Rozdział XXII
Pierwsze miesiące nowego stulecia upłynęły Koryckim pod znakiem kolejnej przeprowadzki. Na początku 2001 roku znów pakowali książki, dziecięce ubrania, naczynia i wszystko, co przez kilka miesięcy zdążyło obrosnąć pozorem stałości. Tym razem przenosili się na Wilanowską 4. Za podobne pieniądze udało się wynająć mieszkanie większe o jeden pokój. W ich sytuacji był to niemal awans: trochę więcej miejsca dla dzieci, mniej ciasnoty, więcej oddechu. Nadal mieszkali u kogoś, nadal każdy mebel można było kiedyś wynosić tą samą drogą, którą został wniesiony, ale po raz pierwszy od dawna tymczasowość nie uwierała każdego dnia.
Spokojniej zrobiło się także między rodzinami. Adam z Jadwigą zaglądali do wnuków, Koryccy bywali u nich, a droga do Janowa Podlaskiego nie zarosła milczeniem. Wizyty, jak na dzielącą rodziny odległość, były częste, lecz odbywały się bez dawnych gwałtownych zwrotów. Rodzinę ponownie zaczęły wyznaczać zwyczajne sprawy: urodziny, święta, odwiedziny, opieka nad dziećmi, wspólne wyjazdy. Nie zniknęły urazy ani różnice charakterów, ale przestały rozsadzać każdy dzień. Spokój nie przyszedł jako wielkie pojednanie. Ułożył się po cichu z drobnych gestów i z tego, że przez pewien czas nikt nie próbował burzyć tego, co właśnie zaczynało działać.
Najmniej spokojny pozostawał domowy portfel. Małgorzata pilnowała wydatków i nadal często mówiła o brakach, a powodów do niepokoju nie trzeba było szukać. Polska przełomu wieków zmagała się z bezrobociem, stabilna praca była dobrem trudno dostępnym, zaś Piotr nie miał kierunkowego wykształcenia, które otwierałoby przed nim prostą drogę do etatu. Zresztą etat w Warszawie nie rozwiązywał wszystkich problemów. Od niewysokiej pensji należało odjąć koszty dojazdów, a praca Małgorzaty oznaczała, że ktoś musiał zostać z dziećmi. Najczęściej zostawał Piotr.
Jego dni dzieliły się więc między dom i dziennikarstwo. Wyjeżdżał po materiał do Sejmu albo jednej z instytucji rządowych, przeprowadzał rozmowy, robił notatki i wracał możliwie szybko, bo w mieszkaniu czekały dzieci. Dopiero tam siadał do pisania. Na początku wieku przesłanie gotowego tekstu do redakcji nie było jeszcze prostym naciśnięciem jednego klawisza. Połączenie internetowe potrafiło zerwać się w połowie wysyłania, każda minuta kosztowała, a termin zamknięcia numeru nie chciał czekać na technikę. Zdarzało się, że artykuł trzeba było dyktować przez telefon. Piotr mówił, ktoś po drugiej stronie zapisywał, dzieci krążyły po mieszkaniu, a redaktor odpowiedzialny za skład zapewne spoglądał nerwowo na zegarek.
Dwutygodnik „Dziś" przestał się ukazywać nagle, pozostawiając po sobie komputer, drukarkę i kolejne pytanie, z czego żyć. Współpraca z „Naszym Dziennikiem" trwała niewiele ponad rok. O jej zakończeniu mogła przesądzić ograniczona dyspozycyjność reportera, ale Piotr podejrzewał również inny powód. Redakcja wysłała go na Podkarpacie, aby opisał sytuację jednego z przedsiębiorstw, w którą zaangażowany był parlamentarzysta. Ktoś ostrzegł dziennikarza, by nie poruszał pewnego wątku, bo człowiek związany ze sprawą miał kontakty z masonami. Piotr zlekceważył przestrogę. Ufał ideowości gazety i wierzył, że jeśli informacja jest ważna, powinna zostać opublikowana. Reportaż nigdy nie ujrzał światła dziennego, a niedługo później dowiedział się, że umowa nie będzie przedłużona. Nie miał dowodu, że jedno wynikało z drugiego. Dla rodzinnego budżetu przyczyna nie miała jednak większego znaczenia.
