Rozdział XXX
Przez pierwsze dni Piotr poruszał się po domu tak, jakby chłopcy mieli wrócić wieczorem. Drzwi do ich pokojów pozostawały uchylone. Na półce leżała pojedyncza zabawka, pod łóżkiem skarpetka przeoczona podczas pakowania, a w kącie pusty plecak. Nie ruszał niczego. Jeszcze nie.
Zaczęły się dziwne miesiące.
Z jednej strony cisza przynosiła ulgę. Nikt nie wpadał rano do łazienki, nikt nie krzyczał z parteru, że zgubił rękawiczki, nikt nie zostawiał kubków na schodach. Z drugiej strony ten sam spokój przypominał Piotrowi, że rodzina rozpadła się na dwa kontynenty. W domu pozostali z nim Paweł i Rozalia, lecz nawet ich obecność miała charakter przejściowy.
Paweł pracował, spotykał się ze znajomymi, gdzieś wyjeżdżał i coraz rzadziej uważał za konieczne informowanie ojca o swoich planach. Był dorosły, miał własne pieniądze, własne sprawy i własny krąg ludzi. Do domu wpadał późno, zdejmował buty, brał coś z lodówki i znikał w pokoju. Czasem Piotr słyszał tylko, jak nad ranem zamykały się drzwi.
Rozalia prowadziła inne życie. Chodziła do szkoły, trenowała piłkę nożną i wracała z torbą pełną zeszytów, sportowych ubrań oraz drobiazgów, których nie chciała zostawiać w szatni. Z ojcem łączyła ją jednak nie tylko wspólna samotność. Zaczęła pomagać mu w pracy.
Dzięki Jarosławowi Bucholcowi Piotr zarejestrował spółkę Buko Ventures Inc. Firma zajmowała się malowaniem domów. Nazwa brzmiała poważniej niż ich zaplecze: używany van, drabiny, wałki, folie, kuwety i telefony od klientów, którzy zawsze chcieli, aby praca była wykonana szybciej i taniej. Sama rejestracja dawała jednak możliwość przyjmowania własnych zleceń, wystawiania rachunków i negocjowania cen bez pośredników.
Najtrudniejsze były wyceny. Piotr radził sobie po angielsku w sklepie, na ulicy i podczas zwykłej rozmowy. Gdy jednak właściciel domu zaczynał mówić o rodzaju podkładu, wykończeniu listew, odporności farby na wilgoć, poprawkach po poprzedniej ekipie i gwarancji na dwie warstwy, słowa mieszały mu się w jeden techniczny szum.
Rozalia jechała wtedy z nim.
— Zapytaj, czy chce matową, czy eggshell — mówił cicho po polsku, stojąc w salonie klienta.
— Pytałam. Chce eggshell na ścianach, półmat na listwach i zwykłą białą na suficie.
— I dwie warstwy?
— Dwie. Ale mówi, że w sypialniach może wystarczyć jedna, jeśli zakryje.
Piotr oglądał ściany pod światło, mierzył pokoje krokami i liczył w pamięci koszt materiałów. Rozalia stała obok z notesem. Dla właścicieli była nastolatką towarzyszącą ojcu. W rzeczywistości to ona umożliwiała zawarcie umowy.
— Powiedz mu, że jedna warstwa nie przykryje tych ciemnych ścian — polecił.
— Już powiedziałam, że za poprawki po kimś innym płaci osobno.
— Dobrze.
— Wiem.
Nie ograniczała się do tłumaczenia. Kiedy zlecenie było większe, zakładała stare spodnie i jechała z ojcem na cały dzień. Oklejała listwy taśmą, rozkładała folie, mieszała farbę i prowadziła wałek od podłogi do sufitu. Piotr pracował na drabinie, ona na niższych partiach ścian. W pustych pokojach słyszeli tylko szuranie folii, stukot kuwety i radio grające gdzieś w kuchni.
— Nie przyciskaj tak mocno — pouczał ją. — Zostaną smugi.
— To chcę lepszy wałek.
— Wałek jest dobry.
— Każdy fachowiec mówi, że narzędzia są dobre, kiedy coś nie wychodzi pomocnikowi.
Piotr zerkał na nią z drabiny i uśmiechał się pod nosem. W takich chwilach byli zespołem. Nie ojcem, który przegrał kolejną bitwę w małżeństwie, i córką pozostawioną między rodzicami, lecz dwojgiem ludzi wykonujących konkretną pracę.
