Rozdział XXVI
Samolot od dłuższego czasu krążył nad Calgary. Za każdym razem, gdy wydawało się, że maszyna zaczyna schodzić, pod skrzydłami znów wyrastała jednolita ściana chmur i silniki nabierały mocy. Piotr patrzył przez niewielkie okno, lecz zamiast miasta widział tylko mlecznoszarą pustkę. Pasażerowie milczeli. Niektórzy zerkali na zegarki, inni udawali, że czytają. On próbował nie myśleć o tym, jak wiele rzeczy może jeszcze pójść nie tak, zanim naprawdę postawi stopę na ziemi.
Gdy koła wreszcie uderzyły o pas, poczuł ulgę niemal fizyczną. Odprawa celna i graniczna przeciągnęła się, ale po kolejnych miesiącach rozmów, zaproszeń, formularzy i niepewności nawet urzędowe pytania brzmiały jak ostatnia przeszkoda przed czymś, co kiedyś istniało wyłącznie w wyobraźni.
Wyszedł przed terminal z walizką i torbą przewieszoną przez ramię. Jarka jeszcze nie było. Zimne powietrze uderzyło go w twarz. Stał sam w obcym mieście, tysiące kilometrów od Legionowa, i dopiero wtedy pozwolił sobie pomyśleć to, czego wcześniej nie chciał wypowiadać na głos: był pierwszym z rodu, który znalazł się po tej stronie Atlantyku.
Nie były to Stany Zjednoczone, o których marzył od młodości, lecz Kanada, kraj jeszcze niedawno niemal dla niego abstrakcyjny. Mimo to słowo „Ameryka" pojawiło się w jego myślach samo. Miało zapach lotniska, chłodu i mokrego asfaltu. Nie przypominało filmów ani pocztówek. Było bardziej surowe i znacznie mniej uroczyste.
W Polsce zostawił rozkwitającą wiosnę. Bzy napełniały ulice zapachem, trawa była już zielona, a dzieci wychodziły bez kurtek. Calgary powitało go śniegiem. Na osiedlu, do którego później zawiózł go Jarek Bucholc, białe płaty leżały na trawnikach i dachach, a młode świerki tkwiły w nich jak dekoracje zapomniane po Bożym Narodzeniu.
— Przepraszam, trochę mi zeszło — powiedział Jarek, gdy wreszcie pojawił się przed terminalem. — Tutaj odległości wyglądają inaczej, niż się człowiekowi wydaje na mapie.
Ruszyli szerokimi ulicami na południowy zachód miasta. Piotr przyglądał się niskiej zabudowie, powtarzalnym domom i drewnianym słupkom połączonym zwyczajnym drutem. Niektóre rozwiązania wydawały mu się prowizoryczne, niemal wiejskie. Spodziewał się imponującej nowoczesności, a dostrzegał beton, rozległość i przedmieścia, które z daleka wyglądały jak wielka makieta złożona z podobnych elementów.
Dom Dolores Habrun stał przy Shawinigan Drive pod numerem 536. Sam adres był dla Piotra pierwszą lekcją obcego miasta: skrót „SW" nie był ozdobą, lecz częścią systemu, bez której można było trafić w zupełnie inne miejsce. Na piętrze czekał niewielki pokój wynajęty za czterysta dolarów miesięcznie. Miał stać się jego domem na trzy miesiące.
Dolores przyjęła go serdecznie, choć bez przesadnej poufałości. Mieszkała z mężem, Chorwatem, człowiekiem schorowanym i wycofanym, który rzadko opuszczał swój pokój. Reszta domu żyła zwyczajnym rytmem: w kuchni pachniała kawa, na wieszakach gromadziły się kurtki, a w różowo pomalowanym pokoju pojawiali się krewni i znajomi gospodyni. Piotr, stojący między nimi z nieco sztywnym uśmiechem, wyglądał jak człowiek, który jeszcze nie wie, jaką rolę ma odegrać w nowej rzeczywistości.
Pierwszy wieczór przy Shawinigan Drive upłynął wśród ludzi, których imion nie potrafił jeszcze zapamiętać. W pokoju o różowych ścianach Dolores trzymała na rękach małe dziecko, ktoś rozmawiał przez telefon, starsza kobieta poprawiała płaszcz przed wyjściem. Piotr stał z tyłu, wysoki i milczący, z miną gościa, który chce być uprzejmy, lecz boi się zająć zbyt wiele miejsca. Dopiero gdy został sam na piętrze, poczuł, jak głęboka cisza może panować w domu pełnym obcych głosów.
Rozpakował niewiele rzeczy: kilka koszul, przybory toaletowe, dokumenty, komputer. Każdy przedmiot przywieziony z Legionowa natychmiast nabierał znaczenia. Nawet zwykły sweter pachniał domem. Położył na stoliku fotografię dzieci, ale po chwili schował ją do torby. Pierwszej nocy nie chciał patrzeć na twarze, od których dzieliło go osiem godzin różnicy czasu i cały ocean.
Jarek nie mógł go przyjąć na stałe. Od kilku lat mieszkał z Kasią, pochodzącą z Chin, i nie dysponował osobnym pokojem. Zaprosił jednak przyjaciela na obiad. Przy stole, na którym obok polskich potraw stały produkty i przyprawy obce Piotrowi, spotkały się różne języki i przyzwyczajenia. Kasia mówiła szybko, Jarek co chwilę coś wyjaśniał, a Piotr uśmiechał się i próbował nadążać za rozmową.
— Przyzwyczaisz się — zapewniał gospodarz. — Najpierw wszystko wydaje się inne. Potem człowiek zaczyna się dziwić, że kiedykolwiek było inaczej.