Dawne struktury SGK „Piast" formalnie nadal istniały. Zmienił się ustrój, zniknęła potrzeba działalności konspiracyjnej, lecz komendant nie rozwiązał organizacji i nikogo nie zwolnił z obowiązku zachowania tajemnicy. Pozostały znajomości, wspomnienia i sporadyczne przysługi dla przyjaciół z zagranicy. W kraju dawni działacze spotykali się raz do roku na swoich „balangach". Jedli, popijali, śpiewali stare piosenki, wracali do historii, których nie musieli sobie tłumaczyć, i wciąż marzyli o lepszej Polsce. Obowiązywała przy tym niepisana zasada: wspólna przeszłość nie służy załatwianiu prywatnych interesów.
Piotr złamał ją dopiero wtedy, gdy narzekania na brak pieniędzy zaczęły znajdować potwierdzenie w niezapłaconych rachunkach. Podczas jednego ze spotkań poprosił o pomoc Wieśka, pracującego w firmie eskortującej transporty cennych ładunków. Zajęcie było niebezpieczne, szczególnie dla człowieka, który od dawna nie uczestniczył w podobnych akcjach, ale stawka za dzień pracy kusiła. Piotr zdecydował się. Przez pewien czas znów jeździł w ochronie, wracając do umiejętności, które miały już należeć do zamkniętego okresu jego życia. Zarobione pieniądze wystarczyły, by przez ponad miesiąc w domu zrobiło się luźniej. Potem wszystko wróciło do zwykłego liczenia.
Trwalsze rozwiązanie stało w mieszkaniu: komputer i drukarka pozostałe po redakcji „Dziś". Koryccy postanowili wykorzystać je do pracy, która nie wymagała codziennych dojazdów ani zostawiania dzieci bez opieki. Piotr zaczął pisać na zamówienie prace licencjackie, magisterskie, a czasem nawet doktorskie. Nie udawał przed sobą, że jest to zajęcie uczciwe wobec uczelni i ludzi zdobywających dyplomy własną pracą. W tamtym czasie ważniejsze było jednak to, że rachunki nie znikały z powodu moralnych wątpliwości.
Powstał domowy warsztat. Klient podawał temat. Małgorzata po pracy odwiedzała biblioteki i przynosiła książki, których nieraz było tyle, że trudno było znaleźć dla nich miejsce. Piotr czytał, robił notatki, porządkował materiał i w ciągu kilku dni wchodził w dziedzinę, o której wcześniej wiedział niewiele albo nic. Potem pisał tekst, z którym ktoś obcy szedł na seminarium i egzamin. Praca wymagała skupienia, ale pozwalała być w domu. Między jednym rozdziałem a drugim można było nakarmić dziecko, sprawdzić, dlaczego w sąsiednim pokoju zrobiło się podejrzanie cicho, i wrócić do klawiatury. Dochód bywał przyzwoity. Nie dawał pewności, lecz pozwalał przetrwać.
Równolegle pojawiła się współpraca z Krzysztofem Racem, działaczem polonijnej organizacji „Pomost" w Stanach Zjednoczonych. Piotr przygotował dla niego i prowadził witrynę „Who is Who", w której przedstawiano Polaków zaangażowanych w walkę z komunizmem. Składał również kolejne numery periodyku „Pomost". Dla oszczędności drukowano je w Polsce, a później wysyłano pocztą do Ameryki. Była to praca bliska jego dawnym zainteresowaniom i doświadczeniom, a zarazem jedna z niewielu, które mógł wykonywać z domu. Rac nie ograniczał kontaktu do spraw zawodowych. Kiedy urodził się Tomisław, przysłał z USA ubranka dla chłopca. Dopiero po wielu latach Piotr dowiedział się, że Krzysztof zmarł na raka.
