arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...

Histories

» Show All     «Prev «1 ... 27 28 29 30 31 32 33 34 35 ... 71» Next»     » Slide Show

Dziedzictwo klątwyu

Rozdział XI

Rozdział XXVIII

Do listopada

Lot z Warszawy do Dublina miał być tym razem najłatwiejszą częścią wyprawy. Bez dusznego autokaru, bez wielogodzinnego kołysania się po europejskich drogach, bez zdrętwiałego karku i bez liczenia kolejnych granic. Kilka godzin w powietrzu, lądowanie, odbiór bagażu — i początek nowego etapu. Piotr chciał wierzyć, że po poprzednich doświadczeniach w Irlandii tym razem wszystko zostało przygotowane rozsądniej.

W hali przylotów czas jednak stanął. Najpierw przeciągała się odprawa, potem znieruchomiała czarna taśma bagażowa. Ludzie przesuwali się z nogi na nogę, zerkali na zegarki, podchodzili bliżej, jakby od samego patrzenia walizki miały pojawić się szybciej. Piotr czuł narastające rozdrażnienie, lecz jeszcze silniejszy był głód nikotynowy. Z każdą minutą papieros stawał się w jego wyobraźni jedyną rzeczą, której naprawdę potrzebował.

Nałóg zaczął się niemal piętnaście lat wcześniej, w sposób tak niedorzeczny, że później sam nie potrafił o nim opowiadać bez gorzkiej ironii. Był wtedy młodym instruktorem Związku Strzeleckiego i jedynym dorosłym opiekunem na obozie. Wśród uczestników znalazły się dwie nastoletnie dziewczyny, które paliły demonstracyjnie i nie reagowały na uwagi. Sierżant Aneta oznajmiła w końcu, że przestaną dopiero wtedy, gdy skończą się im papierosy, bo na nowe nie mają pieniędzy.

Piotr potraktował sprawę jak zadanie taktyczne. Skoro zapas miał się skończyć, należało pomóc w jego szybszym zużyciu. Zaczął palić razem z nimi. Dziewczyny rzeczywiście wkrótce zostały bez papierosów, lecz zwycięstwo okazało się osobliwe: one przestały, a on już nie potrafił.

Później próbował rzucać wiele razy. Najmocniej przeżywała to Rozalka. Nie miała jeszcze pięciu lat, kiedy z dziecięcą powagą zapowiedziała, że pójdzie na pieszą pielgrzymkę do Częstochowy, aby wyprosić u Boga jedno — żeby tata przestał palić. Obietnica córki zawstydziła go bardziej niż wszystkie ostrzeżenia lekarzy, a jednak nawet wtedy nie zwyciężył nałogu.

Teraz, na lotnisku w Dublinie, rozsądek znów przegrał.

— Zostań przy taśmie i pilnuj miejsca. Wyjdę tylko na chwilę — powiedział do dziesięcioletniej córki.

Przeszedł przez automatyczne drzwi i niemal natychmiast zapalił. Pierwszy haust dymu przyniósł ulgę, drugi uspokoił drżenie rąk. Dopiero gdy zgasił papierosa i ruszył z powrotem, zrozumiał, co zrobił. Ochrona zatrzymała go przy wejściu. Nie wolno było wrócić do zamkniętej strefy odbioru bagażu.

— Tam została moja córka! Sama! — tłumaczył coraz głośniej. — Pilnuje naszych rzeczy. Muszę po nią wrócić.

Kobiety w uniformach powtarzały procedury. Dla nich był po prostu kolejnym zdenerwowanym pasażerem, który znalazł się po niewłaściwej stronie kontroli. Pracownice stoiska PLL LOT współczuły mu, ale nie mogły opuścić stanowiska ani wejść za niego do strefy zastrzeżonej.

Piotr wyciągnął telefon kupiony podczas wcześniejszego pobytu w Irlandii. Na wyświetlaczu świeciła ostatnia kreska baterii. Wybrał numer Rozalii i czekał, słuchając sygnału z sercem bijącym tak mocno, jakby od tej rozmowy zależało jej bezpieczeństwo.