Nazajutrz Jarek przyniósł biuletyn polskiej parafii. Między zapowiedziami nabożeństw i ogłoszeniami wspólnotowymi znajdowały się krótkie anonse o pracy. Zadzwonili pod kilka numerów. Już druga rozmowa dała konkretny rezultat.
— Jutro rano jedziemy na drugi koniec miasta — oznajmił Jarek. — Szukają pomocnika przy malowaniu domu.
Piotr wiedział, że nie czeka go biurko ani komputer. Nie przewidział jednak własnej reakcji, gdy wszedł do świeżo wybudowanego domu pachnącego gipsem, drewnem i farbą. Puste pomieszczenia ciągnęły się jedno za drugim. Na podłogach leżały folie, pod ścianami stały wiadra i drabiny. Poczuł się tak, jakby nagle pozbawiono go wszystkich umiejętności, na których dotąd opierał własną wartość.
Poza krótkim epizodem przy odnawianiu garażu w 1988 roku nie pracował fizycznie. Nigdy nie bywał na budowach, nie znał narzędzi, nie potrafił ocenić, ile farby potrzeba na ścianę ani jak prowadzić wałek, żeby nie zostawiać smug. Teraz miał udawać człowieka, który wie, co robi.
Jarek przedstawił go dwóm Polakom. Młodszy, Ludwik Celeda, przyjrzał mu się uważnie, ale bez niechęci. Adam, starszy i bardziej ostrożny, skrzywił się, kiedy usłyszał, że kandydat nigdy wcześniej nie malował domu.
— To po co nam taki pomocnik? — mruknął.
— Bo się nauczy — odpowiedział Ludwik. — A nam brakuje rąk. Nie każemy mu od razu robić sufitów.
Piotr nie próbował udawać fachowca.
— Nie znam się na tym — powiedział. — Ale jeśli mi pokażecie, będę robił dokładnie tak, jak trzeba.
Pierwszego dnia najważniejsze było dotrwać do końca i niczego nie zepsuć. Ramiona zaczęły boleć szybciej, niż się spodziewał. Farba ściekała po trzonku wałka, dłonie sztywniały, a każda godzina trwała dłużej od poprzedniej. Mimo to poprawiał własne błędy, obserwował ruchy Ludwika i nie odchodził od ściany, dopóki nie usłyszał, że wystarczy.
Adam pokazał mu, jak zanurzać wałek, żeby farba nie chlapała, jak odcinać kolor przy suficie i jak nie opierać drabiny o świeżo pomalowaną ścianę. Mówił krótko, czasem niecierpliwie, ale bez złośliwości. Ludwik częściej żartował.
— Tylko nie myśl za dużo — radził. — Tutaj ściana nie czyta twoich artykułów. Ma być równo i tyle.
Pod koniec dnia Piotr przestał walczyć z każdym ruchem. Zaczął rozumieć rytm pracy: folia, taśma, grunt, pierwsza warstwa, poprawki. Gdy spojrzał na pomieszczenie, w którym rano stały surowe płyty, zobaczył jasne, prawie gotowe wnętrze. Po raz pierwszy pomyślał, że pozostawił po sobie coś widocznego, choć nikt nigdy nie podpisze tej ściany jego nazwiskiem.
Wieczorem otrzymał zapłatę. Osiem godzin po szesnaście dolarów. Sto dwadzieścia osiem dolarów w gotówce ważyło w dłoni więcej niż niejedno redakcyjne honorarium, na które w Polsce czekał tygodniami. Zmęczenie nie zniknęło, lecz nagle nabrało sensu.
Następnego ranka wstał bez ociągania. Przez pierwsze dni Ludwik zabierał go samochodem, później Piotr musiał nauczyć się dojazdów komunikacją miejską. Calgary było rozległe, ulice oznaczano inaczej niż w Polsce, a podobne nazwy powtarzały się w różnych częściach miasta. Angielski znał słabo. Na przystankach porównywał numery autobusów z kartką w kieszeni, a kiedy czegoś nie rozumiał, pokazywał adres i liczył na cierpliwość rozmówcy.
W drodze na budowę obserwował ludzi w autobusach. Większość siedziała samotnie, ze słuchawkami w uszach albo kubkiem kawy w dłoni. Nikt nie zwracał uwagi na mężczyznę ściskającego kartkę z adresem. Kiedy raz wysiadł o kilka przystanków za wcześnie, musiał iść niemal godzinę przez osiedle jednakowych domów. W Polsce przeklinałby taki błąd. Tutaj potraktował go jak część nauki.
Na przerwy zabierał najprostsze jedzenie. Siadał na odwróconym wiadrze lub schodach prowadzących do garażu i słuchał rozmów Ludwika z Adamem o stawkach, zleceniodawcach, samochodach i podatkach. To była praktyczna szkoła emigracji, znacznie bardziej konkretna niż wszystkie wcześniejsze wyobrażenia. Dowiadywał się, ile kosztuje pokój, jak długo można czekać na lepszą pracę i dlaczego człowiek z dyplomem zaczyna od wałka, jeśli chce zapłacić czynsz.
Praca stawała się z czasem mniej upokarzająca. Najpierw powierzano mu najprostsze czynności, potem coraz częściej dostawał wałek na długim drążku i sam malował całe ściany. Ludwik i Adam nie wymagali cudów. Widzieli, że się stara. Gdy kończyli jeden dom, znajdowali następny. Były zlecenia, była zapłata, a Piotr zaczynał wierzyć, że potrafi utrzymać się w miejscu, w którym jego wykształcenie i dotychczasowe doświadczenie niewiele znaczyły.
Najtrudniejsze przychodziło wieczorami. W wynajętym pokoju otwierał komputer i uruchamiał Skype. Obraz z Legionowa bywał ziarnisty, głosy rwały się, lecz dzięki temu małemu oknu w ekranie mógł zobaczyć Małgorzatę, Rozalię i matkę. Młodsi chłopcy szybko tracili cierpliwość, Paweł znajdował sobie inne zajęcia, a rozmowy z żoną często przechodziły w omawianie rachunków, dzieci i spraw, których nie można było rozwiązać na odległość.
