arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...

Histories

» Show All     «Prev «1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 71» Next»     » Slide Show

Dziedzictwo klątwy

Rozdział XIX – Lęk przed miłością

Rozdział XIX

Lęk przed miłością

Po Bożym Narodzeniu życie w Janowie wróciło do rytmu, który z zewnątrz mógł wydawać się spokojny. Paweł chodził do szkoły, Małgorzata zajmowała się domem i dziećmi, a Piotr próbował stworzyć sobie pracę, która pozwoliłaby rodzinie utrzymać się bez ciągłego oglądania na pomoc krewnych. Najwięcej miejsca w jego codzienności zajmowała jednak Rozalka. Po chorobie córki zwykłe czynności nabrały dla niego szczególnej wagi. Karmienie, kąpiel, nocne wstawanie i sprawdzanie oddechu nie były ciężarem. Były dowodem, że dziecko żyje i jest przy nim.

Niekiedy budził się bez wyraźnego powodu i podchodził do łóżeczka. Nie dotykał córki, by jej nie obudzić. Patrzył tylko na ruch klatki piersiowej, na dłoń leżącą obok twarzy, na włosy przyklejone do czoła. Dopiero wtedy wracał na posłanie. Lęk wyniesiony ze szpitala w Białej Podlaskiej nie zniknął wraz z ustąpieniem zapalenia płuc. Lęk przestał być gwałtowny, lecz pozostał w drobnych gestach ojca, który nie chciał już niczego przyjmować jako oczywistego.

Zarejestrował Poradnię Medycyny Naturalnej „Siloe" i urządził gabinet w jednym z pomieszczeń gospodarczych. Przyjmował ludzi, którzy często przychodzili nie tylko z określoną dolegliwością, lecz także z potrzebą rozmowy i nadzieją, że ktoś potraktuje ich cierpienie poważnie. Bywało, że jeden pacjent zajmował mu znacznie więcej czasu, niż przewidywał. Piotr słuchał, masował, wykonywał zabiegi i próbował odnaleźć przyczynę problemu, nawet gdy człowiek, który przed nim siedział, nie umiał jej nazwać.

Niektóre przypadki zapamiętał jako szczególnie ważne. Jedna z pacjentek, od dawna kontrolująca zmianę w piersi, po serii zabiegów przyniosła wyniki kolejnego badania. Twierdziła, że wcześniej obserwowanej zmiany już nie stwierdzono. Piotr przyjął tę wiadomość jako jeden z największych sukcesów swojej praktyki. Gabinet dawał mu poczucie sensu i przekonanie, że potrafi być potrzebny. Nie dawał jednak stałego dochodu, który rozwiązałby problemy mieszkaniowe i finansowe rodziny.

Wczesną wiosną przyniósł Małgorzacie wyniki jej badań. Wszedł do domu szybciej niż zwykle i nie odkładając papierów, powiedział:

— Gosiu, spodziewamy się dziecka.

Dla niego wiadomość była natychmiastową radością. Nie potrzebował czasu, aby oswoić się z myślą o kolejnym dziecku. W jednej chwili to, co istniało dotąd jedynie jako możliwość, stało się osobą, która zaczęła zajmować miejsce w jego wyobraźni. Małgorzata przyjęła wiadomość inaczej. Od narodzin Rozalki minęło zaledwie kilka miesięcy. Wciąż odzyskiwała siły po ciąży, porodzie i pobycie z córką w szpitalu. Rodzina nie miała własnego mieszkania ani pewnego dochodu. Jej obawy były konkretne i nie zamierzała ich ukrywać.

Piotr je słyszał, lecz nie potrafił podzielić jej pierwszej reakcji. Dla niego dziecko nie było kolejnym wydatkiem ani komplikacją. Było spełnieniem dawnego pragnienia licznej rodziny. Rozalka nie zmniejszyła tego pragnienia. Przeciwnie — każda noc, podczas której trzymał córkę na rękach, utwierdzała go w przekonaniu, że właśnie takiego życia chciał. Widział dzieci dorastające obok siebie, wspólny stół, rozmowy, kłótnie, szkolne zeszyty rozłożone w kilku miejscach i dom, który nie pustoszeje po zamknięciu jednych drzwi.