Po powrocie jedli coś na szybko, odpoczywali, a potem siadali do komputerów. Każde do swojego. Rozalia uruchamiała gry lub rozmawiała ze znajomymi. Piotr wracał do genealogii, nazwisk, dat i dokumentów, w których rodziny trwały przez stulecia mimo wojen, śmierci i rozstań. Paradoks nie dawał mu spokoju: potrafił odtworzyć losy ludzi sprzed trzystu lat, a nie umiał zrozumieć kobiety, z którą przeżył większą część dorosłego życia.
O Małgorzacie i chłopcach rozmawiali niewiele. Nie dlatego, że o nich nie myśleli. Przeciwnie — każde wspomnienie było zbyt blisko. Zachowywali się więc tak, jak ludzie, którzy nie wymieniają nazwiska zmarłego, bo boją się, że wraz z nim wróci ból.
Pięć dni po przylocie do Polski Tomisław trafił na zajęcia taneczne w Janowie Podlaskim. W jasnej sali z niebieskimi zasłonami i małą kulą dyskotekową dzieci ustawiały się w rzędach. Instruktor pokazywał kroki, a Tomiś, stojący z przodu, próbował powtarzać ruchy rąk i nóg. Muzyka odbijała się od ścian, podłoga skrzypiała pod butami, a grupa co chwilę rozpadała się, gdy ktoś pomylił strony.
— Lewa noga! Lewa! — wołał prowadzący.
Tomisław spojrzał na własne buty, potem na kolegów i ruszył w przeciwnym kierunku.
— Przecież to była moja lewa — tłumaczył później.
— Twoja była lewa, ale wszyscy mieli iść w prawo — odpowiedziała Małgorzata.
Kilka dni później próbował już breakdance'u. Schylał się, podpierał ręką o podłogę i wykonywał ruchy, które w jego wyobraźni wyglądały znacznie efektowniej niż w rzeczywistości. Krzyś wolał śnieg. W Janowie wspinał się na zaspy przy ogrodzeniu, ciągnął niewielką łopatę i wywracał się w puch razem z bratem. Polska zima była wilgotniejsza, podwórka ciaśniejsze, a śnieg szybciej zmieniał się w błoto, lecz dla chłopców pozostawał śniegiem.
Pod koniec lutego Tomisław siedział już przy długim stole w janowskiej świetlicy pośród dzieci, kubków i prac rozwieszonych na ścianach. Jeszcze niedawno próbował odnaleźć się w kanadyjskiej klasie, gdzie prawie wszystko brzmiało obco. Teraz znów rozumiał każde polecenie, żart i uwagę dorosłych. Powrót języka ojczystego był dla niego czymś tak naturalnym, że nawet nie potrafiłby nazwać ulgi, którą przynosił.
Życie w Janowie organizowało się zaskakująco szybko. Szkoła, zajęcia, spotkania dzieci, krewni wpadający bez zapowiedzi, wspólne posiłki, rozmowy przy stole. Z zewnątrz mogło wyglądać, jakby Małgorzata wróciła na swoje miejsce. Miała rodzinne zaplecze, znała ulice, sklepy i ludzi. Nie musiała tłumaczyć każdego zdania ani pytać, jak załatwia się najprostszą sprawę.
W Calgary 21 lutego Rozalia wręczyła ojcu kartkę urodzinową. Na jednej stronie widniał wydrukowany angielski tekst o miejscu zarezerwowanym w sercu dla ojca. Na drugiej narysowała duży kwiat i dopisała po polsku życzenia: zdrowia, szczęścia, radości, czasu na odpoczynek od pracy oraz tego, „żeby się wszystko ułożyło".
Piotr przeczytał je dwa razy.
— Podoba się tacie? — zapytała.
— Najbardziej ostatnie zdanie.
— Wiedziałam.
— Co wiedziałaś?
— Że się spodoba.
Położył kartkę na stole. Przez okno wpadało zimne światło, a na podjeździe zalegał stary śnieg.
— Mama to chyba nie wróci — powiedziała Rozalia. Nie zabrzmiało to jak pytanie. Raczej jak wniosek, do którego dochodziła od wielu dni.
— Sądzę, że nie wróci — odparł.
Nie powiedział córce wszystkiego. Jeszcze przed wyjazdem Małgorzaty, po oskarżeniu o kradzież telefonu i po zapowiedzi rozstania, postanowił sprawdzić, jak wygląda rzeczywistość, której dotąd nie chciał widzieć. Przez lata ufał żonie na słowo. Gdy mówiła, że pieniędzy nie ma, przyjmował to jako fakt. Gdy twierdziła, że brakuje na życie i że musi wyjechać za pracą, wyjeżdżał. Wierzył, że ciężar, który dźwiga, jest wspólny.
