arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...



ROZDZIAŁ V

Była już wiosna, ale poranek 1 maja 1965 roku nie pozwalał w to wierzyć. Pochmurne niebo i zimny wiatr nie wszystkich zatrzymały w domach. Jadwiga z owiniętym w becik dzieckiem właśnie ruszyła do szosy, aby wsiąść do autobusu. Później musiała jeszcze zaczekać na dwa kolejne, zanim wreszcie dojechała do Pomiechówka.


– Może pan mi potrzymać dziecko, abym mogła wyjść? – poprosiła mężczyznę czekającego na wejście po wysokich schodach autobusu. Ten jednak obruszył się i odszedł krok w tył. Musiała dać sobie radę sama. Zmęczona i zziębnięta, zdecydowała się na odpoczynek. Stosunkowo blisko, tuż przy moście była ścieżka prowadząca w stronę rzeki. Ta sama ścieżka zawiodła Jadwigę do domu Aliny Pawlickiej, córki ciotki Józefy. Kobieta przyjęła kuzynkę niezwykle życzliwie, dała odpocząć i ogrzać się, po czym pomogła dotrzeć do domu Kamińskich.

Nie, Jadwiga nie uciekła od męża. Adam w tym czasie jechał traktorem ciągnącym przyczepę z całym ich dobytkiem. Zabrał ze sobą też siostrę. Chciał jej pokazać działkę ciotki Chojnackiej, na której miał spędzić kolejne czternaście lat życia. Jadwiga dotarła tam dopiero po kilku godzinach.

– Jadzia, co to była za dziewczyna z twoim chłopem? – dopytywała ciocia, gdy tylko została z siostrzenicą sam na sam, a usłyszawszy wyjaśnienie dodała: – Powiedziała, że gdyby on ciebie lał, to ty byłabyś inna, znaczy się lepsza.

– Trzeba było dać czymś w głowę!

– Ja nie wiedziałam, kto to jest... nie poznałam jej – usprawiedliwiała się starsza pani, która tamtą dziewczynę widziała raz jedynie, podczas grudniowego wesela.

W izdebce cioci Chojnackiej nagle zrobiło się jeszcze ciaśniej niż zwykle. Drzwi wejściowe, będące niemal na lewym krańcu domu, od jego tylnej strony, od ściany dzieliła jedynie wąska, aczkolwiek dość wysoka szafka. Do niej zaś przylegał komin i maleńka, dwupaleniskowa kuchnia. Wszystko to szczelnie wypełniało zachodni szczyt domu.

Na prawo od drzwi wisiał na ścianie wieszak na ubrania, za którym było wąskie, dwuczęściowe okno. Dalej, w kącie, na wschodnim szczycie domu ustawiono komodę z czterema szufladami. Na niej stał jedynie krucyfiks na serwetce i dwie

świecie z lichtarzach.

Kąt pokoju, jaki tworzyła przeciwległa do okna ściana ze wschodnim szczytem, zajęty był przez stare, drewniane łóżko, nad którym zawieszono kiedyś obraz św. Teresy z Lisieux.

Teraz trzeba było stworzyć tam warunki do życia dla kolejnych trzech osób. Szafę udało się wcisnąć pomiędzy łóżko a kuchnię. Dużo trudniej poszło ze znalezieniem miejsca na posłanie. Ostatecznie „amerykanka” stanęła pomiędzy drzwiami a oknem, zajmując miejsce jednego z dwóch krzeseł. Aby ją tam wcisnąć, zdecydowano się na ruch karkołomny, ustawiając ją bokiem do ściany. Tylko tak się zmieściła, aczkolwiek po jej rozłożeniu drzwi wyjściowe były zablokowane. W nocy, do stojącego na dworze wychodka wyjść było niepodobna bez budzenia wszystkich domowników.

Właścicielka mieszkania początkowo bardzo emocjonalnie wczuwała się w położenie swoich młodszych lokatorów.

– Daj dzieciaka do mnie na noc, a ty się wyśpij – zasugerowała pewnego wieczora, widząc zmęczenie siostrzenicy.

Jadwiga, chociaż z wdzięcznością przyjęła propozycję, to i tak w nocy budziła się na każdy płacz swego dziecka. Widziała, jak ciotka dzielnie znosi trudy pierwszej nocy i jak złości się drugiej nocy. Po trzeciej miała już dość.

Wszystko mobilizowało młodych małżonków do działania. Adam zaczął pracę w pobliżu domu, gdzie warszawskie zakłady oświetleniowe im. Róży Luksemburg wznosiły ośrodek kolonijny. W kilka minut po skończonej pracy był już u siebie i mógł zaczynać drugą pracę, tym razem przy budowie własnego domu. Naglił nie tylko czas. Marianna Chojnacka była zmęczona trudnościami, jakie wywoływało wspólne życie tylu osób na kilku metrach kwadratowych. Po paru miesiącach zaczęła przygadywać mężczyźnie, że budowę to chyba „skończy na świętego Michała”. Czemu akurat Michała, którego wspomnienie obchodzone jest we wrześniu, nikt nie wiedział. Prawda, że prace postępowały wolniej, niż wszyscy by chcieli, ale też wszystkie roboty wykonywał Adam samodzielnie, ze sporadyczną pomocą swej żony. Cement, białą cegłę, materiały drewniane czy papę na pokrycie domu kupili nowe, chociaż wykorzystywali też odkupioną od kogoś czerwoną cegłę z rozbiórki.

Mniej więcej po roku ciężkiej pracy można było się wprowadzić na swoje. Przy wzniesionym kiedyś przez Stanisława Chojnackiego drewniaku stanął dom, a właściwie trzy nowe ściany z dachem opadającym w stronę drogi, na którą wyglądało jedno, duże okno.

Na ścianie przeciwnej, tej przylegającej do drewniaka, stanęła szafa, a po lewej stronie okna, kuchnia. Środek wypełnił okrągły stół z dwoma krzesłami. Z mieszkania wyjść można było wprost na zachód.

Gdy w środku stanął ostatni przeniesiony mebel, przysiedli odpocząć. Przez chwilę byli szczęśliwi. Właśnie mają nad głową własny dom. Prawda, w którą trudno było uwierzyć. Budynek stanął na działce ciotki, ale to nie niosło żadnego ryzyka. Marianna Chojnacka kiedyś spodziewała się dziecka, spadkobiercy... Cóż, była to zima i wróciwszy do domu, chciała rozgrzać nogi w gorącej, słonej wodzie. Nogi zrobiły się przyjemnie ciepłe, wkrótce potem poczuła dotkliwy ból w podbrzuszu. Poroniła. Teraz wszystko, co po sobie zostawi, przypadnie sierocie. Przynajmniej opiekę na starość będzie miała...

Adam z Jadwigą rozmarzyli się. Synek spał, można było oczyma wyobraźni spojrzeć w przyszłość, zobaczyć, jak rośnie ich dom, pojawia się kolejne dziecko, jak są radośni.

Przed sobą mieli duże, pokryte firaną okno. Gdy spojrzeli przez nie, zobaczyli nie tylko płot, a za nim drogę dzielącą ich od lasu, w którym dopiero co wyrosły bloki ośrodka kolonijnego. Zobaczyli też świat, świat, który dla każdego z nich był inny.

Jadwiga, mimo że wychowana w niedostatku, umiała docenić naukę, kulturę i wiedzę. Nieobca jej była historia świata, a szczególnie Ojczyzny, geografia, a nawet wiedza z przedmiotów ścisłych. Przede wszystkim zaś ceniła wartości moralne i religijne.

