arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...

Histories

» Show All     «Prev «1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 71» Next»     » Slide Show

Dziedzictwo klątwy

Rozdział XXI – Bloki (wersja publiczna)

Rozdział XXI

Bloki

Nowe mieszkanie nie miało jeszcze własnego charakteru. Pachniało farbą, świeżością i obcością. Znajdowało się na dziewiątym piętrze, wysoko ponad ulicami Legionowa, w jednym z wielu jednakowych betonowych bloków.

Piotr często stawał przy oknie i wpatrywał się w nocną mozaikę świateł. Nie przypominały mu przyjaznych okien domów zapamiętanych ze Szczypiorna. Były zimnymi punktami rozmieszczonymi na geometrycznej siatce ulic, a za każdym kryło się życie ludzi, których nie znał.

Zamiast gryfa wyrysowanego niegdyś na oparciu krzesła widział teraz dach wiaty przystankowej. Ludzie przychodzili tam, odjeżdżali i wracali, pewni, że gdzieś czeka na nich dom. Piotr nie potrafił jeszcze powiedzieć, czy to mieszkanie stanie się nim również dla niego.

Ustawienie wersalki przy „tamtej” ścianie okazało się prorocze. Małgorzata od pierwszych chwil urządzała mieszkanie według własnego zamysłu, wyznaczając miejsce meblom, naczyniom i domownikom. Nie pytała Piotra, jak widziałby ich wspólną przestrzeń. Podejmowała decyzje i oczekiwała, że zostaną wykonane.

Krzątała się po kuchni, układając rzeczy zgodnie z własnym porządkiem, a każdy jej ruch zdawał się mówić, że skoro to ona musi na nowo organizować życie rodziny, również ona będzie ustalać jego zasady. Praktyczność stawała się formą władzy — cichą, codzienną i dlatego trudniejszą do zakwestionowania niż otwarty rozkaz.

Piotr czuł, że Małgorzata mebluje nie tylko mieszkanie, lecz także ich wspólny świat: dla siebie, według siebie i pod własną kontrolą. Między nimi rosła niewidzialna ściana, wznoszona z jego upokorzeń i jej przekonania, że tylko ona potrafi nadać ich życiu właściwy porządek.

Łączyły ich dzieci i konieczność przetrwania, lecz coraz mniej było między nimi miejsca na równorzędność. On miał zarabiać, przynosić pieniądze i wykonywać zadania. Ona wyznaczała kierunek, urządzała przestrzeń i decydowała, jak ma wyglądać ich codzienność.

Praca w dwóch redakcjach stała się dla Piotra nie tylko zajęciem, lecz także oddechem. „Dziś” i „Nasz Dziennik” były dwoma różnymi światami, posługującymi się odmiennymi językami. Przechodził między nimi jak kurier dyplomatyczny między państwami, które nie utrzymywały ze sobą przyjaznych stosunków, za każdym razem przyjmując inny sposób myślenia.

W redakcji „Dziś” czuł swobodę i smak reporterskiej przygody. W „Naszym Dzienniku” wkraczał w przestrzeń żelaznych zasad oraz ideologicznej czujności, gdzie każde słowo mogło zostać odczytane jako deklaracja.

Pisanie było teraz nie tylko źródłem utrzymania, lecz także formą terapii i ucieczki od ciszy panującej w trzypokojowym mieszkaniu na dziewiątym piętrze. Nad słowami potrafił jeszcze panować. Nad własnym życiem — wciąż nie.

Małgorzata nie pracowała zawodowo. Korzystała z urlopu wychowawczego po urodzeniu Rozalki, a zbliżający się kolejny poród sprawiał, że przez następne lata najpewniej nie wróci do pracy w szpitalu.

Jej dni wypełniały pieluchy, gotowanie, pranie i opieka nad dziećmi. Powtarzalność tych samych obowiązków stawała się coraz bardziej przytłaczająca. Piotr obserwował, jak żona stopniowo gaśnie. Jej oczy, niegdyś pełne ognia, coraz częściej szkliły się przed ekranem telewizora, jakby patrzyła nie na wyświetlane obrazy, lecz na odbicie własnej bezsilności.

