Rozdział XX
Obcy w domu
Mieszkanie przy ulicy Marysieńki przywitało Piotra pozorem niezmienności. Jego dawny pokój, ten po siostrze, wciąż pozostawał niemal nietknięty — jak relikwia czekająca na powrót marnotrawnego syna. Przesunął dłonią po oparciu krzesła, na którym w latach nastoletnich wyrysował tuszem gryfa. Pod warstwą lakieru gryf wciąż był widoczny, choć matowy jak wspomnienie. „Muzeum mojej przeszłości" — pomyślał.
Małgorzata z dziećmi dotarła do Legionowa 15 grudnia. Czteroosobowa rodzina zagospodarowała się w dawnym pokoju Piotra. Na pojedynczym tapczanie spali on, Gosia i roczna Rozalka. Paweł zajmował barłóg rozkładany wieczorem na podłodze, tuż obok łóżka.
Pokój był tak mały, że aby zejść z tapczanu, trzeba było przejść po posłaniu chłopca. Nie dało się go ominąć ani postawić stopy na wolnym kawałku podłogi. Mając przy sobie roczne dziecko, budzące się nocą i wymagające karmienia, przewijania albo uspokojenia, takich wędrówek nie można było uniknąć. Piotr lub Małgorzata ostrożnie przekraczali śpiącego Pawła, czasem potrącając koc albo budząc go skrzypnięciem łóżka.
Była w tym niewygoda, ale początkowo także bliskość. Po tygodniach rozłąki znowu znajdowali się razem. Rozalka tupała niepewnie po linoleum, szukając równowagi i wyciągając rączki w stronę ojca. Paweł, bardziej wycofany, przyglądał się nowemu otoczeniu z nieufnością. Piotr przez kilka dni łudził się, że uda się odtworzyć dawne, lepsze sny. Że pod jednym dachem zmieszczą się wszystkie jego rozdarte światy.
Spotkanie z chrzestną na ulicy Sowińskiego było jak przypadkowe zadrapanie płótna, spod którego odsłoniła się ukryta warstwa farby. Wanda Włochińska, ubrana w jesionkę z zaplanowanym przepychem, zatrzymała go pytającym spojrzeniem.
— No i jak wam tam, w tym zatłoczonym M-4?[1] — rzuciła. W jej głosie zabrzmiała fałszywa troskliwość, podszyta ciekawością kanarka.
— Urszula mieszka tu pięć lat — odparł, czując w ustach gorzki posmak własnej złośliwości. — To teraz ja pomieszkam kolejne pięć.
Piotr wypowiedział te słowa dla draki. Chciał odpowiedzieć złośliwością na wścibskie pytanie i nie zamierzał przedstawiać Wandzie żadnego rzeczywistego planu. Nie wiedział, czy chrzestna powtórzyła jego wypowiedź komuś z rodziny. Nigdy nie usłyszał od niej przyznania ani nie zdobył na to żadnego dowodu.
Później jednak właśnie tak połączył wydarzenia: przypadkowe spotkanie na ulicy Sowińskiego, nierozważny żart o pięciu latach, a zaraz potem gwałtowną zmianę atmosfery na Marysieńki. Było tuż przed Wigilią. Konflikt wybuchł niemal natychmiast, jakby do mieszkania dotarła wiadomość, że Piotr nie zamierza traktować pobytu jako krótkiej wizyty.
Kiedy wrócił do domu, nikt nie krzyczał. Panowała cisza po bitwie, w której nie zdążył wziąć udziału. Jadwiga unikała jego wzroku, krzątając się po kuchni z nadmierną koncentracją. Urszula stała przy oknie, wyprostowana i nieruchoma.
— To kiedy zamierzacie się wyprowadzić? — zapytała matka, nie odwracając głowy.
Pytanie zawisło w pokoju jak dym po zgaszonym niedopałku.
Piotr poczuł, jak ziemia usuwa mu się spod nóg. To nie był już dom. Raczej scena, na której odgrywano sztukę zatytułowaną „Rodzina". On zaś, wracający z nadzieją, okazał się nieproszonym gościem, który nie znał przydzielonej mu roli.