Zanim ich korespondencja urwała się na dobre, pieniądze przesyłane przez Raca nieraz ratowały Koryckich przed zaległościami. Pewnego dnia, w chwili szczególnie trudnej, Piotr dostał wiadomość, że zapłata się opóźni. Krzysztof wyjeżdżał właśnie na urlop do Meksyku i obiecywał przesłać należność po powrocie. Słowa dotarły w najgorszym momencie. Rac później dopełnił zobowiązania, lecz wtedy Piotr patrzył na niezapłacony czynsz i nie umiał powstrzymać rozgoryczenia.
W tym samym czasie internet otworzył przed nim inną możliwość. Prowadząc poszukiwania genealogiczne, odnalazł Edwarda Kazimierskiego z Los Angeles, bliskiego krewnego Koryckich. Pierwsze listy przynosiły radość, jaką daje odnalezienie człowieka znanego dotąd tylko z rodzinnych opowieści. Korespondencja rozwijała się obiecująco, dopóki Edward nie napisał, że właśnie jedzie z rodziną do Meksyku. Piotr, wciąż mając w pamięci wiadomość od Raca, odpisał: „Niektórzy jeżdżą sobie na urlop do Meksyku, a inni nie mają za co czynszu opłacić". Miał na myśli pracodawcę. Edward nie znał kontekstu. Przyjął uwagę do siebie i zamilkł. Nie odpowiedział na następne wiadomości, nie chciał też wysłuchać wyjaśnienia. Jedno zdanie, wysłane zbyt szybko i do niewłaściwego człowieka, zamknęło dopiero co otwartą drogę do odnalezionej gałęzi rodziny.
Takie zdarzenia bolały, lecz nie nadawały tonu codziennemu życiu na Wilanowskiej. Tam najważniejsze były dzieci. Paweł coraz mocniej pozostawał w świecie matki i jej rodziny. Piotr, odepchnięty wcześniej od realnego wpływu na jego wychowanie, z czasem przestał walczyć o miejsce, którego nie potrafił odzyskać. Nie oznaczało to obojętności. Raczej rezygnację człowieka, który przez lata uderzał w zamknięte drzwi i w końcu przestał wierzyć, że ktoś je otworzy.
Inaczej było z Rozalką. Ojciec i córka niemal się nie rozstawali. Jeździła z nim do pracy, na spotkania i w dalekie podróże, choć dla innych dzieci w jej wieku podobne wyprawy mogłyby być jedynie męczące. Dla niej ważne było, że jest z ojcem; dla niego --- że ma przy sobie kogoś, komu może pokazywać świat. Nie potrzebowali wielkich atrakcji. Wystarczała droga, nowy człowiek, nieznane miejsce i opowieść, którą można było snuć po drodze. Rozalka stawała się jego małą towarzyszką, a on przyzwyczajał się do jej obecności tak bardzo, że zaczynał zabierać ją niemal wszędzie.
Z Tomisławem, nazywanym w domu Tomisiem, więź rodziła się trudniej. Śmierć Stasia pozostawiła w Piotrze blokadę, której nie potrafił po prostu odrzucić wraz z narodzinami kolejnego syna. Jeszcze w czasie ciąży Małgorzaty nie pozwalał sobie na pełną nadzieję. Nie układał w myślach przyszłości chłopca, nie przygotowywał dla niego miejsca w wyobraźni, jakby powstrzymanie uczuć mogło ochronić przed ponowną stratą. Gdy Tomiś przyszedł na świat, lęk osłabł, lecz nie zniknął. Piotr dbał o niego i starał się traktować wszystkie dzieci jednakowo, ale krewni, a czasem nawet ludzie obcy, zauważali to, czego sam nie chciał przyjąć: sercem wyraźniej zwracał się ku córce. Nie była to decyzja przeciw synowi. Był to ślad po dziecku, którego nie zdołał ocalić.
