arrow

herbKorycki's Family

and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...



ROZDZIAŁ III

Dziedzictwo klątwy


Stanisław, jedno z nielicznych dzieci, które zdołało przetrwać trudne czasy, od najmłodszych lat doświadczał gorzkiego smaku życia. Miał zaledwie dziesięć lat, gdy po raz pierwszy uświadomił sobie, że jego los nie będzie prosty. Stał wtedy w cieniu starego dębu, wpatrując się w niebo, kiedy usłyszał podniesiony głos ojca. „Nie mamy więcej ziemi, Janie!” – te słowa zmieniły wszystko.

To jego najstarszy brat, Jan, poznał wtedy Mariannę z Mieszkowskich. Rodzice Jana, choć dostrzegali w niej zalety, traktowali ją z rezerwą. Jej skromne wykształcenie budziło w nich obawy, a obce pochodzenie – brak rodzinnej historii i znajomości tradycji – tylko wzmagało niepewność. Dziewczyna zakończyła edukację na poziomie drugiej klasy szkoły powszechnej, gdyż istniejąca w miasteczku szkoła spłonęła i przez dziesięciolecia nie była odbudowywana. Mieszkowscy skupili się więc na domowej edukacji, dzięki czemu Marianna bardzo dobrze pisała, czytała i rachowała – umiejętności, które rodzice Jana cenili wysoko. Mimo to Marianna, wcale nie wyróżniająca się urodą, pozostała im obca – nieznana z pochodzenia ani tradycji. Jan wiedział, że nim poślubi dziewczynę, musi stawić czoła jednej, trudnej przeszkodzie: były nią pieniądze.

– Ojcze... – Jankowi słowa te przychodziły z trudem, jakby każde ważyło tonę. – Pan Mieszkowski zgodził się na ślub, ale... postawił warunek. Muszę dostać więcej ziemi.

Łukasz uniósł powoli głowę, jakby usłyszał coś zupełnie nieoczekiwanego. Przez dłuższą chwilę mierzył syna wzrokiem – jego oczy nie wyrażały jednak gniewu, tylko zmęczenie. Spojrzał na dokumenty rozłożone przed sobą – rachunki, które od dawna nie dawały mu spać.

Po chwili powtórzył cicho: – Więcej ziemi? – w jego głosie pobrzmiewało coś ostrzejszego. – Przecież wiesz, że nie mam już jej zbyt wiele. Twoje rodzeństwo ma swoje prawa.

Jan, czując, jak serce bije mu szybciej, zaczął niezdarnie tłumaczyć: – Gdy chłopcy dorosną, oddam im to, co się należy – jego głos zaczął drżeć, a słowa stawały się coraz bardziej chaotyczne. – Ojcze, to tylko tymczasowe. Pan Mieszkowski chce zabezpieczenia.

Łukasz westchnął głośno, jakby ciężar całego świata spoczywał na jego barkach. Otarł dłonią czoło i zapatrzył się w płomienie kominka milcząc. Syn poczuł, jak rośnie w nim napięcie – każda sekunda ciszy była dla niego jak ołowiany kamień, który wypełniał mu żołądek.

– A co z twoim rodzeństwem? – zapytał w końcu ojciec, jego głos brzmiał jak niskie pomruki. – Józefa ma już narzeczonego, ale Marcjanna... Michał, Stanisław... – imiona wypowiadane jedno po drugim sprawiały, że twarz Łukasza zacieniała się coraz bardziej.

– Gdy chłopcy dorosną, oddam to, co im się należy – powtórzył Jan z determinacją.

– Ziemia – mruknął ojciec pod nosem, bardziej do siebie niż do syna. – Zawsze tylko ziemia... – W jego głosie drgał ból, jakby coś więcej niż pola kryło się w tych słowach.

Łukasz, kiedyś radosny i wiecznie ruchliwy chłopak, dziś sprawiał wrażenie niedołężnego starca. Nie patrzył na syna, nerwowo skubiąc krawędź stołu, jakby szukał ratunku w sękach drewna. Może nie przypadkiem. Wszak stary dębowy stolik, porysowany, zmęczony latami, ale pamiętający wszystkie spory Kilisiów, wiele mógłby podpowiedzieć.

Jan poczuł, jak ciężar odpowiedzialności spada na jego ramiona. Przez myśli przebiegły mu obrazy przyszłości – braci z pustymi rękami, patrzących na niego z wyrzutem, a może i nienawiścią. Myślał także o Mariannie – o jej oczach pełnych nadziei i obietnicach, które jej złożył. Jego serce biło nierówno, walcząc między lojalnością wobec rodziny a pragnieniem nowego życia.

– Ojcze, zrobię, co trzeba – powiedział w końcu, a jego głos, pełen determinacji, zaskoczył nawet jego samego. – Będę walczył o tę ziemię, ale i o Mariannę, o rodzinę. Obiecuję, że dzieci dostaną to, co im się należy, ale teraz muszę zabezpieczyć swoją przyszłość.