Nie znał płci ani terminu porodu, a już próbował zobaczyć twarz dziecka. Zastanawiał się, czy będzie podobne do matki, czy do niego; czy Rozalka będzie wobec młodszego rodzeństwa opiekuńcza, czy zazdrosna; czy Paweł przyjmie nowego brata lub siostrę bez lęku o własne miejsce. Wyobrażał sobie, że pewnego dnia wyjdą całą rodziną na spacer: on z jednym dzieckiem na rękach, Małgorzata z wózkiem, Paweł idący obok i Rozalka próbująca dotrzymać mu kroku.

Małgorzata nie podzielała jego bezwarunkowej euforii, ale nie pozostała poza tym oczekiwaniem. Po pierwszym niepokoju zaczęła rozmawiać o tym, co trzeba przygotować, gdzie pomieszczą kolejne łóżeczko i jak podzielą obowiązki. Różnili się w ocenie własnych możliwości, lecz dziecko powoli przestawało być niespodziewanym wynikiem badania. Wchodziło do ich rozmów, planów i codziennego rachunku przyszłości.

Podczas wielkanocnego spotkania u Olichwiruków, 12 kwietnia 1998 roku, powiedzieli krewnym, że rodzina znowu się powiększy. Wiadomość padła przy zastawionym stole, pośród rozmów, śmiechu i zwykłego świątecznego zamieszania. Piotr przyjmował gratulacje z radością człowieka, który już uważał dziecko za obecne, choć nikt poza Małgorzatą nie mógł jeszcze poczuć jego ruchu.

Przy stole był również Ryszard Andrzejuk. Po krwotoku, do którego doszło podczas wizyty u dentysty, od kilku dni przebywał w szpitalu, lecz na święta pozwolono mu przyjechać do domu. Grał na akordeonie, śpiewał, opowiadał historie i pozował do wspólnych zdjęć. Na kilka godzin choroba została odsunięta poza obręb rodzinnego spotkania. Wieczorem wrócił na oddział. Nazajutrz, gdy bliscy ponownie zasiedli przy stole, jego miejsce pozostało puste.

Niedługo później Małgorzata przestała czuć ruchy dziecka. Początkowo mogła sobie tłumaczyć, że jest spokojniejsze, że zmieniło położenie albo że cisza potrwa tylko kilka godzin. Każda kolejna godzina odbierała jednak siłę tym wyjaśnieniom. W końcu niepokój stał się zbyt wielki, by czekać. Pojechała do warszawskiego szpitala.

Piotr został w Janowie. Czekał na telefon, próbując zajmować się czymkolwiek, co nie wymagało skupienia. Przechodził z pokoju do gabinetu, brał do ręki przedmioty i odkładał je, zanim zdążył sobie uświadomić, po co po nie sięgnął. Wciąż pozostawiał dla siebie najmniejszą możliwość, że badanie przyniesie uspokojenie, a wieczorem usłyszy, że wszystko jest dobrze.

Kiedy zadzwonił telefon, po pierwszych słowach Małgorzaty zrozumiał, że żadnego uspokojenia nie będzie. Dziecko nie żyło.

Nie umiał od razu przyjąć tej wiadomości. Jeszcze rano istniała przyszłość: narodziny, powrót ze szpitala, kolejne łóżeczko, pierwsze słowo, kroki, choroby, szkoła, całe życie, którego nie znali, lecz któremu już przygotowywali miejsce. Kilka zdań wypowiedzianych przez telefon unieważniło wszystko naraz. Nie odebrało wspomnień, bo tych jeszcze nie zdążyli zgromadzić. Odebrało przyszłość, którą Piotr przeżył w wyobraźni tak intensywnie, że jej utrata była dla niego rzeczywista.

Czekał na powrót żony, wiedząc, że wróci bez żywego dziecka, choć przecież nadal będzie je ze sobą niosła. Wieczorem zobaczył ją wchodzącą do domu z niewielkim zawiniątkiem. Nie musiała niczego wyjaśniać. Wiedział, co trzyma w dłoniach.