Wiosną 2001 roku Małgorzata i Piotr zrobili coś, co przy ich finansach wyglądało na czyste szaleństwo. Postanowili po raz pierwszy wyjechać razem na prawdziwe wczasy. Oboje mieli jeszcze książeczki mieszkaniowe --- pamiątkę po czasach, gdy gromadzone na nich pieniądze miały zapewnić kiedyś własne mieszkanie spółdzielcze. W nowych realiach obietnica ta straciła znaczenie. Z samych wkładów nie dało się kupić domu ani nawet małego lokalu. Skoro oszczędności nie mogły spełnić dawnego celu, postanowili przeznaczyć je na coś, czego przez wszystkie wspólne lata sobie odmawiali. Dołożyli wcześniej zgromadzone pieniądze i wykupili kilkunastodniowy pobyt w Tunezji.
Rozalka i Tomiś zostali u dziadków Koryckich, Paweł trafił pod opiekę rodziny Andrzejuków, a oni pojechali do Tunisu. Po raz pierwszy od dawna nie wyznaczały im dnia dzieci, redakcyjne terminy ani rachunki czekające na zapłatę. Z dodatkowych wycieczek wybrali tylko jedną --- wyprawę na Saharę. Oglądali krajobraz coraz bardziej obcy wszystkiemu, co znali z Polski, jechali przez pustynię, wsiedli na wielbłądy. Ten kilkunastodniowy wyjazd spędzili nadzwyczaj zgodnie. Przez chwilę nie musieli być rodzicami organizującymi życie pięciu osób ani małżonkami stale rozwiązującymi kolejny problem. Mogli być po prostu razem.
Dopiero w przeddzień powrotu Małgorzata straciła humor. Zmiana przyszła nagle i pozostała bez wyjaśnienia. Nie powiedziała mężowi, co ją poruszyło, a on nie umiał odgadnąć przyczyny. Nie doszło do wielkiej kłótni. Nad końcem dobrego wyjazdu zawisło jedynie milczenie --- krótkie, lecz wystarczające, by powrót do codzienności zaczął się wcześniej niż droga na lotnisko.
Po przyjeździe z Tunezji znów rozdzielali czas między domy i rodziny. Od 16 do 18 lipca przebywali z Jadwigą na Szczypiornie. Potem Małgorzata zabrała Rozalkę i Tomisia do Janowa Podlaskiego, a Piotr z matką dołączyli do nich 31 lipca. Paweł już na początku miesiąca wyjechał z grupą skupioną przy parafii św. Jana Kantego do Wetliny w Bieszczadach. Dzieci coraz częściej poruszały się własnymi drogami, miały swoich opiekunów i własne wakacyjne wspomnienia. Rodzina pozostawała razem, choć nie wszyscy musieli już w tym samym czasie znajdować się w jednym miejscu.
W tych spokojniejszych miesiącach coraz więcej przestrzeni w życiu Piotra zajmowała genealogia. Zainteresowanie przodkami istniało od dawna, ale nabrało nowego znaczenia, gdy sam założył rodzinę. Chciał wiedzieć, skąd przychodzą jego dzieci, jakie nazwiska, miejsca i losy stoją za nimi. Początkowo szukał przede wszystkim krewnych dziadka, Piotra Koryckiego z Nuny, zmarłego w 1941 roku. Jego jedyna siostra Waleriana wyemigrowała wcześniej do Stanów Zjednoczonych. Na przełomie lat pięćdziesiątych i sześćdziesiątych Jadwiga próbowała, za pośrednictwem odnalezionej krewnej z Gdańska, pisać do dzieci Waleriany. Odpowiedź nigdy nie przyszła. Piotr postanowił po latach podjąć poszukiwania od nowa.