Najdłużej rozmawiała z nim Rozalia. Dziewięcioletnia córka opowiadała o szkole, rodzeństwie i napięciach w domu. Skarżyła się na zachowanie babci Marianny, która znów próbowała „pomagać", lecz najbardziej niepokoił ją Paweł. Bez ojca w mieszkaniu najstarszy brat coraz częściej zachowywał się tak, jakby to on ustalał reguły.
Przed wyjazdem Piotr zabronił synowi korzystania z internetu z powodu problemów z nauką. Rozalia poinformowała go, że niemal natychmiast po jego odlocie Paweł przeciągnął kabel od routera do swojego komputera. Matka o tym wiedziała.
— Rozalko, weź nóż i przetnij kabel — powiedział Piotr.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
— Nie chcę.
— Dlaczego?
— Bo znowu będzie mnie bił.
Piotr poczuł, jak bezradnie brzmi ojcowski zakaz wypowiadany przez komputer z drugiego końca świata.
— Porozmawiam z mamą. Jeżeli cokolwiek zrobi, od razu mi powiesz. Nie bój się.
— No dobrze...
Usłyszał, jak córka odsuwa krzesło. Obraz na ekranie pozostał pusty. Przez kilka minut widział tylko fragment pokoju, ścianę i migające światło monitora. Kiedy Rozalia wróciła, była wyraźnie przygaszona.
— Już.
— Przecięłaś?
— Tak.
— To dlaczego jesteś taka zła?
Dziewczynka spojrzała w bok.
— Bo taty nie ma. Dopiero sobie jakoś ułożyłam życie, żeby Paweł się na mnie nie wyżywał. Teraz znowu się zacznie.
Nie potrafił jej przekonać, że wszystko będzie dobrze. Sam w to nie wierzył. Polecenie zostało wykonane, lecz zamiast odzyskanej kontroli poczuł tylko odległość. Po raz pierwszy tak wyraźnie zrozumiał, że obecność ojca nie daje się zastąpić głosem z głośnika.
Po rozmowie długo siedział przy wygaszonym ekranie. W Polsce byłby o kilka kroków od pokoju Pawła. Mógłby wejść, wyrwać kabel, postawić syna przed sobą i przyjąć konsekwencje własnej decyzji. W Calgary pozostało mu tylko czekać na kolejne połączenie. Odległość nie pozbawiała go odpowiedzialności, lecz odbierała narzędzia, którymi dotąd próbował ją wykonywać.
Następnego dnia malował szybciej niż zwykle. Fizyczne zmęczenie stało się sposobem na uciszenie myśli. Każdy równy pas farby dawał złudzenie porządku, którego nie potrafił przywrócić we własnym domu.
W wolne dni Jarek i Kasia starali się pokazać mu Kanadę inną niż budowy i przedmieścia. Pod koniec kwietnia ruszyli w Góry Skaliste. Już z daleka Piotr dostrzegł białe szczyty wyrastające nad równiną. Tatry, które dotąd uważał za ogromne, nagle wydały mu się górami należącymi do innej skali.
Droga wiła się między lasami i skalnymi ścianami. Nad Lake Louise zalegał śnieg, a jezioro pozostawało skute lodem. Za Piotrem wznosił się okazały hotel, przed nim rozciągała się jasna przestrzeń, w której trudno było odróżnić lód od śnieżnego brzegu. Stał w cienkim swetrze, z torbą przewieszoną przez ramię, i chłonął widok, który wcześniej znał tylko z filmów.
— I co? — zapytał Jarek. — Nadal żałujesz, że to nie Stany?
— Dzisiaj trochę mniej — przyznał Piotr.
Zatrzymywali się w Banff, przy punktach widokowych i w Cochrane, gdzie Piotr kupił wielkiego lodowego rożka, stojąc przed mapą świata pełną kolorowych pinezek. Później odwiedził Heritage Park w Calgary.
Najbardziej uderzała go przestrzeń. W Polsce niemal każda droga prowadziła przez miejscowość, pola, przystanki i przydrożne domy. Tutaj przez długie kilometry można było jechać między lasem a skałami, widząc tylko rzekę, tory i śnieżne zbocza. Piotr co chwilę prosił o zatrzymanie samochodu. Chciał patrzeć dłużej, jakby obawiał się, że po powrocie do Legionowa sam sobie nie uwierzy.
Heritage Park zachwycił go z innego powodu. Stary pociąg stał przy drewnianym peronie, na szerokiej ulicy wisiały szyldy stylizowane na początek wieku, a zielony autobus przewoził turystów między kolejnymi fragmentami odtworzonego miasta. Piotr, od lat zajmujący się genealogią, z ciekawością zaglądał do wnętrz domów i warsztatów. Wiedział, że to inscenizacja, lecz cenił wysiłek włożony w ocalenie szczegółów: lamp, narzędzi, mebli i sposobu, w jaki ludzie kiedyś organizowali codzienność.
Przeszłość w tym parku nie była ukryta w zaginionej księdze ani rozproszona po cudzych strychach. Stała odmalowana, opisana i udostępniona zwiedzającym. Ta różnica bolała go bardziej, niż chciał przyznać.
Kolejne wyjazdy prowadziły dalej na zachód. W Kelownie Jarek i Piotr siedzieli w marinie pośród rzędów łodzi, a nad wodą wisiały ciężkie chmury. Innym razem, w okolicach Postill Lake spędzili czas z grupą znajomych przy drewnianym domku otoczonym lasem. Były rozmowy na słońcu, wspólne posiłki i chwilowe poczucie, że Piotr nie jest już tylko przybyszem wynajmującym pokój, lecz człowiekiem włączonym do czyjegoś kręgu.
