arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...



Dziedzictwo klątwy

Dom rodzinny Innocenty, w jakim wzrastała i na swój sposób czuła się bezpieczna, powoli zanikał. Przyszedł czas, aby samodzielnie zadbać o swój byt i przyszłość. Bliższe i dalsze sąsiedztwo nie oferowało wielu rodzajów zarobku na życie. Najpewniejszym z nich, a dla samotnej kobiety chyba jedynym, była praca w polu. Innocenta miała krewnych władających dużymi gospodarstwami rolnymi, zatem u nich postanowiła szukać sezonowej pracy. Pojawiała się często w gospodarstwach Pawelskich na Śniadowie lub, co było dużo częstsze, u potomków Jana Kilisia na Wronie. To tam Mieczysław i Bronisława Ostrowscy żyli w dawnym domu po Kilisiach, uprawiając dużą część gospodarstwa, jakie po nich odziedziczyli.

W obejściu, prócz Ostrowskich, pracowało też kilka innych osób. Na lato przyjmowano parę dziewczyn, a prócz tego od dawna żył tu „stary Błaszkiewicz” tudzież chłopak „Dolatą” zwany. Jego prawdziwym nazwiskiem był „Ostrowski”, no…, ale jak tu pan Ostrowski miał wołać na parobka swoim własnym nazwiskiem? Rozwiązanie problemu znalazł sam parobek, który z roku na rok zapowiadał, że służył będzie tylko „do lata”.

Gdy w obejściu pojawiła się młoda Innocenta, „Dolata” dostrzegł swoją szansę. Zaloty były różne, ale zazwyczaj nie wyrastały nad wyobraźnię chłopaka.

– Nocia, zanieś „Dolacie” obiad – poprosiła Bronisława krzątając się wokół wielkiej kuchni, na której zawsze stało kilka kotłów. Nad nimi wisiał ogromny okap, czarny, wiecznie szumiący i poruszający się. To tysiące obsiadających go much czyniło widok ten wręcz nierealistycznym, a może nawet przerażającym. Owady upodobały sobie okap, bo blisko stamtąd miały do pożywienia, jakie ustawicznie w domu się gotowało, czy to dla ludzi, czy dla zwierząt. Kuchnia nigdy nie odpoczywała i muchy nigdy nie narzekały na brak jadła. Gospodarze zżyli się z nimi od najmłodszych lat, traktując ich obecność, jako coś naturalnego. Z czasem i Innocenta oswoiła się z tym, starając się tylko na noc osłonić swoje posłanie starą firanką. Teraz, wołana przez kuzynkę, weszła odebrać trójniak z obiadem dla parobka, który na ugorze wypasał krowy.

Chłopak zobaczył ją z daleka a wstawszy, uśmiechał się, czekając aż dziewczyna podejdzie bliżej. Ta, podszedłszy wyciągnęła dłoń z naczyniem.

– Masz obiad.

Chłopak nie ruszył się, pomyślał i odparł przeciągle: – Nie będę jot.

Kuzynka gospodyni obróciła się na pięcie i ruszyła w stronę obejścia.

– Bede jot, bede jot – usłyszała za sobą. Wróciła.

– Nie bede jot!

– No to nie – odparła Innocenta i znów ruszyła w stronę domu.

– Bede jot…

– No to jedz!

– Nie będę jot…

– Będę jot!

– Nie, nie będziesz jot! – odpowiedział „Dolacie” głos z oddali. Przygoda ta musiała „Dolatę” mocno zaboleć, bo tego dnia Innocenta straciła swego adoratora.

Mniej romantyczne przygody przytrafiały się podczas prac na polu Władysława Pawelskiego. Na jesienne wykopki do wujostwa wybrała się nie tylko Innocenta, ale i jej dwie siostry, Jadwiga i Marianna. Na oddalonym nieco od zabudowań gospodarczych polu kilka niewiast motykami wygrzebywało kartofle, inne idąc za nimi, zbierały je do plecionych koszyków.

– Zostawiacie dużo kartofli za sobą – zwrócił kobietom uwagę Pawelski, który obserwował całą pracę siedząc na stołku pod białą parasolką.

Jadwiga, do której te słowa były najpewniej skierowane, odwróciła głowę ze zdziwieniem.

– To są kartofle? – odpowiedziała pytaniem wskazując na miniaturowe bulwy, po jakie, jej zdaniem, nie warto było się schylać.

– A nazwij to! – rozkazał zniecierpliwionym tonem. Dyskusja była bezcelowa.

W czasie, gdy mąż doglądał pracowników, Marianna Pawelska dbała, aby byli najedzeni. Po kilku godzinach pracy, każda z pracownic otrzymywała kromkę chleba ze „zgrzebem”, czyli rozgotowanymi jabłkami.

Marianna Wasilewska z Pawelskich mieszkała w tym czasie w okolicach Nasielska. Tam też poznała Piotra Koryckiego z Morgów, który wydał się jej idealną partią dla kuzynki Innocenty. Człowiek spokojny, zarabiający, a co najważniejsze zapewne bogaty, bo jego jedyna siostra Waleria Kostewicz od dziesięcioleci mieszkała już w Stanach Zjednoczonych.

Koryccy byli w tej okolicy już dość zasiedziali. Ojciec Piotra, Jan urodził się w pobliskim Brodowie, zaś jego dziadkowie, Stanisław i Franciszka z Kulikowskich w Gąsiorowie. Rodzice Stanisława, Jan Korycki i Dorota ze Ślubowskich pochodzili z nieodległej parafii Klukowo. Jan jest pierwszą osobą, z którą związana jest pewna niepewność. Urodzony około 1796 roku w Jabłecznikach parafii klukowskiej był synem polskiego szlachcica Tomasza Koryckiego i Franciszki Olszewskiej. Wedle przekazów pochodzących z różnych gałęzi rodu, był „wielkim panem, który stracił swój majątek”. Legenda, jakich wiele w polskich rodzinach, którą zdają się potwierdzać dokumenty, aczkolwiek dowodu na to nikt nie znalazł.

Jedna z rodzinnych tradycji upiera się, iż jako uczestnik antycarskiego powstania został zesłany na Sybir, skąd uciekł, po czym ukrywał się w pobliskich Gnatach Szczerbakach...

...Zamieszkał tam też Józef Korycki, który z Katarzyną z Kamińskich doczekał się w Gnatach Szczerbakach siedmiorga dzieci...

Piotr był od dawna człowiekiem samotnym. Jego ojciec, Jan z Nuny, zmarł gdy syn miał zaledwie dwanaście lat...

...25 sierpnia 1940 roku w nasielskim kościele przed ołtarzem stanęli narzeczeni – dwudziestoośmioletnia Innocenta Kiliś i pięćdziesięciodwuletni Piotr Korycki.


Sielanka nowożeńców nie mogła trwać długo...

– Przecież ja tam nawet mieszkania sprzątnąć nie mogę – skarżyła się świeżo upieczona żona swej rodzinie. – Tam wszystko jest pamiątką po matce!

...Niemal wszyscy byli zgodni, że małżeństwo powinno być ratowane.

Ze trzy kilometry od Chojnackich, tuż za nierozległym lasem...

– Ciociu, Nocia, skąd wy tutaj? – krzyknęła kobieta na ich widok. – Chodźcie do domu!

...Do rozmowy między kobietami doszło dopiero po dłuższym odpoczynku.

– Wy z Morgów idziecie? – domyśliła się gospodyni.

W odpowiedzi Rozalia smętnie pokiwała głową.

– Tak, Nocia uparła się zabrać swoje rzeczy...

...Na twarzy Innocenty zauważyła upór i determinację, która nie pozostawiała złudzeń.

Podobne, ponure nastroje zapanowały również w Morgach.

– Głowo, głowo, coś ty zrobiła, do żeniaczki żeś mnie namówiła – miał już wcześniej recytować Piotr...

...W połowie marca do Szczypiorna dotarła wieść o jego niespodziewanej śmierci.

Śmierć ta była zaskoczeniem również dla Śmigielskich...

– Skąd oni wiedzieli o tej śmierci, skoro ja, mieszkając przez ścianę, nie wiedziałam – dziwiła się Śmigielska.

...W czas wojny nikt przyczyn zgonu nie dociekał.

O szóstej rano 17 maja 1941 roku w Szczypiornie przyszła na świat córka Innocenty...

...Xiądz Antoni Szewczak nadał jej imię Jadwiga a rodzicami chrzestnymi zostali Antoni Pawelski i Jadwiga Kamińska.

Wbrew powszechnym obawom Jadwiga jednak przeżyła...

...Matka, widząc, że stojący w pobliżu Niemiec domyślił się zamiarów dziecka i specjalnie odszedł, pozwoliła córce na tę nietypową kradzież mebla...

Zima, jaka nadeszła, wydawała się nieść ze sobą kolejną tragedię...

– Nocia, ona ci umrze – biadoliła siostra Marianna.

– I co ja mam zrobić? Nie mam na lekarza ani na leki – zawołała z płaczem kobieta.

– Ty idź do Niemca. Oni tam mają doktora.

– Nie otruje?!

– Bez lekarza ona i tak nie przeżyje. Idź!

Innocenta musiała przyznać rację siostrze. Ubrała się, opatuliła córeczkę i poszła do lekarza niemieckich żołnierzy...

Relacje z okupantem nie zawsze były tak poprawne...

– Po co ona tu? – zapytał jeden z nich.

– A co mam z nią zrobić? Suka szczeniaki trzyma w zębach a ja mam dziecko zostawić? – odpowiedziała Korycka.

– Wynocha stąd i zabieraj tego bachora – odkrzyknął Niemiec spełniając ukryte marzenia kobiety.

