szybko: ubranie, szukanie pomocy, wyjazd do lekarza, szpital. Piotr nie myślał wtedy o ciąży jako medycznym stanie, który może zostać utrzymany albo utracony. Myślał o córce. Jeszcze zanim badanie potwierdziło płeć dziecka, był przekonany, że pod sercem Małgorzaty rozwija się Rozalka. Teraz zastanawiał się tylko, czy ona wciąż żyje.

Żona pozostała w szpitalu. On wrócił do domu z Pawłem i z niepewnością, której nie potrafił odsunąć nawet podczas najprostszych zajęć. Gotował, sprzątał, pilnował chłopca, lecz każde pukanie do drzwi i każdy telefon mógł przynieść wiadomość, której się bał. Nie wiedział, czy następnego dnia nadal będzie mógł mówić o córce w czasie przyszłym.

Właśnie wtedy, gdy Małgorzata leżała na oddziale, po powrocie do domu nie zastał Pawła. Początkowo nie był zaniepokojony. Chłopiec często chodził do dziadków albo bawił się w sąsiedztwie. Minęła jednak godzina, potem następna. Nie było go ani u Marianny i Ryszarda, ani w pobliskich domach. Piotr obchodził podwórza, pytał napotkanych ludzi, wracał i znów wychodził. Z każdą chwilą narastało w nim poczucie, że został sam z odpowiedzialnością, której inni nie uznają.

Dopiero po wielu godzinach pod dom podjechał mały fiat Ireny. Z samochodu wysiadł Paweł.

— Przecież był u mnie — odpowiedziała ciotka, słysząc pretensje szwagra.

Nie chodziło o to, że chłopiec spędził czas w jej domu. Chodziło o fakt, że zabrała siedmiolatka na wiele godzin i nie uznała za konieczne powiadomić człowieka, który w tym czasie odpowiadał za niego sam. Gdy żona leżała w szpitalu, a życie ich córki pozostawało zagrożone, to lekceważenie zabolało Piotra szczególnie mocno. Nie widział w nim roztargnienia, lecz kolejny dowód, że rodzina żony nie traktuje jego ojcostwa poważnie.

Po wielu dniach Małgorzata wróciła do domu. Lekarzom udało się opanować krwawienie. Najważniejsze było jedno: dziecko żyło. Piotr nie potrzebował wtedy żadnych innych zapewnień. Dopiero później pozwolił sobie znów myśleć o imieniu, narodzinach i o tym, jak będzie wyglądała dziewczynka, którą już od dawna nazywał Rozalką.

Piotr pojawił się w życiu Pawła późno. Nie towarzyszył mu w pierwszych latach, nie znał wszystkich jego przyzwyczajeń ani zasad, według których dotąd funkcjonował. Chciał jednak możliwie szybko stać się ojcem nie tylko z imienia, lecz także w codziennym znaczeniu tego słowa — mieć wpływ na wychowanie chłopca, stawiać mu wymagania i ponosić za niego odpowiedzialność. Być może próbował w ciągu kilku miesięcy zająć miejsce, które zwykle buduje się przez lata.

Po drugiej stronie stała rodzina przyzwyczajona do zupełnie innego porządku. Przez sześć lat to matka, dziadkowie i ciotki Pawła decydowali, co jest dla niego dobre, czego można od niego wymagać i kiedy należy go bronić. Nie zamierzali nagle oddać tej roli człowiekowi, który dopiero wszedł do rodziny. Każda próba ustanowienia nowych zasad napotykała więc opór, a Małgorzata w podobnych sporach najczęściej stawała po stronie matki i sióstr.

Piotr jeszcze przez pewien czas próbował walczyć o swoje miejsce. Brakowało mu jednak doświadczenia i cierpliwości, by zdobywać je powoli. Działał stanowczo, czasem zbyt gwałtownie, a każdy konflikt z chłopcem niemal natychmiast stawał się konfliktem z całym domem. W końcu zaczął rozumieć, że nawet najprostsze polecenie może zostać unieważnione przez kogoś, kto zejdzie po schodach albo zawoła Pawła do siebie.