Wigilia miała w sobie coś z pogrzebu. Stół zastawiono tradycyjnymi w tej rodzinie potrawami — kapustą z grzybami, kompotem z suszu z makaronem i gotowanym, niełuskanym grochem. Zapach igliwia mieszał się jednak z wonią niewypowiedzianych pretensji. Siedzieli wokół — Piotr, Gosia, dzieci, rodzice, Urszula z Tadeuszem i Czarkiem — jak ambasadorowie wrogich mocarstw, którzy podpisali chwilowy rozejm, by spożyć wspólny posiłek z ludźmi, których najchętniej nie widzieliby przy tym stole.
Piotr spojrzał na ten obraz: elegancko nakryty stół, udekorowaną choinkę i twarze ściągnięte złością. Nagle ujrzał całą scenę oczami Holbeina. Byli jak postacie z jego obrazu — otoczeni atrybutami dostatku i tradycji, podczas gdy pod powierzchnią kryła się anamorficzna czaszka: zniekształcona prawda o tej rodzinie.
Odświętne sztućce przypominały globusy i astrolabia z obrazu — piękne, lecz bezużyteczne w obliczu prawdziwej wojny. Uśmiech matki, niczym szata francuskiego ambasadora, skrywał chłód. Upór siostry, jak futro drugiej postaci, wyrażał status, którego należało strzec za wszelką cenę.
Czaszka. To ona psuła kompozycję ich idealnego życia: niewypowiedziane myśli, intencje i pretensje, które wszyscy starali się omijać wzrokiem. Była na pierwszym planie, choć dostrzec ją mógł tylko ten, kto wiedział, gdzie patrzeć.
Nie tylko Małgorzata, lecz także Piotr zrozumiał, że nie byli u siebie. Rodzina, mieszkanie i pokój pozornie czekający na powrót swego dawnego pana nie mogły już stać się miejscem ich życia. Wszystko to przypominało obraz, pod którym ktoś umieścił napis: Vanitas. Z dawnej rodziny pozostał cień, a Piotr był w niej obcym ambasadorem, przynoszącym niewygodną wiadomość, że świat się zmienił. I że dla niego, jego żony i dzieci może już nie być w tym domu miejsca.
Po Świętach, które okazały się jedynie chwilowym zawieszeniem broni, otwarty konflikt wybuchł na nowo. Urszula, niczym szefowa dyplomacji, rzadko angażowała się bezpośrednio. Piotr odnosił jednak wrażenie, że jej stanowisko coraz częściej wypowiada matka. Jadwiga stawała się głosem żądań córki, a zarazem dodawała do nich własny gniew.
Początkowo były to nalegania. Szybko zmieniły się w rozkazy, a w końcu w słowa, które Piotr odbierał jak ciosy wymierzone w najboleśniejsze miejsca.
— Wynoście się stąd! — krzyczała Jadwiga. — Wynocha do Janowa, tam jest twoje miejsce! Nawet w Janowie się na tobie poznali?! Nawet tam cię nie chcą!
Przywoływała Janów i poniesione tam klęski, uderzając w jego poczucie wartości jako mężczyzny, ojca i człowieka. Kiedy Piotr, szukając jeszcze jakiejś deski ratunku, powiedział o kolejnej ciąży Małgorzaty, usłyszał tylko:
— Zabieraj ich i wynoś się.
Atmosfera gęstniała z godziny na godzinę. Do Jadwigi i Urszuli dołączył Adam, dotąd najczęściej wycofany, teraz otwarcie broniący stanowiska córki. A potem przyszedł Tadeusz i przekroczył granicę, która powinna pozostać nienaruszalna. W ciasnym przedpokoju, między lustrem a wiszącymi płaszczami, popchnął ciężarną Małgorzatę na ścianę. Nawet on, zwykle cichy i spokojny, stał się uczestnikiem konfliktu.