Nowe dziecko miało przyjść na świat we wrześniu, niemal dokładnie dwa lata po narodzinach Rozalki. Piotr chciał cieszyć się tak jak przed jej narodzinami. Naprawdę chciał, ale nie potrafił odnaleźć w sobie tamtej samej, nieskrępowanej radości.

Pragnął dawnej radości jak podróżny na pustyni pragnie wody, lecz źródło, z którego pił przed dwoma laty, jakby wyschło. Zrozumiał to już w chwili, gdy dowiedział się o ciąży. Radość towarzysząca oczekiwaniu na Rozalkę była czysta, niemal dziecięca, nieskażona jeszcze gorzkim smakiem późniejszych doświadczeń.

Tym razem wszystko było inne. Uczucia docierały do niego przytłumione, jak odległy huk zza gór. Myśli o dziecku przebijały się przez gęstniejącą mgłę lęku. Piotr sam siebie nie poznawał w tym zobojętniałym i przestraszonym mężczyźnie.

Małgorzata, choć sama przyjęła tę ciążę z chłodem, nie omieszkała wypomnieć Piotrowi jego obojętności. Jej słowa były ciche, lecz ostre jak brzytwa. Zmusiły go, by po raz pierwszy naprawdę zastanowił się nad tym, co go dławiło.

Dopiero wtedy zrozumiał, że nie potrafił cieszyć się życiem, które miało nadejść, dopóki nie pogodzi się z tym, które odeszło.

Staś...

Wspomnienie jego oczekiwanych narodzin nadal bolało jak rana, która nie chciała się zabliźnić. Cień małej, nigdy nieużytej trumienki kładł się na wszystkim. Piotr nie potrafił jeszcze bez lęku przywiązać się do kolejnego dziecka, które przecież także mogło się nie narodzić.

Od tamtej straty minęło zbyt mało czasu.

Pewnego wieczoru, gdy Paweł i Rozalka już spali, a Małgorzata w milczeniu składała upraną bieliznę, Piotr odezwał się. Jego głos zadrżał w ciszy mieszkania.

— Gosia... Czy tutaj, w tym nowym mieszkaniu, możemy jeszcze zbudować coś od początku?

Podniosła na niego wzrok. Nie było w nim już rezygnacji, którą widział na Marysieńki, ale nie dostrzegł również czułości z dni poprzedzających ślub. Było tylko zmęczenie — głębokie, sięgające szpiku kości.

— Musimy — odpowiedziała cicho, ponownie pochylając się nad składaną bielizną. — Dla nich musimy.

Odpowiedź Małgorzaty uświadomiła Piotrowi, że oboje trwali razem przede wszystkim ze względu na dzieci. Dawny romantyzm ustąpił miejsca obowiązkowi, codziennej pracy i próbie zachowania rodziny.[1]

Wiedział, że w tej umowie było wiele słabych ogniw. Jednym z nich był on sam. Każdy jego niepewny krok i każde wspomnienie porażki rzucały cień na ich wspólną przyszłość.

Bloki wokół nich były z betonu. Te, które nosił w sobie — z lęków. Cienie nadchodziły zaś z każdej strony, aby w ich sercach spotkać się z tymi, które przywieźli ze sobą z Janowa, Gdańska, a może także z Warszawy.

Aby jakoś trwać, Piotr próbował dostrzec między cieniami choć jeden promień światła. Nadzieję wiązał z synem — jeszcze niewidzianym, lecz coraz bardziej obecnym w jego myślach, planach i codziennym życiu.

Trzeba było zdecydować, gdzie stanie łóżeczko, i tak przygotować poród, aby tym razem stał się on wspólnym przeżyciem obojga rodziców. Piotr był obecny przy narodzinach Rozalki, ale wspominał tamte chwile bardzo źle. Nie słabł na widok krwi. Do niej przywykł już dawno. Nie potrafił jednak pogodzić się z własną bezradnością: z tym, że nie mógł pomóc cierpiącej żonie i stał niemal sparaliżowany, gdy jej ciało rozdzierał ból.

„Nigdy więcej” — zapewniał sam siebie, zaciskając pięści.

A jednak nie wyobrażał sobie, by mogło go zabraknąć w chwili, gdy jego syn ujrzy świat — dzieło Stwórcy. Obecność przy porodzie stawała się dla niego nową misją, pokutą i zobowiązaniem.

