Rozdział XXVII
Zawiedzeni, oszukani
Pierwszego ranka w Dublinie Rozalia obudziła się wcześniej niż ojciec. Przez cienkie zasłony wpadało blade światło, a z ulicy dochodził szum samochodów jadących po niewłaściwej — jak wciąż myślała — stronie jezdni. Usiadła na łóżku, odsunęła z twarzy jasne włosy i rozejrzała się po pokoju, który miał być początkiem ich nowego życia.
Nie było w nim prawie nic. Łóżko, krzesło, niewielki stolik, komputer przywieziony z Polski i torby, których nie zdążyli jeszcze rozpakować. Dla Piotra była to tymczasowość, którą należało jak najszybciej przezwyciężyć. Dla córki — przygoda. Każdy obcy dźwięk, każda nowa ulica i każde angielskie słowo miały smak odkrycia.
— Tato, niech tata wstanie. Szkoda dnia — powiedziała, potrząsając go za ramię.
— Dnia nam tu nie zabraknie — mruknął zaspany. — Za to pieniędzy może.
Nie przestraszyła się. Uśmiechnęła się tylko, jakby uznała, że ojciec rozpoczął poranek jednym ze swoich ponurych żartów. Piotr patrzył na nią i zazdrościł jej tej łatwości. On widział rachunek za pokój, bilety autobusowe, ceny jedzenia i niepewną pracę. Ona widziała Dublin.
Pierwsze dni upływały im na chodzeniu od jednych drzwi do drugich. W urzędzie usłyszeli, że bez numeru ubezpieczenia nie załatwią wielu podstawowych spraw. W szkołach odpowiadano, że klasy są pełne. Sekretarki uprzejmie przeglądały dokumenty, po czym rozkładały ręce.
— We have no places — powtarzały.
Piotr rozumiał już tyle, by pojąć sens zdania. Rozalia również.
— To jutro pójdziemy do innej — stwierdziła po kolejnym niepowodzeniu.
— A jeżeli w żadnej nie będzie miejsca?
— To będę się uczyć z tatą.
— Ze mną możesz się nauczyć głównie malowania ścian i pisania artykułów, za które nikt nie płaci na czas.
— To będę malarzem i dziennikarką.
Szła obok niego z rękami w kieszeniach, przeskakując pęknięcia w chodniku. Nie pytała, czy wrócą do Polski. Nie skarżyła się na ciasnotę. Jej zaufanie było dla Piotra jednocześnie siłą i ciężarem. Skoro przywiózł ją tak daleko, nie wolno mu było pokazać, że sam nie wie, co robić dalej.
Dwudziestego dziewiątego sierpnia siedziała po turecku na łóżku, w pomarańczowej koszulce i z gazetą rozłożoną przed sobą. Udawała, że czyta angielskie ogłoszenia, choć rozpoznawała zaledwie pojedyncze słowa. Co chwilę podnosiła wzrok na ojca.
— Tu jest praca dla taty.
— Skąd wiesz?
— Bo dużo napisali.
— To może być nekrolog.
— W takim razie też się tata nadaje. Umie tata pisać tak poważnie.
Roześmiali się. Śmiech w pustym pokoju brzmiał zaskakująco donośnie, jakby ściany nie przywykły jeszcze do obecności ludzi.
Tego dnia [część prywatna]. Piotr był zaskoczony, ale i pełen podziwu dla pewnych cech córki. Jej metrykalny wiek nie korespondował z dojrzałością, jaką sobą reprezentowała. Zdawała się rozumieć te pokłady rzeczywistości świata dorosłych, które dla innych były niedościgłe.
Czwartego września przypadały imieniny Rozalii. Piotr nie miał stołu, tortu ani pieniędzy na większe prezenty. Ustawił na wykładzinie talerzyk ze słodyczami, obok postawił kubek z coca‑colą. Dziewczynka uklękła przy swoim przyjęciu, złożyła dłonie na kolanach i uśmiechnęła się tak szeroko, jakby przed nią znajdowała się zastawa z królewskiego pałacu.
— Przepraszam, że tak skromnie — powiedział.
— Wcale nie skromnie. Nikt z mojej klasy nie miał imienin w Irlandii.
— Nie masz teraz klasy.
— Będę miała.
Powiedziała to bez wahania. Tydzień później, gdy kończyła dziesięć lat, znów siedzieli niemal na podłodze. Piotr wetknął świeczkę w małe ciastko. Rozalia zdmuchnęła ją za pierwszym razem, zamknęła oczy i długo nie chciała zdradzić życzenia.
— Jak powiem, to się nie spełni — przypomniała.
Nie musiał pytać. Był przekonany, że życzyła sobie szkoły, normalnego mieszkania albo dobrze płatnej pracy dla ojca. Dopiero później zrozumiał, że dziecko może pragnąć rzeczy znacznie prostszej: żeby dorośli dotrzymywali obietnic.
