arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...

Histories

» Show All     «Prev «1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 71» Next»     » Slide Show

Dziedzictwo klątwy

Rozdział XXIX – Dom, który ucichł

Rozdział XXIX

Dom, który ucichł

„Ona nie przyjedzie", „ona się nigdzie nie wybiera" — słowa matki dźwięczały Piotrowi w uszach jak wyrok i oskarżenie zarazem. Po tylu latach wspólnego życia, po tylu obietnicach, które okazywały się warte mniej, niż chciał wierzyć, znów poczuł się naiwny. Czy Małgorzata wysłała go do Kanady tylko po to, by pozbyć się problemu? Czy od początku wiedziała, że nie ruszy się z Legionowa, podczas gdy on urządzał dom, szukał pracy i czekał na rodzinę?

— Trzeba wracać. Natychmiast — powiedział do siebie, choć w pustym mieszkaniu nikt nie mógł go usłyszeć.

Przez chwilę widział już siebie na lotnisku, z biletem kupionym za ostatnie pieniądze. Zanim jednak zaczął sprawdzać połączenia, chwycił za słuchawkę. Najpierw próbował dodzwonić się do Rozalki. Nie odbierała. Zadzwonił więc do żony.

— Ano, pakujemy się — usłyszał spokojny głos Małgorzaty. — Cały pokój stoi w paczkach. Z niektórymi rzeczami chodzę na targ, żeby je sprzedać. Tego wszystkiego przecież nie zabierzemy.

Piotr zamilkł. Jej głos był spokojny, pozbawiony wahania. Małgorzata mówiła o kartonach, torbach i walizkach, o rzeczach sprzedanych za niewielkie pieniądze oraz o tych, których nikt nie chciał kupić. Samą deklarację mógłby uznać za kolejną próbę uspokojenia go na odległość, lecz szczegóły brzmiały zbyt konkretnie.

— A bilety? — zapytał.

— Są. Dzieci wiedzą, że lecimy. Tylko jeszcze trzeba to wszystko domknąć.

To, co słyszał od żony, nie pasowało do relacji matki. Jadwiga utrzymywała, że synowa mówi znajomym coś zupełnie innego. Rozalka nadal nie odbierała, a Piotr ufał bez zastrzeżeń tylko jej. Jedynie córka mogła powiedzieć, co naprawdę dzieje się przy Sowińskiego. Mimo wszystko nieco się uspokoił. Przynajmniej tej nocy nie szukał biletu powrotnego.

Następnego dnia wreszcie porozmawiał z córką.

— Pakujecie się naprawdę? — zapytał bez wstępów.

— Naprawdę. Wszędzie są pudła — odpowiedziała Rozalia. — Mama chodzi z rzeczami na targ. Tylko wcześniej mówiła innym, że nigdzie nie jedziemy. Sama słyszałam.

Potwierdzenie nadeszło także od rodziców. Jadwiga wysłała męża „na zwiady", jak sama to określiła. Adam miał zajrzeć do mieszkania synowej i sprawdzić, czy przygotowania nie istnieją wyłącznie w telefonicznych opowieściach.

— Ojciec tam był — relacjonowała potem. — Mówi, że naprawdę wszystko popakowane. Pudła pod ścianami, szafy prawie puste. Wszyscy mówią o wyjeździe.

Wyglądało na to, że Małgorzata do ostatniej chwili nie była zdecydowana albo nie chciała ujawniać swoich planów przed ludźmi. Piotr nie potrafił rozstrzygnąć, czy naprawdę się wahała, czy jedynie pozostawiała sobie możliwość odwrotu. Wiedział tylko, że 5 listopada mieszkanie przy Sowińskiego niemal opustoszało.

Trzy dni później pośrodku niemal pustego pokoju stał niewielki stół, a wokół niego ostatnie krzesła. Na blacie ustawiono napoje, pizzę, kilka prostych potraw i to, co udało się jeszcze znaleźć w opróżnionej kuchni. Małgorzata siedziała z dziećmi. Przyszli Krystyna Sołoduszkiewicz z mężem Jackiem, a wraz z nimi Stanisław Stachnik, zaproszony przez Krystynę do domu jej siostry.

Było to spotkanie pożegnalne, choć nie wszyscy używali tego słowa. Dorośli rozmawiali głośniej niż zwykle, jakby gwar mógł zagłuszyć świadomość, że nazajutrz cała rodzina ruszy na drugi koniec świata. Krzyś pił sok z dużej szklanki, Tomisław krążył między krzesłami, a Rozalia uważnie przysłuchiwała się rozmowom starszych.

— To kiedy wracacie? — padło pytanie, pół żartem, pół serio.

— Najpierw trzeba tam dolecieć — odpowiedziała Małgorzata. — A potem zobaczymy, jak będzie.

— Piotr już wszystko urządził? — dopytywała Krystyna.

— Tak mówi. Dom podobno gotowy.

Małgorzata nie powiedziała ani że się cieszy, ani że żałuje. W jej głosie brzmiała ostrożność człowieka, który nie chce składać żadnych deklaracji, zanim nie zobaczy nowego miejsca na własne oczy.


Nazajutrz niezwykłość podróży szybko ustąpiła zmęczeniu. Długie godziny w fotelach i jednostajny szum silników zrobiły swoje. Krzyś wtulił się w matkę. Małgorzata próbowała jednocześnie pilnować najmłodszych, dokumentów i bagażu podręcznego. Rozalia i Paweł radzili sobie sami, lecz Tomisław co jakiś czas pytał, ile jeszcze zostało.

— Daleko ta Kanada? — mruknął w końcu.

— Bardzo daleko — odpowiedziała matka. — Ale tata już tam na nas czeka.

Po wielu godzinach lotu, odpraw i oczekiwania wreszcie zobaczyli Piotra. On zaś, patrząc na całą piątkę, na torby, zmęczone twarze i dziecięce kurtki przewieszone przez ramiona, przez chwilę nie umiał powiedzieć niczego sensownego. Miesiące samotności skończyły się w jednej chwili. Rodzina naprawdę przyleciała.