Imię syna zostało wybrane już wcześniej. To wymarzone i od dawna przeznaczone dla chłopca pozostało na tabliczce umieszczonej na małej mogile pośród krzyży pomiechowskiego cmentarza. Drugie miało być polskie, rodzime, sięgające korzeni słowiańskich plemion — zakorzenione w tej ziemi tak, jak Piotr sam coraz mniej czuł się gdziekolwiek zakorzeniony.

Wybór nie odbył się bez sporów. Małgorzata odrzuciła kilka propozycji, zanim przystała na imię, które Piotr znalazł w kalendarzu zawieszonym niegdyś w Janowie przez Ryszarda Andrzejuka.

— Tu jest: Tomisław — powiedział wtedy Piotr, wskazując odpowiednią kratkę kalendarza.

— Dobrze. A wołać będziemy Tomek — odpowiedziała Małgorzata.

Od tamtej chwili dziecko nie było już dla nich jedynie synem, który miał się narodzić. Było Tomisławem. Imię przyjęli zgodnie, choć bez dawnych uniesień. Stało się pieczęcią ich kompromisu.

Porozumienie w sprawie imienia nie przeniosło się na inne dziedziny ich życia. Mimo przeprowadzki do Legionowa wyjazdy Małgorzaty do Janowa pozostawały codziennością. Kilkumiesięczny pobyt w rodzinnym domu, poprzedzony wcześniejszym pobytem u siostry w Gdańsku, ponownie skierował ją ku matce, a przede wszystkim ku siostrom.

Centrum jej świata nie stanowili już mąż i wszystkie dzieci. Była w nim ona sama, Paweł oraz rodzina z Janowa i Gdańska. Coraz mniej chodziło o to, jak żyć wspólnie z mężem, a coraz bardziej — jak urządzić życie pomimo niego.

Najwyraźniej było to widoczne w relacji z Pawłem. Chłopiec, który niespełna dwa lata wcześniej miał stać się spełnieniem wychowawczych marzeń Piotra, został od niego niemal całkowicie odsunięty. Piotr obserwował, jak między matką a synem tworzy się porozumienie, do którego on nie miał dostępu. Ich spojrzenia stawały się sojusznicze, a wokół nich powstawał niewidzialny front, z którego był wykluczony.

Nie znajdował sposobu, aby temu przeciwdziałać. We własnej rodzinie nie miał już oparcia, a wobec zwartej i dobrze zorganizowanej familii żony pozostawał sam. Nie miał ani siły, ani możliwości, by prowadzić kolejną walkę.

Skupił się więc na córce. Więź między nim a Rozalką istniała właściwie jeszcze przed jej poczęciem, teraz jednak nabierała szczególnego znaczenia. Dziewczynka dawała mu poczucie bliskości i przynależności, którego coraz bardziej brakowało mu w pozostałych relacjach rodzinnych. Jej śmiech rozświetlający ponure wnętrze bloku był światłem, które nie parzyło.[2]

Trudno było rozstrzygnąć, w jakiej mierze trauma po stracie Stasia wpłynęła na sposób, w jaki Piotr przeżywał oczekiwanie na narodziny Tomisława. Kochał mające się urodzić dziecko, myślał o nim i przygotowywał się na jego przyjście, lecz uczucia te nie miały tej samej intensywności co radość, z jaką wcześniej oczekiwał Rozalki.

Była w nim nadzieja, ale towarzyszył jej lęk. Była miłość, lecz ostrożniejsza, jakby Piotr nie pozwalał jej jeszcze rozwinąć się w pełni. Tomisław nie był dla niego jedynie kolejnym etapem życia. Był synem, na którego czekał, choć bał się cieszyć nim zbyt wcześnie.

Pod koniec sierpnia 1999 roku w sypialni stanęło łóżeczko przygotowane dla Tomisława. W kącie pokoju wyglądało jak nieme pytanie o to, co przyniosą najbliższe dni.

Piotr przesunął dłonią po gładkich szczebelkach. Czuł radość i oczekiwanie, lecz nie potrafił oddzielić ich od lęku. Po śmierci Stasia każda nadzieja miała już w sobie cień możliwej straty.

Najsilniejsza była jednak determinacja. Piotr chciał wierzyć, że tym razem wszystko zakończy się dobrze. Że dziecko, dla którego przygotowali łóżeczko i któremu nadali już imię, naprawdę znajdzie w nim swoje miejsce.