Ich pokój stał się fortecą w stanie oblężenia. Piotr i Małgorzata spali na pojedynczym tapczanie, mając przy sobie Rozalkę. Paweł zajmował barłóg rozkładany nocą obok łóżka. Nawet ta prymitywna reduta nie dawała im jednak poczucia bezpieczeństwa. Pewnego dnia Urszula weszła bez pukania i zdjęła ze ściany stary dywan — ten sam, który należał do Piotra, wisiał tam od lat, a podczas styczniowych nocy oddzielał go od lodowatego betonu.
Była to kradzież, i to zuchwała, dokonana na oczach właściciela. Nie chodziło jedynie o wartość starego dywanu. W tym geście Piotr zobaczył demonstracyjne odebranie mu kolejnej rzeczy, która nadal należała do niego, oraz resztek ciepła w pokoju, do którego próbowano odebrać mu prawo.
Gdy Nowy Rok nie przyniósł oczekiwanej wyprowadzki, do konfliktu włączono policję i sąd. Piotr uważał, że za działaniami matki stała Urszula, choć to Jadwiga dwukrotnie zgłaszała na policji, że syn bezprawnie sprowadził do mieszkania „konkubinę".[2]
To słowo, użyte wobec jego żony i matki jego dzieci, odbierał jak splunięcie na ich małżeństwo. Po wysłuchaniu wyjaśnień Piotra policja nie podjęła dalszych działań. Wówczas Jadwiga Korycka wystąpiła do sądu o przymusowe wymeldowanie syna.
Na sali sądowej Piotr patrzył na matkę, która występowała przeciwko niemu jako strona postępowania. Nie dostrzegł w niej wahania. Widział jedynie determinację, by doprowadzić sprawę do końca. W tamtej chwili nie potrafił patrzeć na nią jak na matkę. Widział oskarżycielkę.
Odbyła się tylko jedna rozprawa. Piotr uznał, że nie będzie walczył o prawo do pozostania w miejscu, w którym był niechciany. Godność nakazywała mu odejść.
Zanim jednak na wiosnę dobrowolnie się wymeldował, warunki życia w mieszkaniu stały się jeszcze trudniejsze. Adam zakręcił ciepłą wodę. Dla dorosłych oznaczało to dotkliwy dyskomfort. Dla Rozalki, której zdarzały się jeszcze nocne „wpadki", było czymś znacznie gorszym. Piotr musiał myć małe ciało córki lodowatą wodą z kranu. Każdy taki poranek bolał go niemal fizycznie.
Później sięgnął do lodówki po butelkę z mlekiem dla Rozalki. W białym płynie pływał brudny zmywak do naczyń.
Stał z butelką w dłoni, patrząc na brudny zmywak zanurzony w mleku przeznaczonym dla jego córki. Kto to zrobił? Dziadek? Ciotka? Nie wiedział.
Tożsamość sprawcy miała znaczenie, lecz Piotr nie potrafił jej ustalić. Wiedział tylko, że w rodzinnym mieszkaniu nawet pokarm dla dziecka przestał być bezpieczny. Dom, do którego wrócił po schronienie, stał się miejscem, w którym musiał chronić córkę przed działaniami własnych bliskich.
Ta walka o przetrwanie zakończyła się wraz z nastaniem ferii zimowych. Paweł chodził już do legionowskiej szkoły i Małgorzata nie chciała przerywać mu nauki w środku semestru. Sama jednak, wyczerpana psychicznie i będąc w ciąży, nie mogła dłużej wytrzymać w mieszkaniu przy Marysieńki. Spakowała najpotrzebniejsze rzeczy i razem z dziećmi wyjechała do swojej siostry Krystyny w Gdańsku.
Piotr został sam. W miejscu, które niegdyś było jego domem, a teraz przypominało fort otoczony przez wrogą armię dowodzoną przez własną siostrę.
Dlaczego nie wyjechał razem z nimi? Sam do końca nie wiedział.
Po wszystkim, czego doświadczył w ostatnich tygodniach, nie znajdował już siły, by dalej walczyć. Zamknął się w pokoju. Początkowo wychodził jedynie do toalety. Później, kiedy przestał jeść i pić, niemal nie miał już powodu, by podnosić się z posłania.
