Rozdział XXV
W marcu 2005 roku mieszkanie przy ulicy Sowińskiego w Legionowie budziło się każdego dnia do tego samego, ciasnego życia. W jednym pokoju splatały się dziecięce zabawy, praca Piotra, szkolne obowiązki i nieustanne próby zachowania rodzinnego porządku. Koronkowe firanki zasłaniały okna, tapczan zajmował znaczną część ściany, a na rozłożonym pośrodku dywanie toczyło się życie młodszych dzieci. Rozalia i Tomisław potrafili w jednej chwili mocować się ze sobą, w następnej śmiać się i obejmować, jakby niewielka przestrzeń była ich całym królestwem.
Paweł coraz dłużej przesiadywał przy komputerze. Biurko uginało się pod monitorem, klawiaturą, płytami i kartkami, a obok, niemal wciśnięty między meble, stał jego rower. Niekiedy chłopiec odrywał się od ekranu, by zająć się Krzysiem, podczas gdy Tomisław i Kacper Bożek bawili się na podłodze. W domu, w którym trudno było znaleźć wolny kąt, starsze i młodsze dzieci nieustannie wchodziły sobie w drogę, lecz właśnie z tej bliskości rodziła się ich codzienna więź.
Rozalia chodziła już do Szkoły Podstawowej nr 1. Najczęściej Piotr odwoził ją i przywoził rowerem, choć zdarzało się, że pokonywała drogę sama. W marcu stała podczas szkolnej uroczystości w granatowym stroju pośród chłopców w białych koszulach, na tle papierowych tulipanów, biedronek i wiosennych dekoracji. Miesiąc później, podczas wycieczki do Łowicza, słuchała przewodniczki przed drewnianym, pomalowanym na niebiesko domem. Pod koniec czerwca siedziała już w pierwszej ławce pod oknem, z dłonią pod brodą, czekając na zakończenie roku szkolnego. Za jej plecami tłoczyli się rodzice i krewni uczniów, a nauczycielka mówiła do klasy, która za chwilę miała rozbiec się na wakacje.
Fotografie zatrzymywały takie chwile: twarze, gesty, firanki, szkolne dekoracje, dziecięce ubrania. Nie przechowywały jednak głosów, powodów ani tego, co wydarzyło się chwilę wcześniej. Widok rosnących dzieci coraz częściej prowadził myśli Piotra ku zaginionej księdze. Zgodnie z wielowiekowym nakazem przodków nikomu o niej nie powiedział. Tajemnica należała do niego i miała pozostać tajemnicą, dopóki nie odnajdzie rękopisu albo nie uzna, że nadszedł czas przekazania jej następcy. Nie chciał jednak, by pamięć o jego najbliższej rodzinie rozpłynęła się tak samo jak szczegóły dawnych opowieści.
— Gosia, mamy albumy z setkami zdjęć — powiedział pewnego dnia. — Tylko że po latach patrzy się na fotografię i często już nie wiadomo, co naprawdę wtedy się wydarzyło. Może powinniśmy zacząć to wszystko spisywać?
Ku jego zaskoczeniu Małgorzata nie odrzuciła pomysłu. Przez pewien czas zastanawiali się, jak powinna wyglądać rodzinna kronika. W końcu przywiozła z Warszawy dużą, pięknie oprawioną księgę, przypominającą album fotograficzny. Jej lekko beżowe karty były grube, czyste i jeszcze zupełnie obce. Czekały na pierwsze zdania, jakby od nich miało zależeć, czy zwykłe dni zdołają oprzeć się zapomnieniu.
Usiedli przy stole w Wielkanoc 2005 roku. Małgorzata wzięła pióro i na pierwszej stronie napisała:
„Księgę tę zaczynamy pisać w Wielkanoc Roku Pańskiego 2005..."