Żyła i żyć chciała w świecie, do którego dostęp miała tylko jej rodzina. Rozumiała ją bardzo wąsko. Było tam miejsce dla części rodzeństwa jej matki z ich najbliższymi, męża i dziecka. Cała reszta jawiła się jako świat obcy, wrogi, przed którym musi się bronić, bo inaczej sama zostanie zaatakowana, wykorzystana, okradziona, skrzywdzona. Ludzie z tamtego świata byli gorsi, chociaż z nikim nie należało żyć w niezgodzie czy toczyć wojen. Należało po prostu żyć swoimi sprawami, innych trzymać za wyraźną granicą. Pewnym wyłomem w tej granicy była koleżanka Stasia Wierzbicka z Radomskich, z którą były obok siebie od pierwszych miesięcy życia. Razem bawiły się w piasku, razem grały w berka i chowanego, razem poszły do szkoły i razem stanęły do pierwszokomunijnego zdjęcia w Pomiechowie. Gdy Kamińscy wyjeżdżali ze Szczypiorna, działkę ich, ku uciesze dziewczynek, kupili właśnie państwo Radomscy. Miały do siebie jeszcze bliżej. Stasia za mąż wyszła nieco wcześniej, co tylko jeszcze bardziej spotęgowało u jej koleżanki tęsknotę za własną rodziną. Jedynie o swe pierwsze dziecko, wymarzoną i wytęsknioną Ewę, starali się dwa lata dłużej. W końcu i to szczęście przyszło.

W tym wewnętrznym świecie najbardziej problematyczną osobą był paradoksalnie mąż. Było dla niego tam miejsce, ale ściśle określone i ograniczone. Naturalnie ranga jego nie równała się pozycji samej Jadwigi, no... ale powinien był być wdzięczny, że „znalazła się taka głupia, co go wzięła”. Miejsce dla Adama w świecie Jadwigi było też zależne od tego, czy mąż odetnie się od własnego świata, a światy te były całkiem różne.

Adam żył w świecie otwartym. Za wyjątkiem osób, z którymi wojny toczyła jego matka, niemal każdy był rodziną. Bardzo inteligentny, z którym wygrać w warcaby było sukcesem niecodziennym. Cecha ta, zmarnowana brakiem jakiegokolwiek wykształcenia, przynosiła jedynie owoc w postaci talentu do wszelakiego kombinatorstwa. W domu rodzinnym przywykł do tego, że ma tylko to, co sobie „załatwi”, i nawyku tego nie pozbył się nigdy. Zdolność czytania opanował dość miernie, chociaż z pisaniem szło jeszcze słabiej. Z drugiej strony, dawał o sobie znać geniusz jakiś, gdyż już coś napisał, to bezbłędnie, mimo iż nie rozumiał, czemu to „oni” utrudniają ludziom życie, zmuszając do pisania „ż” i „rz”, skoro wystarczyłyby jedna litera.

Nigdy nie palił, chociaż papierosami pozwalał się częstować. Tak zebrane dobro przynosił ojcu. Alkohol lubił, chociaż prawie nigdy nie można było zauważyć, że za wiele wypił.

Ze swej niskiej pozycji społecznej doskonale zdawał sobie sprawę. Przynosiło to skutek żałosny, często komiczny. Nie znosił ludzi żyjących na wyższym poziomie, krytykował „burżujów”, królów i każdego, kogo uważał, że żyje jego kosztem. Jednocześnie sam potrafił udawać kogoś, kim nie był i zostać nie miał szansy. W zakładach budowlanych przyjęło się wówczas, że robotnicy nosili kaski białe, zaś kadra wyższa, pomarańczowe. Adam swój biały kask przemalował w połowie na różowo. „Ja jestem takim pół brygadzistą” – tłumaczył. Pomimo jakiegoś pragnienia awansu, nie potrafił zrobić w tym kierunku żadnego kroku. Jeszcze w pierwszych miesiącach małżeństwa zapisał się na kurs traktorzysty. Miało to nie tylko zwiększyć zarobki, ale też dać pracę znacznie lżejszą. Egzaminu nie zdał. Nie omieszkał za to faktu tego opić tak skutecznie, że z trudem trafił do domu, zyskując poklask swej rodzicielki.

Te dwa światy były od siebie bardzo odległe. Gdy Adam starał się wejść w świat żony, był tam oczekiwany, ale jedynie on sam, obdarty ze wszystkiego, kim był on sam i jego wcześniejsze otoczenie. Powinien stać się innym człowiekiem, bez przeszłości, bliskich z czasów dziecięcych, nawyków i stylu życia. Zamiast tego musiałby przyjąć wszystko, co żona jego ceniła i uważała za wartościowe. Bez względu na to, jaką rację miała kobieta, uzyskała tylko tyle, że mąż głośno jej przytakiwał, a robił to, co sam chciał. Z doma uciekał do ludzi, którzy szczsporta lub nie, zgadzali się z tym, co mówił i robił.

Kolejnej wiosny małżeństwo zabrało się za rozbudowę domu. Do ściany, w której były drzwi wejściowe, tej od strony sąsiadów Wierzbickich, zaczęto dobudowywać nową izdebkę, która miała służyć za kuchnię. Najpierw niewielką, później nieco wydłużoną w stronę przeciwną od drogi. Ta właśnie rozbudowa musiała być tak znacząca dla małego Piotra, że wiązała się z pierwszym w życiu wspomnieniem zachowanym na zawsze. Oto stoi na jakimś prowizorycznym rusztowaniu. Przy nim rośnie nowa ściana. Dwie warstwy cegły i odstęp pomiędzy nimi. Bierze w ręce kombinerki, co by podać ojcu... one niestety wymykają się z małej dłoni i spadają w przepaść pomiędzy warstwy ściany.

Narzędzie musiało dać się czymś zastąpić, bo budowa szła dalej. Na końcu już, od strony drogi dostawiono małą sionkę, chroniącą wnętrze domu przed zimnem i brudem podwórza. Gdy cała budowa zakończyła się, jej wynik dał dziecku poczucie ciepła i stał się źródłem kolejnych, miłych wspomnień.

Gdy Piotr budził się rano, jego ojca już w domu nie było. Był w pracy. Zapamiętał za to obraz matki klękającej do porannego pacierza. Klęczała pochylona nad stojącą w szczycie kuchni amerykanką. Pod jej piersiami leżał synek, bawiąc się w tym czasie zwisającym z szyi matki łańcuszkiem.

Leżąc na tej samej amerykance, dało się obserwować dziwne zjawisko. Gdy padał ulewny deszcz, u góry, nad głową na suficie tworzył się balon. Wtedy w suficie robiło się dziurę. Woda wartkim strumieniem spływała, grając w podstawionym kuble, a balon nieco chudł.

Niemniej życie na Szczypiornie było jakoś dziwnie łagodniejsze, bardziej przyjazne od tego, jakiego doświadczyli na Kępie. Jeszcze rok temu, gdy Jadwiga poszła do lekarza w Pomiechówku, ten nie miał dobrych wieści:

– Pani i tak do grobu – ogłosił bez wahania.

– Nie wiadomo, kto z brzega – odparła mu pacjentka, chociaż lekarz nie bez podstaw postawił taką diagnozę. Wynik badań, jaki miał przed sobą, mówił sam za siebie. 1 700 000 czerwonych ciałek krwi... a inne parametry niekoniecznie były lepsze.

Dziecko też ciągle chorowało. Karetka pogotowia nie zawsze zdążyła wrócić do Nowego Dworu, gdy musiała znów jechać na Szczypiorno. Mieszkańcy wsi, widząc ambulans, byli przekonani, że wiedzą, do kogo jedzie.