Widok przekroczył wszystko, na co próbował się przygotować. Całe ciało ich syna, cała wyobrażona przyszłość, mieściły się w pakunku, który jedna osoba mogła unieść w dłoni. W tej dysproporcji było coś nie do przyjęcia: tyle oczekiwania, rozmów i miłości, a tak mało miejsca zajmowała śmierć, kiedy weszła do domu.

Nie było krzyku noworodka, pośpiesznych telefonów ani ustawiania łóżeczka. Rozalka nadal domagała się karmienia, Paweł wracał ze szkoły, w kuchni trzeba było zagotować wodę i przygotować posiłek. Codzienność nie zatrzymała się, lecz od tej chwili wszystko wykonywali obok zawiniątka, którego obecność odbierała zwykłym czynnościom ich dotychczasowy sens.

Postanowili nazwać syna Stasiem. Imię nie mogło przywrócić mu życia, ale nie chcieli, aby pozostał bezimiennym przypadkiem medycznym albo „ciążą", która się nie udała. Był ich dzieckiem. Przez cały wieczór i noc zajął poczesne miejsce w domu, który nigdy nie miał się stać jego domem. Nie został ochrzczony, nie zdążyli zobaczyć jego otwartych oczu ani usłyszeć głosu, ale istniał i zasługiwał na własny grób.

Decyzja o pogrzebie nie spotkała się w ich rodzinach z niezręcznym milczeniem ani zwykłym brakiem zrozumienia. Wywołała wrogość. Siostry Małgorzaty reagowały kpiną na ból rodziców i na potrzebę urządzenia ceremonii pogrzebowej. W ich ocenie nie było kogo żegnać w sposób, jaki Piotr i Małgorzata uważali za oczywisty. Jadwiga, rozmawiając o pogrzebie z synem, również zlekceważyła ich decyzję. Po konsultacji z córką odmowę przyjazdu na pogrzeb uzasadniła „robieniem cyrków".

Dla Piotra nie był to wyłącznie spór o obrzęd. Odbierał te reakcje jako odmowę uznania, że Staś należał do rodziny i że jego śmierć była prawdziwą stratą. Ci sami ludzie, którzy jeszcze niedawno słuchali wiadomości o ciąży przy wielkanocnym stole, teraz nie chcieli przyjąć konsekwencji tego, że oczekiwane dziecko umarło.

Małgorzata nie stanęła w tej sprawie po stronie matki ani sióstr. Była przy mężu i synu. Oboje zgodzili się, że pogrzeb musi się odbyć, nawet jeśli nikt z krewnych nie zechce z nimi pojechać. Nie domagali się wielkich przemówień ani demonstracyjnej żałoby. Oczekiwali obecności — prostego potwierdzenia, że ich dziecko żyło i że wolno po nim płakać.

18 czerwca pojechali do Pomiechowa. Staś został pochowany w grobie, w którym wcześniej spoczęła ciocia Chojnacka. Nie towarzyszył im rodzinny orszak. Nie było rodzeństwa, dziadków, cioć ani tych, którzy kilka tygodni wcześniej przyjmowali wiadomość o powiększeniu rodziny. Nad grobem stali tylko rodzice.

Samotność tej ceremonii miała osobny ciężar. Małgorzata stała obok i nie próbowała pomniejszać straty. W tej jednej sprawie byli całkowicie zgodni. Ich syn nie miał zostać usunięty z rodzinnej pamięci, tylko dlatego, że umarł, zanim zdążył zobaczyć Boski świat.

Pogrzeb nie zakończył żałoby. Po powrocie trzeba było wstać rano, zająć się Rozalką i Pawłem, przyjąć pacjentów, ugotować obiad. Świat działał dalej z obojętnością, która wydawała się obrazą. W domu nie było przedmiotów należących do Stasia, zdjęć ani dziecięcych ubrań, które zdążył nosić. Mimo to jego nieobecność pojawiała się przy stole, przy łóżeczku Rozalki i w każdej rozmowie o przyszłości.