Poniżej umieściła słowa znane Piotrowi z Mickiewicza, a zarazem z pierwotnej, zaginionej księgi:
„Są prawdy, które mędrzec wszystkim ludziom mówi,
Są takie, które szepce swemu narodowi;
Są takie, które zwierza przyjaciołom domu;
Są takie, których odkryć nie może nikomu".
Na tym wspólne pisanie się skończyło. Małgorzata nigdy już nie chciała do niego wrócić. Księga pozostała prawie pusta, a pierwsza karta stała się świadectwem zamiaru, którego nie udało się zamienić w rodzinny zwyczaj. Czasem wystarczało ją otworzyć, by zobaczyć nie tyle początek kroniki, ile ciszę wszystkich następnych stron.
W tym samym czasie Piotr szukał dodatkowego zatrudnienia. Na jednym z legionowskich słupów zauważył ogłoszenie zapowiadające uruchomienie kolejnego lokalnego tygodnika. Numer telefonu zapisany na kartce wyglądał jak możliwość rozpoczęcia od nowa. Do „To i Owo" nie chciał wracać. Wstydził się sposobu, w jaki ponad dziesięć lat wcześniej rozstał się z redakcją.
Gdy wyjeżdżał na wojnę na Bałkanach, Paweł Kozera, kolega i wydawca pisma, dał mu legitymację korespondenta wojennego. Nie znał jednak prawdziwego powodu wyjazdu Piotra. Ten nie mógł i nie chciał go ujawnić. Kiedy po miesiącach wrócił do kraju, nie potrafił wejść do dawnej redakcji i zachowywać się tak, jakby nic się nie stało. Wiedział, że Kozera miał prawo czuć się wykorzystany.
Dopiero w 2004 roku zdobył się na wizytę w jego biurze. Nie przyniósł usprawiedliwienia ani długiej opowieści. Przyszedł po to, by powiedzieć jedno słowo:
— Przepraszam.
Przeprosiny zostały przyjęte, ale na tym spotkanie się zakończyło. Kozera nie zaproponował mu pracy, a Piotr nie umiał o nią poprosić. Wyszedł więc z poczuciem, że zamknął dawny dług, lecz nie odzyskał miejsca, które kiedyś opuścił.
Teraz zadzwonił pod numer z ogłoszenia. Okazało się, że pismo jeszcze nie istnieje. Państwo Kędzierscy dopiero zbierali zespół, pomysły i materiały. Piotr szybko włączył się w przygotowania. Spośród jego propozycji przyjęto między innymi tytuł. Choć miało to być pismo tygodniowe, nazwano je „Gazetą Powiatową". Po kilku tygodniach redakcja ruszyła pełną parą.
Dla Piotra był to powrót do lokalnego dziennikarstwa, lecz praca otwierała też przed rodziną drzwi do miejsc, do których bez reporterskich obowiązków zapewne by nie trafili. Najwierniejszą towarzyszką jego wypraw została Rozalia. Otrzymała nawet własną legitymację fotoreportera. Nie był to jedynie rodzinny żart: nosiła aparat, przyglądała się ojcu i z prawdziwym zapałem robiła zdjęcia, jakby od początku rozumiała, że wydarzenie istnieje dłużej, kiedy ktoś zdąży je zatrzymać.
Pierwszego maja nad Zalewem Zegrzyńskim wiatr poruszał żaglami i marszczył wodę. Na pomoście w pobliżu Nieporętu Rozalia stanęła obok dziadka Adama i kuzyna Cezarego Bożka. Adam trzymał rękę na metalowej barierce, za nimi kołysały się łodzie, a dziewczynka patrzyła prosto w obiektyw. Tego samego dnia w Białobrzegach leżała z ojcem na trawie pośród gwaru festynu. Wieczorem, po koncercie Golec uOrkiestra, stała z Czarkiem w tłumie dorosłych i wróciła do domu z autografem jednego ze sławnych muzyków. Dzień reporterskiej pracy zamieniał się dla niej w przygodę, której nie dało się oddzielić od czasu spędzonego z ojcem.