Po rozbudowie domu do pokoju nie wchodziło się często. Był zimny i mało przytulny. Całe życie toczyło się w ogrzewanej, zagraconej kuchni. Tam też chłopiec zdobywał pierwsze lekcje życia i wiedzy. Bywało, że była to wiedza o anatomii. Był wieczór, niemal na środku pomieszczenia, nieco bliżej kuchenki węglowej, stała wielka miska, w której jego mama się myła. O tym, że jej góra wygląda inaczej niż u większości ludzi, to wiedział od początku i to nie wzbudzało jego zainteresowania. Teraz na dodatek zobaczył, że i tam... niżej jest z nią coś nie tak. Co więcej, nieco później ojciec jego siedział przy stole w samych majtkach. Nagle Jadwiga zaczęła dawać mu jakieś nerwowe znaki, wskazując głową w okolice siedzenia. Piotr nie widział tam nic, ale zachowanie matki dostrzegł. „Co ci dorośli mają w tych majtkach, że tak to ukrywają?” – myśl ta długo nie dawała mu spokoju, przerodziwszy się nawet w zainteresowanie fizjologią.

– Mamo, mogę pożyczyć lusterko? – zapytał w letni dzień, sięgając po stojące na stole zwierciadło.

– A po co ci?

– Chcę pooglądać świat – skłamał, mówiąc o swoim zwyczaju patrzenia na rzeczywistość w lustrzanym odbiciu.

Zabrawszy lusterko, wyszedł na dwór, ale nie popatrzył w nie, aby szukać odbicia przyrody. Ruszył przez małą furtkę oddzielającą podwórko od ogródka, wprost na tył domu. Tam nie powinien go nikt zobaczyć. Oparł szkło o ścianę domu, pochylił się... „Ciekawe, jak to wygląda” – myślał, zerkając na odbicie. Chociaż poznał wtedy jeden z mechanizmów fizjologicznych, to i zawstydził się srodze. Był obserwowany. Najwyraźniej kłamstewko, którym się posłużył, pożyczając lusterko, nie było wiarygodne.

Do Szczypiorna zaglądał też w Wigilię Bożego Narodzenia św. Mikołaj. Szczypiorno jest daleko od Warszawy, mała wioska, to i Święty dociera do niej już jakiś wymęczony, w podartych łachmanach. Nie tak piękny i bogaty, jak w wielkim mieście. Do Piotra po raz pierwszy przyszedł, gdy ten miał niespełna trzy lata. Sam Mikołaj, nic szczególnego, zmarzł, więc i opatulony niemiłosiernie w stare ciuchy, jakaś czapka na głowie, rękawiczki... ogólnie w łachmanach. Co ciekawe, brody nie miał, ani siwej, ani żadnej. Sam Mikołaj nie był ważny. Liczyło się to, co przyniósł, a to był całkiem nowy, nieznany świat. Z wielkiego wora wyciągnął jedną tylko zabawkę: metalową, czerwoną rakietę na baterię. Rakieta niezwykła. Co prawda przypominała bardziej samochód, ale kto wtedy wiedział, jak prawdziwa rakieta wygląda? Co najważniejsze, jeździła po podłodze, świecąc różnymi kolorami, umieszczony na wierzchu wielki radar obracał się naokoło, a hałasowała okrutnie. Gdy dotknęła do nogi od krzesła, sama zawracała, szukając wolnego miejsca do dalszej jazdy. Tej nocy zużyły się dwie płaskie baterie i musiał nadejść pierwszy dzień Świąt.

Kuchnia miała też w sobie coś magicznego. Gdy przychodziła zima, na szyby wchodził grubą warstwą mróz. Po przyłożeniu do szyby monety lub pochuchania na nią robiła się dziurka, przez którą dawało się patrzeć na świat, a właściwie nie świat cały, tylko płot. Co więcej, za płotem stał dom sąsiadów. On też miał okno. Czasami można było w nim zobaczyć Ewę. Patrzenie na małą sąsiadkę było szczególnie zajmujące zimą, gdy mama wyszła rano do państwa Kurpiewskich po mleko, a zimno nie pozwalało wystawić nosa na dwór.

Najbliższego lata po wizycie hojnego św. Mikołaja do mieszkania wszedł jakiś nieznajomy.

– Jest mama?

– Jest, w pokoju...

– To powiedz jej, że jakiś facet przyszedł prąd zakładać.

Piotr, mający nieco ponad trzy lata, zeskoczył z amerykanki. Otworzył białe, drewniane drzwi dzielące go od mamy.

– Przyszedł jakiś pan, ale mówi, że przyszedł facet... – zakomunikował, choć nie miał pojęcia, co to tajemnicze słowo znaczy. Co by to nie było, to znaczyło jedno: w domu pojawił się prąd, a wraz z nim słaba, ledwie świecąca żarówka i... radio. Ta złota skrzynka, jaką ustawiono na zawieszonej wysoko na ścianie półce, była niezwykle zagadkowa. Niby taka mała, nikt nie mógł się w niej zmieścić, a ciągle coś mówiła. Jak już przestała mówić, to grała. Rodzice musieli synkowi pozwolić ją dokładnie obejrzeć, aby upewnił się, że nikt tam się w środku nie chowa. Gdy już był tego pewien, radiem w zasadzie przestał się interesować. Co innego, gdy rodzice wieczorami słuchali Wolnej Europy. Głos z tej skrzynki dobiegał skrzypliwy, czasami ginął, ale dorośli słuchali tego z zapartym tchem. Musiało to być coś ważnego i cennego.

– Gdzie ty leziesz? – zapytała ciocia Chojnacka.

– Muszę posłuchać Wolnej Europy – odparł kilkulatek, wdrapując się na stołek, ze stołka na stół i sięgając pokręteł radia.

Marianna Chojnacka, chociaż pod nieobecność rodziców została wtedy z dzieckiem w roli opiekunki, na wyczyny te musiała patrzeć bezradnie. Sama, wymagająca opieki i pomocy, nie mogła powstrzymać amatora wiadomości ze świata. Mogła jedynie modlić się o to, aby zszedł tak sprawnie, jak tam wszedł. Przygodę tę tak przeżyła, że więcej do pomocy nie przyszła. Za to Piotr biegał do cioci często. Kobieta generalnie dzieci nie lubiła, chociaż uważała, że czasami są przydatne. Gdy razu jednego zbyt mocno spiekła pieczone ciasto, Jadwiga, jej siostrzenica, starała się pocieszać:

– Mania, ja też właśnie spaliłam ciasto!

– No tak, ale ty masz dzieci, to ci zjedzą, a ja co?

Piotr był jedynym dzieckiem, jakie tolerowała, a nawet lubiła. On też lubił tam chodzić. Swoisty klimat dawnego domu, ciocia opowiadająca jakieś historie, a nawet zaduch nigdy niewietrzonej izby – wszystko to tworzyło nastrój, za jakim przepadał.

Marianna Chojnacka nie wychodziła już wtedy z domu, więc odwiedziny dziecka były dla niej miłą odmianą, a i plecy było komu podrapać...

Lasy okalające Szczypiorno nie są zbyt rozległe, to też i zwierza dzikiego tam mało. Do domostw zaś nie podchodzi nic, nawet srogą zimą. Zdarzyło się jednak razu pewnego, że do domu wdzierał się niedźwiedź. Tak przynajmniej wydawało się wystraszonej Jadwidze. Drzwi się z hukiem otwarły, a w progu sunęło coś na metr wysokiego, futrzastego, głośno sapiącego. Sporo potrzebowała czasu, aby rozeznać, że to nie atak niedźwiedzia, a mąż wraca do domu po niebezpiecznej przygodzie. Adam, jak każdego ranka, wyszedł wtedy do pracy. Czy tam w ogóle dotarł, nie wiadomo. Jakiś czas później trafił nad Wkrę, aby pod lodem łowić ryby. Gdy lód się zarwał, z trudem zdołał wygrzebać się na brzeg, po czym, ociekając lodowatą wodą, na czworakach dotarł do domu. Jadwiga, po osuszeniu męża, ubrała siebie i dziecko, po czym oboje poszli oglądać ślady „po niedźwiedziu”. Rzeczywiście, prowadziły wprost nad Wkrę, a dalej, do wielkiego przerębla. Wokoło dostrzec można było ślady walki, prawdziwej walki o życie człowieka, który nagle wpadł pod lód. Był tam sam...