Kiedy zaczęli oswajać pierwszy adres, główni najemcy oznajmili, że zmienili plany i potrzebują wynajmowanego im pokoju. Wiadomość przyszła bez ostrzeżenia. Piotr słuchał wyjaśnień, próbując jednocześnie przeliczyć w głowie, ile dni pozostało do wyprowadzki i ile mogą zapłacić za nowe miejsce.
— To znaczy, że znowu jedziemy? — zapytała Rozalia, gdy zostali sami.
— Tylko kawałek dalej.
— Daleko?
— W Dublinie wszystko jest daleko, dopóki człowiek nie nauczy się autobusów.
Nowe lokum znaleźli przy 20 Grattan Crescent. Warunki były gorsze od poprzednich. Nie otrzymali samodzielnego pokoju. Mieli dzielić przestrzeń z Andrzejem, głównym najemcą, dawnym kierowcą ciężarówek, który również przyjechał na Zieloną Wyspę szukać lepszego życia.
Andrzej przyjął ich bez entuzjazmu, ale też bez wrogości. Był człowiekiem przyzwyczajonym do kabiny samochodu, noclegów na parkingach i życia z walizki. Ciasnota nie robiła na nim większego wrażenia. Piotr wiedział jednak, że dla dziesięcioletniej córki dzielenie pokoju z obcym mężczyzną nie może stać się normalnością.
— To tylko na początek — powtórzył, ustawiając torby pod ścianą.
— Nie będzie źle.
Nie było w jej głosie oskarżenia. Właśnie to zabolało go najbardziej.
Andrzej i Rozalia stali się mimowolnymi rywalami o uwagę Piotra. Nie lubili się. Dziewczynkę drażniła już sama obecność obcego mężczyzny, z którym musiała dzielić ciasny pokój i ojca. Andrzej natomiast odbierał jej zachowanie jako zaborczość. Ilekroć próbował porozmawiać z Piotrem, Rozalia natychmiast pojawiała się obok, przerywała, zadawała pytania albo wciągała ojca we własną opowieść.
Pewnego wieczoru cała trójka leżała już w łóżkach. W pokoju panował półmrok, tylko światło ulicznej latarni wciskało się przez szparę między zasłonami. Rozalia odwróciła się do ściany, lecz Piotr wiedział, że jeszcze nie śpi.
Andrzej przez dłuższą chwilę milczał. Wreszcie odezwał się z drugiego łóżka:
— Piotrek, nie gniewaj się, ale ty ją źle wychowujesz.
— Co masz na myśli?
— Zawsze się wtrąca. Człowiek chce z tobą chwilę porozmawiać, a ona zaraz wchodzi w słowo. Nie można spokojnie zdania dokończyć. To jest po prostu niegrzeczne.
— Ma dziesięć lat — odpowiedział Piotr.
— Tym bardziej powinna wiedzieć, że kiedy dorośli rozmawiają, dziecko nie przeszkadza.
W głosie Andrzeja nie było troski o wychowanie Rozalii. Było rozdrażnienie człowieka, który uważał, że ktoś odbiera mu należną uwagę. Nie rozumiał — i chyba nawet nie próbował zrozumieć — że dziewczynka znalazła się setki kilometrów od matki, rodzeństwa, szkoły i wszystkiego, co dotąd nazywała domem. Miała przy sobie tylko ojca. Przy nim czuła się bezpieczna i dlatego chciała mieć go blisko, najlepiej wyłącznie dla siebie.
Piotr spojrzał na wtuloną w niego córkę.
— Rozalka nikomu nie chce robić na złość — powiedział ciszej. — Po prostu jest daleko od domu. Dla niej ja jestem tutaj całym domem.
Andrzej prychnął, jakby uznał to za usprawiedliwienie złych manier. Rozalia nadal się nie poruszyła. Piotr nie miał jednak wątpliwości, że słyszała każde słowo.
Sprawy urzędowe zaczęły jednak ruszać. Otrzymali potrzebny numer ubezpieczenia, a po kolejnych rozmowach znalazło się miejsce w Scoil Mhuire Gan Smál. Szkoła leżała stosunkowo blisko. Jedna z Polek mieszkających w tym samym bloku zaoferowała, że będzie prowadzić Rozalię razem ze swoim dzieckiem i przyprowadzać ją po lekcjach.
— Jak czegoś nie zrozumiesz, pytaj — powiedział Piotr, wiedząc, że już na pierwsze zajęcia córka pójdzie z obcą osobą.
— A jak nie zrozumiem odpowiedzi?
— Pytaj jeszcze raz.
— A jak dalej nie zrozumiem?
— Uśmiechnij się. To działa w każdym języku.
Wróciła ze szkoły podekscytowana i zmęczona. Ojca jeszcze w domu nie było. Pracował. Gdy wrócił, mówiła szybko, przeskakując z jednego wydarzenia na drugie. Dzieci pytały, skąd przyjechała, nauczycielka kilkakrotnie powtarzała jej polecenia, a na przerwie ktoś poczęstował ją ciastkiem.