Dom przy 28 Dovercrest Way SE nie był okazały. Stał w zwyczajnej dzielnicy niskich, podobnych do siebie budynków, niedaleko ruchliwej drogi. W salonie najbardziej rzucały się w oczy ceglany kominek, używane kanapy w jasny wzór i okrągły stół przykryty koronkową serwetą. Na kominku Piotr ustawił rodzinne fotografie. W kuchni czekały garnki, talerze, sztućce i podstawowe zapasy. Meble nie tworzyły kompletu, lecz spełniały swoją funkcję. Dom nie przypominał już pustego lokum człowieka, który przyjechał sam i żył z walizki.

Małgorzata rozejrzała się bez widocznego zachwytu, ale też bez otwartego rozczarowania. Zdjęła płaszcz, usiadła w fotelu i na chwilę przymknęła oczy. Dzieci natomiast ruszyły od pokoju do pokoju, otwierały drzwi, zaglądały do szaf i sprawdzały, gdzie będą spać.

— To mój? Naprawdę mój? — Rozalia stanęła w największym z pokojów.

— Twój — potwierdził Piotr. — Tu będziesz spała, odrabiała lekcje i trzymała swoje rzeczy.

— A nasza sypialnia? — zapytała Małgorzata.

Piotr pokazał mniejszy pokój.

— Dlaczego córka dostała większy niż my?

— Bo ona będzie w nim także w dzień. My przychodzimy do sypialni głównie po to, żeby spać. W salonie jest miejsce dla wszystkich. Poza tym pamiętaj, że była ze mną zawsze — w każdych warunkach i w każdym czasie. Zasłużyła teraz na większy pokój.

— Mogłeś to ze mną ustalić.

— Próbowałem urządzić dom, zanim przyjedziecie.

Nie był to jeszcze spór, raczej pierwsze zderzenie dwóch sposobów myślenia. Piotr widział praktyczne rozwiązanie. Małgorzata — decyzję podjętą bez niej. Rozalia, stojąca w drzwiach, przestała się uśmiechać i zaczęła rozpakowywać torbę, udając, że nie słucha.

Pierwszy wieczór szybko odebrał wszystkim siły. Paweł usiadł na kanapie obok dużej podróżnej torby. Młodsi zasnęli tam, gdzie wcześniej bawili się i rozrzucali rzeczy wyjęte z walizek. Jeden z chłopców zwinął się na brzegu kanapy, drugi ułożył się na podłodze pośród ubrań i koców. Małgorzata, jeszcze w ubraniu, opadła na fotel przy stole. Piotr nalewał napoje, przynosił talerze i próbował opowiadać, gdzie znajduje się najbliższy sklep, przystanek i szkoła. Nikt nie miał już siły słuchać.

— Jutro wam wszystko pokażę — obiecał.

— Jutro daj nam najpierw dojść do siebie — odpowiedziała Małgorzata.


Piotr chciał jak najszybciej podzielić się tym, co przez ostatnie miesiące poznawał samotnie. Pragnął pokazać rodzinie Calgary, komunikację miejską, sklepy i miejsca, które w jego oczach dowodziły, że decyzja o wyjeździe miała sens. Na 11 listopada zaplanował wyprawę do parku wodnego.

Od rana trwało ubieranie dzieci, szukanie czapek, rękawiczek, strojów kąpielowych i ręczników. Śniegu nie było jeszcze wiele, lecz wiatr przenikał przez ubrania. Na przystanku stali obładowani torbami, a Piotr tłumaczył trasę: najpierw autobus, potem przesiadka przy stacji Southland, a dalej kolejne połączenie.

— Bez samochodu wszędzie tak się jeździ? — zapytała Małgorzata.

— Na razie tak. Komunikacja działa dobrze, tylko trzeba znać połączenia.

— Dzieci ledwo stoją po podróży, a ty urządzasz wyprawę przez pół miasta.

— Chciałem zrobić im przyjemność. Siedząc w domu, też nie dojdą szybciej do siebie.

W autobusie Paweł usiadł obok Krzysia. Młodszy chłopiec, opatulony w czapkę i zimową kurtkę, patrzył przez szybę na szerokie ulice, niskie domy i obce szyldy. Piotr i Małgorzata zajęli miejsca po drugiej stronie. On uśmiechał się, szczęśliwy, że po raz pierwszy jadą przez Calgary całą rodziną. Ona była zmęczona, spięta i wyraźnie nie podzielała jego entuzjazmu.

— Jeszcze daleko? — dopytywał Tomisław.

— Już niedługo — odpowiadał za każdym razem ojciec, choć do celu pozostała kolejna przesiadka.

Po latach Małgorzata wciąż wspominała tę wyprawę jako dowód, że Piotr nie liczył się z jej zmęczeniem. On zapamiętał przede wszystkim własną radość z połączenia rodziny i niezrozumienie, dlaczego próba sprawienia dzieciom przyjemności została przyjęta jak kolejna krzywda. Ten sam dzień pozostał w ich pamięci w dwóch zupełnie różnych wersjach.

Pierwsze dni przyniosły również nieporozumienie, do którego Małgorzata miała później wielokrotnie wracać. Podczas rozpakowywania postawiła przy kuchennej szafce zawiązaną torbę foliową. Piotr zwykle zostawiał w tym miejscu worek ze śmieciami, zanim wyniósł go na zewnątrz. Kiedy zobaczył torbę, pomyślał tylko, że źle to wygląda: żona dopiero przyjechała, a w kuchni stoją nieuprzątnięte odpadki. Chwycił worek i zaniósł go do kontenera.

Dopiero po kilku dniach Małgorzata zaczęła nerwowo przeglądać szafki, walizki i kartony.

— Postawiłam tu torbę z lekami. Nie widziałeś jej?

— Nie. Jaką torbę?

— Foliową, zawiązaną. Stała właśnie tutaj.

Piotr spojrzał na miejsce przy szafce i poczuł, jak robi mu się gorąco.

— Myślałem, że to śmieci.

— Wyrzuciłeś moje leki?!

— Stały dokładnie tam, gdzie zawsze stawiałem worek. Nic mi nie powiedziałaś.

— Bo nie przyszło mi do głowy, że wyrzucisz torbę, nie zaglądając do środka!

— A mnie nie przyszło do głowy, że ktoś postawi lekarstwa obok śmietnika.