W powstającym ośrodku kolonijnym pracowała też pani Przybysz, starsza kobieta z drugiego brzega wsi. Jej jedynym zadaniem było stróżowanie, a więc doglądanie dobytku firmy, który i tak wszyscy robotnicy, jak i okoliczni mieszkańcy, solidarnie rozgrabiali. Nie mając zatem wiele pracy, kobieta dla relaksu wdawała się w pogaduszki z każdym, kto tylko pojawił się w pobliżu. Tak poznała też mieszkającą o kilka kroków od zakładu Jadwigę i jej synka.

Dziecko, które jedzenia unikało bardziej niż sennych koszmarów, takie wzbudziło w kobiecinie współczucie, że zapragnęła podzielić się z nim swoją kanapką. Ku zdziwieniu wszystkich, kanapka smakowała. Z czasem Jadwiga, nie chcąc narażać obcej osoby na bezinteresowne dokarmianie jej syna, zaczęła przynosić własne jedzenie, które chłopiec brał od „babci” i w ten sposób jadł to, czego nie chciał zjeść w domu. Dokarmianie się skończyło, gdy starsza pani zrezygnowała z pracy. Czy jednak dziecko głodowało?

Mając już kilka lat, Piotr wracał z lasu. Poczuł się dziwnie. Coś dokuczało w brzuchu, pojawiło się uczucie, którego nie zaznał nigdy wcześniej. Zaniepokoił się. Nagle przyszła zaskakująca myśl: „Może ja jestem głodny?” Wrócił do domu, gdzie pierwszy raz w życiu poprosił o jedzenie. Zjadł, dziwne objawy w brzuchu ustąpiły. „A więc to tak wyglądał głód” – pomyślał ze zdziwieniem. Zdziwiona była też Jadwiga, przy accustomed do tego, że jej pierworodny na każde pytanie o to, co będzie jadł, zawsze odpowiadał tak samo: „Nic”. W najlepszym razie mógł zjeść kromkę chleba nasączoną wodą i posypaną cukrem. Czasami udało mu się wcisnąć tę kromkę pokrytą śmietaną.

Nie zawsze gusta dziecka pokrywały się z tym, co jego matka uważała za pożywne. Przez bardzo długi czas toczył się swoisty pojedynek, którego materią były potrawy mleczne. Zacierki, płatki owsiane czy kasza manna Jadwidze jawiły się jako materia niezbędna dla rozwoju dziecka. Jej syn miał na ten temat inne zdanie. Kasza manna, szczególnie zaś krupy, jakie się w niej pojawiały, budziły w nim wręcz obrzydzenie. Dużo gorzej jeszcze znosił wstrętny mu widok zacierek.

– Będziesz tu siedział, aż zjesz – rozkazała kobieta, sadzając syna na małym stołeczku w sionce. Obok postawiła talerz z kaszą manną i zatrzasnęła za sobą drzwi. Brzdąc nie chciał tam siedzieć sam, chociaż to, co było na talerzu, wzbudzało w nim niechęć nieopisaną. Próbował jeść. Jedna łyżka, druga, przerwa, znów troszeczkę, aż...

Jadwiga wybiegła z mieszkania na odgłosy, które kojarzyły się jej z problemami. Rzeczywiście, gdy spojrzała w talerz, zrozumiała, że nic z niego więcej zjeść się nie da. Piotr zwymiotował. To był ostatni raz, gdy próbował zjeść danie ugotowane na mleku.

Wczesne dzieciństwo to także wspomnienie długich rozmów z matką. Jadwiga, podczas gdy jej mąż był w pracy, wiele czasu spędzała z dzieckiem, tocząc niekiedy dysputy, które go przerastały i niepokoiły.

– Kiedyś poznasz jakąś dziewczynę i mamę zostawisz...

– Nie, nigdy nie zostawię – zapewniał z przejęciem, ale jego słowom chyba matka nie wierzyła, bo podobne sprzeczki powtarzały się kilkakrotnie. Gorzej, gdy kobieta, nieco już starszemu synowi, wyjaśniała bardziej skomplikowane niuanse życia rodzinnego, dowodząc, że wnuków to można być pewnym tylko od córki. „Od syna to nigdy nie wiadomo” – dowodziła czegoś, czego chłopak nie rozumiał, ale co zaczynało kształtować w nim wrażliwość na nierówne traktowanie dzieci przez rodziców.

Życie toczyło się swoim utartym torem, aż do jesieni 1969 roku, który przyniósł kryzys małżeński, jaki odbił się na całej przyszłości rodziny. Prace budowlane przy ośrodku kolonijnym właśnie się skończyły. Część pracujących tam robotników znalazła zatrudnienie w nowym obiekcie. Inni, których przywiązanie do wykonywanych obowiązków było skromniejsze, musieli szukać innego zajęcia. Adamowi nową pracę pomogła znaleźć siostra Wanda, która od jakiegoś czasu zatrudniona była w bielańskim szpitalu. Aby nie musiał każdego dnia dojeżdżać ze Szczypiorna, zaczął nocować w domu rodziców, wracając do żony i syna w sobotni wieczór, skąd dobę później znów wyjeżdżał.

Sytuacja taka nie podobała się ani żonie, ani synowi. Ten ostatni, chcąc zatrzymać rodzica przy sobie, postanowił działać. Wykorzystując twardy sen ojca, powiązał mu ręce i nogi długimi paskami materiału. Więzień po przebudzeniu nie miał naturalnie zbyt wielkiego problemu z uwolnieniem się. Mimo to coś w nim pękło, przyszła jakaś myśl sprawiająca, że zastanowił się nad sytuacją rodziny i własną przyszłością. Zdecydował się zmienić pracę i poświęcić najbliższym. Fakt, że dziewięć miesięcy później na świat przyszło drugie dziecko w rodzinie, świadczy dobitnie o tym, że zawarta wówczas ugoda musiała być szersza niż tylko ojca z synem.

Czas rodzinnej idylli nie trwał długo. Najpierw Jadwiga, podczas przyjęcia imieninowego u Wandy Kamińskiej, wówczas już Włochińskiej, dowiedziała się, że jej mąż w szpitalu zarabiał dużo więcej, niż sądziła. 1200 złotych, jakie przynosił na utrzymanie rodzinne, to były jedynie pieniądze z podstawowej pensji. Blisko czter cztery razy więcej zarabiał, dorabiając w miejscowej kostnicy. Co robił z zarobionymi tam pieniędzmi, nie zdradził nigdy, a podejrzewano, że przekazywał je swojej matce lub siostrze.

Najgorsze przyszło w kwietniu.

– Tata na ten chrzest nie pojedzie – zapewnił ojca pięciolatek, gdy obaj weszli do lasu, kierując się w stronę pól, aby niejako od tyłu, skracając sobie drogę, dojść do zagrody jednego z gospodarzy. Mieli przynieść codzienną porcję mleka. Adam planował kilka godzin później jechać na Pierwszą Komunię swego siostrzeńca, Ryszarda. Został zaproszony, aby pełnić jedną z najważniejszych tam ról, rolę ojca chrzestnego. Problem był jednak w tym, że rodzice dziecka „zapomnieli” zaprosić na uroczystość jego żony. Jadwiga nie tylko poczuła się zlekceważona, ale też ciągle pamiętała, jak pięć lat wcześniej, po nocy musieli szukać kandydata na chrzestnego dla własnego dziecka. Być może by nawet teraz ustąpiła, gdyby w decyzjach męża widziała jakąkolwiek solidarność. Nie było jej. Adam po prostu ogłosił, że jedzie na chrzest.

