arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...

Histories

» Show All     «Prev «1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 71» Next»     » Slide Show

Dziedzictwo klątwy

Rozdział XXIV – Najmłodszy

Rozdział XXIV

Najmłodszy

Rok 2004 nie rozpoczął się od wielkiego pojednania ani od nagłej przemiany. Jesienna scena, w której Małgorzata i Paweł płakali nad wiadomością o ciąży, pozostała w pamięci Piotra. Nie dało się jej cofnąć ani udawać, że nie miała znaczenia. Sama ciąża trwała jednak dalej, obojętna na lęk, gniew i rozczarowanie dorosłych. Z każdym tygodniem stawała się coraz bardziej widoczna, a dziecko, początkowo przyjęte przez matkę jak zagrożenie dla kruchego porządku domu, powoli przestawało być abstrakcyjną wiadomością.

Codzienność zrobiła to, czego nie potrafiły zrobić rozmowy. Małgorzata chodziła do pracy, wracała z dyżurów, zajmowała się dziećmi i obserwowała zmiany własnego ciała. Przygotowania do narodzin nie miały uroczystego charakteru. Wyrastały z rzeczy najprostszych: wizyt lekarskich, badań, odkładania potrzebnych ubranek i coraz częstszych pytań, jak rodzina poradzi sobie po porodzie. Z biegiem dni opór słabł. Nie zamienił się od razu w entuzjazm, lecz dziecko coraz wyraźniej zajmowało należne mu miejsce w myślach matki.

Osiemnastego stycznia obchodzono imieniny Małgorzaty. Przy stole zasiedli krewni z obu stron, dzieci krążyły między dorosłymi, a zwykła rodzinna uroczystość przyniosła chwilę wytchnienia od pytań o przyszłość. W takich momentach Koryccy nadal wyglądali jak rodzina, która przeszła przez wiele sporów, lecz umiała zebrać się przy cieście, kawie i rozmowie. Pięć dni później wydarzyło się coś znacznie ważniejszego.

Dwudziestego trzeciego stycznia Piotr i Małgorzata po raz pierwszy zobaczyli dziecko na obrazie ultrasonograficznym. Zdjęcie było ciemne, ziarniste i dla niewprawnego oka niemal nieczytelne. Nie przypominało fotografii, jaką wkłada się później do rodzinnego albumu. A jednak wśród szarych plam znajdowało się ich dziecko. To, nad czym jesienią płakano jak nad nieszczęściem, miało już własny kształt, ruch i rytm serca.

Piotr patrzył na wydruk z poruszeniem. Dla niego chwila ta domagała się natychmiastowego nazwania. Dziecko przestawało być bezosobowym „ono". Miało przyjść do domu, w którym czekali Paweł, Rozalka i Tomisław, a więc powinno także otrzymać imię.

— Gosia, może czas, żebyśmy nadali naszemu dziecku imię? — zapytał po badaniu.

Pytanie rozpoczęło spór, który ciągnął się przez wiele tygodni. Piotr nie upierał się przy jednym, dawno wybranym imieniu. Stawiał natomiast warunek: chciał, aby było polskie i słowiańskie, zakorzenione w języku starszym niż chwilowe mody. Małgorzata początkowo odrzucała ten pomysł zdecydowanie. Do rozmowy wracali wielokrotnie, czasem spokojnie, czasem zniecierpliwieni, jakby wybór kilku sylab miał rozstrzygnąć znacznie więcej niż tylko sposób zwracania się do syna.

Ostatecznie zgodzili się na imię Krzesisław. W codziennym życiu miał być Krzysiem. Imię było rzadkie, wyraźnie słowiańskie i zgodne z tym, czego domagał się Piotr. Małgorzata przyjęła je po długim oporze, lecz kiedy decyzja zapadła, przestali do niej wracać. Najmłodszy syn został nazwany na długo przed narodzinami.