Wyjazd nad Postill Lake miał mniej turystyczny charakter. Przy drewnianym domku w lesie siedziało kilkoro ludzi pochodzących z różnych krajów. Ktoś przyniósł mięso, ktoś sałatkę, dzieci biegały po trawie. Piotr znalazł się pośrodku grupy, w której każdy miał własną historię przyjazdu do Kanady. Rozmawiano o pracy, cenach domów i tęsknocie, ale też o tym, jak szybko obcy kraj przestaje być obcy, kiedy ma się z kim usiąść przy stole.
Wieczorem las pachniał żywicą, a cisza nad jeziorem była inna niż cisza w wynajętym pokoju. Tamta oznaczała samotność. Ta dawała odpoczynek.
Tymczasem w Legionowie codzienność układała się bez niego. Dwudziestego maja Rozalia obchodziła rocznicę Pierwszej Komunii Świętej. Po uroczystości rodzina stanęła na trawie przed blokami: Paweł z najmłodszym Krzysiem, Tadeusz z Kacprem i Tomisławem, Urszula, Rozalia w białej sukience, Jadwiga i Adam z Czarkiem. W środku tej grupy brakowało tylko ojca dziewczynki.
Rozalia stała między bliskimi i uśmiechała się do aparatu, lecz wcześniej podczas Mszy musiała patrzeć na rodziców innych dzieci siedzących razem. Piotr dowiedział się o przebiegu uroczystości dopiero podczas rozmowy przez Skype. Córka opowiadała o białej sukience, gościach i wspólnym obiedzie. Starała się brzmieć radośnie.
— Szkoda, że taty nie było — powiedziała na końcu.
To proste zdanie zostało z nim dłużej niż wszystkie informacje o pracy i pieniądzach. Emigracja miała poprawiać przyszłość dzieci, lecz już na początku zabierała mu ich teraźniejszość.
Niedługo później do Legionowa przyjechała Marianna Andrzejuk. Zapowiadała, że chce pomóc córce pod nieobecność zięcia. W ciasnej kuchni przy Sowińskiego krzątała się między garnkami, podczas gdy Krzesisław i Tomisław plątali się pod nogami. Dodatkowa para rąk mogła być potrzebna, ale wraz z nią do mieszkania wracały dawne napięcia, o których Rozalia mówiła ojcu podczas wieczornych rozmów.
Marianna miała własny sposób pomagania. Przestawiała rzeczy, zaglądała do garnków, komentowała zachowanie dzieci i decyzje córki. W małej kuchni każdy gest stawał się widoczny, każde westchnienie brzmiało jak uwaga. Krzesisław i Tomisław kręcili się przy stole, prosili o jedzenie i przeszkadzali dorosłym, a Małgorzata próbowała utrzymać porządek między pracą, szkołą dzieci i obecnością matki.
Piotr słyszał o tym w urywanych relacjach. Żona mówiła o zmęczeniu, Rozalia o kłótniach, Jadwiga pytała, kiedy wróci. Każda osoba opisywała ten sam dom inaczej. On nie miał sposobu, by sprawdzić, która wersja jest najbliższa prawdy.
Piotr starał się, by jego wyjazd przyniósł rodzinie wymierny pożytek. Dwukrotnie przesłał do domu część zarobionych pieniędzy. Za każdym razem czuł satysfakcję większą niż w chwili wypłaty. Nie były to obietnice ani plany. Była to gotówka, która miała trafić do domu, opłacić zakupy i rachunki. Równocześnie odkładał dla siebie tyle, ile potrafił, aby nie wracać z pustymi rękami.
Zaczął prowadzić prosty rachunek. Czynsz dla Dolores, bilety, jedzenie, drobne wydatki. Reszta miała wrócić do Polski. Nie kupował rzeczy, których nie potrzebował, choć witryny sklepów i opowieści znajomych kusiły łatwo dostępnymi towarami. Największą przyjemność dawało mu odłożenie kolejnej sumy do koperty.
Kiedy informował Małgorzatę o wysłanych pieniądzach, w jej głosie słyszał ulgę, ale nie ostateczne przekonanie, że ich problemy zostały rozwiązane. Kanada dowodziła jedynie, że za granicą można zarobić szybciej. Nie odpowiadała jeszcze na pytanie, jak długo rodzina wytrzyma rozłąkę.
Trzynastego lipca Jarek i Kasia zorganizowali mu pożegnalne spotkanie. Trzy miesiące, które przed wyjazdem wydawały się długim okresem próby, minęły szybciej, niż przypuszczał. Nie zdobył pewności, że Kanada stanie się przyszłością całej rodziny. Wiedział jednak, że potrafi pracować, zarabiać i przetrwać w obcym kraju.
Na pożegnaniu Kasia przygotowała jedzenie, Jarek otworzył wino, a rozmowa przeciągnęła się do późna. Wspominali pierwszy dzień na lotnisku i budowę, na której Piotr nie wiedział, z której strony trzymać wałek. Teraz potrafił opowiadać o tym z humorem.
— Jak wrócisz, będziesz już fachowcem — żartował Jarek.
— Jak wrócę, to najpierw znajdę pracę, przy której nie trzeba wchodzić na drabinę. No, chyba, że po powrocie do Calgary — roześmiał się Piotr.
Śmiali się, lecz wszyscy wiedzieli, że nie jest pewne, czy powrót do Kanady w ogóle nastąpi. Turystyczna wiza dobiegała końca. Piotr wracał z doświadczeniem, kontaktami i oszczędnościami, ale bez trwałego statusu i bez konkretnego planu sprowadzenia rodziny.