Małżeństwo Kazimierza Kilisia i Heleny, nie doczekawszy się własnych dzieci, zdecydowało się na wychowanie siostrzenicy Stefanii, Heleny. Z kolei Wacław doczekał się czwórki dzieci, z których jeden, Włodzimierz, został kapłanem diecezji płockiej. Niestety, mężczyzna nie był świadkiem dorastania swych potomków. Jako żołnierz Armii Krajowej został zdradzony przez jednego z członków oddziału, aresztowany i zamordowany na III Forcie koło Pomiechówka w 1944 roku. Wedle niektórych przekazów, podjął próbę ucieczki z obozu, a schwytany przez Niemców, został rozszarpany przez psy. Jego matka Rozalia nie dożyła tej tragedii. Zmarła 19 grudnia 1942 roku. Trzy miesiące później rodzina pochowała Józefę, która po długiej chorobie nie zdołała pokonać gruźlicy. Śmierć ta ponownie poróżniła bliskie sobie osoby, gdyż Lucjan wierzył, że rodzeństwo jego żony mogło jej pomóc, zapewniając siostrze lepsze warunki podczas leczenia.

Wojna nie poczyniła większych szkód we wsi, a życie w obozie koncentracyjnym stracił tylko jeden mężczyzna. Zapytany przez okupanta o wyznanie, odpowiedział: ja to jestem bezwyznaniowy. Ta deklaracja kosztowała go wolność, a potem życie. Najbardziej dramatyczne momenty nadeszły wraz z nadciąganiem wojsk sowieckich.

- Uciekajcie! Front idzie – krzyczał niemiecki żołnierz, wbiegłszy na podwórze Chojnackich.

- A gdzie my mamy uciekać, jak na Woli już są Ruscy? – odpowiedział mu Antoni Szcześniak, któremu nadchodzące wojska sowieckie wydawały się sojusznikami.

Kilka kilometrów dalej rozgrywały się prawdziwe dramaty. Jeden z lecących pocisków trafił w dom Pawelskich w Śniadowie, przeleciał przez drzwi i urwał nogę trzynastoletniemu Zdzisiowi. Chłopak ponoć mógł być uratowany, ale zdecydowanie nie chciał być leczony. Zmarł. Od odłamków zginął też Jan Łęgowski, którego w plecy raniły odłamki w chwili, gdy na wozie chciał opuścić swe obejście. Mimo wcześniejszych obiekcji, gdy pierwsze kule zaczęły latać nad głowami, wszyscy ruszyli do schronu, jaki Antoni Szcześniak zbudował na własnej posesji. Dorośli biegli z krzykiem niemiłosiernym, Dziunia „jechała” na plecach brata ciotecznego, Jurka Szcześniaka. Tymczasem Marianna Chojnacka zdecydowała się zostać w domu i przygotować posiłki dla całej reszty. Kura, nie doczekawszy końca wojny, skończyła w wielkim garnku, z którego rosół nosił później Chojnacki ukrywającym się krewniakom.

Po wielu godzinach, jak kiedyś Niemiec, tak teraz Antoni Szcześniak zawołał do rodziny: Ruscy idą!Idźcie witać! Wszyscy wybiegli przed domy, później na drogę. Rzeczywiście, od Śniadówka szli sowieccy sołdaci.

- No idź, przywitaj ich – powtórzył wuj Antoni, popychając do przodu trzyletnią Dziunię. Dziecko grzecznie podeszło.

- Dzień dobry.

Sołdat, do którego było skierowane to powitanie, wziął dziewczynkę na ręce i odpowiedział uprzejmym powitaniem w swoim języku. Dziunia, nie znając barbarzyńskiego narzecza, odwróciła się do matki i zapytała: Co on mówi?

Na szczęście na tym przygoda Dziuni i jej matki zakończyła się i „wyzwolicieli” więcej oglądać nie musiały. Codzienność jednak zmusiła wszystkich do obcowania z tymi, którzy dla nowego okupanta gotowi byli poświęcić wszystko.

- Mania, Mania, nie zgadniesz, co w sklepie widziałam! – krzyczała Szcześniakowa, kładąc siatkę zakupów na krześle. Sensacja rzeczywiście musiała być duża, skoro kobieta minęła własny dom, by z ciężką torbą zajść najpierw do obejścia siostry.

- No mówże już – ponagliła Marianna.

- Wchodzę do sklepu, a tam kolejka. Normalne. Muszę stać. No, ale przede mną stoi Piątkowska.

- No to co?

- No jeszcze nic, ale wiesz, po co tam poszła? Po dwa deko cukru!

- Ile?

- No mówię ci, dwa deko. Od razu wszystkim rozpowiedziała, jaka jest zaaferowana, bo ma gości. Towarzysze z Nowego Dworu przyjechali, to ona musi postawić im cukier do herbaty, co by się wstydu nie najadła!

Chojnacka przez chwilę popatrzyła na siostrę, badając, czy ta sobie żartów nie robi, po czym obie parsknęły śmiechem. U obu sióstr żyło się skromnie i bardzo oszczędnie, niemniej cukier obie panie kupowały na kilogramy. Gdy ochłonęły, Marianna nie mogła stracić okazji, aby zażartować sobie z siostry.

- Śmiejesz się z Piątkowskiej, a wiesz ty, kto tańczył na stole na wieść o zorganizowaniu komórki „Pepeeru” w Nowym Dworze?

- No nie! Nie mów, że…

- Tak, Piątkowski z twoim Antosiem!

Mimo wszystko Antoni Szcześniak nie miał okazji wykazać się w Szczypiornie w służbie nowej władzy. Wkrótce potem rodzina wyjechała do Świeszyna koło Koszalina, gdzie zaczął robić karierę jako przewodniczący miejscowej rady narodowej. Z kolei Stanisław Chojnacki, zaraz po wojnie, nie mając już na głowie problemów z Niemcami, skupił się na Innocencie i jej córce. Po wielu incydentach z pobiciem dziecka, zdecydował się na bardziej zdecydowane kroki.

Marianna Chojnacka z siostrami, Innocentą i Jadwigą, wracały właśnie z Janowa. Kazika odwiedzały, brata swego, który od czasu ślubu coraz rzadziej miał możliwość swobodnych kontaktów z rodzeństwem. Nie odziedziczył po ojcu charakteru, nie umiał nikomu narzucić swojej woli. Zawsze cichy i ugodowy, dla spokoju ustępował żonie we wszystkim. Raz jedyny, gdy jakaś sytuacja musiała go bardzo zaboleć, przyszedł do Mani wyżalić się na swój los. W końcu wygrzebał z węzełka złoty pierścionek, który ongiś przywiózł z wojny z bolszewikami.

- Weź ty, po co ma mi ta „krowa” zabrać – zwrócił się do siostry, podając jej ukrywaną przez lata biżuterię.

Siostry znały jego obecne położenie i nikt nie czynił mu wyrzutów z tego powodu, że nie często bywał w domostwach bliskich. Nie mógł on chodzić, chadzały one. Z Janowa do Szczypiorna szły przez lasy, najpierw polną drogą, później kamienną, wybudowaną jeszcze za cara dla transportów wojskowych. Ostatni odcinek to typowy dukt leśny na granicy lasów państwowych i prywatnych. Od zabudowanej części wsi dzielił je tylko płytki już w tym miejscu wąwóz. Dawniej cała wieś poprzecinana była takimi, głębokimi i licznymi wąwozami, które zmuszały do budowy krętych dróg, wielu obejść, a nawet wiaduktu nad drogą wiodącą wprost do Pomiechowa, po zachodniej stronie Wkry. Teraz, wychodząc z lasu, wąwozu tego prawie się nie czuło. O tym, że tam kiedyś był, świadczyło jedynie lekkie obniżenie terenu. Jednakowoż wystarczyło zejść w bok, aby zsunąć się do wąwozu, „parową” tu zwanego.

- Co tam się dzieje – zastanawiała się głośno jedna z sióstr, gdy schodziły z lasu. Jej zainteresowanie wzbudził rozchodzący się po okolicy niesamowity rumor dochodzący z którejś pobliskiej działki. Z ciekawości przyśpieszyły. Mijając pierwsze wówczas zabudowania państwa Kielaków, widziały już dom Jadwigi. Tam nie dostrzegły niczego podejrzanego, zatem ten hałas musiał dobiegać z kolejnej posesji, obejścia Marianny.

- Ty, popatrz, co ten wariat wyprawia – Jadwiga zwróciła się do starszej siostry, pokazując głową przed siebie.

Na drabinie przystawionej do ściany izdebki, w której żyła z pięcioletnią córką Innocenta, stał Stanisław, metalową łapką starający się oderwać ostatnie fragmenty dachu. Za każdym razem, gdy mu się udawało, jakaś część spadała z hukiem na ziemię. Kobiety zatrzymały się tuż przy płocie, nie schodząc nawet z drogi. Chojnackiego bali się wszyscy. Zazwyczaj spokojny i chętnie pomagający innym, gdy wpadał w szał, stawał się nieobliczalny. Tym razem tak był zajęty, że nie zważał na przyglądającego się zajściu Czesława Kamińskiego, ani nawet nie zauważył swej żony z jej siostrami. Gdy zszedł z drabiny, mruknął w kierunku szwagra:

- Za parę lat, jak dziwka dorośnie, będą się tu chłopy schodzić, po co mi to?

Pozbawionych dachu nad głową przygarnęli mieszkający po sąsiedzku Kamińscy. Czesław zabrał resztki materiału ze zniszczonej izby i z nich zbudował nową, „przyklejoną” do swego domu.