Tomisław przyszedł na świat 8 września 1999 roku, około wpół do szóstej rano, w tym samym szpitalu, w którym wcześniej rodziły się starsze dzieci.

Piotr był przy żonie i mocno trzymał ją za rękę. Tym razem poczucie bezradności nie przerodziło się w panikę. Starał się zachować spokój i być przy Małgorzacie tak, jak potrafił, choć nadal nie mógł uwolnić jej od bólu.

Kiedy po pierwszych czynnościach wykonanych przez położną mały, pomarszczony Tomisław znalazł się w jego ramionach, Piotr nie przeżył nagłego wybuchu euforii. Poczuł jednak ciepło, ulgę i miłość, które narastały stopniowo, wraz z ciężarem maleńkiego ciała.

Było w tym również poczucie odpowiedzialności — oczywistej i nieodwołalnej. Syn żył. Był tutaj. Piotr mógł go wreszcie trzymać.

Następnego dnia Tomisława odwiedziła jego dwuletnia siostra Rozalka. Paweł czas oczekiwania na narodziny brata spędził pod opieką Dominiki Sęczyk, koleżanki Piotra z redakcji „Dziś”. Niedługo później została ona matką chrzestną Tomisia.

Patrząc na syna, Piotr wiedział jednak, że jego narodziny nie kończyły rodzinnej wojny. Były jedynie krótkim rozejmem, ogłoszonym w dusznej sali szpitalnej pod znakiem nowego, słowiańskiego imienia.

Walka o powrót do normalności, o odzyskanie więzi z żoną i o zbudowanie relacji z synem dopiero się zaczynała. Trzeba było jeszcze stworzyć dom, w którym Tomisław nie stanie się kolejnym dzieckiem wciągniętym w konflikty dorosłych.

Nic tej walce nie ułatwiało. Bezpośrednie relacje z rodziną Koryckich zostały niemal całkowicie zerwane. Andrzejukowie natomiast szybko zajęli opuszczone przez nich miejsce i coraz silniej zaznaczali swoją obecność w życiu Małgorzaty i dzieci.

Tym razem pierwsze skrzypce grała Marianna Andrzejuk. Nie zastanawiała się, czy jest gościem mile widzianym, i nie przywiązywała większej wagi do granic wyznaczanych przez gospodarzy. Chciała być oparciem dla córki oraz najważniejszą babcią dla Pawła. Nie tylko regularnie przyjeżdżała do Legionowa, lecz także coraz swobodniej zachowywała się w mieszkaniu zięcia.

Nie wchodziła z Piotrem w otwarty konflikt. Raczej postępowała tak, jakby jego obecność i zdanie nie miały większego znaczenia. W wychowanie Rozalki niemal nie ingerowała. Dziewczynkę traktowała z wyraźnym dystansem, jakby jej pojawienie się oznaczało dla Pawła utratę dotychczasowego miejsca w centrum uwagi matki.

Najtrudniejsze mogło być dla Marianny również to, że Rozalka była wyjątkowo podobna do Jadwigi.

Skupiała się więc na pomaganiu córce i na umacnianiu Pawła w przekonaniu, że właśnie w niej może znaleźć najpewniejsze oparcie. Oprócz słów posługiwała się także pieniędzmi — narzędziem wpływu, którym Piotr nie dysponował.[3]

Jadwiga Korycka nadal unikała kontaktu z synem. Mimo to na drugie urodziny Rozalki kupiła wnuczce rower z dodatkowymi kółkami.

Był dostosowany do nauki jazdy, lecz zarazem na tyle duży i ciężki, że dwuletnia dziewczynka nie miała jeszcze dość siły, aby samodzielnie wprawić go w ruch.

17 października 1999 roku rodzice zanieśli małego Tomisława do kościoła pw. Najświętszego Ciała i Krwi Chrystusa. Sakramentu chrztu udzielił mu proboszcz parafii, ksiądz Zygmunt Podstawka.

Adam i Jadwiga Koryccy byli obecni w kościele, lecz nie stanęli przy rodzinie i nie uczestniczyli bezpośrednio w obrzędzie. Pozostali w głębi świątyni, z dala od rodziny i osób bezpośrednio uczestniczących w uroczystości.[4]

Marianna Andrzejuk, choć wcześniej i później często przyjeżdżała do Legionowa, tego dnia nie pojawiła się w kościele.