Jeszcze pod koniec XX wieku stworzył pierwszą stronę internetową poświęconą Koryckim. Sieć miała dotrzeć tam, gdzie wcześniej nie docierały listy, i pomóc odnaleźć krewnych mieszkających w Ameryce. Wyniki przychodziły wolno, często wcale, lecz zamiast zniechęcić się, Piotr rozszerzył pomysł. Skoro on szukał ludzi zagubionych między emigracją, wojną i rodzinnym milczeniem, takich samych poszukujących musiały być tysiące. Tak rodził się portal Genealogia Polska --- już nie prywatna strona jednego rodu, lecz miejsce dla wszystkich, którzy chcieli odbudować wiedzę o przodkach.
Przy rozwijaniu portalu nawiązał współpracę ze znanym genealogiem Zygmuntem Rolą-Stężyckim. 20 sierpnia pojechał do niego do Grójca. Oczywiście zabrał Rozalkę. Dziewczynka znów znalazła się obok ojca w świecie, który dla niej składał się z podróży, obcych nazwisk i długich rozmów dorosłych, dla niego zaś stawał się coraz ważniejszą częścią życia. Genealogia przestawała być zbieraniem dat. Łączyła żywych z tymi, których twarze zachowały się już tylko na fotografiach, i pozwalała odnajdywać sens w miejscach, obok których inni przechodzili obojętnie.
Tego samego lata zmienił się również dom dziadków. Adam i Jadwiga sprzedali mieszkanie przy Marysieńki. Dopłacili i kupili dwie sąsiadujące kawalerki w nowym bloku przy ulicy Słowackiego 23. W jednej zamieszkali Bożkowie, w drugiej Koryccy. Dzieliła ich ściana, a więc mniej niż kiedykolwiek wcześniej. Przeprowadzka odbyła się kilka miesięcy wcześniej, ale dopiero 25 sierpnia udało się zgromadzić rodzinę na parapetówce. Nowe mieszkanie trzeba było pokazać, obejść, skomentować; należało usiąść przy stole i uznać, że zaczyna się następny etap.
Dwa tygodnie później, 9 września, urządzono wspólne urodziny Rozalki i Tomisia. Przyjechali chrzestni obojga dzieci, dziadkowie Koryccy i babcia Marianna, która została na dłużej. Dzieci miały swoje święto, dorośli własne rozmowy, a mieszkanie na Wilanowskiej wypełniło się ludźmi. W takich chwilach ciasnota nie była jeszcze ciężarem. Była dowodem, że jest kogo posadzić przy stole.
21 września Piotr zabrał Jadwigę i Rozalkę na pierwszą wspólną wyprawę genealogiczno-poznawczą. Pojechali w rodzinne strony matki. Jadwiga wracała do miejsc, w których mieszkała jako dziecko, do dróg prowadzących niegdyś do domów krewnych i do swojej dawnej szkoły. Rozalka patrzyła na to wszystko bez ciężaru wspomnień. Dla niej były to budynki, pola i podwórka. Dla babci każdy zakręt mógł otworzyć historię, a dla Piotra wszystkie te opowieści układały się w kolejne gałęzie drzewa, które próbował odtworzyć. Pokazał córce również pierwsze mieszkania rodziny w Nowym Dworze Mazowieckim --- przy Mazowieckiej i Miłej. Tego dnia genealogia wyszła z komputera i starych dokumentów. Stała się drogą, którą można było przejść razem.
Jesienią rodzina ruszyła w kolejną podróż. 6 października Koryccy, dziadkowie i Bożkowie pojechali do Sandomierza na ślub Kornelii, wnuczki Jadwigi Kamińskiej i córki Ewy Warot, z Rafałem Semkowiczem. Wesele należało do tych wydarzeń, przy których odrębne odnogi rodziny na jeden dzień znów spotykają się przy wspólnych stołach. Piotr, coraz głębiej zajęty dziejami rodu, mógł widzieć wśród gości nie tylko krewnych, ale żywą kontynuację historii, którą próbował zapisywać.