Nie telefonował do żony. Co miał jej powiedzieć? Że wzięła sobie za męża nieudacznika, którego nawet najbliżsi wypędzają z rodzinnego domu? Że ma męża bez grosza przy duszy? Że ma męża, który myśli o śmierci? Że ma męża, który pozwolił jej wyjechać z dziećmi do Krystyny... tej Krystyny...?
Po wyjeździe Małgorzaty pokój nagle wydał się większy. Z podłogi zniknął barłóg Pawła, na tapczanie nie było już Rozalki, a Piotr nie musiał nocą przekraczać śpiącego chłopca ani uważać, żeby nie obudzić córki. Jeszcze niedawno przeklinał ciasnotę. Teraz każda wolna przestrzeń przypominała mu o nieobecności dzieci.
Najbardziej brakowało mu Rozalki. Nie jej obrazu z fotografii ani wspomnienia pierwszych kroków, lecz zwykłej obecności — ciężaru małego ciała podnoszonego z posłania, rąk wyciąganych w jego stronę i pewności, że przynajmniej dla niej jego miejsce nie podlegało żadnej rodzinnej decyzji.
Leżał na tapczanie, na którym jeszcze niedawno mieścili się we troje, i nie potrafił zdecydować, co powinien zrobić. Jechać do Gdańska? Wracać na Szczypiorno? Szukać pracy? Prosić o pomoc ludzi, którzy właśnie dali mu do zrozumienia, że jest obcy? Każda możliwość wymagała siły, a tej w nim nie było.
Nie jadł. Nie pił. Nie otwierał drzwi. W pewnych chwilach myślał, że najlepiej byłoby zasnąć i nie obudzić się następnego dnia. Potem przypominał sobie Rozalkę i dziecko rozwijające się pod sercem Małgorzaty. To nie była jeszcze nadzieja. Raczej cienka nić, której nie miał siły chwycić, ale której nie potrafił również zerwać.
— Wujek tam jest — usłyszał przez zamknięte drzwi głos Czarka, który zwrócił się do dziadka.
— Nie. Tam jest jakiś Cygan, który nie chce się wyprowadzić — odpowiedział Adam.
Początkowo zdanie to było kolejnym ciosem zadanym człowiekowi, który już leżał. Po kilku godzinach zaczęło jednak działać inaczej.
Cygan.
Słowo, które miało go upodlić, nieoczekiwanie stało się iskrą przywracającą go do życia.
„Nie dam się" — pomyślał. — „Jeśli już mam być Cyganem, będę tym, który walczy o swój tabor".
Powracała także tęsknota za Rozalką i za kimś jeszcze nieuchwytnym, a przecież już kochanym — dzieckiem rozwijającym się pod sercem Małgorzaty.
Po kilku dniach przeglądania ogłoszeń wreszcie znalazł coś dla siebie: gabinet rehabilitacji w centrum Warszawy poszukiwał masażysty. Zadzwonił i umówił się na pierwszy zabieg.
Nie był zadowolony ze swojej pracy. Ręce pamiętały wszystkie ruchy, lecz napięcie odbierało im dawną pewność.
„Za duży stres" — pomyślał.
Pacjentka była jednak innego zdania.
— Jesteśmy gotowi pana zatrudnić — oznajmiła właścicielka gabinetu. — Będziemy dzwonić za każdym razem, gdy umówimy pacjenta. Proszę podać numer telefonu.
— 22 774-18-01.
Piotr podał numer telefonu, który po wielu latach oczekiwania zainstalowano w mieszkaniu rodziców. Nie przypuszczał jeszcze, że właśnie od tej liczby będzie zależała jego szansa na pracę — i że telefon wkrótce stanie się narzędziem kolejnego upokorzenia.
Z wynagrodzeniem, które przerosło jego oczekiwania, wracał do Legionowa niesiony falą nadziei. Po raz pierwszy od wielu tygodni miał w ręku coś więcej niż obietnicę. Ktoś ocenił jego pracę, uznał ją za potrzebną i chciał mu za nią zapłacić.
— Mamo, zostałem zatrudniony! Będę robił masaże. Jak tylko umówią pacjenta, zadzwonią! — mówił chaotycznie, niemal jak dziecko, które w przypływie radości zapomina o dopiero co zadanych ranach.