– Dlaczego? – zapytał syna w ten sobotni dzień.

– Bo nie ma tata garnituru – odparło dziecko.

Mężczyzna nie wahał się ani chwili. Zostawiając syna w lesie, pobiegł w stronę domu. Piotr, stojąc na wzniesieniu, widział z daleka bliskie mu zabudowania. Nie dzieliło go od nich więcej niż 150 metrów. Widział je, a po chwili usłyszał też przerażający krzyk. Jego ojciec, domyśliwszy się, że potrzebny mu, jedyny garnitur został ukryty w izbie cioci Chojnackiej, od razu tam skierował swoje kroki. Nie miał trudności w odnalezieniu ubioru. Chwyciwszy wieszak, wybiegł na podwórze. Marianna Chojnacka, odzyskawszy nagle siły, wybiegła za nim, ale usłyszawszy nadciągającą awanturę, szybko zawróciła. W tym czasie na podwórze dotarł Piotr. Do domu wejść nie mógł. W sieni stał ojciec, drzwi do kuchni były zamknięte, a ze środka starała się uwolnić jego matka. Gdy krzyki nie pomogły, dało się słyszeć głuchy hałas, jaki czyniły uderzenia siekiery od drzwi.

Gdy akcja przeniosła się do środka, doszło do regularnych rękoczynów, a do akcji postanowił włączyć się i Piotr. Najpierw próbował dłonią okładać, jak mu się wydawało, winnego całemu zajściu ojca, a nie widząc efektów, chwycił stojący w rogu pogrzebacz. Dbając o lepszy efekt, włożył go do ognia i poczekał spokojnie, aż się zaczerwieni. Z tak przygotowanym narzędziem podszedł do ojca i przypiekł mu udo. Zabieg ten przyniósł efekt studzący na obojga rodziców. Szamotanina ustała. Mężczyzna ubrał się i wyszedł z domu. Ciężarna kobieta nie protestowała, a jej syn, dumny z własnego postępku, wyznał: – Chociaż mnie ręka boli, ale mu dałem, to mu dałem.

Następnego dnia do pierwszej rozmowy małżonków doszło przez drzwi sionki. Jedno, stojąc w środku, nie chciało otworzyć drzwi, drugie, klęcząc na dworze, błagało o wybaczenie, zapewniając o poprawie.

– Wejdź, bądź ojcem dla dzieci, ale dla mnie mężem już nie jesteś – usłyszał po długim czasie Adam.

Najbliższe lato miało przynieść i inne, mniej przykre zmiany. Już w czerwcu przed domem, tuż przy płocie, zaczął rosnąć wielki kopiec piasku. Kopanie studni było jednym z ostatnich przygotowań do narodzin dziecka. Dawniej wodę noszono z odleglejszych działek, ostatnio od sąsiadów Wierzbickich, którzy na taką inwestycję skusili się nieco wcześniej. Od teraz woda miała być na kilka kroków od domu. Cotygodniowe pranie pościeli i ubrań, codzienne pranie pieluch czy zwyczajne gotowanie miały przestać być udręką. Z dnia na dzień, na granicy dwóch działek rosła hałda piachu. Miejsce idealne Gorbachev idealne do dziecięcych zabaw.

– Widzę cię – cieszyła się trzyletnia Ewa, zobaczywszy kolegę tarzającego się gołym tyłkiem w piachu. Nie skojarzyła jednocześnie, że sama jest w takim samym stanie.

Obie posesje teoretycznie były od siebie oddzielone. W praktyce jednak parkan, który powinien tam stać, zazwyczaj leżał. Działo się tak albo z powodu niechlujnego wykonania, albo, co częstsze, celowego działania dzieci. Gdy zdarzyło się, że ktoś właśnie postawił leżący płot do pionu, Piotr miast obejść przeszkodę naokoło, forsował ją górą. Próba ta skończyła się kiedyś rozerwaniem przedramienia starym, sterczącym gwoździem, po którym ślad pozostał na zawsze. Jeszcze groźniej było, gdy złamała się pod ciężarem chłopaka licha gałązka, po której wchodził na młodą sosnę nad Wkrą. Chociaż przez rozciętą ranę mógł dojrzeć swe wnętrze, krwi dziwnym trafem nie było. Udało się więc ukryć wypadek i uchronić przed zakazem wychodzenia z domu w przyszłości. Mimo to najczęstszym wyzwaniem była furtka. Furtka była całe metry dalej. Za daleko. Szczególnie później, gdy tak często wspólnie trzeba było się spotkać, aby zagrać w berka lub wojnę przy użyciu patyków, albo pistoletu z odpustu. Jeszcze bardziej przeszkadzała, gdy grało się w chowanego.

Na podwórkach dało się też grać w kolarzy. Trzeba było na ziemi narysować dwie linie ułożone tak, aby przypominały tor dla kolarzy. Zawodników, czyli kapsle od piwa, wprawiano w ruch pstryknięciem palców. Jeśli „kolarz” wyskoczył poza tor, wracał na linię startu. Wygrywał ten, który na mecie znalazł się pierwszy. Czasami, aby utrudnić zadanie, na trasie wyścigu ustawiano przeszkody budowane z ziemi i patyków.

Aby zagrać w „wywoływanie wojny”, trzeba było wyjść na drogę przed furtkę. Ta zabawa wymagała nieco więcej miejsca. Po narysowaniu wielkiego okręgu dzieliło się go jak tort na tyle równych pól, ilu było graczy. To nie były części koła, to były państwa. Po kolei każdy z szefów takiego państwa brał do ręki patyk i, mówiąc „Wywołuję wojnę... Francji”, rzucał patyk na terytorium tego „kraju”, uciekając w tym czasie najdalej, jak się dało. Jego bieg był przerywany w momencie, w którym „Francuz” zdołał chwycić rzucony patyk. Wtedy dochodziło do pojedynku. Zaatakowany rzucał patykiem w stronę atakującego. Jeśli trafił, mógł stanąć przy jego granicy i zabrać mu tyle terytorium, ile zdołał zakreślić na wyprostowanych nogach. Jeśli nie trafił, zaboru ziemi dokonywał przeciwnik. Wygrywał naturalnie ten, kto zajął cały świat.

Z biegiem lat gier przybywało. Do najpopularniejszych należał wtedy badminton. Rolę siatki doskonale wtedy spełniała brama, jaką pobudowano przed frontem działki państwa Wierzbickich. W zabawach tych zazwyczaj prócz Piotra i Ewy udział brała Iwona, bratanica pani Wierzbickiej, a czasami nieco starszy od nich Jacek, syn państwa Kielaków, Janusz Nowakowski lub Grzesiek Żabowski. Inne dzieci pojawiały się sporadycznie, ale i tak czasami kończyło się to nieprzyjemnie.

Po jednej z wizyt w Dziekanowie Piotr przywiózł podarek od ciotki Wandy. Piękna, szklana strzykawka, jakiej nigdy wcześniej w ręku nie miał, a jedynie pamiętał z dramatu związanego ze szczepieniem. Gdy dotarł z nią do Szczypiorna, musiał się nią pochwalić każdemu, kto tylko był w pobliżu, a tym razem zjawił się tam także Jurek Radomski. On też podziwiał ten niecodzienny przyrząd medyczny, po czym zaproponował zabawę. Strzykawka została zakopana w ziemi, aby później można było jej szukać. Piotr szukał jej długo. Nie znalazł strzykawki. Kolegi też już nie było. Lekcja to nie była chyba wystarczająco przykra, gdyż kilka lat później, zabrawszy z domu krzyż Virtuti Militari, jaki jego ojciec przechowywał po dziadku, poszedł pochwalić się nim do kolegi Janusza. Gdy ów poprosił, oddał mu cenną pamiątkę bez oporów. Późniejsze próby odzyskania odznaczenia nie zdały się na nic.