Powrót nie zaczął się szczęśliwie. Samolot z Calgary do Toronto przyleciał z takim opóźnieniem, że pasażerowie lecący do Warszawy stracili połączenie. Na lotnisku długo nikt nie chciał wziąć odpowiedzialności za grupę pozostawioną bez noclegu. Dopiero narastające protesty, groźby i coraz głośniejsze awantury zmusiły przewoźnika do zapewnienia hotelu oraz dostępu do saloniku VIP.
Wolne godziny postanowili wykorzystać na krótki wypad do Mississaugi. Nazwa miasta miała dla Polaków szczególny urok. W opowieściach emigrantów pojawiała się jako niemal mityczne centrum polskości. Przy Dixie Road Piotr zobaczył jednak zwyczajny ciąg sklepów, parkingów i szyldów. Magia ustępowała miejsca codzienności, a dawna Polonia nie przypominała już świata znanego z opowieści.
Następnego dnia pasażerowie pojawili się na lotnisku przed czasem. Salonik VIP okazał się lepiej zaopatrzony w alkohol niż w jedzenie. Piotr i towarzyszące mu małżeństwo korzystali z tego, co było dostępne, może nazbyt gorliwie, skoro podczas odprawy jeden z pracowników LOT-u wskazał bar i powiedział uprzejmie:
— Mogą państwo jeszcze skorzystać z naszego bufetu.
Drugi mężczyzna spojrzał na podróżnych i wszedł mu w słowo:
— Oni chyba już tam byli.
Tym razem nikt nie protestował. Dalszy lot przebiegł spokojnie i zakończył się w Warszawie.
Kiedy Piotr wszedł do mieszkania przy Sowińskiego, uderzył go znajomy zapach, ciasnota i hałas. Dzieci mówiły jednocześnie. Najmłodsi chcieli go dotknąć, jakby sprawdzali, czy naprawdę wrócił. Rozalia trzymała się blisko, lecz w jej radości było także coś ostrożnego — pamięć o miesiącach, podczas których musiała radzić sobie bez niego.
Rozpakowywanie walizki zamieniło się w małe święto. Dzieci wyciągały drobiazgi, pytały o każdy przedmiot i przerywały sobie nawzajem. Tomisław chciał wiedzieć, czy w Kanadzie naprawdę wszędzie chodzą niedźwiedzie. Krzesisław wspinał się ojcu na kolana. Paweł zachowywał większy dystans, jakby nie chciał okazać, że powrót ojca cokolwiek w nim zmienił.
Piotr zauważył, że podczas jego nieobecności w domu ułożyła się nowa hierarchia. Małgorzata podejmowała decyzje bez konsultacji, Paweł przyzwyczaił się do większej swobody, Rozalia nauczyła się omijać konflikty. Powrót nie oznaczał prostego przywrócenia dawnego porządku. Trzeba go było budować od początku, a nikt nie miał pewności, czy za kilka tygodni ojciec znów nie wyjedzie.
Kilka dni później cała trójka młodszych dzieci pluskała się razem w wannie, śmiejąc się i rozlewając wodę na podłogę. Innym razem Rozalia zasnęła obok Krzysia pod granatową kołdrą w słońca i księżyce. Piotr patrzył na nich i miał wrażenie, że właśnie te zwyczajne obrazy najbardziej oddzielają dom od emigracji. Za oceanem zarabiał pieniądze. Tutaj rozgrywało się życie, którego nie dało się nadrobić.
Przywiózł oszczędności i poczucie, że przez trzy miesiące samodzielnie gospodarował zarobkiem. Kiedy dzieci poszły spać, usiadł z Małgorzatą.
— Byłaś z nimi sama przez trzy miesiące — powiedział. — Teraz ty powinnaś odpocząć. Jedź gdzieś nad morze. Ja zostanę z dziećmi. Stać nas na to.
Małgorzata przyjęła propozycję bez sprzeciwu. Kilka dni później spacerowała brzegiem Bałtyku w okolicach Gdańska. Wiatr szarpał jej kurtkę, fale rozbijały się na pustej plaży, a czerwony parasol trzymała bardziej jak laskę niż ochronę przed deszczem. Nie spędziła całego wyjazdu sama. Przez pewien czas towarzyszył jej Stanisław Stachnik.
Piotr dotrzymał obietnicy i przejął na siebie codzienne obowiązki. Woził dzieci, przygotowywał posiłki, pilnował młodszych i próbował nadrobić rozmowy, których nie odbyli przez trzy miesiące. Dom szybko odzyskał dawny rytm, choć w jego pamięci wciąż pozostawały szerokie ulice Calgary i cisza wynajętego pokoju.
Wyjazd Małgorzaty miał być dla niej odpoczynkiem po okresie samotnej opieki nad rodziną. Piotr nie traktował tego jako nagrody ani rozliczenia. Uważał po prostu, że skoro przywiózł pieniądze, powinny one przynieść coś więcej niż rachunki. Chciał, aby choć przez kilka dni nie musiała odpowiadać za wszystkich.
Piotr tymczasem myślał już o kolejnym wyjeździe. W Kanadzie Ludwik Celeda przekonywał go, że rozsądniejszym kierunkiem będzie Irlandia.
— Bliżej i lepiej płacą — powtarzał. — Do domu możesz przylecieć na Święta, na komunię, na pogrzeb. Z Calgary nie wyskoczysz na kilka dni.
Piotr nie był zachwycony. Od lat jego wyobraźnię zajmowała Ameryka. Irlandia wydawała mu się czymś mniejszym, zastępczym, pozbawionym mitu. Miał jednak kontakt do potencjalnego pracodawcy i wiedział, że odległość od Polski może mieć znaczenie większe, niż chciał przyznać.