Grupa gości była nieliczna. Obok rodziców chrzestnych — Krzysztofa Włochińskiego i Dominiki Sęczyk z rodzinami — przybył jedynie Jacek Rogala. Piotr nie znalazł nawet nikogo, kto zechciałby zrobić kilka pamiątkowych zdjęć z chrztu syna.

Boże Narodzenie 1999 roku spędzili sami — Piotr, Małgorzata i troje dzieci. Nie było dziadków, sióstr ani dalszej rodziny. W mieszkaniu na dziewiątym piętrze zasiedli przy świątecznym stole wyłącznie we własnym gronie.

Kolejna zmiana przyszła na początku nowego roku.

— Jest mieszkanie do wynajęcia za taki sam czynsz, ale większe od naszego — powiedziała Małgorzata pewnego styczniowego popołudnia.

— Gdzie?

— Na Sobieskiego. W wieżowcu przy targowisku, zaraz obok twoich rodziców. Na parterze.

Piotr nie miał wielkiej ochoty na kolejną przeprowadzkę i związany z nią wysiłek. Uważał również, że wyprowadzanie się po zaledwie kilku miesiącach może być pewnym nietaktem wobec właścicielki dotychczasowego mieszkania. Oferta była jednak tak korzystna, że szybko pozbył się oporów.

Już dwa dni później razem z Arturem Nowakiem przewozili dobytek Koryckich do bloku przy Sobieskiego 8, oddalonego o niespełna pół kilometra. Za środek transportu służył im dziecięcy wózek.

Nie obyło się bez strat.

— O cholera! — wyrwało się Arturowi, gdy znoszona przez nich szafa na ostatnim odcinku wymknęła się z rąk i runęła po schodach, rozpadając się na części.

— Będzie łatwiej przewozić — Piotr próbował obrócić stratę w żart.

Pojawiły się jednak także poważniejsze problemy. Artur nie zawsze mógł mu pomagać, więc część rzeczy Piotr przewoził samotnie. Podczas jednej z takich wypraw, już przed wejściem do klatki schodowej nowego bloku, poślizgnął się na lodzie przykrytym cienką warstwą śniegu. Upadając, złamał rękę w nadgarstku.

Wypadek nie zmienił ich planów. Przeprowadzkę należało dokończyć, a w nowym mieszkaniu trzeba było jeszcze wywiercić otwory w betonowych ścianach, zawiesić szafki kuchenne, półki i kwietniki. Gips uniemożliwiał Piotrowi posługiwanie się wiertarką udarową. Po kilku dniach sam go więc zdjął.

Po zakończeniu najpilniejszych prac można było przenieść do nowego mieszkania także Tomisława.

Mimo coraz lepszych zarobków Piotra w dwóch redakcjach Małgorzata nadal uważała, że pieniędzy jest za mało. Zarządzała domowym budżetem i regularnie konfrontowała męża z niedostatkiem. Każda rozmowa o finansach łatwo przeradzała się w potyczkę, w której powracały te same słowa: „brakuje” i „nie stać nas”.

Padały przy kolacji, po wypłacie, podczas zakupów i przy otwieraniu lodówki. Piotr odbierał je nie tylko jako ocenę domowego budżetu, lecz także jako nieustanne przypomnienie, że jego wysiłek wciąż nie wystarcza.

W przekonaniu Małgorzaty żyli nad finansową przepaścią. To poczucie niedostatku stało się stałym tłem ich codzienności i jednym ze źródeł kolejnych kłótni.

Dlatego, gdy po wywiadzie z Romanem Wierzbickim, przewodniczącym rolniczej „Solidarności”, pojawiła się propozycja współpracy przy związkowym miesięczniku, Piotr przyjął ją nie tylko jako zawodową szansę, lecz także jako kolejną możliwość zwiększenia dochodów.

Ta trzecia praca pochłaniała resztki jego czasu i energii, ale była również ucieczką — jeszcze jednym powodem, by opuszczać mieszkanie przy Sobieskiego i wracać później do domu.