Innocenta, mimo upływu czasu, nadal zarabiała na życie pracą u swoich krewnych. Jeśli były to jedynie dwu lub trzydniowe wyjścia, córkę zostawiała pod opieką siostry Jadwigi. Dziecku bardzo nie podobał się ten zwyczaj. Zdarzało się, że dziewczynka potrafiła wybiec na drogę i krzyczeć za oddalającą się w stronę lasu matką: Mamusiu kochana, złota, niebieska! Nie zostawiaj mnie!. To jednak nigdy nie pomagało i Dziunia zawsze zostawała niepocieszona. Nie znaczy to wcale, że z sytuacją taką godziła się bez dyskusji. Od najmłodszych lat umiała wypowiedzieć swoje zdanie i to nie zawsze w sposób, który odpowiadał dorosłym.

- Dziunia, jak ty tak możesz? Bozia będzie się gniewać – krzyknęła ciocia Chojnacka, gdy jej siostrzenica odpowiedziała matce w sposób uznany w tej rodzinie za niedopuszczalny.

- Bozia nie widzi.

- Jak to „nie widzi”? Bozia wszystko widzi.

Dziewczynka rozejrzała się teatralnie naokoło. Bozi nie było. - No, nie widzi – potwierdziła, choć doskonale rozumiała już wtedy swoją grę. Swój zadziorny charakter pokazała też na Śniadowie, gdy z „dziadziusiem” Władysławem Pawelskim poszli uzbierać porzeczek. Starszy pan nie ograniczył się do zapełnienia owocami litrowego wiaderka, ale na końcu ułożył też okazały czubek.

- Mamusiu, mamusiu, jakie piękne – wołała Dziunia, wracając z sadu. Jej matka, zobaczywszy naczynie pełne owoców, zamiast głośno je podziwiać, uległa pokusie. Zaczerpnąwszy pełną garść, zaczęła jeść, co wywołało prawdziwą furię u dziecka. Na nic zdały się zapewniania „dziadziusia”, że pójdzie i uzbiera brakujących owoców. Rozpacz trwała bardzo długo, ale późniejszy żal za takie zachowanie został do końca życia.

„U Szcześniaków wesele Baśki miało być” – zapisał wkrótce po wojnie Kazimierz Kiliś. „Pojechaliśmy razem z Ignacym, ale zabraliśmy też Nocię z Dziunią. Czekając na przesiadkę w Szczecinie, weszliśmy do ruin jakiejś kamienicy. Niestety, pozwoliliśmy tam wejść dziecku.” – zanotował. Rzeczywiście, dziecko wizytę tę zapamiętało, szczególnie walające się jeszcze w gruzach ludzkie włosy. Niemniej, z wyprawy tej Jadwiga zapamiętała też to, co widziała oczyma dziecka, czyli przygotowania do wesela, masę jadła i skubanie ubitego drobiu.


Pierwsze lata nauki związane były z miejscową szkołą czteroklasową, zaś katecheza z parafią w Pomiechowie.

- Dziunia, kto był u ciebie – zapytała z zaciekawieniem matka po powrocie z pracy.

- Nikogo u mnie nie było.

- Jak to? Pani Korytowska, która szła drogą, słyszała, jak z kimś rozmawiałaś.

- Nie, ja tylko książkę głośno czytałam – odparła dziewczynka, która rzeczywiście czytać uwielbiała. Tym sposobem wypełniała też sobie długie godziny, w których była w domu sama.

Droga przechodząca obok płota Kamińskich w zasadzie nie zasługiwała na nazywanie jej drogą. Ot, była taką niby-drogą, po prostu zapłociem. Prawdziwa droga była jakieś sto metrów dalej. W lewo, jak ktoś się uparł, mógł dojść do Śniadówka, a dalej, do Cieksyna. W prawo szło się nie tylko do sklepu po zakupy, ale też na Mszę świętą do Pomiechowa lub urzędu w Pomiechówku. Przy skrzyżowaniu tej drogi z niby-drogą Jadzia wyprawiła uroczysty pogrzeb swojej jedynej zabawki – lalki. W „uroczystości” brała udział Stasia Radomska, jej siostra Teresa „Rojzą” zwana i kilku kolegów, z Radomskim na czele. Właściwie to Radomski był podstawą wszystkiego, bo cała zabawa była jego pomysłem. Gdy lalka zmarła, pochowano ją godnie i kwiatki zasadzono. Po rozejściu się żałobników, Dziunia postanowiła jednak wrócić do swej lalki. To, co zastała w miejscu pochówku, zdziwiło ją wielce, bowiem grób zastała pusty, a świadków „zmartwychwstania” nie było. Podejrzewano, że Radomski musiał wiedzieć coś na temat tego cudu, ten jednak milczał niemal jak ten pusty grób.

W czerwcu 1949 Jadwiga przystąpiła w Pomiechowie do I Komunii świętej. W czasie systematycznych wędrówek „za chlebem”, najczęściej do Bronisławy Ostrowskiej, kilkulatka lubiła chadzać siedem kilometrów do brata Ostrowskiej, wuja Stanisława Kilisia. Była więc częstym gościem także w jego wodnym młynie nad Wkrą. Częstym, ale i wyjątkowo samodzielnym.

- Dziunia, poczekaj, odprowadzę cię – Stanisław prosił małą kuzynkę.

- Sama przyszłam, to i sama wrócę – odpowiedziała pewnego razu.

Wędrowne szlaki Jadwigi prowadziły nie tylko pomiędzy domostwami jej krewnych. W trakcie pobytu w Szczypiornie niejednokrotnie posyłana była na Wronę, aby przynieść do domu jakichś zapasów jedzenia. Innocenta zazwyczaj wychodziła później po córkę, aby pomóc jej nieść ciężkie torby. Tak było i tego, listopadowego popołudnia. Jednak tym razem, nie spotkała Dziuni zaraz po minięciu szczypiorskiego lasu. Nie było jej też wśród pól Śniadowa. Dopiero niedaleko Wrony zauważyła dziewczynkę, która mimo dźwigania ciężaru, z zaciekawieniem czegoś wypatrywała po obu stronach miedzy.

- Co tak długo?

- Patrzę, czy nie znajdę innego zająca – odrzekła Jadzia.

- Jakiego zająca?

- No, takiego samego... nie widziała mamusia? Stai przy drodze... – dodała, oddając matce jedną z toreb i raźno ruszając do przodu. Po drodze tłumaczyła, jak idąc rankiem, znalazła zastrzelonego przez myśliwych zająca, którego ustawiła przy ścieżce, aby na nią zaczekał.

- Czemu go nie zabrałaś? Na pewno dawno już ktoś go znalazł – Innocenta karciła córkę, która całkiem nie zdawała sobie sprawy z nieroztropności swego postępku. Ku jej zaskoczeniu, zając jednak cały czas „czekał” tam, gdzie było pozostawiony. Do domu ruszyły, nucąc znaną sobie piosenkę:

„Nie płacz Karolciu, nie płacz aniele
Nie jeden Leon jest w świecie
I chociaż on u nas długo nie bywał,
Ale jak wróci nie rzuci..
Ach droga mamo, on już nie wróci
Bo moje serce tak bije...
Albo go konik z siodełka zruci,
Albo zły człowiek zabije.
Leon przyjeżdża, tu już po ślubie,
Goście się bawią w salonie,
A Karolina na innym łonie,
Inny jej usta całuje.
Ach Karolino, gdzie Twa przysięga,
Gdzie twe całe zaklęcie?
Pisałaś w listach, przyjedź, ach przyjedź,
A teraz z innym ślub wzięłaś.”

Dzień później, wraz z siostrą Kamińską, mogły przygotować niecodzienny obiad.

Prócz częstych odwiedzin u kuzynów Ostrowskich i Antoniego Pawelskiego, Innocenta zachodziła czasami i do jego brata, Władysława. Chociaż, idąc ze Szczypiorna, zabudowania wuja Władysława były tuż przy rozstaju dróg, a więc po drodze, do tych odwiedzin nie dochodziło często, co zresztą było powodem licznych niesnasek. „Przechodzą koło nas i idą do Antosiów” – wypominano. Jednak ani Innocenta, ani jej córka, nie wspominały pobytów w tym gospodarstwie zbyt miło. Ośmioletnia Dziunia na zawsze zachowała obraz ciotki Marianny, która skrzyczała ją za wejście na płot, aby zerwać dwa orzechy wiszącego na gałęzi wysoko nad jej głową.

- Gdzieś tam wlazła! – krzyczała ciocia Marianna i aby ukryć prawdziwe intencje, zauważyła: - Nie masz, co robić, a ja w twoim wieku już makatki wyszywałam! Do dziś je mam.

- To ciocia pokaże te makatki – poprosiła niewinnie dziewczynka, nie spodziewając się nieuchronnego ataku furii.

Żal orzecha, który mógł zostać zjedzony, był w jakimś stopniu uzasadniony, gdyż kobieta oszczędzała także na wyżywieniu również własnych dzieci. W domu tym żyła też Julcia, siostra Władysława. Kobieta, dziewięć lat młodsza od brata, nigdy za mąż nie wyszła. Owszem, miała kiedyś kandydata na męża, ale przez bliskich uważana za „upośledzoną”, została skutecznie od takiego pomysłu odwiedzioną. Pozostała jej rola nieopłacanej służącej, najpierw u Władysława, później Antoniego. Mimo złego traktowania, Julianna dla braci gotowa była na wszystko. „To dla Władzia” – podkreślała, stawiając na stole talerz, na którym ułożyła wcześniej najpiękniej ugotowane kartofle. Dla niego musiały być odpowiednio sypkie i błyszczące skrobią.