Odpowiedź natychmiast sprowadziła go na ziemię.
— Będą dzwonić? A masz telefon?
Przez chwilę nie rozumiał pytania.
— Podałem wasz numer — odpowiedział. — Przecież tylko tu mogą się do mnie dodzwonić.
Dopiero po następnych słowach matki dotarło do niego, że nie pozwolą mu korzystać z telefonu rodziców. Gabinet mógł dzwonić, lecz nikt nie miał odebrać wiadomości przeznaczonej dla niego.
Wkrótce aparat, na którego instalację Koryccy czekali przez wiele lat, został odłączony od gniazdka i schowany w szafie. Telefon, który miał połączyć ich ze światem, zniknął właśnie wtedy, gdy od jednego połączenia zaczęła zależeć praca Piotra.
Pomoc przyszła od Artura Nowaka.
— Podaj im mój numer — zaproponował, gdy dowiedział się o telefonie schowanym w szafie.
Kilka dni później wcisnął Piotrowi do ręki ulotkę.
— Czytaj — polecił.
Redakcja powstającego w Legionowie dwutygodnika „Dziś" poszukiwała dziennikarzy. Ogłoszenie miało już kilka dni, lecz oferta pozostawała aktualna. Piotr poszedł pod wskazany adres i dostał pracę. Było to na kilka dni przed Wielkanocą 1999 roku.
Urszula nie dawała za wygraną.
— Ja już bym chciała posprzątać ten pokój — powiedziała do brata w Wielką Sobotę.
Nie musiała dodawać, czego od niego oczekuje. Tym razem Piotr nie zaprotestował. Miał już pracę i przynajmniej pozorny punkt zaczepienia poza mieszkaniem rodziców. Spakował najpotrzebniejsze rzeczy do foliowej reklamówki i wyszedł z domu, który przez lata uważał za własny. Tego samego domu, do którego niegdyś cała rodzina schroniła się po niespodziewanym pożarze w Szczypiornie.
Na ulicy Piłsudskiego reklamówka, obciążona ponad miarę, rozerwała się. Na chodnik wysypał się niemal cały dobytek, jaki w tamtej chwili posiadał. Piotr zbierał rzeczy w pośpiechu, unikając spojrzeń przechodniów. Związane prowizorycznie zawiniątko zaniósł do redakcji i schował za zasłoną. Później wrócił do parku miejskiego, oddalonego zaledwie o dwieście metrów od domu, z którego został wypędzony.
Dwie świąteczne noce spędził na parkowej ławce.
Pierwszej, gdy ziąb wżerał mu się w kości, czuł się wolny. Pozornie był nikim: bez adresu, bez rodziny, sponiewierany. Nie musiał już słuchać poleceń, pytać o zgodę na skorzystanie z telefonu ani czekać, aż ktoś ponownie przypomni mu, że zajmuje nie swoje miejsce. Istniał tylko jego oddech w zimnym, wiosennym powietrzu i ból, który dowodził, że nadal żyje.
Z ławki widział pojedyncze światła w oknach otaczających park bloków. Za każdym z nich znajdowało się jakieś mieszkanie, czyjś stół, łóżko i drzwi, które można było zamknąć od środka. Dzieliło go od Marysieńki zaledwie kilkaset metrów, lecz rodzinny dom wydawał się odleglejszy niż Janów, Szczypiorno i wszystkie miejsca, między którymi dotąd próbował ułożyć swoje życie.
Wtedy powróciła do niego myśl o księdze i dawnej klątwie. Przez lata pamiętał z niej jedynie urwane zdania, pojedyncze obrazy i sens, którego nigdy nie zdołał odtworzyć w całości. Była tam odrzucona dziewczyna, litewski kniaź i zapowiedź uczucia, które miało przekroczyć granicę wyznaczoną przez naturę, rodzinę i obyczaj.
Nigdy nie chciał nadawać tym słowom dosłownego znaczenia. Traktował je jak mroczny język dawnych opowieści, w których lęki przybierały postać klątw, a rodzinne nieszczęścia tłumaczono działaniem sił starszych od ludzkiej pamięci.