— I widzi tata, jestem już w szkole — powiedziała. — Przyjęli mnie.
Jakby to ona przez cały czas pocieszała jego, nie odwrotnie.
Dojazd zajmował Piotrowi Koryckiemu dużo czasu, ale odległość przestała mieć znaczenie w chwili, gdy usłyszał, że zatrudnienie będzie legalne i regularnie opłacane. Wstawał przed świtem, przechodził przez ciemne osiedle na przystanek, zmieniał autobusy i docierał do magazynu, zanim Dublin zdążył się na dobre obudzić.
Praca nie miała nic wspólnego z dziennikarstwem ani genealogią. W hali piętrzyły się kartony z butelkami popularnego irlandzkiego cydru. W kącie stały stosy poskładanych opakowań, ludzie składali pudła, czyścili zapleśniałe po powodzi butelki, pakowali je i przygotowywali do transportu. Piotr założył kamizelkę odblaskową i robił to, co mu pokazano.
Czeki otrzymywał w przewidywalnym terminie. Dla człowieka przyzwyczajonego do spóźnionych honorariów była to niemal rewolucja. Po kilku tygodniach zaczął liczyć, kiedy będzie ich stać na osobne mieszkanie dla całej rodziny.
Wieczorami opowiadał Małgorzacie o kolejnych postępach.
— Mam pracę. Rozalka chodzi do szkoły. Muszę tylko odłożyć na kaucję — mówił przez telefon. — Jeżeli wszystko pójdzie dobrze, niedługo wynajmiemy coś dla nas wszystkich.
— Rozalka powinna wrócić — odpowiadała.
— Po co ma wracać, skoro wy macie przyjechać tutaj?
— Bo powinna być ze mną.
— Jest ze mną. Chodzi do szkoły. Jest bezpieczna.
— Powinna być z matką.
Rozmowy zataczały koło. Piotr kończył je coraz bardziej zdumiony. Małgorzata nie odrzucała planu wspólnego życia w Dublinie. Rozmawiała o mieszkaniu, podróży i pieniądzach. Jednocześnie coraz częściej domagała się natychmiastowego powrotu córki. Te dwa stanowiska nie dawały się pogodzić, lecz ona wypowiadała je tak, jakby nie istniała między nimi żadna sprzeczność.
W Polsce praktycznie mieszkała wówczas z pozostałymi dziećmi u Marianny w Janowie Podlaskim. Wrześniowe słońce padało na drewniane ściany domu, a na ławce przed budynkiem siadały obok siebie matka, córka i chłopcy. Marianna trzymała kubek, przyglądała się wnukom i mówiła spokojnym głosem o tym, co jej zdaniem należało zrobić.
— Dziecko powinno wrócić do matki — powtarzała.
— Piotr mówi, że znalazł szkołę i pracę — odpowiadała Małgorzata.
— Dzisiaj ma pracę, jutro nie będzie miał. A ty masz czekać, aż łaskawie zdecyduje, co z wami zrobi?
Słowa nie brzmiały jak atak. Marianna potrafiła nadawać oskarżeniom ton troski. Nie krzyczała. Podsuwała wątpliwości po jednej, cierpliwie, aż zaczynały wyglądać jak oczywiste prawdy.
Tymczasem ojciec i córka poznawali Irlandię. W połowie września stanęli nad morzem. Wiatr szarpał kurtką Rozalii, wciskał jej włosy w oczy i nie pozwalał spokojnie pozować. Piotr patrzył na linię wody, a potem na drobną sylwetkę córki stojącą obok niego.
— Zimno? — zapytał.
— Trochę.
— Wracamy?
— Nie. Jeszcze chwilę.
Podobnie było na Bray Head. Wspięli się wysoko, ponad skaliste urwiska. Powietrze było wilgotne, a morze miało ołowiany kolor. Rozalia stała w czapce i kurtce, dumna z pokonanej drogi. Piotr myślał, że takie dni zapamięta na zawsze: nie urzędy, nie ciasny pokój, lecz córkę na tle bezkresnej wody.
Szóstego października Małgorzata przyleciała do Dublina. Miała zostać tylko dwa dni. Przeszli razem przez centrum miasta, wśród autobusów, motocykli i tłumu. Spotkała się z siostrzeńcem Andrzejem Sołoduszkiewiczem, który również przebywał wtedy w Irlandii. Rozalia szła pomiędzy matką a kuzynem i cieszyła się, że przez chwilę rodzina znalazła się po jednej stronie morza.
Małgorzata oglądała ulice, sklepy i ludzi. Pytała o ceny mieszkań, o zarobki i szkołę. Potrafiła uśmiechać się, żartować i rozmawiać o przeprowadzce, jakby przyjechała sprawdzić miejsce przyszłego życia. Dopiero wieczorem, kiedy Rozalia zajęła się swoimi rzeczami, powróciła do tego samego żądania.