Łukasz przez chwilę milczał, po czym powoli uniósł głowę i spojrzał na Jana, jakby chciał wyczytać coś z jego twarzy. Wstał, opierając się o stół, i podszedł do uchylonej okiennicy. Ciepły lipcowy wiatr niósł zapach skoszonego siana, a blask zachodzącego słońca malował izbę złotem.

– Masz swoją ziemię, Janku – powiedział w końcu, a jego głos brzmiał jak echo. – Ale pamiętaj, że każda decyzja ma swoją cenę. I tę cenę wkrótce zapłacisz.

Wiejski zgiełk rozbrzmiewał w Kosewie, zwołując gości na wesele Jana i Marianny. Lipcowy wieczór, ciepły i jasny, tętnił życiem. Zapach pieczonego prosięcia i świeżego chleba mieszał się z wonią siana z pól. Skrzypki i bęben grały mazurki, a konie u płotu parskały w rytm melodii.

Marianna, w lnianej sukni z koronkowym czepcem, siedziała wśród dziewcząt, serce biło jej z uniesienia. Jan, w pożyczonym surducie, stał przy starszyźnie, sączącej gorzałkę z glinianych kubków. – Oby im się wiodło – mruknął stary Pawlak. – Pola mają, ale czy na długo? Szczęście mija, gdy ziemia dzieli rodzinę. – Zawsze tak samo – najpierw śmiech, a potem trudne lata...

Jan, zapatrzony w młodą żonę, nie słyszał tych słów. Dla niego Marianna była jak promień nadziei, nowy początek w świecie, który zbyt często przygniatał go ciężarem obowiązków. Gdy spojrzała na niego, zapominał o wszelkich troskach. Razem zdołają pokonać przeciwności. Podszedł do niej, wyciągając rękę.

– Tańczymy? – zapytał z szerokim uśmiechem.

Marianna odpowiedziała równie promiennym uśmiechem i pozwoliła mu się poprowadzić na plac. Wesele trwało do późnych godzin nocnych – ich tańczące sylwetki odcinały się od światła ogniska, które zdawało się ich otulać. Śmiech, rozmowy, żarty – wszystko to tworzyło obraz początku nowego życia.

Kilka miesięcy później młodzi zamieszkali w nowym domu wzniesionym w zagrodzie Kilisiów. Ich życie szybko wzbogaciły dwie córki – najpierw Balbina, a potem Waleria. Pierwsze dni po narodzinach Balbiny były dla Marianny trudne. Nowa rola matki przytłaczała ją, mimo że wokół była rodzina gotowa do pomocy. Kiedy po raz pierwszy usłyszała płacz swojej córki, poczuła, jak coś w niej się zmienia – serce zadrżało, jakby ten drobny dźwięk obudził w niej nową siłę. Trzymając w ramionach małą Balbinę, zdawała się odnajdywać swoje miejsce na świecie. Płacz dziecka wypełniał puste izby domu, który jeszcze niedawno wydawał się zimny i bezduszny.

– Życie nabiera nowego sensu, prawda? – zapytała kiedyś Marianna, podchodząc do Jana z uśmiechem. Jan przytaknął, patrząc na nią z ciepłem, które rzadko udawało mu się wyrazić słowami.

Niespełna dwa lata później w domu pojawiła się druga córka, Waleria. Teraz ich życie było pełne – pełne śmiechu, ale i nowych obowiązków.

Z upływem lat w zachowaniu Marianny zaczęły pojawiać się pierwsze zmiany. Z kobiety pełnej nadziei i ciepła, zaczęła stawać się oschłą, zapatrzoną jedynie w swoje dobro gospodynią w obejściu. Tę nieszczęsną odmianę zauważyli wszyscy. Zauważył też Stanisław. Chłopak, choć jeszcze bardzo młody, nie mógł zapomnieć, jak wyglądało życie tak niedawno. Pamiętał zapach świeżo skoszonego siana, dni, kiedy jako mały chłopiec biegł po polu, a słońce stało wysoko na niebie. „Było tyle nadziei” – myślał, wspominając, jak ojciec pokazywał mu, jak obrabiać ziemię. „Wszystko wydawało się możliwe.” Teraz, gdy siedział samotnie w cieniu swojego domu, dźwięki przeszłości były jak odległe echa. Zamiast śmiechu, słyszał tylko długie, ciężkie westchnienia. „Co poszło nie tak?”

W roku 1884 Marcjanna wyszła za mąż za Jana Michalskiego z Pomiechowa i opuściła dom rodzinny, a trzy lata później umarł najmłodszy syn Łukasza, Michał. Do wypełnienia obietnicy danej ojcu, Janowi pozostało spłacenie Stasia lub zwrot otrzymanej kiedyś ziemi. Wiedział, że ten moment kiedyś nadejdzie, ale gdy w 1890 roku Stanisław postanowił ożenić się z Rozalią, córką Wawrzeńca i Balbiny Pawelskich, poczuł, że stanął przed problemem.