Tego samego dnia, w którym rodzice po raz pierwszy oglądali Krzysia na ekranie aparatu USG, dotarła do nich wiadomość o śmierci prababci Zofii. Rok wcześniej zdążyli ją jeszcze odwiedzić. Teraz mówiono, że została sama w domu, potknęła się i upadła. Znaleziono ją martwą w łazience. Rodzinne opowieści nie dawały pewności, jak wyglądały jej ostatnie chwile. Pozostało tylko nagłe zestawienie dwóch obrazów: niewyraźnego początku życia i końca życia kobiety, która należała do najstarszego pokolenia rodu.

Pogrzeb odbył się trzeciego kwietnia na cmentarzu w Łomnie. Nad trumną stanęły dzieci Zofii: Wanda, Adam i Teresa. Dla młodszych była już postacią z odległego świata, dla nich pozostawała matką. Rodzina znów zebrała się razem, tym razem nie przy urodzinowym stole, lecz w ciszy, która nie wymagała wyjaśnień. Śmierć zamknęła jeden z najstarszych rozdziałów, podczas gdy pod sercem Małgorzaty rozwijał się następny.

Między styczniowym badaniem a kwietniowym pogrzebem życie toczyło się zwyczajnym rytmem. Były urodziny Piotra i Pawła, rodzinne wizyty, ciasto, świece oraz fotografie, na których dorośli wyglądali tak, jakby potrafili na pewien czas odłożyć wszystko, co ich dzieliło. Ciąża rosła razem z kalendarzem. Małgorzata coraz częściej mówiła o dziecku po imieniu. Samo słowo „Krzyś" oswajało przyszłość skuteczniej niż najdłuższe zapewnienia.

Wielkanoc przypadła jedenastego kwietnia. Rodzina spotkała się przy stole na Słowackiego, a następnego dnia Piotr i Małgorzata zasiedli razem przy świątecznym posiłku. Nie była to już Wielkanoc z poprzedniego roku, naznaczona walką Marianny o pozycję pani cudzego domu. Tym razem ciężar przesunął się gdzie indziej. Wśród malowanych jajek, ciast i rodzinnych fotografii obecny był ktoś, kogo jeszcze nie można było posadzić przy stole. Krzyś pozostawał niewidoczny, lecz wszyscy wiedzieli, że za kilka tygodni będzie z nimi.

Wiosna przyniosła kilka spokojnych dni, które później miały pozostać w pamięci przede wszystkim dzięki zdjęciom. Piotr spacerował z Rozalką i Tomisławem po osiedlu. Dzieci biegły przodem, wracały, brały ojca za ręce i zatrzymywały się pod kwitnącymi drzewami. Małgorzata, coraz cięższa, nadal uczestniczyła w rodzinnych spotkaniach. Siedemnastego maja była na urodzinach Jadwigi, a dwudziestego trzeciego na uroczystości pierwszej rocznicy Komunii Świętej Cezarego. Dwa dni później rodzina wyglądała już inaczej.

Dwudziestego czwartego maja 2004 roku w Szpitalu Czerniakowskim w Warszawie urodził się Krzesisław Korycki. Był najmłodszym dzieckiem Piotra i Małgorzaty. Rodzinny poród odbył się w tym samym szpitalu, w którym przychodziły na świat ich inne dzieci. Znane korytarze i procedury nie sprawiły jednak, że narodziny stały się czymś zwyczajnym. Każde dziecko przychodzi na świat po raz pierwszy, niezależnie od tego, ile razy rodzice przechodzili wcześniej przez te same drzwi. Tym razem to nie Piotr był pierwszym, który przytulił syna. Położna, zaraz po narodzinach zbliżyła go do matki. Ojciec był wyraźnie zazdrosny.