Nie było sposobu, aby odzyskać zawartość worka. Leki, które Małgorzata przywiozła mimo zapewnień męża, że w Kanadzie nie będzie z nimi problemu, znalazły się na wysypisku. Dla niej była to nie tylko strata, lecz kolejny dowód, że Piotr działa bez zastanowienia. Dla niego — nieszczęśliwy skutek nieporozumienia, za który obciążano go tak, jakby zrobił to celowo. Wkrótce historię wyrzuconych leków znali już krewni i znajomi Małgorzaty.

Kiedy opadły pierwsze emocje, trzeba było zająć się sprawami urzędowymi. 13 listopada pojechali załatwić Małgorzacie kanadyjski numer ubezpieczenia społecznego — Social Insurance Number, czyli SIN. W porównaniu z legionowskimi ulicami centrum Calgary — z szerokimi skrzyżowaniami, strumieniem samochodów i wysokimi biurowcami — wydawało się przytłaczające. Małgorzata stała przed budynkiem przy Macleod Trail z dokumentami w torebce, a Piotr po raz kolejny objaśniał procedurę.

— Najważniejszy jest adres. Powiesz: twenty-eight Dovercrest Way South-East — przypomniał.

— Wiem, gdzie mieszkam.

— Urzędnik może mówić szybko.

— Rozumiem więcej od ciebie.

Pod kanadyjskim godłem kolejka przesuwała się powoli. Trzeba było wypełnić formularze, okazać dokumenty i odpowiadać na pytania. Dla Piotra były to czynności już znane. Dla Małgorzaty — pierwsza urzędowa sprawa, która naprawdę wiązała ją z nowym krajem.


Dwa dni później w domu pojawili się pierwsi goście: Jarosław Bucholec i Cathy Shen. Piotr nakrył okrągły stół koronkowym obrusem. Na blacie stanęły napoje, przekąski i to, co dało się przygotować w wciąż skromnie wyposażonej kuchni. Małgorzata siedziała odświętnie ubrana, Cathy uśmiechała się znad talerza, a mężczyźni rozmawiali o pracy, mieszkaniach i cenach.

— No i widzisz — powiedział Jarek. — Jeszcze niedawno sam chodziłeś po ludziach, a teraz przyjmujesz gości u siebie.

Piotr rozejrzał się po salonie. Na kominku stały rodzinne fotografie, z kuchni dochodziły głosy dzieci, a przy jego stole siedzieli znajomi. Po raz pierwszy od przyjazdu do Kanady poczuł się nie jak lokator czy przejściowy robotnik, lecz jak gospodarz własnego domu.

W następnych dniach każde wyjście stawało się ćwiczeniem z nowej codzienności. W autobusie Małgorzata, Rozalia i Krzyś siedzieli razem, obserwując miasto za zaparowaną szybą. Trzeba było nauczyć się, gdzie wysiąść, kiedy nacisnąć przycisk, jak odczytać nazwę przystanku i jak podczas przesiadki nie zgubić rękawiczki.

21 listopada Piotr zaprowadził rodzinę na wzniesienie, z którego otwierał się widok na centrum Calgary. W dole ciągnęła się szeroka trasa, dalej bielały fragmenty doliny, a nad nimi wyrastały wieżowce. Powietrze było suche i ostre, śnieg leżał płatami, a słońce sprawiało, że odległe budynki wydawały się bliższe, niż były w rzeczywistości.

— To wszystko Calgary? — zapytał Tomisław.

— Nie wszystko. Tylko centrum — odpowiedział Piotr. — Tam jest wieża. Kiedyś na nią wjedziemy.

— A nasz dom widać?

— Nie z tej strony.

Małgorzata przez chwilę stała obok męża i patrzyła w tym samym kierunku. W dole płynął nieprzerwany strumień samochodów, których im samym tak bardzo brakowało. Za plecami mieli skromny dom, przed sobą ogromne miasto i życie, które dopiero miało nabrać kształtu.

Dzieci szybko straciły zainteresowanie panoramą i pobiegły na pobliski plac zabaw. Śnieg skrzypiał pod butami, a zjeżdżalnie i metalowe urządzenia były lodowato zimne, lecz nikomu to nie przeszkadzało. Krzyś wspinał się na zielonego plastikowego konika, Tomisław i Rozalia rozhuśtywali bujawkę, a Paweł, choć był już dorosły, dla żartu wdrapał się na jedno z dziecięcych urządzeń. Małgorzata usiadła na ławce i patrzyła, jak cała czwórka zachowuje się przez chwilę tak, jakby nic w ich życiu się nie zmieniło.


Nazajutrz odwiedziła ich Dolores Habrun ze swoją siostrą. Na stole znowu pojawiły się napoje, słodycze i proste przekąski. Tomisław przysiadał obok dorosłych, słuchał polskiej rozmowy i cieszył się obecnością gości. W mieście pełnym obcego języka każdy wieczór, podczas którego można było mówić bez szukania słów, nabierał szczególnej wartości.

Niedzielny poranek 23 listopada zaczął się od najazdu młodszych chłopców na sypialnię rodziców. Tomisław i Krzyś wdrapali się na łóżko, ciągnęli za kołdrę, przynosili zabawki i wdawali się w braterską przepychankę, nie przejmując się tym, że Małgorzata chciała jeszcze poleżeć.

— Dajcie mamie chwilę odpocząć — powiedział Piotr.

— My tylko przyszliśmy powiedzieć dzień dobry — zapewnił Tomisław, po czym natychmiast wskoczył na łóżko jeszcze raz.

Później Rozalia usiadła przy komputerze, Paweł wyszedł przed dom, a po południu cała rodzina znów ruszyła na plac zabaw i punkt widokowy. Najmłodsi wytyczali własne ścieżki w śniegu, Małgorzata odpoczywała na ławce, a Piotr cieszył się zwyczajnym rodzinnym dniem. Właśnie takich dni pragnął najbardziej.

Wieczorem wszyscy zebrali się w salonie. Dzieci rozłożyły gry na dywanie, Rozalia pomagała młodszym, a Małgorzata usiadła na kanapie. Dom był ciasny, lecz wreszcie naprawdę zamieszkany: wszędzie leżały kurtki, książki, zabawki, gazety i dziecięce drobiazgi. Porządek, który Piotr utrzymywał przez samotne miesiące, zniknął. W jego miejsce pojawiło się rodzinne życie.