Siedząc na parkowej ławce, po raz pierwszy pomyślał jednak, że może sens przepowiedni nie polegał na dosłownym spełnieniu. Może klątwa nie budziła zakazanego uczucia, lecz wypaczała zwykłą więź między rodzeństwem. Z bliskości czyniła potrzebę posiadania, z przywiązania — zazdrość, a z zazdrości nienawiść wobec każdego, kto próbował zająć miejsce obok brata.
Natychmiast odsunął tę myśl. Była zbyt odrażająca, zbyt niesprawiedliwa i nie opierała się na niczym, co mógłby nazwać dowodem. Nie wiedział, co naprawdę kierowało Urszulą. Wiedział tylko, że jej wrogość wydawała mu się nieproporcjonalna do wszystkiego, co między nimi zaszło.
Nie odebrał jej domu ani rodziców. Nie próbował pozbawić jej miejsca w rodzinie. Wrócił jedynie z żoną i dziećmi, prosząc o kilka miesięcy schronienia. A jednak jego obecność zdawała się ją ranić tak, jakby sam fakt, że miał własną rodzinę, był wymierzony przeciwko niej.
„A jeśli nienawiść jest tylko uczuciem, które odwróciło się na drugą stronę?" — przemknęło mu przez myśl.
Nie pozwolił sobie rozwijać tego pytania. Były granice, których nie chciał przekraczać nawet we własnej wyobraźni. Pozostało jednak niejasne wrażenie, że w zachowaniu siostry kryje się coś więcej niż spór o ciasne mieszkanie, telefon czy dawny pokój. Coś, czego żadna zewnętrzna przyczyna nie potrafiła w pełni wyjaśnić.
Może właśnie na tym polegała klątwa: nie na jawnym spełnieniu słów zapisanych w księdze, lecz na ich zniekształconym echu. Na uczuciu, które nie mogło znaleźć właściwej nazwy, więc objawiało się wyłącznie jako gniew, zazdrość i pragnienie usunięcia brata z pola widzenia.
Piotr spojrzał na ciemne okna bloków otaczających park. Nie wiedział, czy księga opisywała rzeczywistą siłę, czy jedynie przekazywany z pokolenia na pokolenie mechanizm rodzinnego szaleństwa. Wiedział tylko, że również tym razem siostra wypędzała brata z domu, a rozum nie potrafił wskazać powodu dostatecznie wielkiego, by usprawiedliwić taką nienawiść.
A może przyczyna tej nienawiści była znacznie bardziej praktyczna?
Dopóki Urszula mogła liczyć, że brat pozostanie na każde jej wezwanie, zajmie się dzieckiem, pomoże, ustąpi i podporządkuje własne plany jej potrzebom, akceptowała zarówno jego, jak i kobietę, z którą zamierzał się związać. Zmiana nastąpiła dopiero wtedy, gdy stało się jasne, że po ślubie Piotr nie będzie już należał wyłącznie do dawnego rodzinnego układu.
Małgorzata okazała się dostatecznie silna, by nie pozwolić szwagierce decydować ani o sobie, ani o mężu. Nie zamierzała przyjmować roli kolejnej osoby wykonującej polecenia Urszuli. Być może właśnie wtedy życzliwość ustąpiła miejsca wrogości — kiedy siostra zrozumiała, że traci nie brata, lecz władzę, jaką dotąd nad nim miała.
„Może nie chodziło o to, że wróciłem" — pomyślał Piotr. — „Może chodziło o to, że przestałem być do jej dyspozycji."
Pierwszej nocy nie znalazł odpowiedzi. Nad ranem zdrzemnął się na krótko, z głową opartą o zimne oparcie ławki. Obudził go ruch miasta i ludzie idący na świąteczne Msze. Nikt nie wiedział, że mężczyzna śpiący w parku ma kilka ulic dalej żyjących rodziców i pokój, w którym jeszcze dzień wcześniej znajdowały się jego rzeczy.