Im bliżej było narodzin córki, tym mniej miał siły na kolejne próby. Nie przestał uważać Pawła za syna ani nie przestał się o niego troszczyć, lecz powoli wycofywał się z walki o wpływ na jego wychowanie. Gdzieś pod rozczarowaniem pojawiła się myśl, której nie wypowiedział na głos: róbcie, co chcecie — ja będę miał Rozalkę. Przynosiła ulgę, ale była też początkiem podziału, który z czasem miał się pogłębiać.

Jeszcze przed badaniem USG mówił o dziecku jak o córce. Nie potrafił tego uzasadnić. Była w tym może nadzieja tak silna, że zamieniła się w pewność, a może potrzeba nadania kształtu komuś, na kogo czekał od wielu lat.

— To będzie Rozalka — powtarzał.

Kiedy badanie potwierdziło, że Małgorzata urodzi dziewczynkę, nie odebrał tej wiadomości jako niespodzianki. Usłyszał raczej potwierdzenie czegoś, co w jego własnym świecie wydarzyło się wcześniej. Od tej chwili oczekiwanie nabrało jeszcze bardziej konkretnego wymiaru. Nie czekał już na „dziecko". Czekał na Rozalkę.

Chciał być przy jej narodzinach. W końcu lat dziewięćdziesiątych poród rodzinny nie był jeszcze oczywistością. Osobna sala kosztowała, ale Małgorzata pracowała w szpitalu i dzięki temu mogli liczyć na miejsce, do którego zostanie wpuszczony także ojciec. Przeszkodą okazało się położenie dziecka. Rozalka była ułożona pośladkowo, a cesarskie cięcie oznaczało, że Piotr będzie musiał czekać za drzwiami.

Nie chciał pogodzić się z tym bez próby działania. Przez kilka wieczorów stosował elektropunkturę, pobudzając odpowiedni punkt przy małym palcu stopy żony. Zabieg był dla niej nieprzyjemny, miejscami bolesny. Zgadzała się jednak, ponieważ oboje chcieli uniknąć operacji, o ile lekarze uznają poród naturalny za bezpieczny. Po jednym z zabiegów Małgorzata poczuła gwałtowne ruchy dziecka. Kolejne USG wykazało, że córka zmieniła położenie. Piotr wiązał to z elektropunkturą. Nie potrafił tego dowieść, ale dla obojga ważniejsze od wyjaśnienia było to, że poród rodzinny znowu stał się możliwy.

Jesienią Paweł rozpoczął naukę w szkole podstawowej w Janowie. To ostatecznie pokazało, że pobyt na Podlasiu nie jest krótkim wyjazdem. Wcześniej Piotr wyobrażał sobie, że chłopiec pójdzie do szkoły w Pomiechówku, a oni urządzą życie na Mazowszu. Teraz te plany zostały zastąpione decyzją, której nie podjął, lecz musiał ją przyjąć.

W pierwszych dniach września pojawiły się objawy, które żona — jako położna — uznała za zapowiedź zbliżającego się rozwiązania. Wezwana karetka zabrałaby ją do Białej Podlaskiej, gdzie Piotr nie mógłby uczestniczyć w porodzie. Z pomocą Ireny pojechali więc do Warszawy. Po badaniach i kilku godzinach oczekiwania usłyszeli, że na oddziale nie ma miejsca, a dziecko nie urodzi się jeszcze tej nocy.

Powrót do Janowa oznaczał ponad sto sześćdziesiąt kilometrów. Następnym razem mogli nie zdążyć. Próbowali zatrzymać się na kilka dni u rodziców Piotra, lecz po rozmowie z Urszulą Adam i Jadwiga odmówili. Znów okazało się, że możliwość wejścia do rodzinnego mieszkania zależy od stanowiska siostry. Ostatecznie, po kilku godzinach poszukiwań i rozmów, udało się znaleźć pokój, w którym ciężarna mogła pozostać do porodu.

Rozalka urodziła się 10 września 1997 roku, kilka minut przed dziewiątą według czasu letniego. Piotr był przy Małgorzacie. Widział napięcie jej twarzy, słyszał polecenia położnych i czekał na pierwszy krzyk. Chwila, którą przez lata układał w wyobraźni, przyszła nagle i bez uroczystych słów.

Najpierw zobaczył niewielkie, mokre ciało w rękach położnej. Potem usłyszał głos córki. Nie pamiętał później wszystkich czynności wykonywanych wokół niej ani kolejności zdań wypowiadanych na sali. Zapamiętał pewność, że żyje. To jedno słowo obejmowało wówczas wszystko.