Po oskarżeniu o telefon zaufanie przestało istnieć. Została potrzeba dowodów.
Pewnego dnia, gdy Małgorzata była w pracy, otworzył jej szuflady i szafki. Wiedział, że przekracza granicę. Nie próbował nawet przekonywać samego siebie, że robi coś niewinnego. Szukał świadomie. Przesuwał dokumenty, otwierał koperty, sprawdzał teczki. W jednej znalazł gotówkę. W innych — wyciągi oraz informacje o rachunkach w Polsce.
Usiadł przy stole z kartką i długopisem. Zapisywał kwoty, dodawał salda, wracał do wcześniejszych stron, sprawdzał daty. Według jego wyliczeń Małgorzata dysponowała około dwustoma tysiącami złotych, o których istnieniu mu nie mówiła. Nie były to drobne oszczędności odłożone na czarną godzinę, lecz suma pozwalająca spokojnie urządzić życie w Polsce.
Najbardziej uderzył go jednak inny dokument. Bankowa dyspozycja na wypadek śmierci wskazywała jako osobę uprawnioną nie męża i nie dzieci, lecz siostrę Małgorzaty, Krystynę.
Piotr długo patrzył na nazwisko. Przypominał sobie wszystkie rozmowy o brakujących pieniądzach, kolejne żądania wyjazdu za pracą, poczucie winy, że zarabia za mało, oraz lata życia na granicy, którą żona przedstawiała jako finansową przepaść. Tymczasem rachunki rosły.
Nie uznał tego za zwykłą przezorność. Dla niego był to dowód, że Małgorzata od dawna budowała własne zabezpieczenie poza małżeństwem i poza wspólnym „my".
Teraz, gdy była w Polsce, wszystko układało się w logiczną całość. Miała pieniądze. Zabrała młodszych synów. Paweł był dorosły. Z Rozalią nigdy nie zbudowała takiej bliskości jak z chłopcami. Po co miałaby wracać?
— Nie martw się — powiedział do córki, choć nie był pewien, czy mówi prawdę. — Damy sobie radę.
Rozalia skinęła głową. Niedługo później stanęła wraz z drużyną do wspólnego zdjęcia w czerwono-białym stroju. Na boisku czuła się coraz pewniej. Biegała ostro, nie odsuwała nogi w starciu i potrafiła walczyć o piłkę z dziewczynami silniejszymi od siebie. Piotr przyglądał się treningom zza linii bocznej. Każdy jej sprint był dowodem, że można wejść w obcy świat i znaleźć w nim własne miejsce.
Dom nadal miał za dużo pustych pokojów. Piotr postanowił wykorzystać jeden z nich i wynajął go na kilka tygodni młodemu mężczyźnie z Indii. Lokator przyjechał z dwiema torbami, mówił cicho i większość czasu spędzał poza domem. Płacił regularnie, dzięki czemu w budżecie pojawiło się trochę dodatkowych pieniędzy.
Obecność obcego człowieka nie usuwała jednak pustki. Z jednego pokoju dobiegały czasem rozmowy prowadzone w nieznanym języku, na półce w lodówce pojawiły się cudze produkty, a w łazience drugi ręcznik. Dom był bardziej zajęty, ale nie bardziej rodzinny.
Piotr zaczął porządkować rzeczy pozostawione przez Małgorzatę. Otwierał szafy, układał ubrania, wkładał drobiazgi do pudeł, część wyrzucał. Robił to z ponurą dokładnością człowieka sprzątającego po kimś, kto umarł albo świadomie wykreślił się z jego życia.
W głębi jednej z szafek znalazł paczkę papierosów. Marka była obca, papierosy inne od tych, które kiedyś palił. Obracał paczkę w dłoni, czytał napis, po czym odłożył ją na blat. Przez kilka minut chodził po pokoju. Potem wrócił.
Na zewnątrz było zimno. Stanął przy drzwiach, zapalił jednego i zaciągnął się zbyt głęboko. Zakrztusił się, poczuł gorzki smak i znajome pieczenie w płucach.
— Idiota — powiedział do siebie.
Zgasił papierosa w metalowym naczyniu. Po chwili wyjął następnego.