Najtrudniejsza zmiana dokonała się w samym Piotrze. Dotąd miłość oznaczała dla niego przede wszystkim pragnienie bliskości: mieć rodzinę, być potrzebnym, kochać bez zastrzeżeń i otrzymywać w zamian miejsce, którego nikt nie podważa. Po śmierci Stasia zrozumiał coś, czego wcześniej nie chciał przyjąć — że im więcej odda uczuciu, tym więcej może zostać mu odebrane.

Nie przestał kochać Rozalki. Przeciwnie, przywiązał się do niej jeszcze mocniej. Kiedy brał ją na ręce, czuł wdzięczność, że żyje, i jednocześnie lęk, którego nie umiał odsunąć. Każda gorączka, kaszel albo dłuższy sen mogły przywołać szpital i pusty wózek. Miłość do córki nie stała się mniejsza. Stała się jednak miłością człowieka, który już wie, że dziecko można utracić. To uczucie było jeszcze szersze. Dawniej potrafił sobie żartować z obaw swojej matki, która na każdy telegram, syrenę karetki pogotowia czy nawet niespodziewany telefon reagowała tak, jakby to miało przynieść najgorszą z wiadomości. Teraz zaczął odczuwać to samo. Śmierć i nieszczęście zaczęły czaić się wszędzie.

Latem 1998 roku Rozalka nie umiała jeszcze chodzić, kiedy pewnego dnia wyszła z domu i raczkując, ruszyła chodnikiem w stronę gabinetu ojca. Piotr zobaczył ją przez okno. Wybiegł, lecz zamiast od razu wziąć córkę na ręce, minął ją na chwilę, chwycił aparat fotograficzny i wrócił. Chciał zachować ten obraz: małą dziewczynkę, która sama wybrała drogę ku niemu.

Rozalka patrzyła na niego zaskoczona, kiedy przeszedł obok, a potem zbliżył się z aparatem. Po zrobieniu zdjęcia podniósł ją i przytulił. Nie była dla niego pocieszeniem „zamiast" Stasia. Nie mogła nim być. Była odrębnym dzieckiem, kochanym z całą siłą, na jaką było go stać. To właśnie dlatego lęk był tak dotkliwy: wiedział już, co może kosztować przywiązanie.

Karmił ją, kąpał, przewijał i często wstawał do niej nocą. Nie uważał tego za poświęcenie. W tych obowiązkach odnajdywał najpewniejszą część własnego życia. Konflikty z rodziną, niepewność małżeństwa i brak stałej pracy mogły odbierać mu poczucie wpływu. Przy córce wiedział, kim jest. Był człowiekiem, którego wołała, do którego wyciągała ręce i przy którym zasypiała.

Próbował wrócić także do pracy publicystycznej. Pisał korespondencje z Janowa dla „Echa Podlasia", opisywał wydarzenia z okolicy i zachęcał Małgorzatę do przygotowywania własnych tekstów. Przeprowadziła między innymi wywiad z goszczącą w Janowie minister Kamińską. Przez pewien czas wspólna praca dawała im temat wykraczający poza domowe konflikty i rachunki.

Próbował też wrócić do dawnej działalności w Strzelcu, a gdy Paweł zapragnął munduru, zorganizował w Janowie manewry dla młodzieży. Różnica wieku szybko dała jednak o sobie znać. Po kilku godzinach zajęć Paweł, znacznie młodszy od pozostałych uczestników, rozpłakał się ze zmęczenia. Marianna natychmiast stanęła w obronie wnuka, zarzucając zięciowi, że naraził go na zbyt duży wysiłek. Ona widziała przemęczone dziecko; Piotr — kolejną sytuację, w której jego decyzję wychowawczą oceniano i unieważniano przy Pawle.

Znacznie poważniejszy spór przyniósł do ich mieszkania fetor ścieków. Z łazienki Maryli, położonej piętro wyżej, przeciekała rura biegnąca przez pomieszczenie zajmowane przez Koryckich. Gdy żona zaprowadziła go na miejsce, cuchnąca ciecz spływała już po instalacji.