Po umyciu, zważeniu i zbadaniu dziecka położna podała je ojcu. Rozalka była mniejsza, niż wyobrażał ją sobie przez wszystkie miesiące oczekiwania. Miała drobną twarz, zamknięte oczy i dłonie, które odruchowo zaciskały się na jego palcu. Bał się poruszyć, jakby każdy nieostrożny gest mógł zakłócić tę pierwszą chwilę.

Trzymał ją zaledwie kilka minut. Później została położona przy matce do pierwszego karmienia. Nie czuł niedosytu. Po raz pierwszy mógł powitać wyśnione dziecko od pierwszego oddechu. Nie musiał zdobywać prawa do bycia ojcem ani tłumaczyć komukolwiek swojego miejsca. Córka była w jego ramionach, a on był jej ojcem. W tamtej chwili nic więcej nie istniało.

Do Janowa wrócili 15 września. W podróży pomagał im Jacek Rogala. W domu zaczęło się zwykłe życie z niemowlęciem: karmienia, kąpiele, przerywany sen, ostrożne układanie dziecka w łóżeczku i ciągłe sprawdzanie, czy spokojnie oddycha. Te drobne czynności były dla Piotra spełnieniem, nie ciężarem. Każda z nich potwierdzała, że Rozalka naprawdę jest z nimi.

Radość trwała krótko. Kilka dni po powrocie oddech dziewczynki stał się ciężki i niespokojny. W szpitalu w Białej Podlaskiej rozpoznano zapalenie płuc. Małgorzata mogła pozostać na oddziale z dzieckiem. Dla ojca miejsca nie było.

Wieczorem wyszedł ze szpitala z pustym wózkiem. Tego samego dnia przywieźli w nim córkę, otuloną i bezpieczną pod ich spojrzeniami. Teraz wózek był lekki. Jego pustka sprawiała jednak, że prowadziło się go trudniej niż wtedy, gdy leżało w nim dziecko.

Do Janowa było ponad dwadzieścia kilometrów. Nie miał czym wrócić, więc ruszył pieszo. Nocna droga ciągnęła się wśród pól i ciemnych poboczy. Koła wózka wpadały w nierówności, czasem trzeba było zejść na skraj jezdni przed nadjeżdżającym samochodem. Piotr szedł bez pewności, czy choroba zostanie opanowana. Każdy krok oddalał go od szpitala, choć wszystko w nim nakazywało zawrócić i zostać przy łóżeczku córki.

Nie bał się wtedy zmęczenia ani nocy. Bał się telefonu, który mógł nadejść po jego powrocie. Bał się, że pusty wózek nie jest tylko przedmiotem prowadzonym z Białej Podlaskiej do Janowa, lecz obrazem tego, co może pozostać z jego spełnionego na kilka dni marzenia. Pchał go więc dalej, jakby sam ruch mógł utrzymać córkę przy życiu.

Do domu dotarł nad ranem. Nie zapamiętał, o której godzinie ani ile razy zatrzymywał się po drodze. Zapamiętał ciszę domu i wózek, który ustawił bez dziecka. Jeszcze niedawno nierozpakowane kartony w Szczypiornie były dla niego znakiem rozpadu planów. Teraz wszystkie mieszkaniowe spory wydawały się nieważne. Liczył się tylko oddech Rozalki.

Dziewczynka pozostała w szpitalu około dwóch tygodni. Małgorzata czuwała przy niej dzień i noc, karmiła ją i obserwowała każdą zmianę. Piotr dojeżdżał, szukał sposobu wejścia na oddział i próbował dowiadywać się jak najwięcej od personelu. Nie mógł jednak być tam stale.

Do lęku o życie córki dołączył niepokój religijny. Rozalka nie była ochrzczona. Ojciec wiedział, że w niebezpieczeństwie śmierci chrztu może udzielić każdy człowiek, jeżeli użyje wody i wypowie właściwą formułę. Nie zamierzał czekać, aż ktoś uzna sytuację za dostatecznie poważną. Przyniósł do szpitala niewielki flakonik wody święconej i wbrew zakazowi przedostał się na oddział.