Codzienność składała się z drobnych scen. Krzyś z zadowoleniem pluskał się w wannie, a Tomisław coraz częściej próbował sam przygotować sobie coś do jedzenia. Przy żółtym kuchennym stole układał pieczywo i wędlinę z powagą kucharza, któremu powierzono ważne zadanie.

— Tylko ostrożnie z nożem — ostrzegła Małgorzata.

— Umiem — odpowiedział, nie podnosząc głowy.

Pod koniec listopada odwiedził ich Mirosław Oleszczuk z rodziną. Piotr przez krótki czas pracował dla niego przy malowaniu domów i lakierowaniu mebli, nic więc dziwnego, że rozmowa szybko zeszła na zarobki, zlecenia i kanadyjskie realia.

— Tu nikt ci nie zapłaci za samo czekanie — mówił Mirosław. — Jak jest robota, trzeba brać. Jak nie ma, szukać następnej.

— Biorę wszystko, co potrafię zrobić — odpowiedział Piotr. — Najważniejsze, żeby utrzymać dom.

Małgorzata słuchała i co jakiś czas dopytywała o stawki. Wciąż nie miała własnej pracy, więc bezpieczeństwo całej rodziny zależało od nieregularnych zleceń męża. Dla Piotra były one dowodem zaradności. Małgorzacie nie dawały poczucia pewnego gruntu.


6 grudnia, w Mikołajki, pojechali do Ryszarda Grzebyka i jego żony Anny. Ich przestronny dom, szeroka kuchnia z kamiennym blatem i wygodne meble robiły wrażenie. Dorośli zasiedli w salonie, a dzieci krążyły między kuchnią a schodami. Krzyś dostał owoc i zajął się nim z takim skupieniem, jakby rozmowa dorosłych wcale go nie dotyczyła.

— Do takiego domu dochodzi się latami — powiedział Ryszard, widząc, jak Piotr rozgląda się po wnętrzu. — Na początku każdy mieszka, gdzie może.

— My na razie mamy dach, łóżka i kominek — odpowiedział Piotr. — Resztę będziemy budować.

— Najpierw samochód — wtrąciła Małgorzata. — Bez niego człowiek jest uwiązany.

Następnego ranka Calgary przykryła gruba warstwa świeżego śniegu. Gałęzie drzewa przed domem ugięły się pod białym puchem. Dzieci wybiegły na zewnątrz i natychmiast zaczęły rzucać śnieżkami. Piotr próbował odgarniać dojście, lecz po chwili sam odpowiedział na atak.

— Tato, trafiłem! — krzyknął Tomisław.

— To teraz uciekaj!

Małgorzata schylała się po śnieg, Rozalia kryła się za drzewem, a Krzyś brnął przez zaspy zbyt głębokie dla jego krótkich nóg. Po powrocie rozpalili ogień w ceglanym kominku. Krzyś usiadł na dywanie, rozłożył przed paleniskiem gazety i oglądał obrazki, ogrzewając zmarznięte dłonie. W salonie pachniało dymem, mokrą wełną i gorącą herbatą.

Wieczorami dzieci szukały bliskości także we śnie. Tomisław i Rozalia zasypiali czasem w jednym pokoju, każde pod własną kołdrą, lecz blisko siebie. Starsza siostra coraz częściej stawała się dla młodszych przewodniczką po nowym świecie; oni zaś szukali przy niej bezpieczeństwa, którego nie dawały jeszcze obce ulice i obcy język.


W połowie grudnia zaczęło się zapisywanie dzieci do szkół. Pierwsze placówki nie należały do najlepszych, podobnie jak dzielnica, w której mieszkali, lecz wybór ograniczały adres i możliwości dojazdu. 11 grudnia Małgorzata zabrała Krzysia do Holy Cross School. Chłopiec siedział obok niej w poczekalni, przyglądając się tablicom pełnym angielskich napisów. Później wszedł do sali, gdzie nauczycielka pokazywała mu klocki, obrazki i proste zadania.

— He doesn't speak English yet — wyjaśniła Małgorzata.

— He'll learn — odpowiedziała nauczycielka z uśmiechem. — Children learn very fast.

Krzyś nie rozumiał słów nauczycielki, ale uważnie śledził jej gesty. Gdy podsunęła mu kolorowe elementy, zaczął układać je według własnego pomysłu. W swojej pierwszej klasie był jedynym białym dzieckiem. Nie znał też angielskiego, więc od pierwszego dnia musiał odnaleźć się w środowisku całkowicie innym od tego, które znał z Polski.

Po powrocie do domu napięcie schodziło z dzieci po swojemu. Rozalia próbowała odpocząć, a Tomisław domagał się zabawy: chował się przy zasłonie, wdrapywał na łóżko, ciągnął siostrę za rękę. Śmiech i przepychanki przeplatały się z nagłymi napadami zmęczenia.

12 grudnia Paweł uczestniczył w Wigilii w polskiej szkole. Przy długich stołach siedzieli uczniowie, rodzice i nauczyciele. Była choinka, opłatek i zakonnice, dzięki którym pośród angielskich rozmów brzmiały kolędy znane z Polski. Paweł podszedł do siostry Teresy.

— Nie przypuszczałem, że człowiek musi wyjechać tak daleko, żeby zatęsknić za zwykłym „Wśród nocnej ciszy" — powiedział.

— Tutaj polskie słowa brzmią inaczej — odpowiedziała s. Teresa.

Następnego dnia wiatr nawiał śnieg pod kuchenne drzwi. Tomisław założył rękawiczki, uklęknął przy progu i próbował wybrać biały puch, który dostał się do środka.

— Zostaw, bo wszystko roztopisz na podłodze — zawołała matka.

— Ale on już jest w domu — odparł chłopiec, jakby właśnie to zobowiązywało go do działania.

15 grudnia Tomisław siedział przy szkolnym stole pośród kredek, zeszytów i rozsypanych przyborów. Na ścianach wisiały mapy i plansze, a nauczycielka mówiła do niego wolniej niż do pozostałych dzieci. Rozpoznawał pojedyncze słowa, resztę odgadywał z gestów. Każdy dzień przynosił kilka nowych wyrazów, lecz po powrocie do domu natychmiast przechodził na polski, jakby chciał się upewnić, że własny język nadal na niego czeka.