Piotr wziął syna na ręce jeszcze na sali porodowej, chwilę później. Małe ciało niemal ginęło w białym beciku. Krzyś spał, budził się, zaciskał dłonie i przyjmował pokarm z butelki, nieświadomy sporów, które toczyły się przed jego narodzinami. Małgorzata patrzyła na niego już nie jak na zagrożenie. W pierwszych szpitalnych fotografiach nie było śladu po jesiennym odrzuceniu. Była matka pochylona nad noworodkiem i ojciec, który trzymał najmłodszego syna z ostrożnością człowieka wiedzącego, jak kruche jest życie.

Starsze dzieci czekały na niego w Legionowie. Rozalka odwiedziła matkę i brata w szpitalu, a po powrocie Krzysia do domu pod koniec maja chciała zaglądać do niego, dotykać małych dłoni i sprawdzać, czy śpi. Tomisław obserwował nowego brata z mieszaniną ciekawości i ostrożności. Paweł, już nastolatek, brał go na ręce i prowadził wózek. W jednej chwili wszyscy stali się starsi: nie dlatego, że minął kolejny rok, lecz dlatego, że pojawił się ktoś całkowicie od nich zależny.

Mieszkanie ponownie podporządkowało się niemowlęciu. Wózek stanął w przedpokoju, na krzesłach pojawiły się pieluchy i kocyki, a rytm dnia zaczął wyznaczać sen, karmienie i płacz. Krzyś przechodził z rąk do rąk. Trzymała go Jadwiga, pochylała się nad nim Urszula, odwiedzała go Ewa Walczuk, zaglądali znajomi i krewni. Najmłodszy nie potrzebował niczyich deklaracji. Samą obecnością przyciągał ludzi i na pewien czas porządkował ich wokół siebie.

Narodziny syna nie zatrzymały życia starszych dzieci. Rozalka dostała rolki, Tomisław biegał obok, a Piotr łączył spacery z niemowlęciem z opieką nad pozostałą dwójką. Drugiego czerwca szedł z wózkiem, Rozalką i Tomisławem, gdy za nimi maszerowała grupa dzieci z nauczycielką. Zwyczajny dzień na osiedlu stawał się częścią historii rodziny.

W Boże Ciało wszyscy poszli na procesję. W połowie czerwca Małgorzata pojechała z Krzysiem do Janowa Podlaskiego, gdzie pokazywała go rodzinie i odwiedziła Wandę Bujan oraz Teresę Juchimiuk. Dziecko, które wcześniej było źródłem lęku, stało się powodem wizyt i skupionej uwagi kilku pokoleń.

W tych samych dniach Adam Sulikowski, wybrany na ojca chrzestnego, kończył maturę. Dla Piotra i Małgorzaty Krzyś był czwartym dzieckiem wychowywanym pod ich dachem, a zarazem całkowicie nowym zobowiązaniem.

Chrzest odbył się dwudziestego czerwca w kościele pod wezwaniem świętego Jana Kantego w Legionowie. Sakramentu udzielił ksiądz Marcin Hołuj, kolega Piotra z seminarium. Rodzicami chrzestnymi zostali Adam Sulikowski i Agnieszka Miareczka, z domu Figura, wnuczka Heleny Pawelskiej. W uroczystości uczestniczyli krewni obu stron, przyjaciele i znajomi, wśród nich Stanisław Stachnik z żoną i córką. Piotr znał go z Wieliszewa, z czasu, gdy Stachnik prowadził kampanię wyborczą jako kandydat na wójta gminy.

Piotr niósł syna przez kościół w białym ubranku. Krzyś spał na jego rękach, jakby ceremonia, głosy i ruch zgromadzonych nie miały z nim nic wspólnego. Po Mszy ustawiono się do wspólnej fotografii. Obok rodziców i chrzestnych stanęli dziadkowie, ciotki, wujowie i dzieci. Zdjęcie nie mogło pomieścić wszystkich więzi, urazów i historii, które łączyły te osoby. Zatrzymało jedynie moment, w którym najmłodszy został przyjęty do Kościoła i przedstawiony wspólnocie rodzinnej jako Krzesisław.