Rozalia od dawna mówiła o własnym marzeniu. Chciała zobaczyć wieżę Eiffla. Piotr postanowił, że spełni je podczas wyprawy, którą przedstawi Małgorzacie jako rozpoznanie drogi do Irlandii.
— Muszę pojechać i porozmawiać z człowiekiem, do którego dał mi kontakt Ludwik — zaczął ostrożnie. — Sam telefon nie wystarczy. Trzeba zobaczyć, czy ta praca w ogóle istnieje.
— I dlatego chcesz jechać przez Paryż? — zapytała Małgorzata.
— Skoro już będę w drodze, to czemu nie? Rozalka zobaczy miasto, o którym tyle mówi. Dla niej to może być jedyna taka okazja.
Pomysł zabrania córki nie spodobał jej się od razu. Sprzeciw nie był jednak długi ani stanowczy. Raczej dyplomatyczny — wystarczający, by zaznaczyć własne obawy, lecz nie po to, by wyprawę naprawdę zatrzymać.
Pierwszego sierpnia Piotr i Rozalia dotarli do Grevenbroich, gdzie zatrzymali się u Janusza Kielaka. Następnego dnia przejechali przez Luksemburg. Dziewczynka stała przy szerokiej ulicy w koszulce z brytyjską flagą, niecierpliwa i podekscytowana. Każdy znak drogowy i każda nowa granica przybliżały ją do Paryża.
U Janusza Kielaka czekał ich pierwszy spokojny nocleg po długiej jeździe. Gospodarz oprowadził ich po okolicy, a Rozalia szła obok ojca wąską uliczką między wysokimi ceglanymi murami. Niemieckie miasteczko było uporządkowane i ciche. Dla Piotra stanowiło przystanek, dla córki — początek wielkiej podróży.
Przejazd przez Luksemburg trwał krótko, lecz dziewczynka domagała się postoju. Chciała mieć dowód, że znalazła się w kolejnym kraju. Stała przy niemal pustej ulicy, podczas gdy Piotr sprawdzał mapę i obliczał, ile kilometrów pozostało do Paryża. Granice znikały szybciej niż w jego młodości, ale odległość nadal mierzyło się zmęczeniem, paliwem i godzinami za kierownicą. Wtedy ujawniła się nieoczekiwana zdolność dziewczynki: podczas gdy ojciec prowadził, ona wpatrywała się w mapę i bezbłędnie wypatrywała kolejnych skrzyżowań. „Teraz w lewo", „O, zaraz będzie skrzyżowanie" — dawało się słyszeć co chwilę.
Kiedy po raz pierwszy zobaczyła wieżę Eiffla ponad drzewami, zatrzymała się bez słowa.
— To naprawdę ona? — zapytała w końcu.
— Naprawdę — odpowiedział Piotr. — Specjalnie dla ciebie.
Rozalia stanęła na trawie, a stalowa konstrukcja wyrastała daleko za nią. Następnego dnia chodzili po placu przed katedrą Notre-Dame, przeciskając się między turystami. Później dotarli pod szklaną piramidę Luwru. Piotr obserwował córkę uważniej niż zabytki. Jej zachwyt był dla niego potwierdzeniem, że podróż nie była tylko pretekstem ani kolejną próbą ucieczki przed problemami.
Paryż nie pozwalał oglądać się spokojnie. Samochody wciskały się w każdą wolną przestrzeń, klaksony odbijały się od kamienic, a tłum przesuwał ich w stronę kolejnych zabytków. Pod Notre-Dame Rozalia długo patrzyła na rzeźby nad portalami. Piotr próbował opowiedzieć jej o wieku katedry, lecz dziewczynka bardziej interesowała się gołębiami i ludźmi ustawiającymi się do wejścia.
Przed Luwrem zatrzymali się pod szklaną piramidą. Piotr, który wcześniej znał to miejsce z telewizji, miał wrażenie, że uczestniczy w scenie z cudzego życia. Obok niego stała córka, której jeszcze kilka lat wcześniej dziadkowie kupili zbyt duży rower na legionowskim targowisku. Teraz przemierzali razem Europę.
Wieczorem byli zmęczeni i głodni. Jedli proste jedzenie, siedząc na ławce, a Rozalia wracała wzrokiem do wieży Eiffla.
— Już mogę powiedzieć w szkole, że ją widziałam — stwierdziła.
— Możesz powiedzieć, że pojechałaś tam z tatą.
— To też.
Z Paryża ruszyli ku północnemu wybrzeżu Francji. Rozalia weszła do chłodnej wody, siedząc później na dmuchanym materacu pośród fal. Dalej jechali przez Belgię i Holandię. Trasa, która w rozmowie z Małgorzatą miała prowadzić do spraw zawodowych, coraz bardziej przypominała ojcowską wyprawę z córką — próbę zebrania wspomnień, zanim kolejne wyjazdy rozdzielą rodzinę na dłużej.
Na wybrzeżu wiatr był silniejszy niż w Paryżu. Morze miało stalowy kolor, plaża ciągnęła się szeroko, a fale przewracały lekki materac, na którym Rozalia próbowała utrzymać równowagę. Piotr obserwował ją z brzegu. Bał się o nią bardziej, niż pokazywał, lecz nie chciał odbierać jej radości.
Podróż przez Belgię i Holandię upływała w rytmie autostrad, stacji benzynowych i krótkich postojów. Rozalia zasypiała w samochodzie, budziła się w kolejnym kraju i pytała, gdzie są. Piotr zaczynał rozumieć, że dla niej Europa nie składa się z politycznych granic, lecz z obrazów: wieży, katedry, morza, domu Janusza i twarzy ojca pochylonego nad mapą.
Po powrocie do Polski zatrzymali się jeszcze nad Bałtykiem w okolicach Koszalina. Rozalia stanęła na plaży z butelką w dłoni, opalona i zmęczona, lecz wyraźnie dumna z przebytej drogi. W Legionowie rozłożyła na łóżku album i długo oglądała zdjęcia, jakby chciała upewnić się, że Paryż nie był snem.