Jesień 2001 roku przyniosła mu także zmianę zawodową. Dzięki Zofii Kukli rozpoczął pracę i studia w Wyższej Szkole Zawodowej w Jarosławiu na Podkarpaciu. Współpraca z rektorem Antonim Jaroszem dawała mu na miejscu zakwaterowanie w pokojach przeznaczonych dla wykładowców. Wyjazdy stały się regularną częścią życia. Były długie i męczące, ale tym razem praca nie kończyła się nagle wraz z zamknięciem redakcji. Łączyła się z nauką i otwierała możliwość nadrobienia tego, czego wcześniej nie zdołał zdobyć.
Z czasem także Jarosław przestał być wyłącznie miejscem, do którego Piotr znikał na kilka dni. Zaczął zabierać Rozalkę, a raz pojechała z nim również Małgorzata. Córka przyjmowała kolejne podróże jak naturalny element życia z ojcem. Dla innych byłyby to godziny w pociągu i obce pokoje; dla niej --- wspólna wyprawa. W tym właśnie ujawniał się charakter spokojnego okresu: obowiązki nie odrywały jeszcze Piotra od rodziny, lecz często dawały sposobność, by zabrać jej część ze sobą.
Boże Narodzenie spędzili na Wilanowskiej. Przyjechali dziadkowie Koryccy i Bożkowie z dziećmi. Drugiego dnia świąt na obiad zaprosiła ich Urszula. Nie wydarzyło się nic, co domagałoby się osobnego zapisu w rodzinnej kronice --- i właśnie to było najważniejsze. Można było usiąść, zjeść, rozmawiać, wrócić do domu i nie zaczynać po drodze kolejnej wojny. Po latach awantur zwyczajny świąteczny obiad stawał się wydarzeniem większym, niż ktokolwiek przy stole był gotów przyznać.
Rok 2002 rozpoczął się w tym samym rytmie. 26 stycznia Koryccy pojechali na osiemnaste urodziny Andrzeja Sołoduszkiewicza, syna Krystyny. W kwietniu odwiedził ich jej mąż, Jacek. Latem Adam i Jadwiga wybrali się z Urszulą i jej rodziną do Włoch. Zwiedzali Rzym i inne miejsca, wzięli też udział w audiencji papieskiej. Była to niepierwsza podróż rodziców z córką, bez Piotra, lecz po powrocie stała się częścią wspólnych opowieści. W tamtym czasie cudzy wyjazd nie musiał jeszcze oznaczać odsunięcia ani demonstracji. Był po prostu wyjazdem.
6 sierpnia Piotr wyruszył z Pawłem i Rozalką na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, tą samą drogą, którą przed laty przemierzała prababka Marianna. Paweł, znacznie starszy, potrafił znajdować sobie ułatwienia; dla niespełna pięcioletniej Rozalki każdy kilometr stanowił prawdziwą próbę. Dopóki szli ulicami Warszawy i obok przejeżdżały autobusy, rozwiązanie wydawało jej się oczywiste. Można było podjechać. Prosiła, nalegała, wypatrywała następnego przystanku.
Kiedy pielgrzymka wyszła na wiejskie drogi, możliwości zniknęły. Dziewczynka znów powiedziała, że jest zmęczona i chce jechać. Piotr pokazał jej pustą drogę.
— Zobacz, tu nie ma nic, nie ma autobusów, nie ma samochodów. Nikt nas nie podwiezie. Musimy iść.
Zrozumiała. Od tej chwili przestała domagać się jazdy, a nawet zaczęła podśmiewać się ze znacznie starszego brata, który potrafił czasem zorganizować sobie podwózkę. Przyjęła wysiłek z dziecięcą prostotą: skoro nie ma innej drogi, trzeba iść tą, która jest. Niespodziewanie pielgrzymka stała się okazją do spotkania z dawno niewidzianym ks. Jerzym Skwierczyńskim. Kapłan, od dawna pracujący na Ukrainie, przyjechał na pielgrzymkę z grupą polskich dzieci z Kresów.