Nieograniczona miłość nie przeszkadzała jednoczesnej bojaźni. „Władek nas zabije” – zawołała, gdy jej bratowa cisnęła synem Heńkiem o ścianę, a dziecko straciło przytomność. Strach przed gniewem mężczyzny zmusił ją do cucenia bratanka. Przytomność odzyskał, ale gniew matki przypłacił dozgonnym jąkaniem się.

Julianna dopiero po kilku latach przeniosła się do stojącego dwieście metrów dalej domostwa drugiego brata. Antoni, znany z wybuchowego charakteru i od swego powiedzenia zwany „psia treść”, był człowiekiem łagodniejszego serca. Niemniej, Julcia i tu nie zaznała spokoju ani szacunku.

Tymczasem, wbrew faktom, na długo jeszcze przed wybuchem II wojny światowej państwo Pawelscy, jako ludzie zamożni, byli częstymi gośćmi na weselach. Mimo, iż w domu było jedenaścioro dzieci, do doglądania dobytku wołano kogoś dorosłego, zaufanego... najlepiej krewnego. Chętnych nie brakowało, zwłaszcza, że w okolicznych wioskach żyło wielu krewnych znacznie uboższych, którzy dla dobrych relacji z Pawelskimi, gotowi byli na wiele.

- No to my wracamy jutro – rzekła Marianna do kuzynki Lipkowej ze Szczypiorna, zabierając się do wyjścia z domu.

Lipkowa przyjęła to ze zrozumieniem, ale Stanisław, najstarszy z dzieci Pawelskich, zapytał:

- A co będziemy jeść? Matka zdawała się zaszokowana takim pytaniem, które zbyła krótką, dla niej oczywistą informacją:

- Jak to „co?” Woda w kanałku jest, kartofle w piwnicy są. Macie co jeść! – krzyknęła i nie czekając na reakcję, wyszła z domu. Gdy tylko zatrzasnęły się za matką drzwi, Stanisław zwrócił się do zszokowanej całą sytuacją opiekunki:

- Ciocia się nie martwi, damy sobie radę.

Chłopak, nauczony doświadczeniem, miał już przygotowany dorobiony klucz od spichlerza, a po obejściu biegał drób, z którego można było przygotować pokrzepiający rosół. Trzeba było jedynie uważać, aby młodsze rodzeństwo nie zorientowało się w dokonanej „zbrodni”, bo donos, nawet mimowolny, mógłby skończyć się dla Stasia nieprzyjemnie na przyszłość. Bać było się o co, gdyż zdaniem matki, dzieci miały ząbki, więc mogły jeść na co dzień kartofle, ich tatuś nie miał ząbków, więc musiał jeść upieczoną kaczkę.

Władysław, mimo tak troskliwej żony, zdawał się bardziej niż o nią, troszczyć o własną reputację. Wracając z wesel czy innych przyjęć, Marianna najczęściej była zupełnie pijana, co jej mąż starał się ukryć przed ciekawskimi oczyma sąsiadów, zrzucając ją z woza, aby w przydrożnym rowie wytrzeźwiała przed powrotem do domu.

Trudne warunki, w jakich przyszło dorastać dzieciom Władysława Pawelskiego, nie zaszkodziły im. Wszystkie one doczekały dorosłości i usamodzielniły się. Było to dokładnie odwrotnie niż w rodzinie Antoniego, gdzie o dzieci dbano nad wyraz, a one umierały jedno po drugim.

Rok 1952 to dla Innocenty i jej córki czas wielkich zmian. Gdy Jadwiga ukończyła czteroklasową szkołę w Szczypiornie, jej matka zdecydowała, że przeniosą się do Wrony stałe. Przemawiały za tym nie tylko względy bytowe, ale i odległość do szkoły. Pozostając w Szczypiornie, do szkoły dziecko musiałoby chodzić około pięciu kilometrów przez las i pola. Do wrońskiej szkoły było znacznie bliżej.

- Ty wiesz, co mnie dziś spotkało? – Wrzasnął do Dziuni podekscytowany jakimś wydarzeniem kolega z klasy. - Wracałem wczoraj do domu i zaszedłem do Kilisia „w dzierżawę”, na jabłka. - Siedzę na drzewie, aż tu patrzę, Kiliś wprost na mnie z laską leci. Chciałem uciekać, ale widzę, że on biegnie, coś krzyczy, ale cały czas mi się kłania! – opowiadał chłopak, śmiejąc się. Nie wiedział, że ofiara jego żartów, to wujek dziewczyny, której właśnie opowiadał swą przygodę. Stanisław Kiliś cierpiał na trik nerwowy powodujący mimowolne ruchy głową. Łobuziak systematycznie wchodził mu w szkodę, choć nie robił tego ze złej woli. Do szkoły chadzał tylko sezonowo, od listopada do kwietnia. W inne miesiące zarabiał na swoje utrzymanie, pasąc krowy.

Wśród rozległych pół Wrony, otoczony kilkunastoma drzewami, stał dom drewniany, pamiętający jeszcze czasy Jana Kilisia. Przechodzący obok jego prawego szczytu dukt kończył się małym stawem, przy którym postawiono ciężki kierat. Na wprost i po prawej jego stronie rozłożyły się budynki gospodarcze. Naprzeciw domu, po drugiej stronie duktu, w ziemi ukryto ciężką, kamienną piwnicę. To przechowywane tam jadło wszelkiego rodzaju, w tym wędzone szynki, kiełbasy i śmietana, sprawiały, że dla jedenastoletniej Dziuni przeprowadzka była dobrą odmianą.

Względną sielankę wiejskiego, wakacyjnego życia zakłóciło nadejście pory żniw. Jak wszystkie dzieci w tym czasie, tak i Jadwiga musiała mieć swój udział w pracach polowych. Jej zadanie, z pozoru łatwe, niosło za sobą śmiertelne zagrożenie. Państwo Ostrowscy, dbający o zagrodowe zwierzęta, do kieratu zaprzęgali nie dwa, a trzy konie. Ten, który samotnie szedł na przedzie, musiał jednak być prowadzony. Wyznaczona do tej roli klacz miała swoje upodobania i nie pozwalała się dosiąść w miejscu, którego nie akceptowała. Dziunia była jedyną, która umiała ze zwierzęciem dojść do porozumienia. Zgodna współpraca była krótka. Dziewczyna dość szybko zaczęła cierpieć na odparzenia w okolicach ud i zmuszona została do prowadzenia klaczy za uzdę. Wystarczyła chwila nieuwagi, aby trzystukilowe zwierzę nadepnęło kopytem na dziewczęcą stopę.

Rekonwalescencja nie mogła trwać długo, bo już kilka dni później Dziunia w stajni znów dosiadła niepokorną kobyłę. Następne wypadki potoczyły się błyskawicznie. Zwierzę, poczuwszy na sobie człowieka, ruszyło z kopyta wprost w otwarte wrota. Jedynie odruchowe pochylenie się na końskim karku uchroniło Jadwigę przed roztrzaskaniem głowy o wieńczącą wrota belkę. Kobyła, wybiegłszy po podwórze, przestraszona dodatkowo rozpaczliwym krzykiem Innocenty, pokonała z dzieckiem na grzbiecie pobliski rów przeciwpancerny i zatrzymała się dopiero na łąkach sąsiedniej wsi.

W pamięci dziecka pozostała też inna historia z tamtej jesieni. Pobyt w opływającym w dostatki obejściu wujostwa Ostrowskich był okazją do częstego zajadania się ulubionym budyniem, na który mleka nie brakowało. Innocenta, ochoczo przygotowująca ten posiłek, pewnego dnia, zirytowana, ugotowała go cały garnek i zmusiła córkę do zjedzenia. Jadwiga, chociaż po latach domyślała się przemęczenia u swej matki, to jeszcze siedemdziesiąt lat później czuła czasami mdłości na myśl o tej potrawie.

Początek września 1952 roku to czas rozpoczęcia przez Jadwigę nauki w nowej szkole. Zajęcia w Nowej Wronie odbywały się nie tylko w budynku szkolnym, ale i w przykościelnej organistówce. Mimo konieczności codziennego pokonywania około ośmiu kilometrów, Jadwidze wydawało się, że zaczyna się dla niej lepszy czas.

Wszystko skończyło się 20 stycznia.

Jeszcze parę dni wcześniej, gdzieś na początku roku, Stanisław Ostrowski obudził się w dziwnym nastroju. „Czyżbym miał umrzeć” – wyszeptał jakby do siebie. Na pytanie ciekawskich opowiedział niecodzienny sen. Oto zobaczył „panią, całą w bieli, która kazała mu być zawsze gotową na śmierć”. Jak bardzo wziął sobie to do serca, nie wiadomo, w każdym razie wkrótce o wszystkim zapomniano. Do czasu...

Innocenta, wyprowadzając się ze Szczypiorna, czyniła to z zamiarem pozostania we Wronie na stałe. Jednak zimowe miesiące, w czasie których w wiejskich obejściach pracy jest niewiele, budziły w niej poczucie bezużyteczności.

- „Dolata” ci teraz wystarczy – w połowie stycznia zakomunikowała kuzynce Bronisławie. - Ja posiedzę na Szczypttäpornie, a do was wrócę wiosną – zapewniła. Na dzień przed planowanym powrotem w rodzinne strony, Innocenta zdecydowała się pojechać z Ostrowskim po zaopatrzenie do Płońska. Miały to być zapasy na czas spędzony u siostry. Zima była śnieżna, więc decyzja o wyborze sań na podróż wydawała się właściwa. Co prawda sąsiad Salamonowicz radził, aby w taką drogę wziąć raczej duże sanie, jednak Ostrowski zdecydował, że pojadą "zajdkami".