Kilka tygodni później siedziała w jego gabinecie na obrotowym fotelu, ze słuchawkami na uszach. Za jej plecami wisiały ciężkie, złociste zasłony, po bokach stały monitory, a na stole piętrzyły się klawiatury, przewody i papiery. To nie był uporządkowany gabinet człowieka odciętego od domu, lecz fragment mieszkania zajęty przez pracę. Dzieci wchodziły tam bez pukania, zaglądały na ekran i siadały na krześle, gdy tylko ojciec je zwalniał.
W czerwcu rodzinne wyjazdy przyspieszyły. W Nieporęcie Rozalia prowadziła czerwony gokart, skupiona na kierownicy i nierówno ułożonej trasie. Chwilę później siedziała już z Pawłem i Czarkiem na pomoście wśród masztów. Następnego dnia, podczas meczu w Wólce Radzymińskiej, przez kilka minut znalazła się na boisku pośród dorosłych zawodników. Była tam jedynym dzieckiem. Piłka zatrzymała się przy jej nodze, a stojący obok mężczyźni czekali na zagranie. Nie sprawiała wrażenia speszonej.
Tego samego weekendu płynęła motorówką po zalewie. Siedziała w ciemnych okularach, a za burtą rosła biała, pienista smuga. Paweł stał przy sterze innej łodzi, dumny i skupiony, jakby powierzono mu znacznie więcej niż chwilową kontrolę nad kierunkiem rejsu. Kilka dni później cała rodzina odpoczywała na piaszczystym brzegu: Małgorzata siedziała z dziećmi na kocu, Tomisław podjadał z plastikowego pojemnika, a Paweł obserwował młodsze rodzeństwo. Potem weszli na statek. Na jednej fotografii Małgorzata siedziała między Tomisławem i Pawłem; na drugiej po przeciwnej stronie pokładu znaleźli się Piotr, Rozalia i obaj chłopcy. Woda, słońce i wiatr na chwilę rozszerzały przestrzeń rodziny, która na co dzień mieściła się w jednym ciasnym mieszkaniu.
Granica między pracą a wypoczynkiem stawała się prawie niewidoczna. Piotr przyjeżdżał po materiał, rozmawiał z ludźmi i robił notatki; dzieci w tym czasie biegały po nabrzeżu, oglądały zawody albo czekały, aż znów ruszą w drogę. Były to dni ruchliwe, głośne i pełne światła. W lipcu Rozalia kąpała się w Dębem, stojąc po pas w spokojnej wodzie, a Paweł ponownie pływał po zalewie. Zdjęcia z tamtego lata układały się w opowieść o rodzinie, która coraz częściej wychodziła poza ściany przy Sowińskiego.
Pod koniec lipca wydarzyło się coś, co z punktu widzenia Piotra miało znaczenie niemal epokowe. Jadwiga zaproponowała synowi pieniądze na zakup pierwszego w jego życiu samochodu. Prawo jazdy miał od siedemnastego roku życia, lecz przez wszystkie kolejne lata nie posiadał własnego auta. Sześcioosobowa rodzina poruszała się komunikacją publiczną albo była zależna od pomocy innych. Każdy dalszy wyjazd wymagał liczenia przesiadek, biletów, godzin odjazdu i rąk potrzebnych do pilnowania dzieci.
Trzydziestego lipca Adam i Jadwiga wyjechali na wczasy do Grecji wraz z rodziną córki. Piotr i Małgorzata zaczęli w tym czasie rozglądać się za samochodem. Za pośrednictwem Roberta Zarańskiego, zięcia Krystyny Sołoduszkiewicz, zdecydowali się na czerwonego opla. Auto znajdowało się w Gdańsku, więc 8 sierpnia Piotr wyruszył po nie z Rozalią.