— Chcę, żeby wróciła ze mną do Polski.
— Przecież miałaś zobaczyć, jak tu żyjemy. Jest szkoła. Mam pracę.
— Warunki są okropne.
— Dlatego szukam mieszkania. Nie będziemy tu mieszkać we trójkę z Andrzejem do końca życia.
— Powinna teraz wrócić.
— A potem za kilka tygodni znowu przyjedzie?
— Zobaczymy.
— Co zobaczymy? Przecież cały czas mówimy o waszym przyjeździe.
Małgorzata nie odpowiedziała wprost. Mówiła o tęsknocie młodszych dzieci, o obowiązkach szkolnych w Polsce, o tym, że córka potrzebuje matki. Każdy argument osobno brzmiał rozsądnie. Razem układały się w próbę odebrania Piotrowi jedynej rzeczy, która nadawała sens jego emigracji: przekonania, że buduje nowe miejsce dla całej rodziny.
Rozalia wyczuła napięcie. Kiedy później została sama z ojcem, zapytała szeptem:
— Mama chce mnie zabrać?
— Mówi, że tęskni.
— To niech zostanie.
— Nie może.
— Dlaczego?
Piotr nie znalazł odpowiedzi, która nie obciążyłaby dziecka problemami dorosłych.
Małgorzata odleciała sama. Na lotnisku przytuliła córkę, obiecała, że niedługo się zobaczą, i jeszcze raz powiedziała Piotrowi, że Rozalia powinna wrócić. Potem zniknęła za kontrolą bezpieczeństwa. Dziewczynka długo patrzyła w stronę zamkniętych drzwi.
— Przyjedzie z chłopakami? — zapytała.
— Taki jest plan.
Wypowiedział te słowa stanowczo. Nie chciał, aby usłyszała, że sam przestaje w nie wierzyć.
Pod koniec października pierwsza praca Piotra dobiegła końca. W ostatnim dniu zabrał ze sobą Rozalię. Dziewczynka otrzymała stos płaskich kartonów i nauczyła się składać je w pudełka. Dorośli wkładali do nich butelki, a ona pracowała z powagą, jakby od jej tempa zależało wykonanie całego zamówienia.
— Dobrze ci idzie — pochwalił ją jeden z pracowników.
— Jestem po tacie — odpowiedziała.
Piotr stał obok pośród rzędów opakowań i przez chwilę poczuł dumę, której nie potrafił wyjaśnić. Nie chciał, by córka spędzała dzieciństwo w magazynach. Jednocześnie cieszyło go, że zobaczyła miejsce, dzięki któremu mieli za co żyć. Jego praca przestawała być dla niej abstrakcyjnym słowem wypowiadanym wieczorem.
Dziewiątego listopada wszedł do kolejnego mieszkania z pędzlem w dłoni. Kanada nauczyła go fachu, którego kiedyś się wstydził. Teraz umiał już przygotować ścianę, zabezpieczyć podłogę i poprowadzić farbę równym pasem. W pustym pokoju stała drabina, na ścianach pozostały ślady po obrazach, a pracodawca obserwował go przez kilka minut.
— You've done this before — stwierdził.
Piotr skinął głową.
Po kilku dniach usłyszał, że jeśli nadal będzie pracował w ten sposób, od nowego roku otrzyma stałe zatrudnienie. Wiadomość była dokładnie tym, na co czekał. Zadzwonił do Małgorzaty, licząc, że wreszcie zakończy spór.
— Od stycznia mam mieć stałą pracę — powiedział. — Możemy naprawdę zacząć planować mieszkanie.
Po drugiej stronie zapadła krótka cisza.
— Rozalka ma ortodontę na początku grudnia.
— Przełożymy wizytę.
— Nie można. Czekaliśmy na nią długo.
— Przylecimy i wrócimy.
— Ona musi być na tej wizycie.
Sposób, w jaki powtarzała ostatnie zdanie, obudził w nim niepokój. Wizyta była ważna, ale nie tłumaczyła tonu, w którym nie było miejsca na rozmowę. Piotr podejrzewał, że ortodonta stał się pretekstem. Mimo to nie chciał dawać żonie argumentu, że lekceważy zdrowie córki.
— Dobrze — powiedział. — Przylecimy. Po wizycie wracamy.
Nie usłyszał potwierdzenia. Powinien był wtedy zatrzymać się przy tej ciszy. Zamiast tego przyjął, że brak sprzeciwu oznacza zgodę.
Na początku grudnia wrócili do Polski. Rozalia rzuciła się na młodszych braci, a oni oblepili ją z obu stron. Szóstego grudnia przygotowała Tomisławowi mały posiłek. Ustawiła talerze na niskim stoliku, rozłożyła słodycze i z dumą pokazywała, czego nauczyła się podczas pobytu z ojcem.