— Rozalko, nie wpuszczą mnie z powrotem! — wyrzucił z siebie, gdy odebrała. — Musisz sama zabrać wszystkie torby, załadować je na wózek i wyjść przed terminal. Rozumiesz? Wszystkie.

Nie zdążył usłyszeć odpowiedzi. Telefon zgasł.

Przez następne minuty chodził przed szklaną elewacją, przeklinając własną głupotę. Wyobrażał sobie córkę stojącą bezradnie przy taśmie, walizki rozrzucone wokół niej i obcych ludzi przechodzących obok. Wreszcie drzwi rozsunęły się. Z hali wyłoniła się drobna dziewczynka pchająca przeładowany metalowy wózek. Torby piętrzyły się wysoko, jedna zsuwała się na bok, lecz Rozalia mocno trzymała uchwyt i posuwała się naprzód krok po kroku. Nie płakała. Nie wołała. Wykonała zadanie.

Piotr podbiegł i chwycił wózek. Wstyd był silniejszy niż ulga. To on miał się nią opiekować, tymczasem przez własny nałóg zostawił ją samą w obcym kraju z całym ich bagażem.

W kieszeni miał leki wspomagające rzucenie palenia. Zażywał je od kilku tygodni, ale bez większej wiary. Obraz córki wychodzącej z lotniska z ciężkim wózkiem zapisał się w nim jednak głębiej niż wszystkie wcześniejsze postanowienia.

Zamieszkali przy Bulfin Road, pod numerem siedemdziesiątym. Warunki były lepsze niż podczas poprzedniego pobytu: własna przestrzeń, osobna łazienka, trochę prywatności. Przez pierwsze chwile można było nawet uwierzyć, że najtrudniejsze mają za sobą. Szybko okazało się jednak, że tym razem nie zawiodło mieszkanie, lecz cała reszta.

Praca, którą Piotrowi obiecano przed wyjazdem, już nie istniała. Na jego miejscu zatrudniono kogoś innego, a irlandzki rynek, jeszcze niedawno chłonący ludzi gotowych do każdej roboty, nagle się skurczył. Nad krajem zbierały się pierwsze ciężkie chmury kryzysu. Ogłoszeń ubywało, pracodawcy przestawali oddzwaniać, znajomi rozkładali ręce.

Każdego ranka Piotr i Rozalia wychodzili na miasto. Kupowali gazety, przepisywali numery telefonów, zaglądali do lokali i na budowy, pytali wszędzie, gdzie mógł być potrzebny człowiek do pracy. Ponieważ oszczędzali nawet na autobusach, przemierzali Dublin pieszo. Dziewczynka dotrzymywała ojcu kroku, choć po kilku godzinach bolały ją nogi.

Najgorsze były wystawy barów i restauracji. Ciepłe światło, ludzie siedzący przy stolikach, talerze niesione przez kelnerów — wszystko to należało do świata, od którego oddzielała ich szyba.

— Tato, jak już znajdzie tata pracę, to chętnie bym to zjadła — mówiła czasem Rozalka, wskazując na zwykły gorący posiłek.

Nie domagała się, nie marudziła. Wypowiadała te słowa jak plan na lepszą przyszłość. Piotr odwracał wzrok, żeby nie widziała jego bezsilności. Od czasu do czasu wyskrobywał monety na burgera za euro. Taki posiłek urastał do rangi święta.

W końcu znalazło się trzydniowe zlecenie. Tylko trzy dni, lecz oznaczały pieniądze na jedzenie i kilka kolejnych dni oddechu. Pierwszego ranka Piotr wyszedł przed dom jeszcze przed świtem. W paczce został ostatni papieros. Zapalił go, patrząc na bladą ulicę, i pomyślał nie o tym, czy rzuci palenie, lecz skąd weźmie następne.

Wypalił do końca. Zgasił niedopałek i poszedł do pracy.