Lato służyło dzieciom nie tylko za czas rozrywki. Adam i Jadwiga, podczas trzynastoletniego pobytu na Szczypiornie, kupili tylko jedną tonę węgla. Do palenia w kuchni używano głównie drewna zebranego w lesie. Cennym paliwem były też szyszki sosnowe. Trzeba ich było uzbierać tyle, aby starczyło na całą zimę. Na taką wyprawę nierzadko ruszała cała rodzina.

– Piotruś, podaj mi worek – poprosiła Jadwiga syna, stojąc z fartuchem pełnym szyszek. Chłopak stał kilka metrów dalej, tuż nad leżącym obok niego workiem. Udawał, że nie słyszy.

– Podaj mi worek – powtórzyła.

– Nie!

– Podaj mi worek!

– Nie.

Nie podał. Po powrocie do domu, tuż przed furtką, poznał, do czego służy „pyta”, czyli kilka rzemyków przymocowanych do krótkiego patyka. Zapamiętał.

Marianna Chojnacka nie otrzymywała emerytury. Całe jej pieniądze, jakie miała na życie, to było 200, później 300 złotych zapomogi z Urzędu Gminy. Mimo to, żyjąc przy rodzinie i bardzo oszczędnie, zdołała zawsze uzbierać jakąś kwotę na specjalne potrzeby. Tak było, gdy prosiła Jadwigę o kupienie „w mieście” złotego łańcuszka z krzyżykiem. Tak było też latem 1970 roku, gdy zagadnęła swą siostrzenicę:

– Jadzia, jedź do Zakroczymia, do zakonników, dasz na Mszę św. za moich rodziców i Staśka. Tu jest dwa tysiące zł. Na miesięczną Mszę dasz półtora tysiąca, a za resztę kup dziecku kocyk – zaproponowała, wiedząc, że jest to jedna z pilniejszych potrzeb.

Relacje obu kobiet nie zawsze były poprawne. Bywały gorzkie. Starsza pani otrzymywała czasami paczki z UNRY, pomocy amerykańskiej dla Polaków. Znaleźć w niej można było najczęściej olej czy mąkę, zatem rzeczy potrzebne w każdym domu. Po ten dar trzeba było jechać do Urzędu Gminy w Pomiechówku. Gdy taka okazja nadarzyła się późnym latem 1970 roku, Jadwiga, nie czując już się na siłach, aby przytaszczyć wielokilogramową paczkę, umówiła się z mężem, że spotka się z nim w autobusie podczas jego powrotu z pracy i razem dojdą do domu.

Z urzędu do przystanku autobusowego było bardzo blisko, może kilka kroków. Nawet ulewa, jaka nagle uderzyła z nieba, nie była wielkim dramatem. Niosąc paczkę na wielkim brzuchu, dotarła do autobusu. Niestety, męża w nim nie było. Gdy pojazd zatrzymał się na szczypiorskiej pętli, z pomocą przyszła jedna z miejscowych kobiet. Po trzystu metrach dotarli do jej zagrody. W dalszą, ponadkilometrową drogę trzeba było ruszyć samodzielnie. Dochodząc do domu, Jadwiga usłyszała rozdzierający krzyk swej ciotki. Kobieta, najpewniej dyskretnie wypatrując siostrzenicy, gdy tylko ją zobaczyła, wyszła przed dom, krzycząc tak, aby całe „geto” ją słyszało: „Jeść mi nie dają!”, „Głodem mnie morzą!”.

Złośliwe zachowanie Chojnackiej pojawiało się wielokrotnie, ale zawsze poprzedzone było odwiedzinami jej brata Ignacego, chociaż znacznie poważniejszą rolę w tym odegrał Antoni Szcześniak. Szcześniakowie bowiem, po okresie pobytu w Bobolicach, zamieszkali w Koszalinie, po czym powrócili w strony rodzinne, kupując dom w Wymysłach. Obaj panowie, licząc na jakieś pieniądze Marianny, przekonywali ją o niedostatecznej opiece, jakiej doświadcza. Uleganie tym intrygom doprowadziło Mariannę Chojnacką niespełna trzy lata później do życiowej tragedii.

W oddali za wsią, wśród pól zbliżających się do Wymysłów, stała na miedzy dzika grusza. Jej dorodne, słodkie owoce kusiły każdego roku. Jadwiga ruszyła na zbiór także w sierpniu 1970 roku. Sama wzięła wielki worek, synowi dała wiklinowy koszyk. Gdy skończyli zbieranie gruszek, usiedli odpocząć, ale też zaczekać na Adama, który miał przyjść, pomóc nieść owoce do domu. Czekali na próżno, a dziecko, wrzeszcząc w niebo głosy, nie pozwalało wysypać ulęgałek na ziemię. Kobieta zatem musiała odnieść kawałek swój worek, odstawić go i wracać się po koszyk. Tak, metr za metrem, dotarli do domu.

Ani ta przygoda, ani wcześniejsza z UNRĄ, nie nauczyły ciężarnej Jadwigi ostrożności. Pierwsze znaki świadczące o zbliżającym się porodzie dosięgły ją 14 września, w... lesie. Zbierała książęta.

Za kilka godzin, tuż przed piątą rano, w nowodworskim szpitalu urodziła się córka Adama i Jadwigi.

– Zbieraj się, babcia po was przyjechała – poradziła Jadwidze położna już kilka dni później. Rzeczywiście, pod szpitalem czekała „taryfa”, tyle że nie z babcią, a ciotką Jadwigą Kamińską i synem Piotrem.

Samochód mijał już las graniczący ze Śniadówkiem, gdy jedna z kobiet zorientowała się, że zajechały za daleko. Nie pilnowały drogi. Matka zajęta była noworodkiem, druga kobieta starszym dzieckiem, które właśnie zasłabło. Śmiały się później, że z zazdrości o nową siostrę. Nie było chyba to jednak prawdą, gdyż niedługo potem matka, widząc syna leżącego obok siostry i obejmującego ją ramieniem, zwróciła mu uwagę:

– Ostrożnie, nie przygnieć jej.

– Wiem. Ja uważam – odparł z namysłem.

Na rodzinnej naradzie Piotr uczestniczył także w wyborze imienia dla swojej siostry. Na propozycję nazwania jej „Urszulką”, zgodził się bez wahania: – Niech będzie „Kosiulka”.

Gdy później, idąc przez lasy do wujostwa Szcześniaków, przechodzili przez rów przeciwpancerny, Adam, prowadząc wózek, zażartował:

– To ja ją teraz puszczę na dół..., znów będziesz sam...

Ku zdziwieniu rodziców Piotr zaprotestował:

– Lepiej, żeby jej nie było, ale skoro już jest, to niech sobie żyje – zadeklarował, chociaż z biegiem czasu coraz bardziej odczuwał, co to znaczy być starszym bratem. „Ustąp, ona mała”, „Zajmij się nią” czy „Pobaw się z nią” stawały się zwrotami z koszmarów. Co gorsze, chociaż „Kosziulka” często w swych zeznaniach przeciwko bratu mijała się z prawdą, dla rodziców zawsze była wiarygodna. Gdy zapowiadała, że coś powie rodzicom, chłopak już gotował się na konsekwencje, bez względu na to, jak było w rzeczywistości. Z czasem przestał nawet zaprzeczać słowom siostry. Nie mogąc się też uwolnić od towarzystwa rodzeństwa, po raz pierwszy spisał swe doświadczenia życiowe: „Ulka jest ogonem” – wyrył na cegle domu.

Nie zawsze był dobrym, a zwłaszcza roztropnym opiekunem.