— Maryla uważa, że skoro rura jest u nas, to my mamy ją naprawić — powiedziała.

Tym razem Małgorzata nie broniła siostry. Dla obojga było oczywiste, że awaria należała do mieszkania na górze.

Sprawa jednak nie wygasła. Pod nieobecność Małgorzaty Maryla zeszła na dół i weszła do łazienki. Rozmowa z Piotrem szybko przestała dotyczyć samej rury. Głosy rosły, padały kolejne zarzuty. W pewnej chwili — jak później relacjonował — szwagierka zamachnęła się na niego. Zasłonił twarz prawą ręką; uderzenie wybiło mu środkowy palec. Maryla utrzymywała później, że to ona została skrzywdzona. Gdy przybiegła Marianna, nie próbowała ustalać przebiegu zajścia. Stanęła po stronie córki i, krzycząc na zięcia, uderzyła go rękawiczką w twarz.

Gdy Małgorzata wróciła, mąż opowiedział jej o awanturze i pokazał uszkodzony palec.

— Gosiu, nasz czas w tym domu chyba dobiega końca.

Ku jego zaskoczeniu nie starała bronić ani siostry, ani matki. Sama miała już dość sporu o rurę i życia w domu, w którym konflikt o awarię mógł zakończyć się rękoczynami. Zgodziła się, że powinni szukać innego miejsca. Dawne różnice między małżonkami nie zniknęły, lecz tym razem stali po tej samej stronie.

Jesienią domowe napięcia na pewien czas ustąpiły miejsca kampanii samorządowej Akcji Wyborczej Solidarność. To Piotr namówił żonę do kandydowania. Razem przygotowywali ulotki i wystąpienia, lecz skromne środki pozwoliły prowadzić rzeczywistą kampanię niemal wyłącznie w Janowie i najbliższej okolicy. Tam Małgorzata uzyskała bardzo dobry wynik. W szerszym okręgu, do którego nie zdołali dotrzeć, głosów zabrakło do mandatu. Małgorzata nie mówiła o tym później z dumą. Raczej z żalem, że dała się wciągnąć w coś, czego sama dla siebie nie wybrała.

We wrześniu urządzili pierwsze urodziny Rozalki. Pierwsze niepewne kroki stawiała już wcześniej; w dniu urodzin potrafiła chodzić samodzielnie, choć zdarzało jej się jeszcze tracić równowagę i upadać. Dom wypełnili goście, rozmowy i ruch. Piotr obserwował córkę uważniej niż innych. Jeszcze niedawno raczkowała w stronę jego gabinetu, teraz przechodziła sama przez pokój, po upadku podnosiła się i próbowała dalej. Każdy jej krok był zwyczajnym etapem rozwoju, a zarazem czymś, czego ojciec nie uważał już za zagwarantowane.

Kilka tygodni później dowiedzieli się o następnej ciąży.

Małgorzata ponownie mówiła o pieniądzach, ciasnocie i niepewnej przyszłości. Piotr ucieszył się, ale jego radość nie była już bezbronna. Pierwszą myślą było szczęście: kolejne dziecko, kolejna osoba przy stole, nowa szansa na rodzinę, o której marzył. Zaraz za nią przyszła druga, chłodniejsza: nie przywiązuj się zbyt wcześnie. Nie buduj całego życia wokół kogoś, kogo jeszcze możesz stracić.

Próbował więc zachować ostrożność. Nie wybiegać myślami do dnia narodzin, nie układać twarzy dziecka, nie rozmawiać z nim w wyobraźni. Nie potrafił. Miłość nie poddawała się decyzji. Z każdym tygodniem dziecko odzyskiwało w jego myślach własne miejsce. Lęk nie znikał, ale obok niego rosła nadzieja.

Rozmawiali o imieniu. Małgorzata proponowała Andrzeja. Piotr chciał imienia polskiego i słowiańskiego. Przez pewien czas żadna propozycja nie prowadziła do zgody. Rozwiązanie znalazł w miejscu zupełnie nieuroczystym — przeglądając kalendarz wiszący w podwórzowej sławojce.