Następnego dnia stali przy samochodzie na ulicy Nałkowskiej. Padał deszcz, a czerwony lakier ciemniał od wody. Opel miał jeszcze gdańskie tablice, nie był nowy ani szczególnie okazały, lecz Piotr patrzył na niego jak na rzecz, która zmienia zasady codziennego życia. Rozalia zajęła miejsce pasażera. Kiedy ruszyli, po raz pierwszy prowadził własny samochód — nie pożyczony, nie należący do znajomego, lecz taki, do którego kluczyki miał zatrzymać.
Kilka dni później odbierał Adama i Jadwigę z Dworca Zachodniego. Przyjechał autem kupionym dzięki ich pomocy. Dla rodziców był to konkretny gest wsparcia udzielonego synowi; dla niego — przekroczenie granicy, za którą rodzina nie musiała już być całkowicie zależna od rozkładów jazdy, cudzej życzliwości i liczby wolnych miejsc w autobusie. Pierwszy samochód dawał swobodę, ale też poczucie, że po latach coś wreszcie zaczyna się układać.
Radość nie trwała jednak w niezmienionym tonie. Jedenastego sierpnia w Janowie Podlaskim rodzina uczestniczyła w ostatnim pożegnaniu Wiesława Olchwiruka. Trzy dni później Rozalia oglądała z bliska kolorową motolotnię na jednej z imprez w powiecie legionowskim; usiadła nawet w jej niewielkiej kabinie, pod wielkim skrzydłem rozpiętym nad trawiastym placem. Po kolejnych trzech dniach fotografia pokazywała już Tomisława za metalowymi szczeblami dziecięcego łóżka w Centrum Zdrowia Dziecka. Przyczyny tamtego pobytu nie zostały utrwalone na zdjęciu, lecz zmiana scenerii była nagła: od samochodu, festynu i otwartego nieba do szpitalnej sali. Tak właśnie układało się życie — bez ostrzeżenia przechodząc od swobody do lęku.
Rozalia nadal towarzyszyła ojcu także podczas spotkań publicznych. We wrześniu, w podziemiach kościoła św. Jana Kantego w Legionowie, stanęła obok senatora Zbigniewa Romaszewskiego. Nie rozumiała zapewne wszystkich rozmów dorosłych, lecz oswajała się z tym, że praca ojca prowadziła raz na nabrzeże, raz na boisko, a innym razem do sali pełnej polityków, działaczy i mieszkańców.
Siedemnastego września, krótko po urodzinach Rozalii i Tomisława, do Legionowa ponownie przyjechała Marianna Andrzejuk. Nie była to krótka wizyta. Została na długo, z czasem za długo. W mieszkaniu, które już wcześniej z trudem mieściło sześcioosobową rodzinę, pojawiła się kolejna dorosła osoba.
Przy dużej dozie dobrej woli można było nazywać jej obecność pomocą albo rodzinnym wsparciem. Tyle że nikt wcześniej wspólnie tego nie zaplanował, a ściany nie stawały się od życzliwych określeń szersze. Z biegiem tygodni gość przestawał być gościem. Trzeba było dzielić przestrzeń, rytm dnia i prywatność, której i tak było niewiele. Napięcie nie musiało wybuchać w otwartym sporze, by stale unosić się w mieszkaniu.
Na początku października Piotr pojechał z Rozalią do Nowego Dworu Mazowieckiego. Pokazał jej dom przy ulicy Miłej 9, w którym jesienią 1997 roku mieszkał z Małgorzatą i Pawłem. Dziewczynka stanęła przed ogrodzeniem, a za nią widać było zwyczajny parterowy budynek, ścieżkę i starą bramę. Dla niej była to tylko kolejna fotografia przed cudzym domem. Dla ojca — dowód, że miejsca z niedawnej przeszłości również zaczynają znikać pod warstwą nowych zdarzeń i trzeba je dzieciom wskazywać, zanim staną się zupełnie obce.