Przez kilka godzin mieszkanie przy Sowińskiego wydawało się domem, za którym tęsknili. Piotr rozpakowywał torby, dzieci mówiły jednocześnie, a Małgorzata pytała o podróż. Dopiero później zrozumiał, że powitała ich jak ludzi, którzy wrócili na stałe, przynajmniej Rozalkę.
— Bilety powrotne trzeba potwierdzić — powiedział następnego dnia.
— Rozalka nie leci — odpowiedziała Małgorzata.
— Co znaczy: nie leci?
— Zostaje w Polsce.
— Ustaliliśmy coś innego.
— Niczego nie ustaliliśmy.
— Powiedziałem, że wracamy po wizycie.
— Ty wracasz.
Piotr poczuł, jak powoli opada na niego sens przygotowanej pułapki. Nie chodziło o ortodontę. Chodziło o sprowadzenie córki do kraju i rozdzielenie ich w miejscu, w którym Małgorzata miała przewagę.
— Nie zostawię jej — powiedział.
— W takim razie nie wiem, czy jest sens dalej ciągnąć to małżeństwo.
Groźba rozwodu padła spokojnie, niemal urzędowo. Piotr miał wyjechać, bez względu na to, czy chciał. Rozalia miała zostać, bez względu na to, czego chciała ona. Małgorzata przedstawiała decyzję jak fakt już dokonany.
W mieszkaniu stałą lokatorką była wtedy Marianna Andrzejuk. Przywiozła swoje rzeczy, zajęła przestrzeń i coraz śmielej wchodziła w rolę osoby, która nie tylko pomaga, ale również ocenia, rozstrzyga i ustala zasady. Gabinet Piotra, miejsce jego pracy i jedyny kąt, w którym dotąd mógł się zamknąć, przeznaczono pod jego nieobecność na inne cele.
Wrócił z Irlandii do własnego mieszkania i odkrył, że nie ma już własnego miejsca.
Rozalię zapisano do czwartej klasy polskiej szkoły. Od miesięcy realizowała inny program i uczyła się w obcym języku, lecz uznano, że ma nadrobić całe półrocze. Przynoszono jej zeszyty koleżanek i kazano przepisywać stronę po stronie.
— Nie dam rady — powiedziała, patrząc na stos zapisanych kartek.
— Dasz — usłyszała. — Trzeba było myśleć wcześniej.
— Ale ja chodziłam do szkoły w Dublinie.
— Tutaj jest Polska.
Siedziała przy biurku do późna, kopiując cudze notatki. Litery stawały się coraz bardziej nierówne, dłoń bolała, a liczba stron nie malała wystarczająco szybko. Piotr widział w tym nie naukę, lecz karę za to, że córka chciała wyjechać z nim i odważyła się cieszyć życiem poza kontrolą matki i babki.
Kiedy protestowała, odebrano jej rzeczy. Pokój opróżniono, jakby należało usunąć z niego nieporządek wraz z wolą dziecka. Zniknęły drobiazgi, do których była przywiązana, a nawet niewielka katolicka figurka.
— To moje, niech mi mama odda — prosiła.
Odpowiedziała jej cisza.
Piotr zbierał kolejne sygnały, lecz wciąż próbował wierzyć, że można wszystko odwrócić rozmową. Tłumaczył Małgorzacie, że Rozalia została oszukana. Przyleciała na wizytę lekarską, a znalazła się w sytuacji, w której odebrano jej szkołę, dom w Dublinie i możliwość powrotu.
— Sama chciała wrócić — twierdziła Małgorzata.
— Tęskniła za braćmi. To nie znaczy, że chciała zostać.
— Jest dzieckiem. My decydujemy.
— „My" znaczy kto? Ty i twoja matka?
To pytanie kończyło rozmowy szybciej niż krzyk.
Późnym grudniowym wieczorem Krzesisław i Tomisław leżeli już na piętrowym łóżku. Krzyś na górze, Tomiś na dole. Z Radia Maryja płynęła transmisja modlitwy. Lektor rozpoczynał kolejne Pozdrowienie Anielskie, a Marianna odpowiadała razem ze słuchaczami.
Piotr przechodził korytarzem, gdy usłyszał znajomy rytm:
— Zdrowaś Maryjo, łaski pełna, Pan z Tobą…
Z dziecięcego pokoju powinna nadejść dalsza część modlitwy. Zamiast niej odezwał się głos Marianny, łagodny i przepełniony udawaną troską:
— Tomiś, czemu ten twój tata tak cię nienawidzi?
Piotr zatrzymał się w pół kroku.
Nie wiedział, czy syn odpowiedział. Przez kilka sekund nie słyszał już radia, ruchu dzieci ani własnego oddechu. Jedno zdanie wystarczyło, by zrozumiał, że spór przestał dotyczyć wyjazdu. Marianna zaczęła wchodzić pomiędzy niego i dzieci, zasiewając w nich myśl, która mogła zostać na lata.
Powinien był wejść do pokoju, przerwać modlitwę, kazać teściowej spakować rzeczy i opuścić mieszkanie. Później uznał, że niezrobienie tego było drugim poważnym błędem jego życia.