— Może Tomisław? Będziemy mówić Tomek, a za patrona może mieć świętego Tomasza — zaproponował po powrocie.

Małgorzata przyjęła tę propozycję. Od tej chwili dziecko przestało być wyłącznie „kolejną ciążą". Miało imię. Piotr wiedział, że właśnie w ten sposób znów wystawia się na możliwość cierpienia. Mimo to pozwolił sobie mówić o Tomisławie, planować jego narodziny i wyobrażać sobie Rozalkę przy młodszym bracie. Śmierć Stasia nie odebrała mu pragnienia ojcostwa. Nauczyła go tylko, że każda radość może od początku nieść w sobie cień straty.

Powiększająca się rodzina potrzebowała większej stabilności, a Janów nie dawał perspektyw na pewny dochód. Obiecywany Piotrowi etat w „Echu Podlasia" wciąż odsuwano na następny miesiąc. Małżonkowie zgodzili się, że trzeba szukać pracy i mieszkania bliżej Warszawy. Różnili się jednak w ocenie sposobu wyjazdu.

— Jedź sam, znajdź pracę i wynajmij mieszkanie. Potem dołączę z dziećmi — proponowała Małgorzata.

Z praktycznego punktu widzenia rozwiązanie było rozsądne. Piotr nie potrafił go przyjąć. Miesiące w Janowie nauczyły go, że teściowa i szwagierki mają realny wpływ na decyzje dotyczące Pawła, mieszkania i codziennego życia. Nie ufał, że jego samotny wyjazd rzeczywiście stanie się pierwszym etapem wspólnej przeprowadzki. Obawiał się, że kiedy zniknie z domu, pozostanie po nim jedynie argument, że rodzinie bez niego jest łatwiej.

— To nie jest zwykły wyjazd za pracą — tłumaczył. — Jeżeli pojadę sam, twoja mama i siostry dostaną ostatni argument, żebyś została. Nie chcę wyjeżdżać bez was.

Sprzeciwiał się również dlatego, że oznaczało to pozostawienie Rozalki. Po latach oczekiwania na córkę, po jej chorobie i po śmierci Stasia nie umiał dobrowolnie oddalić się od dziecka na czas, którego końca nie znał. Myśl o wyjeździe bez niej nie była dla niego wyłącznie tęsknotą. Budziła lęk, że kiedy wróci, zastanie rodzinny układ jeszcze bardziej zamknięty, a córkę przyzwyczajoną do życia, w którym ojciec pojawia się tylko od czasu do czasu.

Brak pieniędzy narzucił jednak rozwiązanie, którego chciał uniknąć. Jarosław Bujan znalazł mu dorywczą pracę przy odnawianiu i malowaniu garażu. Zarobek wystarczył na jeden bilet. Piotr wymógł na Małgorzacie obietnicę, że gdy tylko znajdzie dach nad głową, przyjedzie do niego z dziećmi. Nie miał pewności, czy sama obietnica wystarczy. Była jednak jedynym zabezpieczeniem, jakie mógł zabrać ze sobą.

W pierwszej połowie grudnia wyjechał do Warszawy, stamtąd pociągiem dotarł do Pomiechówka, a dalszą drogę na Szczypiorno przeszedł pieszo. Temperatura gwałtownie spadła do kilkunastu stopni poniżej zera. Niewielki domek miał dwa pomieszczenia i maleńką łazienkę, razem około piętnastu metrów kwadratowych. Był solidny, lecz nieprzystosowany do zimowego zamieszkania. Nie miał prądu, bieżącej wody ani sprawnego ogrzewania. Mała kuchenka węglowa stała w rogu, ale źle wykonany komin nie pozwalał jej bezpiecznie rozpalić.

W środku nadal stały kartony i worki przywiezione latem z Mazowieckiej. Rzeczy zdążyły przesiąknąć chłodem. Między meblami pozostawały wąskie przejścia. W czerwcu ten bałagan oznaczał zawieszoną przeprowadzkę. Teraz, w grudniowym mrozie, przypominał, że rodzina nigdy naprawdę się tu nie urządziła, a Piotr wrócił sam do miejsca, które miało być początkiem wspólnego domu.