Dzień później w przedszkolu Krzysia pojawił się święty Mikołaj. Chłopiec siedział na dywanie wśród dzieci pochodzących z różnych stron świata. Kiedy wywołano jego imię, podszedł niepewnie do czerwonego fotela.

— What would you like for Christmas? — zapytał Mikołaj.

Krzyś spojrzał w stronę nauczycielki.

— Toy — podpowiedziała.

— Car — odpowiedział w końcu, a potem usiadł na kolanach Mikołaja i pozwolił zrobić sobie zdjęcie.


W domu przygotowania do świąt mieszały się z najzwyklejszą codziennością. Rozalia kopała piłkę w salonie, choć Małgorzata ostrzegała, że zaraz coś stłucze. Tomisław paradował w piłkarskiej koszulce, Krzyś biegał po domu w piżamie i zasypiał przytulony do pluszowego zwierzęcia. Piotr starał się spędzać z dziećmi każdą wolną chwilę: pozwalał im wspinać się na siebie podczas zabawy albo siadał z Tomisławem przy kominku.

— Tato, w Polsce też teraz pada śnieg? — zapytał chłopiec.

— Może pada. Ale nie taki jak tutaj.

— Babcia go widzi?

— Jeśli pada, to widzi.

21 grudnia obchodzili imieniny Tomisława. Wcześniej zajrzeli do sklepu, gdzie chłopcy oglądali sportowe akcesoria i zabawki. Potem wszyscy zasiedli przy stole, choć starsze dzieci co chwilę wstawały. Drobny prezent dla solenizanta wystarczył, aby zwyczajny dzień nabrał uroczystego charakteru.

— To moje pierwsze imieniny w Kanadzie — zauważył Tomisław.

— I dlatego trzeba je zapamiętać — odpowiedział Piotr.

Nadeszła wreszcie pierwsza kanadyjska Wigilia. Do domu przyjechał Janusz Kapała ze swoją kilkuletnią córką Sarą. Janusz prowadził firmę malarską, w której Piotr od wielu tygodni pracował. Był po rozwodzie, a była żona wyznaczała mu terminy opieki nad córką według własnych potrzeb, nie zważając na jego obowiązki. Zdarzało się, że musiał zabierać Sarę do pracy, choć w pomieszczeniach unosiły się pył ze szlifowania oraz opary rozpylanych farb i lakierów. Nie miał wyboru: córkę trzeba było odebrać, a zlecenia nie mógł porzucić.

W wigilijny wieczór Janusz przyjechał z prezentami, a Sara od razu dołączyła do młodszych Koryckich. W salonie stała choinka ozdobiona kolorowymi lampkami. Obok kominka leżały paczki w papierze z gwiazdkami i bałwanami. Na stole Małgorzata ustawiła świąteczne potrawy, świece i dodatkowe nakrycia. Niewielkie pomieszczenie ledwo mieściło wszystkich.

— Siadajcie, bo dzieci zaraz rozniosą te prezenty — powiedziała Małgorzata.

— Najpierw opłatek — przypomniał Piotr.

Dorośli wstali i przez chwilę zawahali się, od kogo zacząć. W Polsce ten gest był oczywisty, tutaj jednak nabierał większej wagi. Byli daleko od rodziców, rodzeństwa, grobów i domów, z którymi kojarzyły się poprzednie Wigilie.

— Żeby wam się tu ułożyło — życzył Janusz, łamiąc się opłatkiem z Piotrem. — Żebyś miał robotę i żeby rodzina trzymała się razem.

— Tobie, żebyś nie musiał wybierać między pracą a Sarą — odpowiedział Piotr.

Małgorzata przytulała dzieci po kolei. Rozalia podeszła do braci, potem do Pawła. Młodsi niecierpliwie patrzyli na choinkę, lecz czekali, aż dorośli skończą składanie życzeń.

Przy stole szybko zrobiło się gwarno. Dzieci przerywały rozmowy, ktoś podawał talerz ponad czyjąś głową, ktoś inny wstawał po napój. Janusz opowiadał o kolejnych zleceniach, Piotr o kłopotach z dojazdami, a Małgorzata o szkołach dzieci.

— Bez samochodu nie da się tu normalnie żyć — powiedziała. — Każde wyjście zamienia się w wyprawę.

Janusz przez chwilę obracał w dłoni szklankę.

— Mam samochód. Dam wam go do używania.

— Jak to: dasz? — Piotr nie był pewien, czy dobrze usłyszał.

— Weźcie go na razie. Mnie jakoś będzie łatwiej sobie poradzić niż wam z czwórką dzieci.

— To twój jedyny samochód.

— Wiem, ile ich mam — odparł Janusz. — Nie robię z tego prezentu. Oddacie, kiedy staniecie na nogi.

Dla Piotra ten gest znaczył więcej niż świąteczny podarunek. Samochód dawał możliwość dojazdu do pracy, zrobienia większych zakupów i zabrania rodziny poza zasięg autobusów. W rozległym Calgary był niemal niezbędnym narzędziem codziennego życia.

Po kolacji dzieci rzuciły się do paczek. Krzyś próbował unieść prezent większy od siebie. Tomisław rozrywał papier ostrożniej, chcąc zachować kolorowe fragmenty. Sara usiadła przy Januszu z elektronicznym instrumentem i naciskała klawisze, wydobywając przypadkową melodię. Rozalia pomagała młodszym rozplątywać opakowania, a Paweł z uśmiechem oglądał własny prezent.

— To dla mnie? — Krzyś uniósł ogromną paczkę.

— Sprawdź, czy jest twoje imię — powiedziała Małgorzata.

— Jest! Chyba jest!

— Jak nie umiesz przeczytać, to skąd wiesz? — droczył się Tomisław.

— Bo wiem.