Drugiej nocy wolność przestała być nawet pozorem. Chłód był silniejszy, ciało bardziej zmęczone, a park nie przypominał już miejsca wybranego, lecz miejsce, do którego został zepchnięty. Piotr zrozumiał, że jest bardziej zniewolony niż kiedykolwiek — przez nienawiść, która wyrzuciła go z domu, i przez miłość, która nie pozwalała mu odejść naprawdę.
Myślał o Rozalce. O Małgorzacie noszącej pod sercem kolejne dziecko. O Pawle, którego ojcem próbował zostać, choć nigdy nie pozwolono mu poczuć się nim bez zastrzeżeń. Myślał także o Stasiu i o jego grobie. Wszystkie te obrazy splatały się z historiami zapisanymi w księdze, jakby dawna klątwa nie prowadziła jedną prostą drogą, lecz krążyła po rodzinie, wracając za każdym razem w innym kształcie.
„Nie dam jej ostatniego słowa" — pomyślał.
Nie wiedział jeszcze, gdzie będzie spał następnej nocy ani czy praca w redakcji pozwoli mu sprowadzić rodzinę. Wiedział tylko, że nie może pozostać na ławce i uznać, że historia została już napisana. Jeżeli klątwa istniała, musiała żywić się przekonaniem, że człowiek nie ma wyboru.
Podniósł się, rozprostował zesztywniałe nogi i ruszył przed siebie. Został sam na placu boju po przegranej bitwie. Wojna o rodzinę jednak się nie skończyła.
Po Wielkanocy na krótko wrócił na Marysieńki. Tułał się jak jego pradziadek Stanisław między Kosewem a Śniadowem — wieczny wygnaniec pośród własnej krwi.
W tym czasie Małgorzata wróciła z Gdańska do Janowa. Do janowskiej szkoły wrócił również Paweł.
16 maja 1999 roku chłopiec przystąpił do Pierwszej Komunii Świętej. Z tej okazji Piotr po raz pierwszy od miesięcy pojechał do żony i dzieci. Wtedy ustalili, że trzeba wynająć mieszkanie w Legionowie. Małgorzata z dziećmi mogła się jednak przeprowadzić dopiero po zakończeniu roku szkolnego.
Zanim do tego doszło, Piotr znalazł kolejną ofertę pracy. Dziennikarzy poszukiwał „Nasz Dziennik", gazeta związana z ojcem Tadeuszem Rydzykiem. Nowa posada oznaczała wyższe wynagrodzenie i większy prestiż. Pozostawał jednak problem: jak honorowo wycofać się z pracy, którą dopiero co przyjął?
— Mam ofertę pracy w „Naszym Dzienniku" — powiedział szczerze wydawcy „Dziś".
Ten nie chciał go stracić i nalegał, by pozostał. Piotr postawił więc warunek finansowy, który uważał za niemożliwy do przyjęcia. Ku własnemu zaskoczeniu usłyszał zgodę. Ostatecznie postanowił pracować dla obu redakcji.
Praca w „Dziś" i „Naszym Dzienniku" nie była karierą. Była liną ratunkową, której chwycił się tonący. Każdy artykuł i każde wynagrodzenie stawały się cegiełką, z której mozolnie budował nowy dom — nie z murów, lecz z nadziei.
Na początku czerwca 1999 roku wynajął trzypokojowe mieszkanie na dziewiątym piętrze bloku stojącego u zbiegu ulic Sowińskiego i 3 Maja. Zwiózł z Janowa meble i najpotrzebniejszy dobytek.
Kiedy Małgorzata przekroczyła próg nowego mieszkania, Piotr oczekiwał... Sam nie wiedział czego. Łez? Uścisku? Wspólnego milczenia?
Usłyszał:
— Nie... Ta wersalka musi stać przy tamtej ścianie.
Przez chwilę stał bez ruchu, wsłuchując się w ten doskonały, a zarazem przerażający powrót do normalności. Po wszystkim, przez co przeszli, pierwszą troską żony okazało się ustawienie mebli.
Może właśnie w tym szaleństwie kryła się nadzieja. Że życie, mimo wszystko, toczy się dalej.