Rok 2005 zamykał się więc w osobliwym rozdwojeniu. Rodzina więcej podróżowała, miała samochód, a Piotr ponownie pracował w lokalnej prasie. Dzieci rosły i zdobywały doświadczenia, o których jeszcze rok wcześniej nikt nie myślał. Jednocześnie rozpoczęta w Wielkanoc kronika pozostawała pusta, a przy Sowińskiego gromadziło się coraz więcej ludzi, przedmiotów, obowiązków i niewypowiedzianych pretensji. Na fotografiach wszystko wciąż mieściło się w jednym kadrze. W codziennym życiu coraz trudniej było pomieścić to samo pod jednym dachem.
Wiosną następnego roku powrócił temat miejsca, z którym Piotr wiązał nadzieję na odnalezienie dawnej księgi. W maju 2006 roku cała rodzina wraz z dziadkiem Adamem wybrała się na Szczypiorno, aby uporządkować zarośniętą i opuszczoną działkę. Dla pozostałych był to zwyczajny wyjazd porządkowy. Piotr od początku widział w nim coś więcej: okazję, by znaleźć się blisko dawnego domu wujka Kazika i choć przez chwilę rozejrzeć się za śladem rękopisu.
Nadzieja zgasła, zanim zdążyła przybrać kształt prawdziwego planu. Spadkobiercy wujka przebywali w budynku. Nawet pod ich nieobecność wejście do środka byłoby bezprawne, a przy tym trudne: działka była dobrze ogrodzona, brama zamknięta. Piotr mógł jedynie patrzeć na dom z zewnątrz. Wiedział, że jeśli księga rzeczywiście tam pozostała, dzieli go od niej niewielka odległość — i granica, której nie wolno mu było przekroczyć.
Pokazał budynek Rozalii. Opowiedział jej o krewnym i o znaczeniu tego miejsca w historii rodziny. O zaginionej księdze nadal nie powiedział ani słowa. Dziewczynka widziała stary dom i zamkniętą posesję; nie wiedziała, że dla ojca każdy fragment tego widoku mógł skrywać odpowiedź na pytanie przechowywane przez lata. Tajemnica pozostawała między nimi, choć tylko jedno z nich wiedziało o jej istnieniu.
Maj przyniósł rodzinie także dwa wydarzenia, które kierowały uwagę ku dzieciom. Trzynastego maja Paweł złożył ślubowanie strażackie w Ochotniczej Straży Pożarnej w Legionowie. Mundur, uroczysta rota i obecność innych druhów wyznaczały kolejny krok ku dorosłości — przez obowiązek, dyscyplinę i przynależność do miejscowej wspólnoty. Dwa tygodnie później, 28 maja, Rozalia przystąpiła do Pierwszej Komunii Świętej. W krótkim odstępie czasu najstarszy syn i córka znaleźli się w centrum dwóch odmiennych uroczystości, a rodzina znów gromadziła się wokół nich.
Równolegle coraz prężniej rozwijała się „Genealogia Polska". Portal, który jeszcze niedawno był przede wszystkim pomysłem i osobistą pasją Piotra, przyciągał ludzi budujących własne drzewa rodzinne i gotowych pracować nad wspólnym przedsięwzięciem. Wśród nich byli Ewa Walczuk z Warzyńskich, Janusz Kielak, Marian Rybak, Bronisław Lewowicki, Roman Grzybowski oraz Ireneusz Łaskarzewski.
Łaskarzewski angażował się z wyjątkowym zapałem i doprowadził do dużego zjazdu członków swojej familii. W połowie czerwca pojechali tam Piotr i Rozalia. Dla ojca była to kolejna odsłona pracy genealogicznej; dla córki — żywa lekcja tego, że rodzina nie kończy się na osobach spotykanych co niedzielę ani na nazwiskach zapisanych w domowym albumie. Za jednym nazwiskiem pojawiały się kolejne twarze, miejscowości, fotografie i opowieści.
W drodze powrotnej zajechali w okolice Goszczanowa, skąd pochodziła matka Rozalii. Piotr chciał, aby córka poznała krewnych również z tej strony. Jedną z osób, które wtedy spotkała, była Teresa Chudzik. Na fotografii siedziały razem w ogrodzie, objęte, pośród wysokich żółtych kwiatów. Dla dziecka pokrewieństwo przestawało być linią w drzewie genealogicznym: zyskiwało twarz, głos, uścisk i konkretny dom.