Nie miał pewności, ile czasu zdoła pozostać przy łóżeczku. Dziewczynka leżała osłabiona, otoczona szpitalnymi sprzętami. Piotr zwilżył jej głowę wodą.

— Rozalio, ja ciebie chrzczę w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.

Nie było księdza, świecy, białej szaty ani zgromadzonej rodziny. Był ojciec, chore niemowlę i kilka słów wypowiedzianych tak cicho, aby nie zwrócić uwagi personelu. Nie miał pewności, czy za chwilę ktoś nie nakaże mu wyjść. Wiedział natomiast, że uczynił to, co w jego wierze należało uczynić, gdy życie dziecka było zagrożone.

Opuścił oddział szybko. Za drzwiami znów pozostał bezsilny wobec choroby. Mógł się modlić, przyjeżdżać i czekać na wiadomości. Reszta nie zależała od niego.

Po dwóch tygodniach Rozalka wróciła do domu. Oddychała spokojnie, przybierała na wadze, a strach powoli ustępował codzienności. Rodzice postanowili urządzić uroczysty chrzest w kościele. Piotr dobrze wiedział, że powinien poinformować księdza o chrzcie z wody. Wiedział też, że sakramentu nie należy po prostu powtarzać, jakby wcześniejszy obrzęd nie miał znaczenia.

Mimo to, zgłaszając ceremonię, przemilczał wydarzenie ze szpitala. Sam nigdy nie potrafił sobie wyjaśnić, dlaczego to zrobił. Czy obawiał się pytań? Czy lękał się, że kapłan odmówi uroczystości w formie, jakiej pragnęli? Czy nie był pewien, że wszystko wykonał prawidłowo? Żadna z tych odpowiedzi nie tłumaczyła go do końca. Pewne było tylko to, że wiedział, co powinien powiedzieć, i nie powiedział. To przemilczenie wracało do niego później częściej niż sam szpitalny chrzest.

Ceremonię wyznaczono na drugi dzień Bożego Narodzenia. Adam i Jadwiga przyjechali już w Wigilię. Urszula, która wcześniej odmówiła zostania matką chrzestną, nie pojawiła się także w kościele. Rolę chrzestnej przyjęła Ewa Kotlińska, córka Stasi Wierzbickiej; towarzyszył jej mąż Jarosław. Ojcem chrzestnym został Jarosław Bujan, znajomy Małgorzaty z Janowa.

W janowskiej świątyni rodzice i chrzestni zajęli miejsca w starych ławach prezbiterium. Rozalka przez całą Mszę pozostawała na rękach ojca. Czuł jej ciężar, ciepło ciała i drobne ruchy pod ubraniem. Jeszcze niedawno patrzył na nią na szpitalnym oddziale, nie wiedząc, czy wróci do domu. Teraz organy, kadzidło i głos kapłana otaczały dziecko, które trzymał bez pośpiechu i bez lęku, że za chwilę ktoś nakaże mu odejść.

Małgorzata stała obok. To ona spędziła z Rozalką całe dwa tygodnie w szpitalu, czuwała przy niej i przeżywała każdą zmianę oddechu z odległości kilku centymetrów. Piotr przeszedł nocną drogę z pustym wózkiem i przedostał się na oddział z wodą święconą. Każde z nich niosło własną część tamtego strachu. W kościele mogli przez chwilę nie dzielić go na jego i jej. Córka żyła. To wystarczało.

Chrzest nie rozwiązywał problemów mieszkaniowych ani sporów, które narastały między Piotrem a rodziną żony. Nie przywracał też planów pozostawionych w nierozpakowanych kartonach na Szczypiornie. Przez jeden świąteczny dzień wszystko to zeszło jednak na dalszy plan. Rozalka była zdrowa, otoczona bliskimi i włączana do wspólnoty, do której ojciec chciał ją przyprowadzić od pierwszych dni życia.

Niósł ją później przez kościół spokojnie, bez szpitalnego pośpiechu. Wtedy mógł jeszcze wierzyć, że najtrudniejszą próbę mają już za sobą.


Media TitleDzieje klątwy
Media NotesRozdział XVIII
Latitude52.38096474723043
Longitude19.072265625

» Show All     «Prev «1 ... 28 29 30 31 32 33 34 35 36 ... 71» Next»     » Slide Show





Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.