Małgorzata od początku obawiała się, czy tak małe dziecko poradzi sobie z trasą, lecz ostatecznie ustąpiła namowom i nie zatrzymała córki w domu. 9 sierpnia pielgrzymów dopadła długa, gwałtowna ulewa. Woda przemoczyła ubrania, wszyscy byli zziębnięci, a Piotr zaczął martwić się o zdrowie Rozalki. Zadzwonił do żony i opowiedział, w jakim są stanie. Gdyby Małgorzata zasugerowała przerwanie pielgrzymki, zapewne by jej posłuchał. Nie powiedziała jednak, żeby wracali. Skoro matka nie chciała zatrzymać drogi, ojciec także nie zdobył się na taką decyzję. Poszli dalej.
27 sierpnia Piotr wybrał się z Jadwigą, Stanisławą Wierzbicką i Stanisławą Kielak do Torunia. Wycieczkę organizowała jedna z firm reklamowych, które woziły ludzi za darmo, by przez wiele godzin przekonywać ich do zakupu drogich i zwykle niepotrzebnych produktów. Kupować nie trzeba było. Można więc było wysłuchać prezentacji, odmówić i skorzystać z bezpłatnego przejazdu. W rodzinie, w której przez lata każdy wydatek oglądano z kilku stron, umiejętność wykorzystania takiej okazji miała własną wartość. Toruń pozostawał Toruniem, nawet jeśli drogę do niego poprzedzała długa reklama rzeczy, bez których wszyscy dotąd żyli zupełnie dobrze.
Jesienią genealogia znów przestała być tylko zapisem nazwisk. W październiku Piotr zabrał rodzinę na spotkanie z prababką Zofią, mieszkającą wówczas u córki Wandy Ziubińskiej w Warszawie. Nie urządzano wielkiej uroczystości. Było to jedyne spotkanie dzieci z prababką. Chodziło przede wszystkim o to, by zobaczyły kobietę należącą do pokolenia, które wkrótce miało pozostać już tylko na fotografiach i we wspomnieniach. Piotr, budujący w internecie drzewa genealogiczne, mógł przez chwilę zobaczyć obok siebie żywych przedstawicieli kilku generacji. Żaden wykres nie oddawał tego tak wyraźnie.
Boże Narodzenie 2002 roku znów obchodzili na Wilanowskiej z dziadkami i rodziną Bożków. Mieszkanie było pełne ludzi, dzieci hałasowały, dorośli prowadzili własne rozmowy, ktoś musiał ustępować komuś miejsca. Nie mieli własnego domu ani pewności, z czego będą żyli za kilka miesięcy. Małżeństwo nie stało się nagle wolne od napięć, Piotr nadal szukał trwałego miejsca zawodowego, a z każdym z dzieci łączyła go inna więź. Mimo to właśnie wtedy rodzina osiągnęła coś, czego wcześniej nie potrafiła zatrzymać na dłużej: równowagę.
Nie była to szczęśliwość bez skazy. Składały się na nią utracona praca, pożyczane z bibliotek książki, pisanie po nocach, zbyt szybko wysłana wiadomość do krewnego, niewypowiedziany smutek Małgorzaty przed powrotem z Tunezji i ciągłe liczenie pieniędzy. Lecz zwykły dzień kończył się wówczas zwykłym wieczorem. Dzieci zasypiały w sąsiednich pokojach. Gabinet wypełniał dym z kolejnej paczki papierosów. Rano trzeba było zrobić śniadanie, odprowadzić kogoś, pojechać do pracy, oddać książki albo spakować torbę przed kolejną podróżą. Nie trzeba było ratować rodziny przed rozpadem. Wystarczało podtrzymywać codzienność.
Dopiero z perspektywy lat miało się okazać, jak wiele znaczył ten czas. Wtedy nikt nie obchodził go jak święta. Nie miał własnej nazwy, przełomowej daty ani wydarzenia, od którego należałoby go liczyć. Był po prostu życiem: ciasnym, pracowitym, czasem niesprawiedliwym, ale wspólnym. Najspokojniejszym, jakie dotąd udało im się zbudować.
Koniec rozdziału XXII