Ósmego lipca nadeszła wiadomość, która na chwilę odsunęła inne sprawy. Jadwiga, chodząc po Nowym Dworze Mazowieckim, przewróciła się na chodniku. Upadła tak nieszczęśliwie, że złamała prawą rękę, dotkliwie obiła twarz i doznała urazu głowy z raną. Fotografia wykonana po wypadku nie pozostawiała wątpliwości co do jego siły: wokół oka rozlał się siniec, na czole widniała rana, a policzek był wyraźnie obrzęknięty. Dla Piotra był to nagły obraz kruchości rodziców, którzy wciąż pomagali dzieciom i wnukom, a przecież sami coraz częściej mogli potrzebować pomocy.
Mimo tego w połowie lipca Koryccy wyjechali na wakacje w okolice Gdańska. Własny samochód pozwalał zabrać całą rodzinę bez dawnych ograniczeń. Przez kilka dni można było żyć rytmem lata, drogi i wspólnych wyjazdów. Piotr odsunął od siebie sprawy redakcyjne, genealogiczne i domowe, choć nie na długo.
Powrót zakończył się na poboczu. Byli już stosunkowo blisko Legionowa, kiedy silnik nagle zgasł. Samochód stracił rozpęd, a zdobyta rok wcześniej niezależność zatrzymała się wraz z nim. Wezwana pomoc drogowa nie przyniosła dobrych wiadomości: brak oleju doprowadził do poważnego uszkodzenia silnika.
Piotr miał prawo jazdy od młodości, ale nigdy wcześniej nie posiadał samochodu i nie znał się na jego eksploatacji. Nie rozpoznał sygnałów zapowiadających awarię. Jednocześnie uważał, że auto kupione za pośrednictwem krewnego pracującego przy handlu samochodami powinno pozostać sprawne znacznie dłużej. Rozczarowanie nie zmieniało jednak rachunku: rodzina została bez samochodu i z kosztownym problemem.
Naprawa silnika pochłonęła dużo pieniędzy, lecz rezygnacja z opla oznaczałaby utratę dopiero co zdobytej swobody. Zdecydowali się więc na remont. Samochód wrócił do rodziny, ale odtąd jego czerwony lakier nie kojarzył się Piotrowi wyłącznie z niezależnością. Przypominał także, że każda rzecz, która ułatwia życie, może nagle zażądać ceny, na którą domowy budżet nie jest przygotowany.
W drugiej połowie 2006 roku rozmowy o pieniądzach stawały się coraz częstsze. Piotr nadal pracował w „Gazecie Powiatowej". Początkowo współpraca układała się bardzo dobrze, z czasem jednak wydawcy zaczęli coraz dotkliwiej odczuwać problemy finansowe. Redakcja funkcjonowała, teksty i zdjęcia były publikowane, lecz honoraria trafiały do autorów z coraz większym opóźnieniem.
Dla Piotra było to niewygodne, ale nie uważał sytuacji za beznadziejną. Zaległe pieniądze ostatecznie otrzymywał, dlatego przyjmował, że z takim sposobem rozliczania można jeszcze żyć. Mniejsze znaczenie miało dla niego to, czy w danym tygodniu zakupy zostaną opłacone z jego honorarium, czy z pensji Małgorzaty, skoro po pewnym czasie pieniądze i tak miały wrócić do wspólnego budżetu.
Małgorzata patrzyła na to inaczej. Opóźniona zapłata nie była dla niej jedynie przejściową niedogodnością, lecz kolejnym dowodem na brak stabilności. Nie interesowało jej, że pieniądze kiedyś nadejdą. Liczyło się to, że nie było ich wtedy, gdy trzeba było opłacić rachunki, zrobić zakupy i zaplanować wydatki na następne tygodnie. To, co Piotr uznawał za trudność możliwą do przeczekania, ona odbierała jako stan, którego dłużej nie wolno było akceptować.