Wkrótce stał się stałym bywalcem w siedzibie Związku w centrum Warszawy. Z czasem przestał być jedynie zewnętrznym redaktorem „Naszej Ziemi”. Przygotowywał materiały informacyjne, a nawet pisał przemówienia dla przewodniczącego.

Honoraria nie były wysokie, lecz w sytuacji, którą Małgorzata postrzegała jako nieustanny kryzys finansowy, liczyła się każda kwota. Piotr nie mógł sobie pozwolić, by z niej zrezygnować.

Częste, niemal codzienne wizyty w biurowcu przy ulicy Szkolnej sprawiły, że Piotr stopniowo wrósł w środowisko Związku. Poznawał pracowników, urzędników i kierowników poszczególnych działów.

Wśród nowych pracowników Związku była Anna, sekretarka przewodniczącego. Z czasem, dla wygody, Piotr otrzymał biurko w jej gabinecie. Wspólne godziny spędzane nad materiałami, korektami i planami szybko stały się częścią ich codzienności.

Anna przechodziła wówczas przez bolesne rozstanie. Rozmowy coraz częściej wracały do utraconego związku, nadziei na pojednanie i pytań, na które nie potrafiła znaleźć odpowiedzi.

Piotr niemal intuicyjnie rozumiał język jej rozpaczy. Sam tkwił przecież w emocjonalnym impasie, w domu, w którym każdy gest stawał się komentarzem do nierozwiązanych spraw, a cisza gęstniała od niewypowiedzianych pretensji.

Nie ograniczył się do współczucia. Analizował wiadomości otrzymywane przez Annę, pomagał jej układać odpowiedzi i tłumaczył, jak sam rozumie zachowanie mężczyzny, z którym była związana. Wierzył, że pomaga jej odzyskać spokój i wydostać się z samotności.

Z czasem ich spotkania wykroczyły poza granice biura. Przyjaźń oparta na powiernictwie, długich rozmowach i wspólnie spędzanym czasie zajmowała w życiu Piotra coraz więcej miejsca.

Znajdował w niej przestrzeń, w której czuł się kompetentny, potrzebny i słuchany. Jego słowa miały tam znaczenie. Nie rozbijały się, jak w domu, o milczenie i rezygnację.[5]
Podczas pobytu nad morzem Piotr i Małgorzata wybrali się na samotny spacer po pustej plaży. Szli długo w milczeniu. W pewnej chwili Małgorzata zaczęła cicho nucić „Tę ostatnią niedzielę”. Piotr zrozumiał aluzję, lecz uznał ją za przesadną. Nadal wierzył, że skoro nie zamierza opuszczać rodziny, ich małżeństwu nic naprawdę nie zagraża.

Nie dostrzegał jeszcze, że dla żony zagrożeniem było już samo przeniesienie ku innej osobie czasu, uwagi i emocjonalnej bliskości.[6]

Tymczasem Małgorzata z rosnącym niepokojem i bezsilnością obserwowała inną, znacznie starszą ranę męża. Mieszkali zaledwie kilkadziesiąt kroków od bloku jego rodziców, a jednak dzieliła ich pustka milczenia trudniejsza do pokonania niż jakakolwiek fizyczna odległość.

9 grudnia 1999 roku urodził się Kacper, drugi syn Tadeusza i Urszuli Bożków. Adam, podobnie jak wcześniej wobec Czarka, przelał na nowego wnuka cały zapas czułości i uwielbienia. Po przeprowadzce Piotra na Sobieskiego zaczął regularnie pojawiać się z niemowlęciem pod balkonem syna, jakby wystawiał na pokaz żywy dowód rodzinnego życia, z którego Piotr został wykluczony.

Podczas drugiej takiej wizyty Piotr nie zapytał o zgodę i nie czekał na zaproszenie. Sięgnął przez balustradę balkonu, wziął małego siostrzeńca na ręce i zniknął z nim w głębi mieszkania. Następnie zamknął drzwi balkonowe.

Adam, sparaliżowany strachem przed reakcją Urszuli, nie odważył się wejść do środka. Pozostał na zewnątrz i bezradnie czekał na oddanie dziecka. Po dłuższej, pełnej napięcia chwili Koryccy wynieśli małego „zakładnika” i przekazali go dziadkowi.