W pewnej chwili Małgorzata, zmęczona przygotowaniami, położyła się na łóżku z książką. Obok niej ułożył się mały pies Kasi, którym Koryccy opiekowali się pod jej nieobecność. Z salonu dochodziły śmiechy, trzask rozrywanego papieru i pierwsze, nieporadne dźwięki nowej zabawki. Po krótkim odpoczynku wróciła do gości. Piotr dokładał drewna do kominka, dzieci układały gry na dywanie, a Janusz z Sarą pozostali do późnego wieczora.


Pierwszy dzień Bożego Narodzenia był spokojniejszy. Rodzina zjadła wspólny posiłek przy tym samym stole, już bez wigilijnego pośpiechu. Paweł bawił się z psem i układał drobne elementy nowej gry. Potem wszystkie dzieci stanęły razem przed choinką. Różnica wzrostu między Pawłem a najmłodszymi sprawiała, że wyglądali niemal jak dwa pokolenia, choć wszyscy byli rodzeństwem.

Tego dnia pojechali także do kościoła. Przed szopką stały choinki i czerwone kwiaty, a Tomisław, Rozalia i Krzyś zatrzymali się przed betlejemską dekoracją w zimowych kurtkach.

— Tutaj nawet szopka jest inna — zauważyła Rozalia.

— Ale Dzieciątko to samo — odpowiedział Piotr.

26 grudnia odwiedzili polskich znajomych. W większym domu dzieci rozłożyły nowe zabawki na podłodze, a dorośli usiedli w kilku grupach. Rozmowy toczyły się równocześnie: o pracy, Polsce, szkołach, znajomościach i cenach domów. Małgorzata rozmawiała z kobietami, Paweł i Rozalia usiedli z młodszymi gospodarzami. Po tygodniach spędzonych głównie we własnym gronie taki wieczór dawał wrażenie, że w Calgary zaczyna powstawać zastępcza, emigracyjna rodzina.

29 grudnia dzieci wybrały się z ojcem na sanki. Wzgórze było szerokie, pokryte ubitym śniegiem i otoczone świerkami. Rozalia zjeżdżała sama, Tomisław ciągnął małe sanki pod górę, a Paweł pilnował młodszych.

— Tylko nie jedźcie w drzewa! — wołał.

— Tu nie ma drzew! — odpowiadał Tomisław, po czym zmienił tor w ostatniej chwili.

Ostatniego dnia roku pojechali wielkim samochodem Janusza na punkt widokowy nad centrum. Paweł i Rozalia stanęli przy aucie, mając za plecami wieżowce Calgary ostro zarysowane w zimowym świetle.

— Teraz możemy pojechać, gdzie chcemy — powiedział Tomisław.

— Dokąd chcemy i na ile starczy benzyny — poprawił go Paweł.

Piotr patrzył na miasto, które jeszcze kilka miesięcy wcześniej było dla niego obce. Teraz mieszkali tu wszyscy, dzieci chodziły do szkół, w salonie stała choinka, a przed domem czekał samochód. Łatwo było uwierzyć, że najtrudniejsze mają już za sobą.

— Za rok będzie łatwiej — powiedział do Małgorzaty.

— Zobaczymy — odpowiedziała.


Niedługo potem udało im się kupić własny samochód. Marek Wiśniewski, znajomy Janusza, sprzedawał vana, którym jego żona Elżbieta zawadziła o kamień podczas wjazdu do garażu. Na środkowych drzwiach zostało niewielkie wgniecenie, lecz Marek nie chciał już jeździć uszkodzonym autem i odstąpił je za półtora tysiąca dolarów. Własny samochód otworzył przed rodziną możliwość dalszych wyjazdów. 25 stycznia Piotr zabrał wszystkich do Lake Louise, gdzie oglądali rzeźby wykute w lodzie. W ostrym górskim powietrzu postacie i pałace wyrastały z przezroczystych brył, a dzieci chodziły między nimi jak po nierzeczywistym mieście.

— Tego nie wolno dotykać? — pytał Krzyś.

— Można, tylko języka nie przykładaj — ostrzegł go Paweł.

Kilka dni później pojechali do Johnston Canyon. Zimą ścieżki prowadziły wśród skał i zamarzniętych wodospadów, a metalowe kładki wisiały nad wąwozem. Stamtąd ruszyli dalej do Radium Hot Springs. Kiedy weszli do odkrytego basenu, nad ciepłą wodą unosiła się para, a na brzegach leżał śnieg.

— Człowiek siedzi w wodzie, a czapka mu marznie — śmiał się Tomisław.

Takie wyprawy dawały Piotrowi poczucie, że spełnia obietnicę złożoną sobie jeszcze przed emigracją: pokaże dzieciom świat większy niż osiedle, szkoła i codzienna walka o pieniądze.

Z czasem dom przy Dovercrest stał się za ciasny, a dzielnica coraz mniej odpowiadała rodzinie. W kwietniu zdecydowali się wynająć większy dom w lepszej części miasta. 26 kwietnia przenieśli się pod adres 4962 Vantage Crescent NW. Przeprowadzka znów oznaczała pudła, rozkręcanie mebli i szukanie rzeczy, które jeszcze poprzedniego dnia leżały pod ręką.

Rozalia, gdy tylko uporządkowała własny pokój, wywiesiła przed wejściem polską flagę.

— Teraz wszyscy będą wiedzieli, kto tu mieszka — oznajmiła.

— Oby tylko nie pomylili jej z indonezyjską — zażartował Paweł.

— Nasza ma białe na górze. Trzeba patrzeć.

Nowy dom dawał więcej przestrzeni, lecz nie rozwiązywał problemów, które rodzina przywiozła ze sobą. Małgorzata nadal nie miała stałego zatrudnienia, a starsze dzieci coraz wyraźniej zaczynały układać własne życie.


16 czerwca Małgorzata poleciała do Polski. Jej matka, Marianna Andrzejuk, od wielu miesięcy ciężko chorowała. Przestała chodzić, poruszała się na wózku i potrzebowała pomocy przy niemal każdej czynności. Małgorzata nie potrafiła pozostać w Kanadzie, wiedząc, że matka może jej potrzebować.

— Nie wiem, na jak długo lecę — powiedziała przed wyjazdem.

— Leć. Tutaj sobie poradzimy — odpowiedział Piotr.

— Z czwórką dzieci?

— Nie pierwszy raz zostaję sam z problemami.