Dopiero po kilku godzinach zorientował się, że nie odczuwa zwykłej paniki. Leki, wstyd po wydarzeniu na lotnisku, dziecięca pielgrzymkowa obietnica Rozalki i coraz silniejsze przekonanie, że nie może dłużej oddawać papierosom pieniędzy potrzebnych na jedzenie — wszystko złączyło się w jednym momencie. Nie kupił kolejnej paczki.

Tamten papieros, wypalony o świcie przed trzydniowym zleceniem, okazał się ostatnim. Nie na tydzień ani miesiąc, lecz na wiele lat.

Z pracą było jednak coraz gorzej. Termin najmu kończył się wcześniej niż data odlotu, a na kolejny miesiąc nie mieli pieniędzy. Wtedy pomogli im znajomi — Tomasz Zagroba i Wioletta Laskowska. Przyjęli ich pod swój dach, nakarmili i pozwolili przetrwać do wyjazdu. Piotr był wdzięczny, lecz nie umiał uwolnić się od poczucia klęski. Przyjechał, by zarabiać i zapewnić córce spokojniejsze życie, a wracał bez pieniędzy, zależny od cudzej pomocy.

Siedemnastego marca wsiedli do samolotu do Warszawy.

Piotr spodziewał się, że w domu usłyszy wszystko, czego sam najbardziej się obawiał: że okazał się niezaradny, że niepotrzebnie wyjechał, że zmarnował pieniądze i czas. Małgorzata zareagowała jednak inaczej. Niemal natychmiast zaczęła nalegać na kolejny wyjazd. Piotr miał ponownie zabrać Rozalię i wrócić do Irlandii — do kraju, z którego właśnie wrócili po tygodniach bezrobocia, głodu i upokorzenia.

Dla niego było to pozbawione sensu. Bez dobrej znajomości angielskiego, w chwili gdy praca znikała z dnia na dzień, Dublin nie dawał żadnej nadziei. Małgorzata nie przyjmowała jednak sprzeciwu. Każdy argument odbijał się od niej jak od ściany.

Piotr i Rozalia zaczęli więc układać własny plan.

Ludwik Celeda, u którego Piotr pracował wcześniej w Kanadzie, dał mu wyraźnie do zrozumienia, że w Calgary czeka na niego zajęcie. Nie była to mglista obietnica, ale konkret: malowanie domów i wypłata od pierwszych dni. Kanada oznaczała daleką podróż, ryzyko na granicy i kolejne kłamstwo wobec Małgorzaty. Oznaczała jednak również pracę.

Do przygotowań włączyły się Urszula, Wioletta Laskowska i Ewa Warzyńska. Urszula miała zawieźć ojca i córkę na lotnisko w czasie, gdy Małgorzata będzie w pracy. Ewa podsuwała fałszywe tropy: w rozmowach z Małgorzatą wspominała o kontaktach z Piotrem i sugerowała, że nadal przebywa on w Irlandii. Wioletta otrzymała zadanie, które miało pozwolić utrzymać tajemnicę już po wylocie.

Rozalia znała plan i przyjęła go z powagą wspólniczki. Była dzieckiem, ale po irlandzkim lotnisku Piotr wiedział, że w krytycznej chwili potrafi zachować więcej zimnej krwi niż niejeden dorosły.

Na kanadyjskiej kontroli granicznej ta pewność została wystawiona na próbę. Urzędnik mówił szybko, używał słów, których Piotr nie rozumiał, i wracał do tych samych pytań w coraz bardziej szczegółowej formie. Piotr odpowiadał urywkami, aż w końcu zupełnie się zaciął.

Rozalia podeszła bliżej kontuaru i włączyła się do rozmowy, odpowiadając urzędnikowi. Angielskiego uczyła się w szkole i, choć miała zaledwie dziesięć lat, poradziła sobie lepiej od ojca. Urzędnik spoglądał raz na nią, raz na Piotra, po czym postawił pieczątki w paszportach.