Jedenastego sierpnia cała rodzina pojechała do Janowa Podlaskiego na ślub Małgorzaty Olchwiruk, siostrzenicy Małgorzaty, z Janem Jóźwikiem. Przed uroczystością Piotr siedział z Rozalią, Tomisławem i Krzesisławem przy niewielkim stole ustawionym w ogrodzie. Dzieci jadły z kolorowych talerzy, a wokół panował ten szczególny rozgardiasz, który poprzedza rodzinne wesela.
Janów wypełnił się krewnymi. Na podwórzu ustawiano stoły, dzieci zmieniały ubrania i co chwilę gdzieś znikały, kobiety poprawiały fryzury, a mężczyźni pytali, kto kogo zabiera samochodem. Po tygodniach zagranicznych dróg Piotr znów znalazł się w świecie, w którym każda twarz miała miejsce w rodzinnej historii.
W czasie wesela Rozalia krążyła między stołami, Tomisław i Krzesisław szybko znudzili się siedzeniem, a Paweł trzymał się młodszych dorosłych. Marianna i Krystyna rozmawiały o krewnych, których Piotr nie widział od dawna. W gwarze sali mieszały się imiona, dawne urazy, życzenia dla młodej pary i pytania o Kanadę.
— To jak tam było? — słyszał co chwilę.
Odpowiadał krótko: zimno, daleko, praca ciężka, pieniądze dobre. Nie mówił, że najbardziej pamięta pusty ekran po odejściu Rozalii po nóż.
Na sali spotkały się różne gałęzie rodziny. Marianna Andrzejuk siedziała obok córki Krystyny Sołoduszkiewicz, wznosząc kieliszek i rozmawiając ponad zastawionym stołem. Paweł pozował z Andrzejem Sołoduszkiewiczem i innymi młodymi uczestnikami wesela. Muzyka, tłok i rozmowy na kilka głosów na krótko przykrywały wszystkie nieporozumienia.
Następnego dnia dzieci biegały jeszcze po podwórzu w Janowie. Rozalia wdrapała się na dach czerwonego opla, a Piotr patrzył na nią z udawanym oburzeniem.
— Zejdź, bo jeszcze wrócimy do Legionowa bez dachu!
Dziewczynka tylko się roześmiała. Samochód, który dwa lata wcześniej oznaczał dla rodziny niezależność, teraz wywoził ojca i córkę poza kraj.
Wkrótce nastał czas przygotowań do kolejnego wyjazdu. Za radą Ludwika Piotr postanowił spróbować Irlandii. Ostatecznie jednak decydujące znaczenie miało stanowisko Małgorzaty. Zapowiedziała, że do Kanady nigdy się nie przeprowadzi. Dopuszczała natomiast możliwość zamieszkania w Dublinie, skąd byłoby znacznie bliżej do jej matki i sióstr.
Małgorzata nie od razu zgodziła się na wspólny wyjazd męża i córki. Piotr znalazł już pokój u polskiej rodziny, nie jechał więc całkowicie w ciemno, lecz plan nadal wiązał się z ryzykiem. Rozalia była zdecydowana. Po Niemczech, Luksemburgu i Francji Irlandia wydawała jej się kolejnym punktem na mapie. Piotr również nie zamierzał pozostawiać jej samej w środowisku, w którym nie zawsze potrafiła odnaleźć właściwe miejsce.
Od powrotu z Paryża córka nie odstępowała go na długo. Pomagała pakować torby, pilnowała dokumentów i pytała, ile dni będą jechać. Małgorzata widziała jej podekscytowanie, ale także ryzyko: Piotr nie miał jeszcze pewnej pracy, a wynajęty pokój był tylko adresem otrzymanym od obcych ludzi.
— Samemu będzie ci łatwiej — przekonywała. — Najpierw sprawdź, co tam jest.
— W Kanadzie sprawdzałem sam — odpowiedział. — Tym razem nie chcę zostawiać jej z poczuciem, że znowu znikam.
Rozalia słuchała rozmowy z sąsiedniego pokoju. Kiedy weszła, nie prosiła ani nie płakała.
— Jadę z tatą — oznajmiła, jakby decyzja już zapadła.
— Albo jedziemy razem, albo nie jadę wcale — powiedział Piotr.
Małgorzata ustąpiła.
Dwudziestego drugiego sierpnia wiozący ich autobus wjechał do pociągu przewożącego samochody pod kanałem La Manche. Metalowe ściany tunelu odbijały pomarańczowe światło, a Rozalia stała w wąskim przejściu, patrząc na zamknięte wagony.
Pojazd stał nieruchomo wewnątrz wagonu, lecz świadomość, że pociąg pędzi głęboko pod wodą, nadawała podróży nierealny charakter. Rozalia dotykała metalowej ściany i próbowała wyobrazić sobie ciemne morze ponad tunelem. Piotr patrzył na nią i przypominał sobie własne pierwsze przejście przez granicę z czasów, gdy wyjazd na Zachód należał do wydarzeń niemal ceremonialnych. Dla jego córki granica była teraz kolejnymi drzwiami otwieranymi w czasie jednej podróży.
— Nad nami jest morze? — upewniła się.
— Tak.
— I nic nie przecieka?
— Na razie nie — odpowiedział Piotr, a córka parsknęła śmiechem.
Po drugiej stronie zatrzymali się przy czerwonej budce telefonicznej. Anglia wyglądała znajomo i obco zarazem: ceglane mury, lewostronny ruch, znaki, które trzeba było czytać szybciej, niż pozwalała znajomość języka. Następnego dnia dotarli do Dublina.