Zamiast tego poszedł do Małgorzaty.
— Wiesz, co twoja mama przed chwilą powiedziała Tomisiowi?
Opowiedział jej słowo po słowie. Spodziewał się oburzenia, natychmiastowej reakcji, choćby niedowierzania. Małgorzata wysłuchała go z napiętą twarzą.
— Porozmawiam z nią.
— Kiedy?
— Powiedziałam, że porozmawiam.
— Ona mówi naszemu dziecku, że ojciec go nienawidzi.
— Nie musisz mi powtarzać.
Czy rozmowa kiedykolwiek się odbyła, Piotr się nie dowiedział. Marianna nie przeprosiła. Nie zmieniła zachowania. Nadal mieszkała z nimi, korzystała z pokoju i poruszała się po domu z pewnością osoby, której nikt nie zamierza postawić granicy.
Piotr zaczął się bać, że utraci dzieci nie przez jeden wyrok czy nagłe zdarzenie, lecz przez setki podobnych zdań. Każde miało być wypowiadane cicho, najlepiej pod jego nieobecność, w otoczce troski, modlitwy albo rodzinnej rady.
Skontaktował się z Joanną mieszkającą w okolicach Nasielska. Znała podobne konflikty i rozumiała, jak szybko spór małżeński może zmienić się w walkę o dzieci. Dopiero później okazało się, że była kuzynką jego kuzyna; wtedy liczyła się przede wszystkim jej trzeźwość.
— Nie działaj pod wpływem złości — radziła mu przez telefon. — Zapisuj, co się dzieje. Zachowuj wiadomości. Nie wyjeżdżaj, dopóki nie będziesz wiedział, na czym stoisz.
— Ona chce, żebym wyjechał sam.
— Właśnie dlatego musisz zostać.
Piotr odkładał słuchawkę i patrzył na zamknięte drzwi pokojów. W jednym spały dzieci. W drugim Marianna prowadziła długie rozmowy telefoniczne. W kuchni Małgorzata wykonywała zwyczajne czynności, jakby ich rodzina nie stała na krawędzi rozpadu.
Święta przyszły mimo wszystko. Dwudziestego pierwszego grudnia obchodzili imieniny Tomisława. Na stole pojawiło się ciasto, napoje i słodycze. Dzieci krążyły między krzesłami. Rozalia przytulała Krzysia, a on śmiał się, wtulony w starszą siostrę. Ich bliskość była naturalna, odporna jeszcze na układy dorosłych.
W Wigilię Marianna stanęła przy stole obok Rozalii, Tomisława i Pawła. Odmówili modlitwę. Świeca paliła się pośród półmisków, a czerwone nakrycia odbijały światło. Z zewnątrz wszystko wyglądało jak zwyczajna rodzinna uroczystość: opłatek, barszcz, prezenty, dzieci czekające na rozpakowanie paczek.
Piotr wręczał synom podarunki i próbował nie myśleć o rozmowach prowadzonych za zamkniętymi drzwiami. Paweł siedział wyprostowany i milczący. Rozalia raz po raz zerkała na ojca, jakby sprawdzała, czy nadal są po tej samej stronie.
Pierwszego dnia Świąt dzieci wgramoliły się Piotrowi do łóżka. Tomisław ułożył się przy jego ramieniu, Krzesisław niemal na nim, Rozalia po drugiej stronie. Śmiali się, przepychali i naciągali kołdrę. Ojciec, którego według Marianny miał przepełniać niezrozumiały brak miłości, z trudem mieścił pod kołdrą troje wtulonych w niego dzieci.
Następnego dnia Krzesisław i Tomisław rzucili się jednocześnie na rodziców siedzących na kanapie. Małgorzata próbowała zasłonić twarz, Piotr śmiał się pod ciężarem chłopców. Przez kilka sekund byli rodziną, której nic nie zagrażało. Potem dzieci zeskoczyły, a napięcie wróciło razem z ciszą.
Marianna siedziała osobno, z rękami skrzyżowanymi na piersi. Obserwowała wnuki i dorosłych spod zmarszczonych brwi. Nie wyglądała jak bezradny gość. Była obecna w samym centrum mieszkania, a jej milczenie miało ciężar wypowiedzianych wcześniej słów.
Kłótnie wybuchały coraz łatwiej. W jednej z nich Małgorzata chwyciła szklankę i rzuciła nią o podłogę. Szkło rozprysło się pod stołem, dzieci zamilkły, a Piotr odruchowo zasłonił najmłodszych.
— Zwariowałaś?! — krzyknął.
— To przez ciebie! Wszystko jest przez ciebie!
Marianna stała w drzwiach. Nie próbowała uspokoić córki. Patrzyła, jakby otrzymała kolejne potwierdzenie własnej opowieści o zięciu, który sprowadzał na rodzinę nieszczęście.