Pierwszą noc spędził w spodniach, swetrze i kurtce. Nakrył się wszystkimi kołdrami, jakie znalazł, lecz zimno przenikało przez kolejne warstwy. Nie zasnął na długo. Budził się z drętwiejącymi dłońmi, podciągał kolana i próbował zatrzymać przy ciele odrobinę ciepła. W ciszy domku słyszał wiatr uderzający o ściany i szelest rzeczy w kartonach.

Myślał o Janowie. O Rozalce śpiącej w ciepłym domu, o jej dłoniach wyciąganych rano do ojca, o Pawle idącym do szkoły i o Małgorzacie noszącej pod sercem Tomisława. Wiedział, że wyjechał właśnie po to, aby znaleźć dla nich miejsce, lecz tej nocy odległość nie przypominała pierwszego etapu wspólnej drogi. Przypominała rozdzielenie, którego tak się obawiał.

Rano woda pozostawiona w wiadrze była bryłą lodu. Kiedy próbował poruszyć palcami, bolały go stawy. Przez chwilę stał nad zamarzniętą powierzchnią i patrzył, jak światło odbija się w matowej skorupie. Nie potrzebował metafory, by zrozumieć własną sytuację. Wystarczał fakt: człowiek oczekujący narodzin dziecka spędził noc sam, w domu bez ogrzewania, dwadzieścia kilometrów od rodziców, do których nie uważał już, że może po prostu zapukać.

Próbował przygotować domek na następną noc. Znalazł dużą rolkę folii i rozciągnął ją wzdłuż belek werandy, chcąc osłonić wejście przed porywistym wiatrem i śniegiem. Mocował ją tak długo, aż przestał czuć palce. W nocy wiatr zerwał część osłony. Rano pasy folii trzepotały na śniegu, a w środku było niemal tak samo zimno, jak poprzednio.

Kolejna noc nie przyniosła snu. Piotr próbował leżeć nieruchomo, lecz chłód zmuszał go do wstawania i chodzenia po wąskim przejściu między kartonami. Nie miał dokąd pójść. Nie mógł też sprowadzić tu ciężarnej żony i dzieci. Cały plan wyjazdu opierał się na tym, że najpierw znajdzie pracę i mieszkanie. Tymczasem samo przetrwanie następnych dni zaczynało być problemem.

Stanisława Wierzbicka, mieszkająca po sąsiedzku, szybko zauważyła, że z komina domku nie unosi się dym, a po zmroku w oknach nie zapala się światło. Wiedziała jednak, że Piotr tam nocuje. Zatrzymała go przy siatce.

Nie nazwała go już „zięciem", jak robiła to przed laty. Kiedy Piotr i jej córka Ewa byli dziećmi, pani Wierzbicka lubiła wyobrażać sobie, że pewnego dnia połączy ich coś więcej niż sąsiedztwo. On sam także przez pewien czas dopuszczał taką przyszłość. Później wyprowadził się, Ewa poznała mężczyznę, z którym związała swoje życie, a z czasem również Piotr założył rodzinę. Dawny zwrot stałby się teraz co najmniej niezręczny. Zostało więc ciepłe, znajome „Piotruś".

— Piotruś, ty tu zamarzniesz. Zadzwoń do mamy. Przecież cię tak nie zostawi.

Odpowiedział, że wcześniej już dwukrotnie odmówiono mu miejsca w rodzinnym mieszkaniu. Nie chciał po raz trzeci prosić o dach nad głową, jakby był kimś obcym. Pani Wierzbicka nie ustępowała. Następnego dnia rozmowa powtórzyła się niemal w tych samych słowach.

— Ja nawet nie mam tu telefonu — powiedział w końcu, chcąc zamknąć sprawę.

— U nas już jest. Chodź, zadzwonisz.