Zdanie zabrzmiało ostrzej, niż zamierzał. Małgorzata nic nie odpowiedziała. W takich chwilach troska o chorą matkę mieszała się z dawnymi pretensjami i przekonaniem każdego z małżonków, że to właśnie jego ciężaru druga strona nie dostrzega.

Po jej powrocie rodzina próbowała wykorzystać krótkie kanadyjskie lato. 5 lipca pojechali na słynne Calgary Stampede — wielkie święto Dzikiego Zachodu. Wokół przesuwali się ludzie w kowbojskich kapeluszach, słychać było muzykę, okrzyki i rżenie koni. Dzieci oglądały pokazy, stoiska i wesołe miasteczko.

— To jak w filmie — powiedział Tomiś.

— Tylko kurz jest prawdziwy — odparła Rozalia.

Małgorzata nadal nie pracowała, lecz w lipcu otrzymała propozycję pomocy w przedszkolu prowadzonym przez polskie siostry zakonne. Nie dawało to jeszcze pełnego bezpieczeństwa, ale oznaczało wyjście z domu, własne obowiązki i możliwość zarobku.

Lato wypełniały kolejne wyprawy. 19 lipca pojechali do Kananaskis Country, gdzie góry wyrastały nagle ponad drogą, a rzeki miały kolor lodowatej zieleni. Sześć dni później ruszyli nad Lake Minnewanka, ponownie do Johnston Canyon i do Banff. Miasteczko położone w samym sercu Gór Skalistych przypominało Piotrowi Zakopane, choć było większe, bardziej uporządkowane i pełne turystów z całego świata.

— Brakuje tylko oscypków — stwierdził Paweł.

— I Giewontu — dodał Piotr.

— Za to niedźwiedzi mają więcej — powiedziała Rozalia, rozglądając się za tablicami ostrzegawczymi.

29 lipca Paweł poleciał do Polski. Jego wyjazd zmienił rytm domu. Piotr odprowadzał syna z poczuciem, że emigracja, która miała połączyć rodzinę, zaczyna rozrzucać jej członków między dwa kraje.

1 sierpnia udało mu się namówić żonę na wymarzony wyjazd w stronę Kolumbii Brytyjskiej. Ruszyli samochodem przez góry, zatrzymując się po drodze w Glacier National Park i w Revelstoke. Dzieci skorzystały ze SkyTrek Adventure Park, gdzie między drzewami rozpięto liny, mostki i przeszkody.

— Nie wejdę tam — oznajmił Krzyś, patrząc w górę.

— Najpierw spróbuj najniższej trasy — zachęcał Piotr. — Nikt cię nie zmusza do najwyższej.

— Jak już wejdę, to pójdę najwyższą trasą — odparł chłopiec, odzyskując odwagę.

Następnego dnia kąpali się w Kelownie. Po górskich drogach, śnieżnych szczytach i chłodnych jeziorach ciepło doliny Okanagan wydawało się niemal południowe. 3 sierpnia zatrzymali się jeszcze w Peachland, Summerland i Penticton. Piotr chciał jechać dalej, oglądać więcej i wykorzystać każdą godzinę. Małgorzata przypominała o zmęczeniu dzieci, kosztach paliwa i konieczności powrotu.

— Nie da się zobaczyć całej Kanady w trzy dni — mówiła.

— Nie całej. Tylko tyle, ile możemy teraz.

— A potem będziemy odpoczywać po odpoczynku.


Pod koniec lata dla wielu Polaków w Albercie zaczynał się sezon grzybowy. Nie jeździli do pobliskich parków, lecz do miejsc przekazywanych sobie z ust do ust. Jedno z nich nazywano „polskim lasem". 22 sierpnia również Koryccy ruszyli przez Water Valley. W lesie dzieci rozbiegły się między drzewa, a dorośli nawoływali je, żeby nie znikały z pola widzenia.

— Mam! — krzyknął Tomisław, unosząc dorodnego grzyba.

— Najpierw pokaż, zanim włożysz do koszyka — zawołała Małgorzata.

— Przecież wiem, jak wygląda prawdziwek.

— Każdy tak mówi przed pierwszym zatruciem — odpowiedział Piotr.

Wrócili z pełnymi koszami. Wieczorem dom pachniał świeżo czyszczonymi grzybami, a kuchenny stół zniknął pod kapeluszami i nóżkami układanymi do suszenia.

Pod koniec sierpnia wyruszyli na południe Alberty. Początek wyprawy omal nie zakończył się katastrofą. Ówczesna, wciąż niedoskonała nawigacja satelitarna poprowadziła ich na gruntową drogę, która stawała się coraz węższa i bardziej stroma. Z jednej strony wznosiło się zbocze, z drugiej teren opadał ku przepaści. Van stracił przyczepność i zaczął zsuwać się ku krawędzi.

— Wszyscy wysiadać! — krzyknął Piotr. — Powoli, od strony góry!

Dzieci wyskoczyły z samochodu. Małgorzata stanęła przy boku auta.

— Co robić?

— Pchać od tej strony. Nie pozwólcie mu iść w dół!

Przez kilka chwil cała rodzina napierała na bok samochodu, podczas gdy Piotr próbował skierować koła na twardszy grunt. Silnik wył, spod opon sypała się ziemia. W końcu van drgnął w stronę drogi i zatrzymał się.

Nikt przez chwilę się nie odzywał.

— Ta nawigacja chciała nas zabić — powiedział wreszcie Tomisław.

— Następnym razem patrzymy też na drogę, nie tylko na ekran — odpowiedziała Małgorzata.

Ostatecznie dotarli do Waterton Lakes National Park. Stamtąd popłynęli statkiem na amerykańską stronę jeziora. Po powrocie zwiedzili jeszcze Red Rock Canyon. Dzieci zapamiętały góry, czerwone skały i rejs. Dorosłym została także chwila, w której samochód zaczął zsuwać się z drogi.


W Kanadzie mogło się wreszcie spełnić dawne marzenie Rozalki. Piotr zapisał córkę do drużyny piłkarskiej. Dziewczynka szybko odnalazła się na boisku: biegała zawzięcie, nie bała się starć i zaczęła wracać z medalami.

— O, Rozalka ma piłkę! To będzie gol! — wołali z trybun rodzice i znajomi.