Ostatniego dnia roku dzieci znów okupowały ojca. Rozalia, Krzesisław i Tomisław wspinali się na niego, obejmowali go i przewracali na podłogę. Później Piotr siedział z Rozalią i Tomisławem, trzymając młodszego syna przy sobie. Po drugiej stronie pokoju Marianna i Małgorzata usiadły obok siebie na kanapie.
Dwa obozy w jednym mieszkaniu nie musiały być wyznaczone linią. Wystarczały spojrzenia, rozmowy urywane po czyimś wejściu i drzwi zamykane trochę zbyt szybko.
Marianna otrzymała własny pokój i telefon. Dzwoniła Krystyna Sołoduszkiewicz, a czasem rozmawiała z Małgorzatą. Głosy przyciszały się, kiedy Piotr przechodził korytarzem. Rozalia zaczęła zwracać uwagę na te nagłe zmiany tonu.
— Tato — szepnęła pewnego dnia — jak ciocia Krysia dzwoni do mamy albo babci, to często rozmawiają o tacie.
— Skąd wiesz?
— Bo słyszę swoje imię i taty. A potem mówią ciszej.
Zamyśliła się, a po chwili w jej oczach pojawił się znajomy błysk.
— Szkoda, że tata nie słyszy. Można by to nagrać.
Piotr spojrzał na córkę. Jako dziennikarz wiedział, że słowo wypowiedziane i słowo utrwalone to dwie różne rzeczy. Miał niewielki rejestrator, który można było uruchomić jednym przyciskiem.
— Gdy ja jestem w pobliżu, nie powiedzą tego, co mówią za plecami — stwierdził.
— Ale ja mogę być.
— Właśnie.
Pokazał Rozalii czerwony przycisk. Nie wdawał się w szczegóły. Miała go nacisnąć, kiedy usłyszy rozmowę Krystyny z Marianną lub Małgorzatą, a potem wyłączyć urządzenie. Dziewczynka przyjęła zadanie z powagą bohaterki powieści detektywistycznej.
Pułapka zadziałała już następnego dnia.
— Tato, mamy nagranie — oznajmiła z triumfem, gdy wrócił do domu. — Dzwoniła ciocia Krysia.
Usiedli przy komputerze. Piotr uruchomił zapis. Początkowo słychać było zwyczajne pytania, westchnienia i szmer przesuwanych przedmiotów. Potem głos Krystyny stał się wyraźniejszy.
Nie radziła siostrze, by uspokoiła sytuację. Nie próbowała zrozumieć, co wydarzyło się w Dublinie ani dlaczego Rozalia chciała wrócić z ojcem. Namawiała Małgorzatę do rozwodu. Szwagra opisywała słowami z najniższej półki, a w pewnej chwili porównała go do jemioły pasożytującej na jarzębinie.
Piotr słuchał bez ruchu. Najbardziej uderzała go pewność, z jaką Krystyna rozstrzygała sprawy jego małżeństwa i dzieci. Nie brzmiała jak osoba zatroskana o siostrę. Brzmiała jak ktoś, kto od dawna pracował nad jednym rozwiązaniem i wreszcie poczuł, że jest blisko celu.
Rozalia patrzyła na ojca, czekając na reakcję.
— Mówiłam, że tak rozmawiają — powiedziała.
— Mówiłaś.
Skopiował nagranie w kilku miejscach. Potem, po raz kolejny, popełnił błąd człowieka wierzącego, że ujawniona prawda musi coś zmienić. Poszedł z zapisem do Małgorzaty.
Nie krzyczał. Odtworzył rozmowę i czekał. Głos Krystyny wypełnił pokój, brutalny, pewny i pozbawiony skrupułów. Małgorzata słuchała ze ściągniętą twarzą.
— To twoja siostra — powiedział po zakończeniu. — Namawia cię do rozwodu i obraża mnie przy twojej matce. W naszym domu.
Nie uzyskał odpowiedzi, która zakończyłaby spór. Krystyna nie została odsunięta. Marianna nie wyjechała. Żądanie pozostało takie samo: Piotr miał wrócić do Irlandii, a Rozalia zostać w Polsce.
Dziewczynka tymczasem nabrała przekonania, że potrafi odkrywać tajemnice dorosłych. Telefony komórkowe były jeszcze proste, ich małe ekrany służyły głównie do rozmów, wiadomości i gry w Snake'a. Wąż rósł, pożerając kolejne punkty, a dzieci i dorośli prześcigali się w wynikach.
Pewnego dnia Rozalia bawiła się telefonem Małgorzaty. Nagle przerwała grę, pobiegła do ojca i pociągnęła go za rękaw.
— Tato, niech tata przyjdzie, ale szybko.
Na ekranie znajdował się obrazkowy SMS od Stanisława Stachnika. Nie był niewinnym żartem. Zawierał jednoznaczną [treść ocenzurowaną, przeznaczoną do wiadomości najbliższych], której dziecko nie powinno było zobaczyć.