Przeczuwając wielką atrakcję, w tę podróż chciała się wybrać i Jadwiga.

Nie, Jadzia, ty masz szkołę – zaprotestowała matka, pozwalając latorośli dojechać saniami jedynie do centrum wsi.

W czasie niedługiej podróży dziewczyna była jednak mimowolnym świadkiem sprzeczki dorosłych, z której wywnioskowała, że jej mama wróci do domu pociągiem. Po lekcjach zdecydowała więc iść wprost do wuja Stanisława Kilisia, którego dom stał stosunkowo blisko linii kolejowej. Wielokrotnie wybiegała później na każdy dźwięk przejeżdżającego pociągu, aby spotkać się z matką. Niestety, Innocenta, wbrew wcześniejszym planom, postanowiła wracać razem z Mieczysławem Ostrowskim. Było po godzinie czwartej wieczór, gdy opuściwszy Płońsk, zbliżali się do Szczytna. Droga biegła w dół, wprost na most nad niewielką rzeczką. Gdy sanie skryły się w dolinie, od strony miasta nadjechał wojskowy star. Kiedy kierowca zauważył przed sobą przeszkodę, nie miał już czasu na wyhamowanie pojazdu. Jedyne, co mógł zrobić, to zjechać ze skarpy, ryzykując życiem, lub doprowadzić do katastrofy. Młody żołnierz wybrał własne bezpieczeństwo. Siła uderzenia była tak duża, że części drewnianego pojazdu znajdowano kilkadziesiąt metrów dalej, podobnie jak fragmenty ciała woźnicy. Najmniej widocznych urazów miała Innocenta. Niestety, jako mniej poszkodowana, nie została zabrana z miejsca wypadku karetką pogotowia, lecz przygodnie zatrzymanym "żukiem".

"Co teraz będzie z moją Dziunią" – szeptała do kogoś, kto jej towarzyszył w drodze do szpitala... płońskim szpitalu 15 minut po północy.

Jadwiga długo nie mogła zaakceptować śmierci matki, ciągle próbując zanegować rzeczywistość. Tak, wiedziała, że nadeszło nieodwołalne, a mimo to ciągle czekała na cud. Aż pewnej nocy przebudziła się z przerażeniem, wołając: „Nie mamo, nie przychodź już!” To widok klęczącej przy jej łóżku ogromnej postaci matki z krwawiącą na okiem raną wstrząsnął umysłem dziecka. Ten sen, choć straszliwy, był momentem przełomu. Jadwiga wiedziała już, że została sama, została sierotą zdaną na łaskę innych.

Zgodnie z przedśmiertelnymi obawami matki, dalsze losy Dziuni nie były łatwe i ważyły się dość długo. Opieki nad dzieckiem chciał się podjąć wuj Kazimierz Kiliś. Napotkał jednak sprzeciw swojej żony, która wcześniej już przygarnęła własną siostrzenicę. Chojnackim z kolei na zaopiekowanie się sierotą nie pozwoliła bieda. Małżeństwo żyło jedynie z utrzymywania kilku pszczelich rodzin. Stanisław dorabiał też, strzygąc miejscowych mężczyzn. Cały dochód starczał na przeżycie jedynie dzięki niecodziennym zdolnościom Marianny.

„Chojnacka, jak kupuje kartofle, to ma takie kółko, przez które przekłada każdego kartofla. Bierze tylko te, które pasują rozmiarem” – kpili sobie z kobiety rolnicy. Nikt, wymyślając historię o metalowym kółku, nie pomyślał, że za doborem mniej więcej podobnego rozmiaru bulw kryje się troska o równomierne ich gotowanie. Podobnie śmiano się ze Stanisława, który, rąbiąc drewno na opał, starał się, aby uzyskać równe kawałki. Nie było to żadnym dziwactwem, a sposobem, aby drewno spalało się równomiernie i tuż pod naczyniem, a nie blisko komina. Dopiero na początku lat 50-tych zatrudnił się przy odbudowie nowodworskiego mostu nad Wisłą. Praca ta skończyła się jednak skomplikowanym zranieniem nogi, a w konsekwencji śmiercią.

Ostatecznie Jadwiga została formalnie przyjęta do domu dziecka, lecz w rzeczywistości pozostawała pod opieką ciotki Jadwigi Kamińskiej. Żyjąc w Szczypiornie, zaczęła chodzić do szkoły w Kosewie, gdzie skończyła resztę szkoły podstawowej. Kamińscy, mając już dziewięcioro własnych dzieci, robili wszystko, aby ich kuzynka nie czuła się dyskryminowana. Na swoje utrzymanie trzeba było jednak zapracować, szczególnie w wakacje.

Nad zarzecznym lasem, po drugiej stronie Wkry, pojawiły się pierwsze promienie słońca. Trzynastoletnia Jadwiga wyruszyła właśnie z domu, dźwigając ze sobą dwunastolitrowe wiadro pełne jagód. Obok niej drepcze dużo młodszy brat cioteczny Lech. On także niesie, w trzylitrowej bańce, uzbierane wcześniej owoce. Nie trzymają drogi. Idąc nad rzeką, szybciej dojdą do lasu na końcu wsi, potem skręcą w prawo, wprost na Kosewę. Stamtąd już tylko parę kilometrów do nowodworskiego targowiska. Jak się uda, znajdą klientów wśród ludzi idących do pracy. Za zarobione pieniądze będzie im wolno kupić sobie bułkę. Gdy wracają do domu, tam czeka na nich jakiś obiad. Racuchy lub talerz zupy. Chwila odpoczynku i razem z ciocią ruszają w lasy koło Janowa. Trzeba uzbierać jagód na następny dzień. Tak przez cały sezon.

- Tata przyjechał – wykrzyknęła mała Wanda. Powód do radości miała duży, gdyż był to dzień wypłaty, a wówczas jej ojciec wracał do domu z bułką „paryską” i kiełbasą. Tak było i tym razem. Jadwiga Kamińska, jak za każdym razem, tak i teraz, zabrała się za dzielenie tych dóbr wśród dzieci. Kroiła bułkę, kładła na nią wędlinę i rozdawała wśród głodnych. Bułka była jedna, gąb do nakarmienia wiele, więc i porcje musiały być niewielkie. Nic zatem dziwnego, że córka Innocenty, gdy przyszła jej kolej, poprosiła: „Ja wolę kiełbasę z chlebem”. Liczyła bowiem na większą porcję chleba.

- Co ty robisz? – krzyknął wuj Czesław, gdy zobaczył, jak żona podaje jego siostrzenicy inne pieczywo niż pozostałym dzieciom.

- Wujku, ja tak chciałam – wtrąciła Dziunia, nie wyjaśniając powodów swej prośby.

Były też chwile łez, jak ta, kiedy nastolatka otrzymała od męża swej ciotki nową teczkę na szkolne przybory. Ten niespodziewany prezent niezwykle ucieszył. Do czasu. Ciotce nie spodobało się, że Kamiński kupił teczkę synowi Leszkowi i przygarniętej Jadwidze, a nie starczyło mu już na to samo dla córki Hani. Jadwiga, nie ujawniając nikomu zasłyszanej sprzeczki, musiała zaakceptować gorzki podarek. Z biegiem lat pamięć o incydencie nie blakła, ale pozostało też zrozumienie sytuacji, w jakiej kuzynka się znalazła. Żal, jeśli nawet pozostał, był mocno racjonalizowany.

Ukończenie siedmioklasowej szkoły podstawowej w Kosewie zbiegło się z wyprowadzką Kamińskich, a razem z nimi i Jadwigi, ze Szczypiorna. Małżeństwo nabyło kilkusetmetrową działkę w Brodach pod Pomiechówkiem. Początkowo planowano dokupić obok drugą, dla siostrzenicy, lecz zanim doszło do transakcji, pole kupiła inna rodzina.

Jadwiga spróbowała za to zrealizować jedno ze swych marzeń. Zapisała się do czteroletniego Liceum Pedagogicznego w Pułtusku, co miało pozwolić jej zostać nauczycielką. Początkowo wszystko układało się dobrze, a po pierwszym roku nauki wszyscy widzieli przybliżający się cel. Nawet życie w akademiku wydawało się nieść ciekawą odmianę, chociaż bywały i chwile straszne. Ze stacji Nasielsk w Pieścirogach do Pułtuska dojeżdżała kolejka wąskotorowa, dowożąc do jednego z większych w okolicy miast ludzi do pracy, szkoły czy nawet na zakupy. Raz w tygodniu jeździła nią też i Jadwiga. Kolejka jeździła powoli, ale zawsze udawało się dotrzeć do celu. Zawsze, prócz jednego, zimowego poranka, kiedy to, przejechawszy dwie stacje, parowóz ugrzązł na zaśnieżonych torach.

- Wysiadajcie, do Pułtuska trzeba dojść pieszo – zawołał konduktor. Otwarto drzwi, do wnętrza wdarł się lodowaty podmuch. Mimo to wszyscy ruszyli przez zaspy do najbliższej stacji. Gdy w oddali dało się zauważyć pierwsze budynki, ktoś chwycił Jadwigę za dłoń, którą właśnie chciała przetrzeć sobie twarz.

- Nie ruszaj, zedrzesz sobie skórę – krzyknął młody chłopak w wojskowym mundurze. - Masz odmrożoną buzię – wyjaśnił.