Ta groteskowa, a zarazem bolesna scena utkwiła Piotrowi w pamięci jako symbol jego wykluczenia z rodziny, w której się urodził. Ojciec mógł przyjść pod jego balkon z dzieckiem Urszuli, lecz bał się przekroczyć próg mieszkania własnego syna.

Piotr nic nie mówił. Zaciskał zęby i wracał do swoich artykułów, lecz Małgorzata widziała, jak teatr absurdu rozgrywany pod ich balkonem pożera go od środka i pozostawia w nim kolejne rany.

— Idę do twojej mamy. Przeproszę ją — oświadczyła pewnego dnia z taką samą stanowczością, z jaką zwykle oznajmiała, że wychodzi do sklepu.

Piotr oniemiał. Małgorzata, przed rokiem upokarzana i wypędzana z domu podczas Świąt, zamierzała teraz wykonać pokorny gest wobec kobiety, która w poprzednim konflikcie stanęła przeciwko synowi i jego rodzinie.[7]

Nie oznaczało to, że Małgorzata uznawała swoją winę. Przeprosiny miały służyć przerwaniu rodzinnej wojny, nawet za cenę poniżenia i przyjęcia na siebie odpowiedzialności, która do niej nie należała.

Był to akt odwagi, na jaki Piotra, zranionego i zamkniętego we własnej dumie, nie byłoby stać. Nigdy później nie zdobył się na to, by wyrazić żonie bezbrzeżny podziw dla tego gestu. W tamtej chwili poczuł jednak falę wdzięczności, która na moment zmyła całą gorycz.

Gest Małgorzaty przyniósł namacalny, niemal cudowny skutek. 9 września 2000 roku, na wspólne przyjęcie urodzinowe Rozalii i Tomisława, przyszli także Adam i Jadwiga Koryccy.

Po raz pierwszy od wielu miesięcy przekroczyli próg mieszkania syna nie jako przypadkowi przechodnie ani ludzie stojący z boku podczas rodzinnej uroczystości, lecz jako dziadkowie zaproszeni do wspólnego stołu.

Drzwi, które wydawały się zamknięte na zawsze, zostały uchylone. Pojednanie było jeszcze kruche i niepewne. Nikt nie wiedział, ile w nim prawdziwej przemiany, a ile chwilowego zawieszenia dawnych pretensji. Jednak tego dnia rodzice Piotra byli obecni. Po wszystkim, co się wydarzyło, sam ten fakt miał znaczenie.

Gdy jednak na jednym froncie rodzinnym zaczynał panować rozejm, drugi stawał się źródłem nowego, znacznie groźniejszego napięcia.

Początkowo Piotr opowiadał żonie o tej znajomości i problemach Anny. Z czasem jednak coraz więcej emocjonalnej uwagi kierował ku koleżance z pracy. Relacja była w jego przekonaniu czysta i niewinna, lecz stawała się również odskocznią od domu oraz formą buntu przeciwko kontroli, którą odczuwał ze strony Małgorzaty.

Kładł się spać po długich rozmowach z Anną, a rano, jeszcze przed śniadaniem, wysyłał jej pierwszą wiadomość:

„Dzień dobry”.

Te dwa zwyczajne słowa nie były wyznaniem miłości ani dowodem zdrady. Pokazywały jednak, ku komu coraz częściej kierowała się jego pierwsza myśl.[8]
We wrześniu 2000 roku cała trójka uczestniczyła w konferencji rolniczej w Żegocinie, zakończonej 24 września: Piotr jako współpracownik przewodniczącego Związku, Anna jako sekretarka, a Małgorzata jako rzecznik prasowy. Sytuacja ta unaoczniła napięcie, którego dłużej nie można było ignorować.[9]

Ostateczna konfrontacja nadeszła pewnego popołudnia w ciasnym przedpokoju mieszkania przy Sobieskiego.

— Jadę do „Solidarności” — oznajmił Piotr, stojąc już w kurtce, z portfelem w dłoni.

— Nie jedź — poprosiła Małgorzata.

Stanęła między nim a drzwiami. W jej zmęczonych oczach pojawiły się łzy — prawdziwe, których nie potrafiła już ukryć.

Rozpoczęła się długa i dramatyczna wymiana zdań, pełna urywanych myśli, powtórzeń oraz odwołań do dzieci, domu i tego, co wspólnie próbowali zbudować. Małgorzata prosiła, aby został. Piotr słyszał jednak przede wszystkim kolejny zakaz.