Małgorzata uważała, że dochody rodziny są zbyt małe i nie dają nadziei na stabilność. Wracała do tego regularnie, domagając się od Piotra rozwiązania. W jej ocenie pozostanie w kraju oznaczało dalsze życie bez finansowego bezpieczeństwa. Coraz stanowczej przekonywała, że trzeba szukać możliwości emigracji.
Początkowo pomysły miały więcej wspólnego z desperacją niż z realnym planem. Żadne z nich nie było wcześniej po drugiej stronie Atlantyku, a jednak próbowali wyobrażać sobie drogę do Kanady, a stamtąd — niezauważone przedostanie się do Stanów Zjednoczonych. To właśnie Ameryka najczęściej jawiła się im jako miejsce, w którym można będzie wreszcie zarobić na utrzymanie licznej rodziny. Im mniej wiedzieli o rzeczywistych warunkach wyjazdu, tym łatwiej było na papierze przesuwać granice i skracać odległości.
Piotr nie oceniał ich położenia równie kategorycznie jak żona. Miał pracę, rozwijał „Genealogię Polską" i pozostawał związany z ludźmi oraz miejscami, które tworzyły jego dotychczasowe życie. Nie uważał, że wszystko w kraju prowadzi ku przepaści. Nie mógł jednak ignorować kolejnych rozmów ani przekonania Małgorzaty, że obecny układ nie ma przyszłości. Z czasem pytanie przestało brzmieć: czy wyjechać? Coraz częściej brzmiało: jak zrobić to naprawdę?
Rok wcześniej Piotr poznał Jarosława Bucholca, Polaka mieszkającego od około dwudziestu lat w Kanadzie. Jarosław prowadził polonijną rozgłośnię, udostępniał również polskie filmy i potrzebował człowieka, który pomoże mu przy ich nagrywaniu oraz opracowywaniu. Piotr potrafił pisać poprawne polskie teksty, redagować materiały i edytować polskie pliki językowe różnych aplikacji. Umiejętności zdobywane przez lata przy komputerze i w redakcjach nagle mogły się okazać przydatne tysiące kilometrów od Legionowa.
Poprosił nowego kolegę o zaproszenie do Kanady. Nie oznaczało to jeszcze przesądzenia losu całej rodziny. Był to jednak pierwszy konkretny krok — nie fantazja o granicy ani rozmowa prowadzona późnym wieczorem, lecz dokument, który mógł uruchomić rzeczywiste wydarzenia. Piotr miał pojechać sam, rozejrzeć się, podjąć pracę i sprawdzić, czy obietnica lepszych zarobków ma jakiekolwiek podstawy.
Tymczasem domowy rytm trwał, jakby nic się nie zmieniało. We wrześniu Tomisław rozpoczął naukę w szkole. Jeszcze niedawno biegał po mieszkaniu w piżamie za Rozalią, teraz dostał własne obowiązki i plan dnia. Rozalia i Czarek podczas jednego z rodzinnych spotkań w Jabłonnie walczyli na trawie piankowymi mieczami, przyjmując pozy rycerzy, podczas gdy dorośli zajmowali się własnymi rozmowami. Dzieci nie znały ciężaru decyzji dojrzewających ponad ich głowami.
Dwudziestego piątego listopada Paweł przystąpił do bierzmowania. Stał przy ambonie w ciemnym garniturze, przed ołtarzem i rzędami ministrantów. Później rodzina siedziała przy stole zastawionym ciastem, napojami i talerzami; Jadwiga, wciąż nosząca ślady letniego upadku, była razem z nimi. Uroczystość wyznaczała kolejny etap dorastania najstarszego syna, lecz gdzieś w tle, między gratulacjami i rozmowami, rosła już możliwość wyjazdu Piotra.