Gdy pasażerowie doszli do stacyjki, przygodni ludzie zaczęli zabierać ich na swoje sanie. Miejsc było niewiele. - Ja jakoś dojdę, zabierzcie dziewczynę – zadeklarował żołnierz, gdy oferowano mu podwózkę. Wniesiona na sanie, opatulona kocami, powoli zaczęła odzyskiwać życie. W internacie czekała już gorąca herbata i ciepła sala.

Kolejny rok szkolny potrafił zaskoczyć. Kamińscy, którym znów powiększyła się rodzina, nie mogli już w takim stopniu finansować potrzeb sieroty, a i przez ostatni rok ich przywiązanie do niej nieco ostygło. W tym samym czasie dorastająca Jadwiga zaczęła czuć swoją odmienność, czuła się izolowana w gronie rówieśniczek, a często wyśmiewana z powodu biedy. „Człowiek miał tylko jedne majtki, które trzeba było wieczorem wyprać” – wspominała później wielokrotnie. „Jak rozwiesiłam na poręczy łóżka, aby do rana wyschły, to wszystkie dziewczyny to widziały i wyśmiewały, bo majtki nie były nowe...”

„Wypisz jej wszystko, co ci potrzebne” – radziły koleżanki, gdy Jadwiga zwierzyła się im, że dostała list od kuzynki Mieczysławy Szcześniak z ofertą wsparcia. Dziewczyna poszła za radą i wysłała długą listę rzeczy, których jej najbardziej brakowało. W zwrotnej wiadomości przeczytała: „Ja sama tego nie mam”.

Jadwiga poddała się. Nie chciała już się uczyć, nie chciała być wytykana palcami i wyśmiewana. Przez lata nauki w szkole podstawowej i pierwszej klasie liceum uzbierała znaczną liczbę pochwał i nagród książkowych za dobre wyniki w nauce. Świadectwo z klasy drugiej liceum znacznie odbiegało od wcześniejszych. Było ostatnim.

Zaraz potem, na zaproszenie wujostwa Szcześniaków, na jedenaście miesięcy zamieszkała w ich domu, w Świeszynie koło Koszalina. Dobra opieka, nowe znajomości i przyjaźnie nie przekonały Jadwigi do pozostania tam. Na trudną decyzję zapewne miał też wpływ pogarszający się stan zdrowia. Przeprowadzone w Warszawie badania lekarskie wykazały gościec stawowy w stopniu niespotykanym u tak młodej osoby. Jedną z przyczyn mógł być wpływ wilgotnego, nadmorskiego klimatu. Wróciła do Brodów, a zaraz po skończeniu osiemnastu lat zatrudniła się w nowodworskiej Wytwórni Wód Gazowanych. Nowa pracownica od pierwszych dni skierowana została do mycia butelek.

- Tobie nie wolno tam pracować – krzyczała ciocia Kamińska, a ponieważ dziewczyna nie słuchała, po kilku tygodniach postanowiła działać. Gdy zajechała do przedsiębiorstwa, jej siostrzenica pracowała już przy mieszaniu składników niezbędnych do wytwarzania napojów, ale i tę pracę kobieta uznała za zbyt ryzykowną dla Jadwigi.

Poszukiwania nowej pracy nie trwały długo. Brat cioteczny, Edmund Pawelski, przyniósł pewnego dnia wieść, iż do sklepu w sąsiednim Błędówku poszukiwana jest następczyni sprzedawczyni, która narobiła znacznego manka. Tu jednak potrzeba było zabezpieczenia finansowego lub tzw. żyrantów. Gdy problem rozwiązano, a owdowiała dawno ciotka Marianna Chojnacka zgodziła się przyjąć siostrzenicę pod dach, Jadwiga mogła zacząć nową pracę.

Ciotka, po śmierci męża, pszczół już nie trzymała. Nie hodowała też kur, chociaż jedną zachowała. Ptak, karmiony dobrze, pozwalał liczyć na jajko każdego dnia. Dla dwóch kobiet to zazwyczaj wystarczało.

- Co ciocia robi? – Jadwiga nie mogła ukryć zdziwienia tym, co zobaczyła po wejściu do domu. Oto ciotka, zazwyczaj spokojna i stateczna, stała okrakiem nad kurą. Ptaszysko brzuchem odwrócone było do góry, skrzydła miało przygniecione nogami kobiety, a w dziób wciskane ziarna.

- No wyobraź sobie, że karmię ją samą pszenicą, a ona poszła do Jankowskiej grzebać w śmietniku. Niech się nażre! – poskarżyła się kobieta.

Kura, gdy odpoczęła kilka minut po tak brutalnym nakarmieniu, pierwsze swe kurze kroki skierowała wprost do sąsiadki. Za moment dał się słyszeć wrzask niesamowity: „Kurę trzyma i żreć jej nie daje” – wołała Jankowska. Była to kobieta, która sama w drogę nikomu nie wchodziła, ale miała swoiste poczucie granicy, której nikomu przekraczać nie było wolno. Sąsiedztwo to lekkie nie było. Co więcej, cechy te przeszły i na następne pokolenia, utrudniając życie innym. Tym razem, ani Chojnacka, ani jej sąsiadka nie rozumiały, że kura, nakarmiona zbożem, poszła szukać innego typu pożywienia. Następnego dnia na stole Chojnackiej i jej siostrzenicy był rosół.

Codzienne, bez względu na pogodę, pokonywanie sześciu kilometrów do i z pracy nie było przyjemnością, ale praca dawała pewną stabilizację. Już za pierwszą pensję kupiła sobie płaszcz, za drugą mogła sobie kupić czapkę i chustę. Potrzeba było tylko ciepłych butów, takich, co pozwolą bez odmrażania nóg dojść do pracy, a potem do domu. Wkrótce i na nie mogła sobie pozwolić.

Praca dała nie tylko pieniądze, ale przyniosła też inne zmiany w życiu młodej dziewczyny. Tą zmianą był młody chłopak z sąsiedniego Janowa, Feliks Otowski. Co prawda, gdy Jadwiga mieszkała jeszcze w Brodach, odwiedzać zaczął ją żołnierz służący na Forcie III. Chłopak jednak po skończonej służbie wyjechał i, jak niosły plotki, zginął podczas pracy w hucie. Teraz wszystko zapowiadało się ciekawiej, a nowa znajomość niosła nadzieję. On zaczął wspominać o małżeństwie, ona marzyła o cieple własnej rodziny. Zaczęli snuć wspólne plany...

Dni płynęły, później tygodnie, a za nimi miesiące. Ona ciągle snuła plany, ciągle widziała ich dwoje we wspólnym domu wśród wspólnych dzieci... On, coraz cichszy, coraz rzadziej mówiący o małżeństwie. Jadwigę kochał, ale... dla jego rodziny sierota bez posagu nie była dobrą partią. On kluczył, zwlekał, ona postanowiła dać mu nauczkę.

- Pani Chojnacka, idzie Pani do nas na wesele – zawołał nieznajomy chłopak, wchodząc do izdebki Marianny Chojnackiej. Zaskakujący przybysz był gościem na weselu, jakie organizowano po sąsiedzku po ślubie Barbary Jankowskiej i Tadeusza Mamaja. Kuzyn pana młodego bezceremonialnie postanowił sprowadzić na zabawę sąsiadkę Jankowskich, a gdy na miejscu zobaczył jej siostrzenicę, i ją nakłonił do wyjścia. Tak, dla Jadwigi była to idealna okazja, aby zrobić na złość Feliksowi.

Dwudziestosiedmioletni Adam był zdecydowany. W kilka dni później znów pojawił się w Szczypiornie. Z Dziekanowa Polskiego miał do pokonania około trzydziestu kilometrów. Mając jedynie rower, a później pożyczony motorower, Jadwigę zaczął odwiedzać co kilka dni. On zdecydowany, ona ciągle wypełniona złością na Felka... czas płynął, wydarzenia działy się niemal same. 23 listopada 1963 roku Adam i Jadwiga weszli do Urzędu Stanu Cywilnego w Pomiechówku. Wieść o tym dotarła i do Janowa. Feliks postanowił działać.

- Co to za hałas? – zawołała Jadwiga wśród gwaru bliskich po powrocie z Pomiechówka. Gdy nikt nie zareagował, wyjrzała przez okno. Ten hałas to przewracająca się niedbale postawiona furtka, jaka zamykała drogę do niewielkiego ogródeczka przed domem Chojnackiej. Przewróciła się, bo Feliks, nie wchodząc do budynku, chciał zajrzeć do środka przez okno. Gdy zauważył, że został odkryty, zapragnął się szybko wycofać. Jadwiga zobaczyła jedynie plecy ukochanego. Gdyby przyszedł kilka godzin wcześniej, wymarzony przez nich oboje cud by się dokonał.

Przygotowania do ślubu nie trwały długo. Ksiądz proboszcz Stanisław Mazurczak odbył jedynie krótką rozmowę z narzeczonymi, dając jedynie przyszłej pannie młodej jedną radę: „Musisz go wiele nauczyć o religii. Mów mu o Bogu” – prosił.

Na zapytanie Adama o ofiarę za ślub, kapłan odpowiedział pytaniem: - A ile możesz dać?

- Osiemset złotych... – padła w odpowiedzi niewielka kwota.

- A alkohol będzie na weselu?

- … u... nie, nie będzie...

- A duże wesele?

- Najbliżsi tylko, koło dwudziestu osób.

- No dobrze, niech tak będzie – zgodził się duchowny.