Dopiero gdy odeszli kilka kroków, Piotr odważył się zapytać:

— O co on właściwie pytał?

— Czy mama wie, że tu przylecieliśmy.

Piotr zatrzymał się.

— I co powiedziałaś?

— Że oczywiście wie — odparła Rozalka, jakby była to najprostsza odpowiedź na świecie.

Pierwsze lokum znaleźli u Dolores, w domu przy Shawingan Drive. Gospodyni od początku narzekała, że pokój jest za mały dla dwóch osób. Miała rację: łóżko, rzeczy i dwie walizki niemal wypełniały całą przestrzeń. Po Dublinie sam fakt, że mieli dach nad głową i pracę w zasięgu ręki, wystarczał jednak, by nie wybrzydzać.

Ludwik dotrzymał słowa. Piotr wrócił do malowania domów i wynegocjował podwyżkę z szesnastu do dwudziestu dolarów za godzinę. Pracował długo, często do zmęczenia, ale każda przepracowana godzina miała wyraźny sens. Rachunki przestały być abstrakcyjnym zagrożeniem. Można było kupić jedzenie, odłożyć pieniądze i myśleć o powrocie z czymś więcej niż pustą walizką.

Problemem pozostawała szkoła. Jeszcze w Polsce Piotr dzwonił do kanadyjskiej ambasady i pytał, czy córka będzie mogła kontynuować naukę. Usłyszał, że nie powinno być trudności. Na miejscu, gdy razem z Jarosławem Bucholcem poszli do szkoły publicznej, odpowiedź była jednoznaczna: dziecko przebywające w Kanadzie jako turysta nie może zostać przyjęte na zwykłych zasadach.

Rozalia trafiła więc do Polskiej Szkoły im. Jana Pawła II działającej przy parafii. W soboty uczyła się języka polskiego, historii, geografii i religii. Na zdjęciu z dziesiątego maja stoi w szkolnym korytarzu między rzędami żółtych szafek, z ręką opartą o biodro i miną osoby, która postanowiła nie okazywać niepewności. Kilka dni później ćwiczyła jazdę na wymarzonych rolkach na spokojnym chodniku przy Shannon Drive. Pierwsza próba zakończyła się upadkiem, lecz zanim Piotr zdążył podejść, już próbowała się podnieść.

Tak wyglądał ich kanadyjski układ: on pracował, ona uczyła się, a wolne godziny spędzali razem. Rozmawiali przy posiłkach, w autobusach, podczas spacerów i wieczorami w ciasnym pokoju. Piotr odkrywał, że córka widzi znacznie więcej, niż dorośli chcieliby przyznać.

Podczas jednej z rozmów Rozalka wróciła do Pawła. Od dawna była zazdrosna o starszego brata, a przede wszystkim o miejsce, jakie — w jej odczuciu — zajmował w sercu matki i w rodzinie z Janowa. Piotr także dostrzegał nierówność, choć nie zawsze potrafił rozstrzygnąć, ile było w niej rzeczywistości, a ile dziecięcego bólu. W Kanadzie starał się wynagrodzić córce wcześniejsze poczucie odsunięcia, poświęcając jej niemal cały czas poza pracą.

Rozalia długo tłumaczyła, dlaczego chciałaby być najstarsza. Wreszcie podsumowała swoje rozumowanie zdaniem, na które ojcu zabrakło odpowiedzi:

— Gdyby tata nie zrobił Pawła przed czasem, to ja byłabym najstarsza.

Powiedziała to z pełną powagą. Piotr najpierw zamilkł, potem parsknął śmiechem, a w końcu musiał przyznać, że logika córki, choć osobliwa, była bezbłędna.

Polska szkoła stała się dla Rozalii czymś więcej niż miejscem sobotnich zajęć. Podczas akademii z okazji Dnia Matki dzieci występowały przed rodzicami, a na zakończenie wręczały matkom białe róże. Rozalka podeszła z kwiatem do ojca. Piotr przyjął od córki białą różę i poczuł, jak ściska go w gardle. Wzruszenie mieszało się z bólem rozłąki.