W rogu działki stał tzw. „letniak”, budynek, na który składał się zarówno kurnik, szopa na drewno, jak i pomieszczenie, do którego latem przenosiło się całe życie rodziny. Każdej wiosny przychodził wyglądany niecierpliwie dzień przeprowadzki z domu do „letniaka”. Jesienią zaś wędrowano w drugą stronę, co też było nie lada atrakcją dla dziecka. Do tego budynku, po drugiej stronie działki, doklejony był podobny, sąsiadów Wierzbickich. Dachy obu z nich stanowiły miejsce wielu zabaw i gier, ale i niebezpiecznych wyzwań.

– No skacz, to nie jest wysoko – przekonywał Urszulę brat. Skok z dachu na ogródek Wierzbickich miała już za sobą Ewa, Iwonka, Grzesiek Żabowski, a nawet dwa lata młodszy od Ewy, jej brat Tomek. Nie było to wielkie osiągnięcie, gdyż niewiele ponad metr od granicy dachu była miękka, skopana pod uprawy ziemia. Piotr, namawiając siostrę do skoku, nie pomyślał tylko o jednym, o oddzielającym ogródek od podwórka drewnianym płocie z ostro ociosanymi palikami. Urszula skoczyła. Na szczęście nie próbowała doskoczyć tam, gdzie wszyscy inni. Wybrała twardy grunt podwórka, tuż przy ścianie.

Ciepły, aczkolwiek nieco przymglony wrześniowy dzień i wędrówka przez łąki w pobliżu brzegów Wkry. Po przejściu parowy, w kępie olch dawało się słyszeć kumkanie żab. Później była wspinaczka pod wysoką skarpę... – tak w pamięci Piotra zapisało się wrześniowe przedpołudnie, w którym po raz pierwszy szedł do szkoły.

Lubił ją. W klasie było tylko sześcioro dzieci, w tym jego kuzyn, Jacek Pawelski. Jedyny w placówce nauczyciel, p. Lipko, prowadził zajęcia jednocześnie dla klasy I i II. Gdy kończył, do szkoły wchodziły kolejne dwie klasy. Dawne, solidne ławki z otworami na kałamarz i półką na tornister, ustawione w dwa rzędy. W każdym z nich jedna z klas. Piotr siedział w pierwszej, razem z Marzeną Marciniak, a doglądany w domu przez matkę, w szkole uchodził za gwiazdę. „On daleko zajdzie” – wróżył pedagog, a Jadwiga rosła z dumy.

Do szkoły było nie tak daleko. Idąc „przez parowę”, zaledwie kilometr. Idąc drogą, trzeba było przejść kilkaset metrów dalej, ale dzięki temu można było zabrać po drodze Janusza. Gdy już szli razem, częstokroć wstępowali po jedyną w klasie dziewczynę. Zdarzyło się jednak, że to „wstąpienie” nieco się przeciągnęło, bowiem Marzenka wyjątkowo nieprzygotowana była do drogi. Cała trójka do klasy dotarła nieco spóźniona. Nauczyciel, ustawiwszy ich w szeregu, wypytał o powody, ale i tak ukarać postanowił. Januszek został wytargany za ucho całkiem solidnie, Piotr symbolicznie, a Marzenie pogroził palcem. Po czasie o zdarzeniu zapewne wszyscy zapomnieli, prócz Piotra, który ze szkoły tej wyniósł lekcję o nierównym traktowaniu dzieci i uprzywilejowaniu dziewcząt. Nie podobało mu się to.

Rok szkolny się kończył. Dzieci, gapiąc się w okno, już myślały o wakacjach. Na nieczęsto uczęszczanej drodze pojawił się ogromny samochód ciężarowy, a na nim kiosk „Ruchu”.

– To do mojej mamy – pochwalił się Piotr.

Rzeczywiście. Jadwiga zaczynała sezonową pracę jako sprzedawca. Szczypiorno to wieś stosunkowo mała. Kiosk zimą nie miał tam racji bytu, ale latem? Latem, w pobudowanych niedawno blokach mieszkało kilkaset dzieci, kolonistów z Polski, Czech i Niemiec. Klientów zatem nie brakowało. Chłopak przesiadywanie w kiosku polubił, ale na te wakacje rodzice przygotowali mu niespodziankę. Podczas gdy w Szczypiornie, tuż koło jego domu, mieszkały dzieci z odległych stron, on sam został wysłany na kolonie do Gołotczyzny. Miał tam być dwa tygodnie. Był tylko tydzień, a w tym czasie dokonał rzeczy niemożliwej. Poczta w PRL-u do solidnej nie należała. Listy potrafiły szukać adresata tygodniami, miesiącami, a nawet latami. Tymczasem do Szczypiorna z Gołotczyzny w ciągu jednego tygodnia zdołało ich przyjść kilka, czasami po dwa jednocześnie. W środku błagalne prośby o zabranie do domu i... cukierki.

Jesienią 1972 roku dla całej rodziny skończyła się pewna epoka. Marianna Chojnacka, przez ostatnie lata przekonywana przez krewnych o tym, jak bardzo jest zaniedbywana, zażyczyła sobie zamieszkać w domu starców. Jej siostrzenica, długo starająca się traktować te nalegania jako fanaberie, w końcu uległa. W pamięci Piotra pozostał widok cioci Chojnackiej idącej o lasce w stronę furtki. Zanim wsiadła do czekającej na nią karetki pogotowia, mającej wywieźć ją z domu już na zawsze, nawet nie spojrzała za siebie. Zamieszkała w ośrodku prowadzonym przez zakonnice nieopodal Ciechanowa. Jej dotychczasowe mieszkanie zostało szybko zagospodarowane.

Rodzina z doprowadzonej nie tak dawno elektryczności korzystała nad wyraz oszczędnie. Światło, jeśli już się świeciło, zawsze pochodziło z najsłabszej żarówki. Do sieci podłączony był jednak gruby, długi kabel, który biegł na zewnątrz, przechodził za płot i znikał w tymczasowym mieszkaniu Wierzbickich. Sąsiedzi zburzyli swój stary dom i na jego miejsce wznosili nowy, murowany. W tym czasie żyli w letniaku, korzystając z użyczonej im elektryczności. Ta dobrosąsiedzka przysługa wydawała się czymś naturalnym, koniecznym. Prądu nikt nie żałował.

– No, mogliby wyłączać to w dzień – marudziła wielokrotnie Jadwiga, widząc palące się cały dzień światło. Jej koleżanka i przyjaciółka, Stasia, oszczędzać nie umiała i nie podejrzewała nawet, jak denerwuje tym Jadwigę.

– Włączą to światło i idą z domu, a za prąd się płaci!

Biadoleniom tym wielokrotnie przysłuchiwał się Piotr. Widział też, jak dorośli narzekają, nic praktycznie z tym nie robiąc. Pewnego dnia prąd przez długi, czarny kabel płynąć przestał. Dokładne poszukiwania przyczyny problemów skończyły się, gdy odkryto, że przewód jest przecięty... Sprawcy długo nie ustalono.

Kolejne lata nie wyróżniły się niczym szczególnym prócz kilku znamiennych zdarzeń. Szkoła w Szczypiornie została zamknięta, a uczniowie zmuszeni do przeniesienia się do placówki w Pomiechówku. Tu, w bardzo licznej klasie, Piotr nie był już w centrum zainteresowania nauczycieli. Był jednym z trzydzieściorga dzieci. Co więcej, z uwagi na ich dużą liczbę, uczniów podzielono na klasy „A” i „B”. Ta pierwsza składała się z dzieci pochodzących z Pomiechówka, do drugiej zapisano w większości dzieci z okolicznych wsi, tych gorszych, „drugiej kategorii”. Na widok pierwszej w życiu dwójki w swoim zeszycie Piotr serdecznie się zgorszył. Jak ktoś mógł postawić mu dwójkę? Jak śmiał? Zszedł z podium, stał się jednym z wielu, przeciętnym.