Boże Narodzenie dzielili między własny dom i dom rodziców. Wigilia zgromadziła Koryckich i Bożków przy jednym stole. Rozalia łamała się opłatkiem z wujem Tadeuszem, Urszula składała życzenia Jadwidze, a dzieci czekały, aż dorośli skończą uroczyste słowa i będzie można wrócić do prezentów oraz zabawy. W kolejnych dniach znów siedzieli razem przy stole Adama i Jadwigi. Na fotografiach widać półmiski, szklanki z kompotem, odświętne ubrania i dzieci pochylone nad talerzami. Rodzina wciąż mieściła się przy jednym stole, choć coraz trudniej było wyobrazić sobie, że taki porządek pozostanie niezmienny.
W sylwestrowy wieczór Krzesisław, Rozalia i Tomisław założyli kolorowe maski. Krzyś stał w czerwonej koszulce, Rozalia w czarnym stroju z kocią maską, Tomisław w jasnym ubraniu z czerwonymi pasami. Wygłupiali się przed aparatem, nieświadomi, że dokument, o którym rozmawiali rodzice, może wkrótce odsunąć ojca na drugi koniec świata. Dla nich był to jeszcze tylko kolejny wieczór w znajomym pokoju.
Zaproszenie z Kanady nadeszło w 2007 roku. Na jego podstawie Piotr otrzymał wizę pozwalającą na trzymiesięczny pobyt. Wyjazd miał być próbą, nie ostatecznym zerwaniem z dotychczasowym życiem. Miał sprawdzić, czy za oceanem rzeczywiście istnieje miejsce dla niego, a później — być może — dla pozostałych. Słowo „być może" obejmowało wtedy niemal wszystko: pracę, mieszkanie, pieniądze, rozłąkę i przyszłość czworga dzieci.
Czternastego kwietnia Koryccy wciąż jeszcze w komplecie uczestniczyli w ślubie Rafała i Agnieszki Miareczków, wnuczki Heleny Pawelskiej, a później bawili się na weselu w Modlinie. Sala tonęła w ciepłym, pomarańczowym świetle. Białe draperie spływały wzdłuż schodów, drobne lampki migotały wokół wielkiego serca z kwiatów, a goście stali tak blisko siebie, że kolejne kręgi tańczących niemal stykały się ramionami.
Podczas jednej z zabaw panna młoda znalazła się pośrodku kręgu kobiet. Suknie wirowały, ktoś fotografował z góry ze schodów, inni goście ustawiali się w szeregu pod kwiatowym sercem, czekając na swoją kolej. Dzieci przeciskały się między dorosłymi, stołami i krzesłami, raz ciekawe obrzędu, po chwili znów zajęte własną zabawą. Było tłoczno, gwarno i jasno — tak, jak bywają jasne rodzinne uroczystości, kiedy nikt nie chce jeszcze myśleć o tym, co nastąpi po ich zakończeniu.
Była to jedna z ostatnich okazji, gdy cała rodzina uczestniczyła razem w podobnym wydarzeniu przed wyjazdem. Zdjęcia zatrzymały odświętne stroje, muzykę zamienioną w ruch i twarze zwrócone ku parze młodej. Nie mogły zatrzymać czasu. Niedługo potem Piotr odleciał do Calgary.
Kilka dni wcześniej stali jeszcze razem w weselnej sali, pośród świateł, rozmów i muzyki. Teraz między nim a mieszkaniem przy Sowińskiego znalazł się ocean. Nie wiedzieli, czy trzymiesięczna podróż pozostanie tylko epizodem, czy stanie się początkiem trwałej zmiany. Za Piotrem zostały dzieci, prawie pusta kronika i życie, które mimo wszystkich trudności miało znajomy kształt. Przed nim było miasto, którego nie znał, praca, której nie mógł być pewien, i pytanie, czy można zbudować przyszłość rodziny, zaczynając od rozłąki. Dla Koryckich rozpoczynała się nowa era.