Czternastego czerwca podczas uroczystości kończącej rok szkolny Rozalia miała przeczytać lekcję w polskim kościele. Stała przy ambonie obok katechetki, która poprawiała mikrofon. Wielki krzyż nad ołtarzem zdawał się wisieć dokładnie nad jej głową.

— Trochę się boję — przyznała wcześniej. — Ale kiedyś musi być pierwszy raz.

Głos zadrżał jej tylko na początku. Potem czytała wyraźnie, zdanie po zdaniu, nie podnosząc wzroku znad tekstu. Piotr słuchał z ławki i czuł dumę, która nie potrzebowała żadnych słów.

W wolne dni poznawali Calgary i okolice. Pierwszego czerwca wjechali na Calgary Tower i patrzyli na miasto z góry, jakby z tej wysokości łatwiej było objąć wzrokiem drogę, która przywiodła ich aż tutaj. Spacerowali po centrum, zatrzymywali się przy Olympic Plaza, oglądali zwierzęta w zoo. Z Jarosławem Bucholcem pojechali do Cochrane i nad Ghost Lake, gdzie Rozalka stała na pokładzie łodzi z rozwianymi włosami i szerokim uśmiechem. W Heritage Park oglądali stare wagony, drewniane domy, tipi i wnętrza urządzone jak przed stuleciem. Dzięki tym wycieczkom Kanada nie składała się dla Rozalii wyłącznie z tajemnicy, pracy ojca i ciasnego pokoju.

W tym samym czasie w Polsce toczyło się życie, z którego oboje zostali wyłączeni.

Osiemnastego maja Tomisław przystąpił do Pierwszej Komunii Świętej w parafii św. Jana Kantego w Legionowie. Po Mszy stanął w białej albie, z chlebem w dłoniach, między osiemnastoletnim Pawłem i jego dziewczyną, na tle makiety Najświętszego Sakramentu. Dziewczyna była rodzicom dobrze znana, choć nie wszystkie związane z nią okoliczności budziły ich aprobatę.

Po uroczystości rodzina zebrała się przy stole. Byli Adam i Jadwiga Koryccy, chrzestni Krzysztof Włochiński z rodziną oraz Dominika Sęczyk z mężem i córką. Z Janowa Podlaskiego nikt nie przyjechał. Pojawił się natomiast Stanisław Stachnik z żoną i córką, co Piotr — znający wcześniejsze rodzinne napięcia — odebrał jako demonstrację, a nie zwyczajną wizytę.

[Fragment książki przeznaczony wyłącznie dla członków rodziny]

Z perspektywy Piotra najbardziej bolesne było to, że Małgorzata, świadoma skomplikowanych i według niego niewłaściwych relacji łączących niektóre z obecnych osób, pozowała do zdjęć z wyraźną dumą. Szczególnie jedno ujęcie utkwiło mu później w pamięci: Paweł, jego dziewczyna i mały Tomisław stali na tle dekoracji eucharystycznej. W oczach Piotra obraz ten łączył rodzinną uroczystość z fałszem, którego nie potrafił zaakceptować.

[Koniec fragmentu przeznaczonego wyłącznie dla członków rodziny]

Podczas przyjęcia padały słowa, które zaczęły żyć własnym życiem. Rodzina Włochińskich wyciągała z opowieści Małgorzaty kolejne wnioski, dodawała interpretacje i przekazywała je dalej. Zanim wieści dotarły do Kanady, miały już postać oskarżeń godzących w Piotra i Rozalię.

Telefon od szwagra zastał ich w Calgary. Piotr słuchał relacji, coraz mocniej zaciskając dłoń na aparacie. Gdy rozmowa się skończyła, powiedział:

— Jadę do prawnika.

Rozalia spojrzała na niego przestraszona.

— Po co?

— Bo miarka się przebrała. Nie możemy pozwolić, żeby opowiadano takie rzeczy.