Do ceremonii zaślubin mogło jednak nigdy nie dojść. Gdy przeszkodzić w niej nie zdołały nieudolne odwiedziny Feliksa, ostrzeżenia nadeszły z Niebios. Adam w domostwie Kamińskich pojawił się wcześniej. Trzeba było wszak iść najpierw do spowiedzi. Droga do świątyni nie była długa, ale jeśli można ją skrócić... Można było oczywiście przejść przez rozciągnięty nad Wkrą most kolejowy, ale czy nie przyjemniej przejść się po zamarźniętej rzece? Gdy doszli do jej środka, cienki, grudniowy lód zaczął się załamywać pod ich stopami. Już po pierwszych trzaskach, Adam ruszył do przodu, nie oglądając się nawet za narzeczoną. Osamotniona nagle Jadwiga stanowiła znacznie mniejsze wyzwanie dla lodu. Powoli, uważając na każdy krok, doszła do brzegu...

- Boże, co ja zrobiłam – zakrzyknęła w duchu Jadwiga, gdy 26 grudnia po raz pierwszy ujrzała swych przyszłych teściów. Nie, nie teściów... on, niski, spokojny... wyróżniał się tylko widocznym garbem. Za to ona, chociaż wysoka i zdrowa, nieuchronnie przywoływała skojarzenia z czarownicą. Bardzo wychudzona, z wielkim, garbatym nosem, wiecznie robiąca koło siebie szum i pomstująca na wszystko i wszystkich. „Ludzie będą gadać, że zrobiła, jak jej matka” – pomyślała dziewczyna, przywołując w duchu wielokroć słyszane plotki o Innocencie, która uciekła od męża. Obawy i wstyd wzięły górę, ale w swych myślach nie była osamotniona. Spojrzenia krewnych, a szczególnie wuja Szcześniaka, mówiły same za siebie.

Teściowie starali się jednak dochować prawom tradycji. Na wesele dowieźli wódkę. Po jednej butelce na każdy stół, które zebrali wśród sąsiadów w Dziekanowie... Żywność dla biesiadników dowiozła panna młoda.

„Uprzejmości” pomiędzy rodzinami zaczęły się już w trakcie przyjęcia, chociaż wtedy jeszcze miały zabawny kontekst. Zabawny, przynajmniej dla jednej ze stron. Po północy już było, gdy do stołu zajętego przez klan Kilisiów i Kamińskich podbiegł jakiś młody chłopak z Dziekanowa, starając się sięgnąć po stojącą na nim, wciąż nieotwartą butelkę alkoholu.

- U nas już nie ma – tłumaczył się, gdy Antoni Szcześniak przytrzymał ręką trunek.

- To wasz problem. Ta butelka jest nasza!

Na takie dictum nieszczęśnik odszedł w stronę swoich bliskich. Tej nocy więcej nie wypili. Za to następnego dnia pozostałym po weselu jedzeniem wszystkich obdarowano po równo.

Młodzi małżonkowie postanowili zamieszkać w Dziekanowie Polskim, gdzie rodzice Adama postanowili udostępnić im dwuizbowe mieszkanie. To jednak musiało poczekać. Adam jeszcze przed Nowym Rokiem wyjechał w strony rodzinne, skąd każdego dnia musiał dojeżdżać do pracy w Warszawie. Także Jadwiga powróciła do Szczypiorna. Nie trwało to długo, gdyż już 9 stycznia 1964 roku rozliczyła prowadzony sklep i mogła ruszyć w stronę stolicy.

Duża działka pod numerem 54, tuż nad Jeziorem Dziekanowskim, a na niej trzyizbowy, dość obszerny dom, w którym prócz Władysława i Zofii, rodziców Adama, żyły też dwie jego siostry, dziewiętnastoletnia Teresa i Wanda, szesnastolatka. Trzecia z sióstr, Ludwika, zmarła jako czterolatka pod koniec wojny. Jak mówiono, z powodu obcięcia kołtuna.

Przed domem stał stary, rozłożysty orzech, pod którego cieniem wybudowano studnię. Na lewo, tuż przy granicy działki, ciągnął się szereg komórek, za którymi od zawsze, na łańcuchu, wiódł smutny żywot jakiś kundel. Zaraz za jego budą ustawiono płot z palików, oddzielający podwórko od pola. Po przejściu wiecznie krzywej furtki, można było miedzą dojść nad brzeg jeziora. Rodzina miała tam łódkę, którą Adam często wypływał, nie tylko na ryby, ale i dla relaksu.

Na prawo od orzecha, do głównego budynku jakiś czas wcześniej doklejono nową jego część. Teraz całość zaczęła tworzyć wzór pól konika szachowego. Powstałe dzięki temu dwie maleńkie izby nie były luksusem. Mimo to miały dać młodej parze poczucie niezależności. Nadzieje okazały się płonne.

- Po co to? – zawołała z oburzeniem teściowa, gdy zobaczyła w pokoiku swego syna stół przybrany białym obrusem.

Przecież ksiądz po kolędzie zaraz przyjdzie – odrzekła jej synowa.

- To po co biały? Masz tu ten – zadecydowała, podając inny obrus, kolorowy, w kratę. Dziewczyna, nie chcąc utarczki z matką swego męża, zmieniła nakrycie, ale teściowej to nie uspokoiło. Za chwilę jej wzrok skupił się na pięćdziesięciozłotówce, która czekała na kapłana. Dla niej była to kwota nie do zaakceptowania. Jadwiga i tym razem ustąpiła, choć nie do końca... Na rogu stołu znalazły się dwie dwudziestki, tak ułożone, by udawać jeden banknot.

Tymczasem przedstawienie dopiero miało się zacząć. Oczekiwany w progu ksiądz właśnie wybiegł od rodziców Adama, a zapraszany w drzwiach przez Jadwigę, zawołał już w progu:

- Z tego to kurwa wyrośnie!

Młody, prawdopodobnie wkrótce po seminarium chłopak, zorientował się w niestosowności swego okrzyku, bo po chwili wymamrotał „przepraszam” i upadł na kolana, modląc się przez dłuższą chwilę. Gdy wstał, zasypał gospodarzy pytaniami o ich ślub kościelny, o bierzmowanie... Ochłonąwszy, wyjawił powód wzburzenia:

- Żeby szesnastolatka nie wiedziała, kto ją stworzył?! – pytał retorycznie, nie wiedząc, na jak trudną parafię trafił.

Zofia nie tylko dbała o to, aby jej synowa nie trwoniła zbytnio pieniędzy na Kościół, ale musiała też sprawdzać, czy jej syn odpowiednio się zachowuje, gdy nie jest przez matkę obserwowany.

- Jadzia, ty wiesz, co Zośka robi wieczorami? – zapytał pewnego dnia mieszkający obok kuzyn. Nie czekając na reakcję, dodał ze śmiechem: - Jak się u was zapala światło, to ona bierze stołek, dostawia do okna i włazi, aby ponad zasłonkami zobaczyć, co wy robicie!

Kobieta troszczyła się również o warunki, w jakich przyszło żyć jej synowi. Gdy tylko dowiedziała się, że młodzi wybierają się do Warszawy, aby kupić sobie jakieś meble, jedna z sióstr Adama zgłosiła swój udział w wyprawie.

- A wy tam po co? – zapytała Jadwiga.

- Bo mamusia tak dobrze umie coś kupić – odparło dziewczę.

Ja też umiem!

Odpowiedź taka nie ostudziła rodzinnych uczuć Zofii. Na dzień przed planowanym wyjazdem siostra Adama znów przyszła z nowiną:

- Jutro jedziemy kupić wam meble.

- Jedziecie kupić nam meble? A pieniądze macie?

- No... nie...

- No to chyba nie jedziecie – odparła stanowczo Jadwiga, doprowadzając do zdecydowanego ochłodzenia wzajemnych relacji.

Stosunki rodzinne psuły się z dnia na dzień. Zofia chciała zaakceptować synową, ale miała własny wzorzec rodziny, w której to ona jest głową całej familii, a obowiązkiem jej syna jest przede wszystkim troszczyć się o matkę i jej potrzeby. Podobną rolę wyznaczała swej synowej. Starała się w ten sposób zbudować własne środowisko, oddzielone od świata zewnętrznego, z którym była od wielu lat śmiertelnie skonfliktowana.

Pochodziła podobno z dobrej rodziny. Ojciec, Władysław Choroś, był szanowanym powszechnie sołtysem wsi, lecz żona jego, Marianna, już we wczesnej młodości postradała rozum, stając się problemem dla całej społeczności. Obie z córką nienawidziły się wzajemnie. Gdy matka konała, córka wyrwała jej spod głowy poduszkę."Ja mam później na tym spać?" – zapytała, widząc karcący wzrok krewnych.

Nie lepiej obeszła się i z bratem Janem, z którym przez dziesięciolecia toczyła spory sądowe o ziemię. Nie przyszła pożegnać się, gdy umierał, ani też na pogrzeb. Do walki z bratem angażowała też syna, którego głównym zadaniem było kopanie na drodze wilczych dołów. Do szkoły nie zmuszała. Wystarczyło, że do szesnastego roku życia skończył dwie klasy, po czym mógł iść zarabiać pieniądze w warszawskiej „lalkowni”.

Męża Zofia znalazła sobie takiego, nad którym zapanowała w zupełności. Był to człowiek bez żadnego wykształcenia, a mimo to niezwykle utalentowany. Nie tylko potrafił ze znalezionych części zmontować synowi rower na codzienne dojazdy do stolicy, ale też na długo po jego śmierci w rodzinie zachowały się drewniane lalki wspinające się po sznurku czy rzeźbione w drewnie choinkowe ptaszki. Na kuchennej ścianie wisiała solniczka, na której wypisał wielkimi literami „SÓL”, tyle że litera „S” do złudzenia przypominała znak zapytania. Żonie nauczył się schodzić z drogi. Ta, gdy opowiadała zmyślone przez siebie historie, na poparcie słów zadawała mężowi pytanie: „Władek, prawda?” Władek odpowiadał zawsze tak samo: „Tak, prawda”.