Po chrzcie życie szybko wróciło do codzienności. W czerwcu Rozalka wystąpiła w Szkole Podstawowej nr 1 podczas zakończenia roku szkolnego. Śpiewała z innymi dziećmi pod dekoracją z wielkimi papierowymi kwiatami, podczas gdy dorośli patrzyli z sali. W domu czekał niemowlęcy brat, a na osiedlu lato, które miało rozdzielić rodzinę na kilka mniejszych dróg.

Poniższy fragment należy do części prywatnej i nie jest w całości dostępny w wydaniu publicznym.

W czasie wakacji Małgorzata kilkakrotnie wyjeżdżała do Janowa. Najczęściej podróżowali razem z dziećmi, lecz zdarzało się również, że Piotr zostawał w Legionowie sam albo pozostawała z nim Rozalka. Rodzina nie spędzała już każdego dnia w komplecie. Wyjazdy miały zwyczajny, rodzinny charakter, a jednak przypominały, że Małgorzata nadal poruszała się między dwoma ośrodkami bliskości: własnym domem i światem Janowa, do którego wracała z łatwością, czasem bez męża.

Koniec części prywatnej.

W lipcu Piotr wyruszył z Rozalką na pieszą pielgrzymkę z Suwałk do Wilna. Dziewczynka szła wśród dorosłych, z identyfikatorem na szyi i niewielkim bagażem, odpoczywała na trawie podczas postojów i nocowała u polskich rodzin po litewskiej stronie granicy. Trasa prowadziła przez Krzywe, Koleśniki, Ejszyszki i Soleczniki. Każdego dnia rytm wyznaczały kolejne kilometry, modlitwa, wspólny posiłek i szukanie miejsca na nocleg.

Dla Rozalki nie była to turystyczna wycieczka. Musiała dotrzymać kroku ludziom starszym od siebie, znosić zmęczenie i przyjmować gościnę nieznanych osób. Piotr nie oddzielał wychowania od takich doświadczeń. Chciał, aby córka poznawała świat nie tylko z podręcznika i szkolnej ławki, lecz także z drogi, wysiłku, modlitwy oraz spotkań z Polakami żyjącymi poza granicami kraju. W Solecznikach sfotografowano ją z rodziną, która udzieliła im noclegu. Dla gospodarzy była jednym z pielgrzymów, dla ojca — dzieckiem uczącym się, że wspólnota może istnieć daleko od własnego domu.

Dwudziestego czwartego lipca pielgrzymka dotarła do Wilna. Na granicy Rozalka niosąc polski sztandar, stanęła przy tablicy czternastej Pieszej Pielgrzymki Suwałki–Wilno, a Piotr niósł litewską flagę. Potem znalazła się przed Ostrą Bramą, pod wizerunkiem Matki Miłosierdzia, do którego przez wiele dni zmierzała cała grupa. Po zakończeniu drogi usiadła na kamieniach przy wieży Giedymina. Była zmęczona, ale dotarła do celu.

Następnego dnia odwiedzili w Wilnie Teresę Bartoszewicz. Przy stole pielgrzymka przechodziła już w opowieść: pozostawały fotografie, obtarte nogi i świadomość, że ojciec z córką przeszli wspólnie drogę, której nie dało się skrócić. W tym samym czasie Paweł wyjechał do Czech. Starsze dzieci coraz częściej poruszały się własnymi ścieżkami.

Po powrocie lato znów stało się zwyczajne. Był wyjazd do Nieporętu, wizyty w Janowie, urodziny Cezarego i spotkania przy stole na Słowackiego. Krzyś rósł, coraz dłużej patrzył na pochylające się nad nim twarze i przestawał przypominać bezradnego noworodka z majowych fotografii. W ramionach Jadwigi siedział już pewniej, śledząc ruch domowników.