Kanadyjska prawniczka potraktowała sprawę poważnie. Pytała o świadków, daty, konkretne wypowiedzi i możliwość wykazania, kto rozpoczął pomówienia. Wyjaśniła, jak można żądać przeprosin i jakie konsekwencje może mieć skierowanie sprawy do sądu. Rozalia siedziała obok ojca, choć cały ten świat pism, dowodów i odpowiedzialności był dla niej zbyt ciężki.

Piotr ostatecznie odstąpił od pozwu. Tadeusz prosił go, by nie wciągał jego rodziny w proces. Małgorzata stanowczo zaprzeczała, że to ona powiedziała przypisywane jej słowa: „nigdy i przenigdy", może ktoś inny coś dodał, może ją źle zrozumiano. Piotr nie uwierzył w pełni, lecz uznał, że droga sądowa mogłaby zatruć rodzinę jeszcze bardziej. Zareagował inaczej — opublikował w internecie szyderczą odpowiedź, ośmieszając najbardziej niedorzeczne wersje krążącej opowieści.

Dwudziestego lipca do Calgary przyleciał Tadeusz. Chciał zarobić na budowach i przekonać się, czy Kanada może stać się również jego szansą. Razem z Piotrem, Rozalią i Jarosławem Bucholcem pojechał do Banff. Na fotografiach stoi przy białej dorożce, z górami w tle, a później siedzi z nimi przy stole. Wycieczka nie rozwiązywała jednak podstawowego problemu. Bez angielskiego Tadeusz nie potrafił odnaleźć się w pracy ani w codziennych sprawach. Jeszcze mocniejsza okazała się tęsknota za Urszulą. Po krótkim pobycie zrezygnował i wrócił do Legionowa.

Małgorzata nadal była przekonana, że mąż i córka przebywają w Irlandii. Dzwoniła na irlandzki numer Wioletty Laskowskiej, pytała o pracę Piotra i postępy Rozalii w tamtejszej szkole. Wioletta przekierowywała połączenia do Kanady, podtrzymując iluzję odległości mniejszej o kilka tysięcy kilometrów. Rozmowy wymagały stałej czujności. Nie wolno było wspomnieć o Calgary, dolarach, górach ani różnicy czasu. Rozalia odpowiadała krótko, a potem z ulgą odkładała słuchawkę. Czasem wystarczało jedno słowo, by o mało nie zdradzić prawdy.

— Tak, teraz Ludwik płaci mi już dwadzieścia dolarów na godzinę — powiedział kiedyś Piotr.

— Dolarów?

— Oj, oczywiście, że euro — poprawił się szybko.

— No właśnie, tak słucham i się dziwię…

Tajemnica nie mogła trwać wiecznie. Jeszcze przed końcem wakacji Małgorzata dowiedziała się, gdzie naprawdę są. Jej gniew był gwałtowny. Nie żądała, by natychmiast wrócili do Polski, gdyż sądziła, że córka chodzi do szkoły. Piotr nie zamierzał jednak porzucać pracy w chwili, gdy po raz pierwszy od miesięcy rzeczywiście zarabiał. Aby zyskać jeszcze trochę czasu, oznajmił, że Rozalia za znakomite wyniki w nauce otrzymała dwutygodniowy wyjazd kolonijny. Była to opowieść równie śmiała jak cała ich konspiracja, zwłaszcza że córka nie została przyjęta do kanadyjskiej szkoły publicznej.

Udało mu się przeciągnąć pobyt do końca sierpnia. Pracował jak najwięcej i odkładał pieniądze. Kiedy wreszcie zamykali walizki, nie wracali już jak rozbitkowie z Dublina. Przywozili oszczędności, zdjęcia z Calgary, Banff i Heritage Park oraz doświadczenie kilku miesięcy, podczas których ojciec i córka byli dla siebie niemal całym światem.