Po wielu godzinach jazdy i przeprawie promowej przez Morze Irlandzkie zobaczyli światła Dublina. Byli zmęczeni, ale żadne nie chciało zasnąć przed dotarciem pod właściwy adres. Czas też na to nie pozwalał. Dublin powitali z samego rana. Autobus, który przywiózł ich z Polski, zatrzymał się na dublińskim dworcu wczesnym rankiem. Piotr i Rozalia wysiedli jako jedni z ostatnich. Na chodniku zostało przy nich pięć wielkich bagaży — niemal cały ich dobytek na początek nowego życia. W jednej z walizek, starannie owinięty ubraniami, ukryty był komputer, w drugiej monitor. Resztę miejsca zajmowały najpotrzebniejsze rzeczy oraz trochę jedzenia, które miało wystarczyć na pierwsze dni.
Ktoś na dworcu wskazał im właściwy autobus miejski.
— Dojedziecie prawie na miejsce — zapewnił. — Później trzeba będzie kawałek podejść.
„Kawałek" okazał się znacznie dłuższy, niż mogli przypuszczać. Autobus wysadził ich na pętli, skąd do wynajętego pokoju prowadziła jeszcze długa droga przez nieznaną dzielnicę.
Już po pierwszych kilkuset metrach Piotr poczuł nagły, przeszywający ból w prawej stopie. Przy każdym kroku mały palec zdawał się trafiać na rój rozgrzanych igieł. Zaciskał zęby i szedł dalej, nie mówiąc córce, jak bardzo cierpi. Nie mogli przecież zostawić żadnej z walizek bez opieki ani ryzykować, że ktoś zabierze cały ich dobytek.
Przenosili więc bagaże etapami. Piotr brał dwie najcięższe torby, niósł je kilkadziesiąt kroków i zostawiał przy Rozalii. Dziewczynka stawała obok nich jak strażnik, a ojciec wracał po pozostałe. Potem znów przenosił dwie, wracał po następne i zaczynał od początku. Każdy taki odcinek wydłużał drogę kilkakrotnie, a ból stopy stawał się coraz ostrzejszy.
Tak, krok po kroku, przesuwając swój skromny dobytek w głąb obcego miasta, dotarli wreszcie do otoczonego murem osiedla szeregowców. Za jedną z bram znajdował się dom, który miał być ich pierwszym adresem w Dublinie.
Przed ceglanym domem, w którym mieli wynająć pierwszy pokój, Rozalia stanęła obok bagaży. Podróż dobiegła końca, ale nic nie przypominało triumfalnego przyjazdu. Był zwykły chodnik, niewielki ogródek i drzwi prowadzące do miejsca, którego nie znali.
Torby ustawili na chodniku. Rozalia poprawiła plecak i patrzyła na dom z mieszaniną ciekawości oraz zawodu. Nie było hotelu ani eleganckiego apartamentu, tylko zwykła ceglana fasada podobna do wielu innych przy tej ulicy. Piotr poczuł znajome ukłucie: tak jak w Calgary, początek emigracji nie miał w sobie nic podniosłego.
Pokój okazał się ciasny. Stało w nim łóżko z metalowym zagłówkiem, przy oknie ustawili przywieziony z Polski niewielki komputer, a na podłodze i krześle szybko pojawiły się torby oraz ubrania. Rozalia usiadła na brzegu posłania i rozejrzała się uważnie.
— To teraz tutaj mieszkamy?
— Na początek — odpowiedział Piotr.
W kolejnych dniach wyszli na ulice Dublina. Dziewczynka przyglądała się tłumowi, sklepom i pomnikom, a jej ojciec próbował patrzeć na miasto jak na miejsce pracy, nie jak na kolejną atrakcję. W pierwszym mieszkaniu poznali Sebastiana i Iwonę. Podczas niedzielnego spotkania ustawiono grill przy surowej ścianie podwórza, wyniesiono stare krzesła i mały stolik. Ta skromna biesiada miała w sobie coś z emigracyjnego rytuału: ludzie, którzy niedawno byli sobie obcy, dzielili jedzenie, rady i adresy.
W centrum miasta Rozalia zatrzymywała się przy ulicznych muzykach i pomnikach. Dublin był głośny, kolorowy i znacznie bardziej zwarty niż Calgary. Piotr oceniał witryny z ogłoszeniami o pracy, ceny w sklepach i odległości między dzielnicami. Córka oglądała miasto, on zaś szukał w nim sposobu na utrzymanie rodziny.
Sebastian i Iwona tłumaczyli im pierwsze zasady: gdzie kupować taniej, jak korzystać z autobusów, których dzielnic unikać i do kogo zadzwonić w sprawie pracy.
— Najpierw musisz załatwić numer ubezpieczenia dla siebie i córki — radzili, wspominając, że dopiero to pozwoli na legalną pracę i rozpoczęcie nauki w szkole. Podczas grilla na podwórzu plastikowe kubki stały na małym stoliku, a krzesła były przypadkowe i stare. Nikt jednak nie przepraszał za skromne warunki. Wszyscy wiedzieli, że początki wyglądają właśnie tak.
Piotr patrzył na córkę siedzącą między nowymi znajomymi i rozumiał, że kanadyjska próba nie zakończyła się wraz z powrotem do Warszawy. Otworzyła drzwi, których nie potrafił już zamknąć. Najpierw sam stanął po drugiej stronie Atlantyku. Teraz prowadził tam dziecko, krok po kroku, przez kolejne granice.
Nie wiedział jeszcze, czy Dublin okaże się przystankiem, czy początkiem dłuższej emigracji. Wiedział tylko, że od tej chwili każda decyzja będzie miała dwa adresy: ten, pod którym znajdował pracę, i mieszkanie przy Sowińskiego, w którym pozostawała reszta rodziny.