Nie znalazł kolejnego powodu, by odmówić. Idąc do domu sąsiadki, układał w myślach pierwsze zdania. Potrzebował kilku tygodni, może dwóch lub trzech miesięcy: czasu na znalezienie pracy i mieszkania, do którego mogliby przyjechać Małgorzata, Paweł, Rozalka i nienarodzone dziecko. Nie prosił o pieniądze ani o utrzymanie. Chciał jedynie czasowo wejść do domu rodzinnego i przespać noc w miejscu, w którym woda nie zamarza w wiadrze.

Sama prośba była dla niego upokarzająca. Jeżdżąc z Warszawy do Pomiechówka, mijał stację w Legionowie, lecz nie wysiadał. Rodzice mieszkali tam nadal, w domu, który przez lata był również jego domem. Mimo to nie uważał już, że może pojawić się z walizką i powiedzieć, że potrzebuje pomocy. Musiał telefonować, wyjaśniać i czekać na decyzję.

Stanisława Wierzbicka podała mu słuchawkę. Piotr usłyszał głos matki. Starał się mówić spokojnie. Opowiedział o mrozie, braku ogrzewania i planie sprowadzenia rodziny, gdy znajdzie pracę. Poprosił, aby pozwolono im zatrzymać się w Legionowie przez dwa lub trzy miesiące.

— Tak, możecie przyjechać, ale muszę jeszcze zapytać Uli — odpowiedziała Jadwiga.

Przez chwilę nie wiedział, co powiedzieć. Mieszkanie należało do jego rodziców. To matkę prosił o pomoc, a jednak decyzja o tym, czy syn z ciężarną żoną i dziećmi może czasowo wrócić do rodzinnego domu, miała zostać uzgodniona z Urszulą. Nie chodziło o zaproszenie na obiad ani o jedną noc. Chodziło o schronienie przed mrozem i o kilka tygodni potrzebnych, by rodzina mogła zacząć nowe życie.

Poczuł ulgę, ponieważ słowa matki nie były odmową. Zaraz potem przyszło coś znacznie cięższego. Jego miejsce w rodzinnym domu okazało się warunkowe. Nie zależało od tego, że był synem Adama i Jadwigi, że przyjechał sam właśnie po to, aby przygotować przyszłość dla żony i dzieci, ani od tego, że w Szczypiornie mógł rzeczywiście zamarznąć. Zależało od odpowiedzi siostry.

Stał ze słuchawką w dłoni, a po drugiej stronie linii matka miała dopiero zapytać Urszulę, czy może udzielić pomocy własnemu synowi. W tym jednym zdaniu powróciło wszystko, co Piotr od lat próbował od siebie odsunąć: przekonanie, że w rodzinie nie ma miejsca należącego do niego bezwarunkowo, że każda bliskość może zostać poddana głosowaniu, a każdy powrót wymaga zgody kogoś trzeciego.

W Janowie czekała Rozalka, którą kochał z całą siłą i dlatego bał się stracić. Pod sercem Małgorzaty rozwijał się Tomisław, wobec którego znów pozwolił sobie na nadzieję. W Pomiechowie pozostawał grób Stasia, przypominający, że dziecko może umrzeć, zanim ojciec zdąży je wziąć na ręce. A on sam stał w domu sąsiadki, prosząc, by wolno mu było czasowo wejść do własnego domu rodzinnego.

Za oknem leżał śnieg. W domku na działce czekały zamarznięte wiadro, zerwana folia i nierozpakowane kartony. Po drugiej stronie telefonu czekała decyzja Urszuli. Piotr zrozumiał wtedy, że lęk przed miłością nie dotyczy jedynie śmierci. Można było utracić człowieka, zanim się urodził. Można też było mieć żyjących rodziców, siostrę, żonę i dzieci, a mimo to nie wiedzieć, czy gdziekolwiek istnieje dom, do którego wolno wrócić bez pytania.


Media TitleDziedzictwo klątwy
Media NotesRozdział XIX
Latitude52.38096474723043
Longitude19.072265625

» Show All     «Prev «1 ... 17 18 19 20 21 22 23 24 25 ... 71» Next»     » Slide Show





Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.