W Polsce Małgorzata wykupiła Tomisławowi turnus terapeutyczny nad morzem, mający pomóc mu w wadzie wymowy. Przed jego zakończeniem musiała pilnie wracać do Janowa Podlaskiego, dlatego poleciła Piotrowi i Rozalii, aby po przylocie pojechali prosto do Łeby. Tam czekali chłopcy. Na zdjęciach z końca sierpnia Tomisław stoi na wydmie, a wcześniej razem z innymi dziećmi ogląda osobliwy pojazd zbudowany z drewna i gałęzi. Piotr po wielu miesiącach znów miał przy sobie więcej niż jedno dziecko.

Z Łeby pojechali do Janowa, a następnie do Legionowa. Dziesiątego września na stole w mieszkaniu przy ulicy Słowackiego stanął tort ze świeczkami. Świętowano imieniny Rozalii, a kilka dni później odbyło się wspólne przyjęcie urodzinowe dzieci. Piotr podawał córce tort, za nią siedzieli bracia i kuzyni. Po irlandzkim głodzie i kanadyjskiej konspiracji zwykły rodzinny stół wyglądał jak zapowiedź normalności.

Wtedy Małgorzata powiedziała coś, co Piotr przyjął jak długo oczekiwane otwarcie drzwi.

— Ty leć teraz sam. Ja przylecę z dziećmi w listopadzie.

Wiedział, ile razy wcześniejsze plany rozpadały się po kilku dniach. Wiedział, jak łatwo deklaracje zamieniały się w pretensje i jak często każde z nich rozumiało wspólną przyszłość inaczej. Mimo to uwierzył. Chciał uwierzyć. Perspektywa przeprowadzki całej rodziny do Kanady nadawała sens pracy, rozłące i wszystkim wcześniejszym upokorzeniom.

Zaraz po urodzinach córki wrócił do Calgary sam.

Pracował od rana do wieczora. Po pracy wracał do pustego pokoju, jadł w ciszy i patrzył na kalendarz zawieszony nad łóżkiem. Do listopada zostały dwa miesiące. Każdego wieczoru skreślał grubym flamastrem kolejny dzień. Nie liczył już przepracowanych godzin ani zarobionych dolarów. Liczył czas do przylotu Małgorzaty i dzieci.

Pod koniec października zachorował. Gorączka dochodziła do czterdziestu stopni, przez kilka dni nie miał siły wstać z łóżka. Leżał sam, w obcym kraju, z termometrem i wodą ustawioną w zasięgu ręki, powtarzając sobie, że musi wyzdrowieć, zanim przyjedzie rodzina.

Gdy tylko stanął na nogach, razem z Jarosławem Bucholcem zaczął szukać większego mieszkania. Nie pokoju, nie prowizorycznego kąta, lecz prawdziwego domu dla Małgorzaty, Pawła, Rozalii, Tomisława, Krzesisława i dla siebie. Oglądali kolejne lokale, aż znaleźli odpowiedni. Piotr podpisał umowę, zorganizował meble, kupił najpotrzebniejsze wyposażenie i po raz pierwszy od dawna poczuł, że plan rzeczywiście nabiera kształtu.

Usiadł przed komputerem i połączył się przez Skype'a z rodzicami w Polsce. Kamera pokazywała niewyraźny obraz, głos chwilami się rwał, lecz Piotr nie potrafił powstrzymać radości.

— Mamo! Mam to! Wynająłem piękne mieszkanie dla nas wszystkich!

Po drugiej stronie zapadła cisza. Nie była to cisza wynikająca z opóźnienia połączenia. Jadwiga odwróciła wzrok, jakby szukała słów, których nie chciała wypowiedzieć.

— Piotruś… — zaczęła w końcu cicho. — Ale ona powiedziała, że nigdy w życiu się tam nie wybiera.


Media TitleDziedzictwo klątwyu
Media NotesRozdział XXVIII
Latitude52.38096474723043
Longitude19.072265625

» Show All     «Prev «1 ... 27 28 29 30 31 32 33 34 35 ... 71» Next»     » Slide Show





Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.