Piotr patrzył, jak córka prowadzi piłkę między przeciwniczkami, i widział w tym coś więcej niż sport. Na boisku nie liczył się akcent, kraj urodzenia ani to, od jak dawna mieszkała w Calgary. Liczyło się tylko to, czy potrafi podać, odebrać piłkę i trafić do bramki.

Przez wiele miesięcy życie wydawało się względnie uporządkowane. Były wycieczki, szkoły dzieci, praca, nowy dom i coraz więcej znajomych. Sielanka — o ile można było tak nazwać kruchą równowagę zbudowaną na dawnych urazach — skończyła się 2 października.

Piotr siedział właśnie w toalecie, zajęty tym, po co zwykle się tam wchodzi, gdy drzwi gwałtownie się otworzyły. W progu stanęła Małgorzata.

— Czemu ukradłeś mi telefon?

Spojrzał na nią, nie rozumiejąc pytania.

— Telefon? Po co mi twój telefon?

— Nie ma go. Jeszcze przed chwilą był.

— To poszukaj. Musi gdzieś leżeć.

— Szukałam. Ty go wziąłeś.

— Nie wziąłem.

— Zawsze grzebiesz w moich rzeczach!

Oskarżenie rzucone bez dowodu, do tego w chwili, gdy nie miał nawet możliwości spokojnie wyjść, uderzyło go bardziej niż sam problem zaginionego telefonu. Piotr był przekonany, że urządzenie nie mogło rozpłynąć się w powietrzu. Kiedy wreszcie wyszedł, zaczął przeszukiwać dom: blaty, kanapy, szuflady, kieszenie kurtek i wszystkie miejsca, w których telefon mógł zostać odłożony.

— Przestań ruszać moje rzeczy! — krzyczała Małgorzata.

— Chcę znaleźć telefon, o którego kradzież mnie oskarżasz.

— Nie masz prawa przeszukiwać domu!

— To także mój dom.

Hałas ściągnął dzieci. Małgorzata wołała je, jakby potrzebowała świadków albo pomocy. Przyszedł tylko Paweł.

— Tato, co tata robi?! — niemal krzyknął.

— Mama twierdzi, że ukradłem telefon. Szukam go.

— Jak tata nie przestanie, zadzwonię na policję.

Piotr spojrzał na syna. Nie wiedział, co bolało bardziej: oskarżenie żony czy gotowość Pawła, by w sporze natychmiast stanąć przeciwko niemu. Mimo groźby dokończył przeszukiwanie. Telefonu nie znalazł.

Wkrótce potem Małgorzata oświadczyła, że wyjeżdża do Polski. Początkowo mówiła tylko o własnym powrocie. Po kilku dniach oznajmiła, że Rozalia i Paweł zostają w Kanadzie, natomiast Tomisława i Krzysia zabiera ze sobą.

— Nie możesz sama zdecydować o naszych dzieciach — powiedział Piotr.

— Już zdecydowałam.

— To nie są walizki, które dzielisz między dwa domy.

— Starsi chcą zostać. Młodsi jadą ze mną.

— A czego chcą młodsi?

— Są za mali, żeby decydować.

Nie doszło do żadnego wspólnego ustalenia losu dzieci. Małgorzata przedstawiła swoją decyzję jako sprawę zakończoną. Dzieci z pozoru nie okazywały wielkiego niepokoju. Starsze żyły własnym życiem. Młodsze przyjęły wiadomość o powrocie do Polski tak, jak wcześniej przyjęły wyjazd do Kanady: jako rozstrzygnięcie dorosłych, do którego muszą się dostosować.

Piotr coraz częściej wzdychał. Robił to bezwiednie — podczas pakowania rzeczy chłopców, przy stole, w chwilach milczenia. Pewnego dnia Krzyś spojrzał na niego i zapytał:

— Czemu tata tak ciągle robi?

Po czym nabrał powietrza i wypuścił je z przesadnie ciężkim westchnieniem.

Piotr wziął go na ręce.

— Krzysiu, bo będziemy daleko od siebie. Mama zabiera ciebie i Tomisia do Polski.

— A tata nie jedzie?

— Nie teraz.

— To potem?

Piotr nie potrafił odpowiedzieć z przekonaniem.

— Raczej nie...


Przygotowując się do wyjazdu, Małgorzata chciała jeszcze pokazać dzieciom miejsca, które stały się częścią ich kanadyjskiego życia. W styczniu cała rodzina wjechała na Calgary Tower. Z góry drogi przypominały cienkie linie, samochody — zabawki, a domy — niewielkie pudełka.

— Nasz dom też tam jest? — zapytał Krzyś.

— Jest, tylko stąd go nie rozpoznasz — odpowiedział Piotr.

Pojechali również ponownie do Banff i do Radium Hot Springs. Wracali do miejsc, w których wcześniej śmiali się razem, jakby powtórzenie dawnych wycieczek mogło zatrzymać to, co się rozpadało. Dzieci cieszyły się górami i ciepłą wodą. Dorośli wiedzieli, że każdy taki dzień jest jednym z ostatnich.

7 lutego 2010 roku Małgorzata, Tomisław i Krzyś wsiedli do samolotu lecącego do Polski. Na lotnisku były walizki, dokumenty, kolejki i komunikaty z głośników, które nie pozostawiały miejsca na długie pożegnanie. Piotr przytulał chłopców, próbując nie pokazać, jak bardzo boi się chwili, gdy znikną za kontrolą bezpieczeństwa.

Małgorzata poprawiła pasek torby i poprowadziła chłopców w stronę odprawy. Nie odwróciła się od razu. Dopiero przed wejściem za barierkę spojrzała w stronę męża. Z tej odległości nie sposób było odczytać, co miała na twarzy: ulgę, lęk, żal czy tylko zmęczenie.

Po chwili zniknęli. Samolot zabrał ich na wschód, a dom, który przez ponad rok próbował stać się wspólnym, znowu ucichł.


Koniec rozdziału XXIX


Media TitleDziedzictwo klątwy
Media NotesRozdział XXIX
Latitude52.38096474723043
Longitude19.072265625

» Show All     «Prev «1 ... 26 27 28 29 30 31 32 33 34 ... 71» Next»     » Slide Show





Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.