Rok 2004 był także czasem, w którym Szkoła Podstawowa nr 1 w Legionowie zaczęła zajmować stałe miejsce w życiu Rozalki. Rodzinny album zachował zarówno czerwcowy występ, jak i wrześniowe rozpoczęcie zajęć. Był to oddział zerowy. Formalnie chodziła do szkoły, lecz w praktyce Piotr wykorzystywał wiele okazji, aby pozostawić ją w domu.

Nie wynikało to z lekceważenia nauki. Piotr był zwolennikiem jak najdłuższego wychowywania dziecka przez rodziców i ograniczania wpływu instytucji państwowych w pierwszych latach jego rozwoju. Uważał, że dom powinien mieć czas na ukształtowanie podstawowych pojęć, odruchów i hierarchii wartości, zanim zrobi to szkoła. Każda niedyspozycja, rodzinny wyjazd albo możliwość wspólnego zajęcia stawały się więc argumentem, aby córka tego dnia nie szła na lekcje.

Rozalka nie była jednak pozostawiona sama sobie. W domu wykonywała ćwiczenia, pisała i uczyła się pod okiem ojca. Piotr nie sprzeciwiał się wiedzy, lecz zbyt wczesnemu oddawaniu szkole większej części czasu dziecka i decydującego wpływu na jego wychowanie. Lekcja przy domowym stole, rozmowa podczas pielgrzymki albo wspólna podróż do krewnych mogły mieć dla niego większą wartość niż kolejny dzień spędzony w sali. Była to konsekwencja jego przekonań, nie przypadkowa niefrasobliwość.

W 2004 roku Koryccy po raz kolejny zmienili mieszkanie. Pozostali przy ulicy Sowińskiego, lecz tym razem przenieśli się do lokalu na parterze i — podobnie jak poprzednio — znów zyskali więcej miejsca. Formalnie było to M5, jednak do mieszkania włączono zabudowaną przestrzeń, która niegdyś stanowiła fragment klatki schodowej. W praktyce lokal odpowiadał więc układowi M6: miał cztery sypialnie, duży pokój, kuchnię, łazienkę i osobną toaletę. Nowy blok stał tuż przy Szkole Podstawowej nr 3 i niedaleko pętli autobusów komunikacji miejskiej, skąd odjeżdżały autobusy do Warszawy.

Jesienią nowe mieszkanie na Sowińskiego żyło jednocześnie rytmem niemowlęcia i obowiązków starszych dzieci. Rozalka pochylała się nad zeszytami, Tomisław szukał własnej zabawy, Paweł coraz częściej wychodził poza rodzinny krąg, a Krzyś obserwował wszystkich z kolan matki, ojca lub babci. Czwórka dzieci znajdowała się w czterech różnych światach, lecz nadal wracała pod ten sam dach.

Narodziny najmłodszego nie naprawiły wszystkich pęknięć między dorosłymi. Nie unieważniły sporów o władzę w domu, lojalność wobec rodzin ani różnic w pojmowaniu małżeńskiego „my". Przyniosły jednak coś, czego nie dało się sprowadzić do kolejnego konfliktu. Krzyś został przyjęty, ochrzczony, noszony na rękach i przedstawiany krewnym. Dziecko, nad którym przed narodzeniem płakano, stało się jednym z najważniejszych punktów rodzinnego życia.

Na fotografiach z tamtego roku najmłodszy syn niemal zawsze znajduje się w czyichś ramionach: ojca, matki, babci, brata, ciotki albo chrzestnego. Ludzie, którzy nie zawsze potrafili żyć ze sobą w zgodzie, pochylali się nad dzieckiem. Wtedy wartość tych chwil nie wymagała objaśnienia. Wystarczyło, że Krzyś był z nimi, a dom mieścił jeszcze wszystkich.


Koniec rozdziału XXIV


Media TitleDziedzictwo klątwy
Media NotesRozdział XXIV - Najmłodszy
Latitude52.38096474723043
Longitude19.072265625

» Show All     «Prev «1 ... 22 23 24 25 26 27 28 29 30 ... 71» Next»     » Slide Show





Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.