Zofia w domu rodzinnym była swego rodzaju wyjątkiem. W charakterze i wyglądzie przypominała ją jedynie siostra Marianna, chociaż i ona, chociaż nigdy nie założyła rodziny, nie toczyła wojen z nikim. Inne spośród dziesięciorga dzieci Chorosiów, jakie dożyły dorosłości, wiodły typowe, spokojne życie w gronie swych bliskich. Nie znany jest za to los Stanisława, który po wojnie osiadł na stałe w australijskim Perth i tam zmarł w 1979 roku.

W tym czasie Zofia intensywnie skupiała się na utrudnianiu życia bratu Janowi, sąsiadom, mężowi i synowej. Tej ostatniej coraz bardziej nie odpowiadało tak kiedyś wymarzone życie rodzinne, przynajmniej w zastanych warunkach. Gdy dowiedziała się, że jest w ciąży, zaczęła mówić o konieczności wyprowadzki z dala od wszechobecnej teściowej. Adam, w domu wołany drugim imieniem Władysław, nawykły do bezwzględnego posłuszeństwa matce i kochający ją bezkrytycznie, wszystko robił, aby czas ten opóźnić. W końcu stanął przed wyborem: znaleźć nowy dach nad głową czy pozostać przy matce.

Adam wybrał żonę i mające się narodzić za sześć miesięcy dziecko. W sierpniowe popołudnie ruszyli w drogę. W Kępie Kiełpińskiej, tuż przy wiślanym wale, stała stara szopa. W otoczonej sadem owocowym ruderze jeszcze nie tak dawno odlegli krewni hodowali krowę. Wcześniej, przez jakiś czas, żyła tam kobieta, która zaniemogła już całkiem i znalazła schronienie pod dachem swych bliskich. Teraz, gdy bydlę poszło do rzeźni, zgodzili się użyczyć ją Adamowi.

Chociaż życie znacząco się uspokoiło, w oczy wciąż zaglądała bieda przechodząca w nędzę. Jadwiga, oczekując dziecka, nie pracowała. Adam, jako niewykwalifikowany robotnik, nie tylko pensję miał niską, ale też potrafił ją stracić, zanim doniósł do domu. Mimo to, idąc do ciężkiej, fizycznej pracy, musiał dostać kanapki z margaryną i jakąś wędliną. Jego żonie zostawał często suchy chleb.

Ich pierwsze, wspólne Święta Bożego Narodzenia były okazją do chwilowej, chociaż odmiany. Ciocia Chojnacka, która zaprosiła ich do siebie, nadal żyła bardzo skromnie, ale jej dom można było przyjemnie ogrzać, a i jedzenia kupiła wystarczająco, aby i pod tym względem czas ten jakoś się wyróżnił.

W czasie całodziennej nieobecności męża Jadwiga miała towarzystwo. Do ich izby przylegała kolejna komórka, w której kobieta postanowiła hodować prosiaka. Zwierzak z czasem tak się przywiązał do swej pani, że potrafił bić kopytkiem w ścianę, aby ją przywołać do siebie, licząc na drapanie po karku. Na nieszczęście dla niego, kojec, w którym go przetrzymywano, był za mały dla szybko rosnącej świni. Gdy zaczęły wykrzywiać się zwierzęciu nogi, a Jadwiga nie miała sumienia przerobić go na kiełbasy, trafił do obejścia Joanny Pacholak, stryjny Adama, od której przywędrował jako małe prosię.

Kobieta była jedną z nielicznych krewnych, która utrzymywała dobre relacje z młodym małżeństwem, a z pewnością jedyną osobą, która zawsze była blisko w każdej potrzebie.

- Jak będziesz miała rodzić, to zawołaj mnie – przypominała wielokrotnie. Życzliwość i częsta pomoc tej malutkiej kobiety spotykała się z wielką wdzięcznością Jadwigi. „To była Niemka, ale prawdziwy anioł” – mówiła o niej Jadwiga.

Dzień porodu zbliżał się nieuchronnie, ale zanim nadszedł...

Adam wyszedł już do pracy. Zimowy świt jeszcze nie nadszedł, więc jego żona znów wskoczyła pod kołdrę. Po kilku minutach w drzwiach zjawiła się nieznana jej staruszka. Powoli, bez słowa, sunęła w stronę łóżka, a że odległość to była niewielka, zaraz stanęła u jego brzegu.

- Nie podchodź do mnie! – wykrzyknęła ciężarna i nakryła głowę kołdrą. Gdy odważyła się wyjrzeć spod niej, obok nie było nikogo... „To pewnie ta babcia umarła i przyszła mnie wystraszyć” – pomyślała o kobiecie, która kiedyś spała na tym samym łóżku i nie wyobrażała sobie, aby ktoś tam mógł zamieszkać bez jej zgody. Jadwiga ubrała się i zaraz po śniadaniu poszła odwiedzić krewnych męża. Już po przekroczeniu progu zorientowała się, że mieszkająca tam starsza pani leży spokojnie w swoim łóżku i, choć nie może chodzić, wciąż jest całkiem żywa.

Przed porodem trzeba było też wybrać dziecku imię. Gdyby była to córka, miała zostać Ewą. Synowi Jadwiga chciała dać imię Cezary. Tak nazywało się dziecko jej koleżanki z czasów, gdy mieszkała w Świeszynie.

- O nie! – zdecydowanie sprzeciwił się jej mąż.

- Co ci się nie podoba w tym imieniu?

Cezary... może Cezar? Będę wołał „puś tu do nogi” – odparł Adam, przywołując popularne zawołanie na psa. Widząc tak wielką determinację, Jadwiga zaproponowała:

- To może damy mu po jego dziadku? Będzie Piotr...?

- Ładne imię...

Zima początku 1965 roku nie była łaskawa. Długotrwałe mrozy i obfity śnieg czynił życie trudnym nie tylko dla ludzi, ale i dla zwierząt. Wilki z Puszczy Kampinoskiej, nie mogąc znaleźć pożywienia na miejscu, zaczęły zapuszczać się w ludzkie siedziby. Coraz częściej widywane były i nad Wisłą. Mimo to, gdy w środku nocy z 20 na 21 lutego Jadwiga poczuła zbliżający się poród, jej mąż ruszył pieszo po pomoc do stryjny. Wkrótce na saniach ciągnionych przez dwa dorodne konie Jadwiga jechała w stronę Żoliborza, gdzie niedawno pobudowano nowy szpital. W kilka godzin później, o 10:20, urodził się Piotr.

Po paru dniach, na tych samych saniach, tyle że w drogę przeciwną, jechała jedna osoba więcej. Był jasny dzień, ale dzikie zwierzęta stawały się coraz agresywniejsze. Gdy podróżni minęli Łomianki, dostrzegli zbliżające się wilki. Zwierzęta nie rezygnowały z potencjalnego pożywienia przez dłuższy długi odcinek drogi, a co gorsze, wkrótce podjęły próbę ataku. Przestraszone konie robiły się nerwowe i nieprzewidywalne. Sytuacja stawała się groźna. Na szczęście zdecydowana postawa woźnicy, jego umiejętność powożenia, a szczególnie użycia bata, uratowało życie nie tylko koni, ale może i ludzi.

Do Kępy wszyscy dojechali bezpiecznie. Niespodzianka Jadwigę czekała dopiero wewnątrz budynku. Czując zbliżający się poród, już na kilka dni wcześniej wysprzątała izbę, poprała pościel. Teraz w jej oczy rzucił się widok żałosny. Brudne naczynia, zadeptana błotem podłoga, i takaż sama pościel. W łóżku pchły i wszy. Adam pod nieobecność żony mieszkał w domu rodziców, zaś klucz od mieszkania dał swej starszej siostrze, która zorganizowała sobie w nim miejsce schadzek.

Kilkunastodniowy Piotr został ochrzczony w Łomiankach 5, chociaż jeszcze w poprzedzający ten dzień wieczór nie było pewności, czy do uroczystości w ogóle dojdzie. Na matkę chrzestną wybrano Wandę, córkę Kamińskich. Ojcem chrzestnym miał zostać jeden z mieszkańców Dziekanowa, lecz człowiek ów zmienił zdanie na dzień przed planowanym chrztem. Powodu nie wyjawił, chociaż ludzie szeptali, że Zofia, matka Adama, zagroziła mu, że nie odda pożyczonych pieniędzy, jeśli zgodzi się podawać dziecko do chrztu. Czy tak było rzeczywiście, nie potwierdzi już nikt. W wyniku szybkich poszukiwań, ojciec dziecka znalazł zastępstwo. Obok Wandy Kamińskiej stanął daleki krewny, Ryszard Michalak. Po szczęśliwie odbytej uroczystości można było iść na skromne przyjęcie w domu stryjny Janiny.

Małżonkowie bardzo wcześnie złożyli wniosek o mieszkanie komunalne z zasobów gminnych Łomianek. Ku ich radości, już w kwietniu otrzymali pismo potwierdzające przyznanie takiego lokalu. Radość trwała krótko.

- Nie dostaniecie tego mieszkania – zagadnął Jadwigę nieznany jej mężczyzna, gdy przechodziła ulicę w Łomiankach. Jak wyjaśnił później, był pracownikiem gminnym znającym kulisy sprawy. - Pani teściowa wysłała do nas pismo, w którym twierdzi, że udostępnia wam dwa mieszkania i nawet „picę” – zdradził. - Nie należy się wam mieszkanie z gminy.

Wstecz <-- --> Dalej


Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.