Piotr przez chwilę patrzył na ekran, potem odłożył telefon dokładnie tam, gdzie leżał.
— Niczego nie ruszaj — powiedział córce.
— Powie tata mamie?
— Tak, ale nie wszystko.
Nie chciał budować kolejnej awantury na podstawie wiadomości, której Małgorzata być może jeszcze nie widziała. Stanisława nie uważał za rywala. W jego oczach mężczyzna bardziej się ośmieszał, niż zagrażał małżeństwu.
Paradoksalnie, mimo napięcia, Piotr i Małgorzata potrafili jeszcze czasem rozmawiać ze sobą niemal normalnie. To ona sama opowiedziała mu później o dziwnych przesyłkach od Staszka. Piotr nie urządził sceny zazdrości.
— On naprawdę myśli, że tym zrobi wrażenie? — zapytał z niedowierzaniem.
Małgorzata wzruszyła ramionami. Przez chwilę oboje się uśmiechnęli. Był to jeden z tych krótkich momentów, które utrudniały zrozumienie, czy małżeństwo już się rozpada, czy tylko zostało uwięzione w konflikcie podsycany przez ludzi stojących obok.
Styczeń 2008 roku nie przyniósł natychmiastowego rozwiązania. Piotr nie wyjechał sam. Nie zamierzał pozostawić Rozalii w domu, w którym karano ją za lojalność wobec ojca, a babka potrafiła wmówić młodszemu dziecku, że tata go nienawidzi.
Małgorzata powtarzała, że córka zostaje. Marianna prowadziła kolejne rozmowy. Krystyna podtrzymywała nacisk z oddali. Rozalia przepisywała zeszyty, lecz jednocześnie pilnowała dokumentów i pytała ojca, kiedy wrócą do Dublina.
— Wrócimy? — pytała wieczorem.
— Tak.
— Na pewno?
Piotr pamiętał, że raz już obiecał jej wspólne życie w Irlandii i pozwolił sprowadzić się do Polski pod pozorem krótkiej wizyty. Tym razem nie chciał odpowiadać zbyt łatwo.
— Zrobię wszystko, żebyśmy wrócili razem.
Dopiero w drugiej połowie stycznia Małgorzata ustąpiła. Nie poprzedziło tego pojednanie ani spokojne wyjaśnienie. Była późna pora, dzieci znajdowały się w swoich pokojach, a na stole leżały dokumenty.
— Dobrze — powiedziała wreszcie. — Jedźcie.
Piotr patrzył na nią, niepewny, czy za chwilę nie usłyszy kolejnego warunku.
— Oboje?
— Oboje.
Piotr nie chciał już ryzykować. Nie zaczął kolejnej rozmowy o tym, gdzie powinni jechać. Kilka razy wcześniej wspominał żonie, że choć w Dublinie wszystko zaczęło się układać, zapewnił sobie już lepiej płatną pracę w Calgary. Małgorzata nie chciała o tym słyszeć. O ile, przynajmniej w rozmowach, godziła się na wyjazd do Irlandii, o tyle nie chciała słyszeć o Kanadzie. Nie chciała opuszczać matki i sióstr. Teraz, gdy otrzymał jej zgodę na wyjazd z córką, nie ryzykował kolejnych sporów.
Rozalia stała za uchylonymi drzwiami. Nie wbiegła do pokoju i nie zaczęła się cieszyć. Nauczyła się już, że decyzje dorosłych potrafią zmienić się między jednym dniem a następnym.
Piotr również nie poczuł zwycięstwa. Uzyskał zgodę na powrót, ale stracił resztki złudzeń. W sierpniu wyjechał z córką, wierząc, że przygotowuje drogę całej rodzinie. W grudniu wrócili na kilka dni pod pretekstem ważnej wizyty, po czym zablokowano ich wspólny powrót. W styczniu odzyskali możliwość wyjazdu dopiero po tygodniach nacisku, kar i zakulisowych rozmów. Do irlandzkiego pracodawcy miał wrócić jeszcze w grudniu. Był koniec stycznia.
Najdotkliwsze było odkrycie, że zagrożenie nie przyszło z obcego kraju, urzędu ani rynku pracy. Czekało w mieszkaniu przy Sowińskiego, mówiło głosem troskliwej babki, dzwoniło z telefonu siostry i domagało się posłuszeństwa w imię dobra rodziny.
Mieli wrócić do Dublina. Tym razem jechali jednak jako ludzie, którzy wiedzieli już, że można znaleźć pracę w obcym mieście, pokonać granice i nauczyć się nowego języka, a mimo to przegrać z jednym kłamstwem wypowiedzianym przy kuchennym stole.
Byli zawiedzeni. I oboje wiedzieli, że zostali oszukani. Z drugiej strony wydarzenia te tworzyły silniejszą więź między ojcem i córką. Tak naprawdę byli sami i tylko dla siebie.
⇧ powrót na górę