23 maja 1974 roku w pomiechowskim kościele przystąpił do I Komunii świętej.

13 października rodzina mieszkała już w izbie po cioci Chojnackiej. Piotr nie należał do dzieci strachliwych. Samodzielnie chadzał do lasu, nie bał się ciemności. Tego dnia było inaczej. Obudził się w nocy wystraszony przerażającym snem. Oto stał nad własnym łóżkiem. Gdy odsunął przykrywającą go kołdrę, zobaczył trupią czaszkę. Przebudziwszy się, starał się uspokoić. Niestety, gdy dziewięciolatek tylko przymykał oczy, znów widział przesuwające się wszędzie trupie czaszki. Poprosił o zapalenie światła. Jedyny raz w życiu.

Nazajutrz przyszła wieść, że dziadek Władysław zmarł na zawał serca.

Dwa lata później, po zdaniu egzaminów, Piotr jako uczeń klasy IV przystąpił do Generalnej Komunii świętej, zaś Urszula od września stała się uczennicą miejscowej „zerówki”. Każdego września, po zamknięciu kiosku, rodzina wzbogacała się o kolejne, ważne urządzenie. Pierwszego roku był to telewizor marki Saturn 201, kolejnego lodówka, później pralka...

W wakacje chadzano zbierać truskawki lub maliny. Najczęściej do państwa Zawadewiczów na Cegielnię, czyli fragment wsi, skryty za lasem. Gdy już sezon się kończył, pozwalano uzbierać owoców na własne potrzeby. Przychodziła wtedy pora na robienie zapasów na zimę. Bywało też, że Adam chadzał do Edmunda Pawelskiego rwać jesienią jabłka. Zarobione pieniądze przydawały się w domu, ale tu też liczyło się, że mógł później przynieść tyle owoców, ile tylko chciał.

– Widzisz, nawet tam jeszcze nie ma chmur – tłumaczył kilkuletniemu synowi, rzucając jabłkiem wysoko w niebo. Piotr był zaskoczony, że coś może być tak wysoko, że nawet tata nie może tam jabłkiem dorzucić.

Dwa razy do roku Jadwiga zabierała syna na odwiedziny u cioci Chojnackiej. Za każdym razem była to nie tylko kosztowna, ale i męcząca wyprawa, wymagająca dojazdu trzema autobusami PKS-u i pokonania kilku kilometrów pieszo. Już podczas pierwszej z tych wypraw stało się jasne, że starsza pani po niewczasie zrozumiała swój błąd i dziś chętna byłaby powrócić do Szczypiorna. Nigdy jednak nie powiedziała tego wprost, a jej siostrzenica też udawała, że nie rozumie.

Wiosna 1978 roku przyniosła ze sobą wielkie poruszenie na Szczypiornie. Co kilka, kilkanaście dni wybuchał pożar, trawiąc czyjś dom lub jakieś zabudowania gospodarcze. Wszyscy żyli w trwodze, obawiając się każdej nadchodzącej nocy. Domyślano się powszechnie podpalenia, sprawcy jednak nie złapano.

– Gdyby nasz dom się spalił, musieliby dać nam mieszkanie ze spółdzielni – Jadwiga, znana z lękliwości, zaskoczyła takim wyznaniem. Małżonkowie od dawna byli członkami spółdzielni mieszkaniowej w Nowym Dworze Mazowieckim i mieli nawet odłożone pieniądze na zagospodarowanie się. Niestety, oczekiwanie na przydział takiego mieszkania trwało wiele, wiele lat. Rozmowy takie powtarzały się w domu dość często, a nastolatek, słuchając ich, podążał w myślach za wizją rodziców i widział szczęście rodziny w nowym mieszkaniu.

Było wczesne lato. Rodzina mieszkała w izbie po Chojnackich. Pozostała część domu stała pustkami. Jadwiga bała się burz. Gdy usłyszała pierwszy, odległy odgłos gromu, posłała syna po coś do „pustek”.

– Wracaj szybko – przykazała w obawie o nadciągającą burzę. Piotr nie wracał nieco dłużej, niż zwykle. Piorun uderzył gdzieś bliżej, wzbudzając większy niepokój Jadwigi. Poczuła ulgę, gdy wreszcie w drzwiach ujrzała syna.

– Snowden Co tak...

– Mamo, dom się pali – przerwał jej, podając do ręki małą, metalową walizeczkę, która skrywała ciułane przez lata pieniądze, zakopana w piwnicy domu. – Jak zobaczyłem, że się pali, wykopałem to.

Wybiegli na zewnątrz. Z dachu, na granicy budynku murowanego i drewniaka, buchały już kłęby dymu. Widać było pierwsze płomienie.

Dom nie został bardzo zniszczony. Przybyłym na miejsce strażakom udało się go dość szybko ugasić, ale rodzina nie zdecydowała się w nim pozostać. Zamieszkanie w letniaku dawało okazję do alarmowania urzędów i domagania się mieszkania w bloku, na który tyle lat wszyscy czekali. W sprawie pożaru swoje dochodzenie prowadziła zarówno straż pożarna, jak i elektrownia, czy także milicja. Ci pierwsi za prawdopodobną przyczynę uznali spięcie instalacji elektrycznej, gdyż pożar wybuchł tuż przy wystających ze ściany kablach, zaś ci drudzy winą obarczyli uderzenie pioruna. Milicja, chociaż przez chwilę podejrzewała nastolatka o podpalenie domu podczas potajemnego palenia papierosów, szybko zarzuciła ten pomysł. Musiał być niewinny. Tak sprawnie odpowiadał na każde pytanie... Dochodzenie umorzono.

Nadchodziła jesień, a rodzina z dwojgiem dzieci pozostawała bez dachu nad głową. Spółdzielnia mieszkaniowa w Nowym Dworze, mimo deklarowania dobrej woli, mieszkań gotowych do zasiedlenia nie miała.

Sytuacja wydawała się beznadziejna, a nadzieje płonne.

– Mamy mieszkanie – wykrzyknął Adam, wracając z Warszawy. – Załatwiłem – dodał z radością.

Jego żona, nie bardzo wierząc, że mąż może załatwić cokolwiek, musiała mieć minę nietęgą, bo zamiast wybuchnąć radością, zaczęła się wypytywać o szczegóły z niedowierzaniem.

– Poszedłem do partii.

– Gdzie?

– Do Komitetu Centralnego PZPR-u w Warszawie.

– Wpuścili cię tam? Do kogo?

– No wpuścili. Nie wiem do kogo. Wszedłem, opowiedziałem o wszystkim, a on tam pyta się mnie, czy należę do partii. Odpowiedziałem, że nie, ale czy to znaczy, że mi nie pomogą, zapytałem. A on na to, że nie, absolutnie, że to nie ma znaczenia i oczywiście pomogą. No i wziął zaraz za telefon i gdzieś dzwonił. Później powiedział mi, że w Nowym Dworze nie mają mieszkań, ale możemy dostać w Legionowie. Mamy iść do spółdzielni i wszystko załatwić. Wszystko, bo trzeba się przenieść z jednej spółdzielni do drugiej – opowiadał chaotycznie Adam, a Jadwiga wciąż nie wiedziała, czy ma wierzyć własnym uszom. To przyszło tak nagle i tak niespodziewanie.

Następne wypadki potoczyły się w tempie błyskawicznym. W październikowe przedpołudnie, nie zabierając ze sobą nic prócz garstki ubrań, cała rodzina ruszyła w drogę. Na działce pozostały tylko samotne kury, wieczorem dokarmione przez sąsiadkę.

Wstecz <-- --> Dalej


Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.