Nałóg wrócił nie jak nowa pokusa, lecz jak ktoś, kto znał drogę i tylko czekał, aż drzwi znowu zostaną otwarte. Od tej pory już nigdy nie opuścił Piotra na dłużej.
Małżonkowie, mimo odległości i wszystkiego, co się wydarzyło, rozmawiali dość regularnie. Początkowo rozmowy były rzeczowe. Małgorzata mówiła o szkole chłopców, zajęciach Tomisława i zdrowiu matki. Piotr opowiadał o pracy, o Rozalii i o kosztach utrzymania domu.
— Tomiś chodzi na taniec — informowała.
— Jaki taniec?
— Teraz wszystkiego próbują. Zwykłe układy, breakdance. Podoba mu się.
— A Krzyś?
— Biega po śniegu i wszędzie go pełno.
— Daj mi ich do telefonu.
Chłopcy podchodzili na zmianę. Tomisław opowiadał o krokach i kolegach. Krzyś odpowiadał krócej, a potem pytał, kiedy ojciec przyjedzie. Piotr za każdym razem mówił, że jeszcze nie wie.
Pod koniec marca w Janowie odbyła się Niedziela Palmowa. Małgorzata szła z Krzysiem pośród ludzi niosących kolorowe palmy. Wiosenne słońce odbijało się od jasnych płaszczy, lecz pod drzewami leżały jeszcze resztki śniegu. Chłopiec rozglądał się za znajomymi, a kobiety zatrzymywały Małgorzatę, pytały o Kanadę i o to, czy wróciła już na stałe.
— Na razie jestem tutaj — odpowiadała.
To „na razie" pozostawiało otwarte drzwi, choć sama nie wiedziała jeszcze, czy zechce przez nie przejść.
Wielkanoc pokazała wyraźniej niż cokolwiek wcześniej, że rodzina żyje w dwóch równoległych światach.
W Janowie stół był pełny. Przy Mariannie Andrzejuk siedzieli chłopcy, Małgorzata i krewni. Były jajka, pieczywo, ciasta, napoje i rozmowy prowadzone jednocześnie przez kilka osób. Marianna, coraz słabsza, zajmowała miejsce wśród dzieci, patrząc na nie z uwagą i zmęczeniem. Krzyś siedział blisko niej. Tomisław jadł, słuchał dorosłych i co chwilę odwracał się do kogoś po drugiej stronie stołu.
W Calgary wielkanocny posiłek był znacznie skromniejszy. Przy stole zasiedli Paweł i Rozalia. Piotr postawił przed nimi to, co udało mu się przygotować, i próbował nadać chwili uroczysty charakter.
— Mama zawsze robiła więcej — zauważył Paweł.
— Mama jest w Polsce — odpowiedział Piotr.
Zdanie zawisło nad stołem ciężej, niż zamierzał.
— Wiem — mruknął syn.
Rozalia zaczęła mówić o meczu, by przerwać ciszę. Piotr podjął temat. Łatwiej było rozmawiać o ustawieniu na boisku niż o tym, dlaczego przy jednym stole siedzą trzy osoby, a przy drugim — reszta rodziny.
Na początku maja Calgary znów przykrył śnieg. Rozalia wyszła przed dom w czerwonej kurtce i stanęła na białym chodniku, jakby zima pomyliła miesiące. Dzień wcześniej siedziała w swoim pokoju przy komputerze, w krótkich spodenkach, z kubkiem coli w dłoni. Kanada potrafiła w ciągu kilku godzin zmienić porę roku i nastrój.
Rozmowy z Małgorzatą także zaczęły się zmieniać.
Pierwsza euforia powrotu do Polski minęła. Znane miejsca nie dawały już poczucia pełnej niezależności. Dom rodzinny miał własny rytm, każdy krewny własne zdanie, a choroba Marianny wymagała coraz większej obecności. Małgorzata mówiła o zmęczeniu, o braku prywatności i o tym, że życie, które miało być łatwiejsze, zaczyna ją przygniatać.
Piotr słuchał ostrożnie. Nie chciał dopowiadać za nią. Pamiętał jednak, z jaką stanowczością oznajmiła, że zabiera chłopców, i jak mało pozostawiła mu miejsca na sprzeciw.
Pewnego dnia w słuchawce zapadła dłuższa cisza.
— Wydaje mi się, że z deszczu pod rynnę wpadłam — powiedziała wreszcie Małgorzata. Tym razem w jej głosie nie było ironii ani zaczepki.
Piotr oparł się o kuchenny blat.
— To wracaj, jesteś moją żoną na dobre i na złe.