Każde jej słowo utwierdzało go w przekonaniu, że znów próbuje postawić go pod ścianą, wydać polecenie i zdecydować za niego.

„Ona mi nie pozwala, więc tym bardziej muszę pojechać” — zakotłowało mu się w głowie.

Przecisnął się obok żony i sięgnął do klamki. Wtedy usłyszał zdanie wypowiedziane ledwie dosłyszalnym, zduszonym szeptem:

— A gdybyś był w niej zakochany?

Pytanie zatrzymało go przy drzwiach. Piotr nie był zakochany w Annie i był tego pewien. Po raz pierwszy zrozumiał jednak, że żona nie próbuje już kierować jego życiem, lecz broni małżeństwa, które uważała za zagrożone.

Usiadł w przedpokoju i zaczął zastanawiać się, czy nadal panuje nad tą relacją i czy granica, której nie zamierzał przekroczyć, rzeczywiście pozostaje bezpiecznie daleko. Zrozumiał, że dobre intencje nie wystarczają, jeżeli jego postępowanie rani kobietę, której ślubował miłość.

Zdjął kurtkę i pozostał w domu. Tego dnia zakończył bliską relację z Anną.[10]

Do tej sceny nie wracali przez kilkanaście lat. Piotr wiedział jednak, że ostatnie miesiące zapisały się zarówno jego winą, jak i bohaterstwem Małgorzaty. Jego winą było lekceważenie jej cierpienia i uporczywe podtrzymywanie znajomości, która coraz bardziej oddalała go od domu.

Bohaterstwo żony wyrażało się nie tylko w cierpliwym znoszeniu tej sytuacji. Wcześniej zdobyła się przecież na „przeprosiny” wobec teściowej — gest pokory i odwagi, do którego Piotr sam nie był zdolny.

„Przeprosiny” Małgorzaty — ten akt pokory i siły — okazały się skuteczne. W Boże Narodzenie 2000 roku w mieszkaniu przy Sobieskiego 8 pojawiła się nie tylko Jadwiga Korycka, lecz także Urszula z Tadeuszem i dziećmi. Skoro matka przekroczyła próg domu syna, córka również nie mogła już pozostawać całkowicie na uboczu.

Po raz pierwszy od wybuchu konfliktu Święta spędzono w pełnym rodzinnym składzie. Pojednanie wciąż było niepewne i onieśmielone. Dawne urazy nie zniknęły, ale tego dnia nikt nie próbował rozpoczynać kolejnej wojny.

Wiek XX zamykał się dla nich zgodą kruchą jak tafla lodu, lecz nadal utrzymującą ciężar tych, którzy zdecydowali się na niej stanąć. Był to rozejm, nie pokój. Na tym odcinku działa jednak zamilkły.

Kończył się również rok, który poważnie uszkodził niemal doskonały autoportret Piotra. Nie mógł już widzieć siebie wyłącznie jako człowieka krzywdzonego przez innych. Wiedział, że także on ma wiele na sumieniu — zwłaszcza wobec kobiety, której ślubował miłość.

Ten ciężar miał pozostać w nim na długo, twardniejąc z każdym rokiem jak beton bloków, pośród których próbował zbudować swój dom.


[1] Autorska wersja ocenzurowana ze względu na ochronę prywatności osób żyjących; pełna wersja znajduje się w wydaniu rodzinnym.

[2] Autorska wersja ocenzurowana; zob. przypis 1.

[3] Autorska wersja ocenzurowana; zob. przypis 1.

[4] Autorska wersja ocenzurowana; zob. przypis 1.

[5] Autorska wersja ocenzurowana; zob. przypis 1.

[6] Autorska wersja ocenzurowana; zob. przypis 1.

[7] Autorska wersja ocenzurowana; zob. przypis 1.

[8] Autorska wersja ocenzurowana; zob. przypis 1.

[9] Autorska wersja ocenzurowana; zob. przypis 1.

[10] Autorska wersja ocenzurowana; zob. przypis 1.


Media TitleDziedzictwo klątwy
Media NotesRozdział XXI
Latitude52.38096474723043
Longitude19.072265625

» Show All     «Prev «1 ... 19 20 21 22 23 24 25 26 27 ... 71» Next»     » Slide Show





Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.