Po drugiej stronie nie usłyszał odpowiedzi. Tylko oddech i jakiś odległy głos w pomieszczeniu.
— Słyszysz mnie? — zapytał.
— Słyszę.
— Powiedziałem: wracaj.
— To nie jest takie proste.
— Wyjazd też nie był prosty. A jednak zdecydowałaś sama.
Małgorzata zakończyła rozmowę bez deklaracji. Piotr odłożył telefon, przekonany, że temat umrze tak jak wiele wcześniejszych rozmów. Następne dni przyniosły jednak zmianę. Najpierw pytała, czy pokoje chłopców nadal są wolne. Potem, czy szkoła przyjmie ich ponownie. Wreszcie zaczęła mówić o biletach, bagażu i terminach.
Piotr pozwolił sobie uwierzyć, że przykre doświadczenie czegoś ją nauczyło. Wyobrażał sobie, że wróci z innym spojrzeniem, że zrozumie, iż małżeństwo nie może być zbiorem jednostronnych decyzji, ukrytych pieniędzy i kolejnych ultimatum. Nie oczekiwał cudu. Oczekiwał uznania faktów.
Zaczął ponownie przygotowywać dom. Pudeł, do których spakował pozostawione rzeczy, nie zdążył jeszcze wyrzucić. Otwierał je teraz, odkładał ubrania na półki, sprawdzał pościel i porządkował pokoje chłopców. Zabawka, której wcześniej nie ruszył, wróciła na swoje miejsce.
10 maja w Warszawie urodził się Stanisław, syn Urszuli i Tadeusza. Cezary, starszy brat noworodka, trzymał zawinięte dziecko w ramionach z ostrożnością człowieka, który boi się wykonać zbyt gwałtowny ruch. Wiadomość obiegła rodzinę szybko. Przez chwilę wszystkie rozmowy dotyczyły narodzin, zdrowia matki i maleńkiego chłopca.
— Zapewne jest mały jak lalka — opowiadał Tomisław ojcu przez telefon, choć kuzyna nie dane mu było widzieć.
— Każdy był kiedyś taki mały.
— Ja też?
— Ty szczególnie.
— Nieprawda.
Kilka dni później Krzyś usiadł obok Marianny przy oknie. Trzymał bukiet bzu, a starsza kobieta leżała oparta o poduszki. Choroba odebrała jej dawną swobodę ruchów, lecz nie zainteresowanie wnukiem. Przyciągnęła go do siebie, dotknęła jego policzka i długo nie puszczała.
16 maja rodzina uczestniczyła w Pierwszej Komunii Świętej Marty Siedleckiej. Przed domem ustawiono do wspólnego zdjęcia kilkanaście osób. Kobiety poprawiały sobie płaszcze, dzieci przesuwały się z miejsca na miejsce, ktoś wołał, żeby wszyscy patrzyli w obiektyw. Tomisław i Krzyś stali wśród krewnych w odświętnych ubraniach. Dwa dni przed wylotem Janów otaczał ich ciasnym kręgiem ludzi, nazwisk i rodzinnych powiązań.
Tego samego dnia, tysiące kilometrów dalej, Rozalia wybiegła na boisko w czerwono-białym stroju. Piotr stał przy linii i wołał, gdy przejmowała piłkę.
Rozalia biegała ostro, wchodziła w pojedynki i nie odpuszczała piłki. Po drugiej stronie oceanu rodzina ustawiała się do pamiątkowej fotografii; tutaj liczył się gwizdek, linia boczna i następna akcja.
— Rozalka, do środka! Masz miejsce!
Córka ruszyła za akcją, jakby poza boiskiem nie istniały żadne lotniska, telefony ani decyzje dorosłych. Po meczu była zmęczona, ubrudzona trawą i zadowolona.
— Pojutrze wracają — powiedział Piotr, gdy szli do samochodu.
— Wiem.
— Cieszysz się?
Rozalia poprawiła torbę na ramieniu.
— Z Krzysia tak.
Nie dopytywał więcej. Wiedział.
17 maja urządzono Krzysiowi przedwczesne urodziny. Do właściwej daty brakowało jeszcze czasu, ale nazajutrz miał lecieć do Kanady. Na stole ustawiono ciastka, napoje i niewielki tort. Dzieci krążyły wokół stołu, dorośli składali życzenia, a Krzyś przyjmował prezenty z powagą jubilata, który wie, że uroczystość odbywa się specjalnie dla niego.
Wieczorem Małgorzata zabrała go do Marianny. W pokoju było ciemniej niż w pozostałej części domu. Starsza kobieta siedziała lub leżała oparta o poduszki, z chustką na głowie. Małgorzata objęła matkę i syna jednocześnie.
— Będziesz grzeczny? — zapytała Marianna.
— Będę.
— I będziesz pamiętał o babci?
— Będę pamiętał.
— To dobrze.
Krzyś przytulił się do niej. Dorośli wiedzieli, że nie jest to zwykłe pożegnanie przed podróżą. Choroba Marianny postępowała, a Kanada leżała daleko. Nikt nie potrafił powiedzieć, czy chłopiec zobaczy babcię ponownie.
18 maja na lotnisku w Calgary Tomisław stanął pod wielkim napisem „Calgary — Heart of the New West". Miał na sobie czapkę z daszkiem, sportową kurtkę i plecak. Po długiej podróży wyglądał na zmęczonego, ale rozglądał się po hali tak, jak człowiek wracający do miejsca, które już zdążył uznać za część swojego świata.
Małgorzata pchała przed sobą duży wózek z walizkami. Uśmiechała się, choć jej twarz zdradzała wysiłek podróży. Krzyś trzymał się blisko niej.
Piotr zobaczył ich zza barierki. Przez kilka sekund nikt się nie poruszył. Potem chłopcy ruszyli w jego stronę.
— Tato!
Przyklęknął i objął obu. Krzyś przycisnął twarz do jego ramienia. Tomisław mówił znacznie mniej, jakby zachowując pewien dystans. Miesiące w Janowie nie pozostały bez wpływu na niego. Piotr nie rozumiał połowy słów Krzysia, ale nie miało to znaczenia.
Małgorzata podeszła wolniej.
— No to jesteśmy — powiedziała.
— Jesteście.
Nie pocałowali się od razu. Najpierw przejęli walizki, poprawili rzeczy na wózku i sprawdzili, czy niczego nie zostawiono. Dopiero potem Piotr objął żonę. Gest był krótki, ostrożny, bardziej powitalny niż małżeński.
W domu chłopcy wbiegli po schodach. Otwierali drzwi, sprawdzali pokoje, wyciągali zabawki i przekrzykiwali się z piętra. Krzyś odnalazł zabawkę pozostawioną na półce. Tomisław od razu włączył komputer. Rozalia przywitała braci, a Paweł pojawił się później.
Przez jeden wieczór dom znów był pełny. W kuchni stały walizki, na schodach kurtki, z łazienki dobiegała woda, a z pokojów głosy. Piotr siedział przy stole i pozwalał sobie wierzyć, że najgorsze zostało za nimi.
Radość trwała jeden dzień.
Nazajutrz wystarczyła drobna uwaga, aby ujawniło się wszystko, czego żadne z małżonków naprawdę nie przepracowało. Piotr przez kilka miesięcy odzwyczaił się od cudzych poleceń, zmiennych humorów i konieczności tłumaczenia każdej decyzji. Małgorzata wróciła natomiast nie jako ktoś proszący o nowy początek, lecz jako osoba przekonana, że po prostu zajmuje ponownie swoje miejsce.
— Po tym wszystkim powinnaś chyba coś przemyśleć — powiedział Piotr. — Nie możemy wrócić dokładnie do tego, co było.
— A co konkretnie masz na myśli?
— Sposób, w jaki podjęłaś decyzję o wyjeździe. Oskarżenia. Zabranie chłopców. To, że o wszystkim oznajmiasz, zamiast rozmawiać.
Małgorzata spojrzała na niego z niedowierzaniem, a potem uśmiechnęła się krótko i drwiąco.
— Czego ty ode mnie oczekujesz? Jakiejś ekspiacji?
— Nie ekspiacji. Odpowiedzialności.
— Wróciłam, prawda?
— To nie unieważnia tego, co zrobiłaś.
— Już zaczynasz?
— To ty wróciłaś tak, jakby nic się nie stało.
Rozmowa szybko przestała dotyczyć jednego wydarzenia. W ciągu kilku minut wróciły dawne pretensje, stare zdania i oskarżenia przechowywane przez oboje jak broń na wypadek kolejnej wojny. Chłopcy ucichli na piętrze. Rozalia zamknęła drzwi do swojego pokoju.
Rodzina była znowu razem.
Dom znów wypełnił się krokami, głosami i trzaskaniem drzwi. Cisza zniknęła.
Spokój również.
Koniec rozdziału XXX