Pawelscy, podobnie jak niegdyś Matyasiakowie na Kosewie, byli nową rodziną w tej okolicy. Około roku 1873 Wawrzeniec Pawelski, za pieniądze zarobione przy budowie carskich fortów, kupił od miejscowego dziedzica jedną trzecią majątku Śniadowo i wraz z kilkorgiem dzieci zamieszkał tu po opuszczeniu stron rodzinnych w parafii Sarbiewo. Z pierwszą swoją żoną, Rozalią z Garczyńskich, ożenił się 18 lutego 1844 roku, jeszcze w Sarbiewie. Doczekali się czwórki dzieci: Piotra, Marianny, Franciszki, która została żoną Jakuba Łęgowskiego, i Antoniny, żony Tomasza Gruszczaka.

Po śmierci Rozalii, w 1869 roku, Wawrzeniec ponownie ożenił się w Sarbiewie – tym razem z Balbiną, córką Jana Biernackiego i Ludwiki z Jankowskich. Z tego związku narodziło się aż dwanaścioro dzieci: Władysława Milewska, Rozalia, Helena Celińska, Marianna Wasilewska, Władysław, Antoni, Katarzyna Sadlakowska, Jan, Julianna, Stanisław i Marianna.

Rozważając plany małżeńskie Stanisława, jego rodzice nie mogli nie brać pod uwagę faktu, że Pawelscy byli ludźmi zamożnymi, a oni sami nie posiadali już nic. Robili tylko to, co mogli, wychowując najmłodszego syna, starali się jedynie przekazać mu wartości, którymi żyli od początku: wiarę, pobożność i uczciwość. Młodzieniec biegle czytał i pisał nie tylko po polsku, ale także po rosyjsku, znał matematykę, historię i geografię.

– Stasiu, Janek obiecał, że odda twoją część – przypomniała mu matka, gdy snuł przed nią plany na przyszłość, martwiąc się o nią. – Idź, synu, do Janka.

Chłopak, przeczuwając, czym skończy się to spotkanie, wcale nie rwał się do odwiedzin. Z drugiej strony, była to jedyna szansa na zapewnienie sobie jakiejś stabilizacji życiowej. Marianna, czując te obawy, zdecydowała się towarzyszyć mu w tej krótkiej, ale jakże niełatwej wyprawie. Do spotkania doszło szybko, bowiem nastał czas uroczystości Wszystkich Świętych.

Nocą z 31 października na 1 listopada ludzie starali się zachować czujność – tak, jak nakazywał dawny obyczaj. Powszechnie wierzono, że tej nocy dusze zmarłych gromadzą się na cichą Mszę odprawianą w kościele przez kapłana z zaświatów. Po nabożeństwie zaś, pod przewodnictwem księdza, udają się w ponurą procesję na cmentarz.

Mówiono, że tej jednej nocy dusze mogły odwiedzać swoje dawne domy. Przeto każdy uchylał drzwi i okna, aby żaden zbłąkany duch nie czuł się zamknięty na progu swego dawnego życia. W domu, wszyscy poruszali się z ostrożnością, uważając, by nie naruszyć spokoju przybysza z zaświatów. Nim ktoś przysiadł na ławie, najpierw przesuwał dłonią powietrze, delikatnym gestem odganiając niewidzialną obecność.

Na długo przed świętem Wszystkich Świętych gospodynie piekły małe chlebki, zwane peretyczkami, zdobione krzyżem i inicjałami bliskich, którzy odeszli. Rywalizacja w ozdabianiu tych darów dla dusz była niemalże święta, a każdy krzyż i każda litera wyrażały pamięć i tęsknotę. Pierwszego dnia listopada ognia rozpalać już nie można było. Szeptano, że dusze lubią wygrzewać się przy ciepłym piecu, a zaniepokojone mogły wywołać pożar. Na parapecie czekały jeszcze miseczka kaszy i butelka wódki, a w niektórych domach, szczególnie na Podlasiu, przygotowywano specjalnie dla duchów kisiel z owsa.

Zwyczaj "ugaszczania dusz" z czasem zaginął, zastąpiony przez wypominki – modlitwy za zmarłych odmawiane przez księdza. Jednak duch tego święta pozostał niezmienny – pamięć, wdzięczność i chęć zachowania bliskości z tymi, którzy odeszli, wciąż łączyły świat żywych i umarłych. Tak było i w 1891 roku, kiedy to matka z synem poszli upomnieć się o swoje.

Do przebycia mieli zaledwie kilkadziesiąt kroków, lecz zdawało się im, że pokonują najdłuższą w swym życiu drogę. Nie śpieszyli się, jakby chcąc jak najbardziej odwlec moment spotkania i rozmowy. Szli w milczeniu, jakby każde słowo mogło obudzić dawne urazy. Matka, drobna i niska od młodości, teraz zgarbiona pod ciężarem lat, prowadziła syna, którego skulona postać wyrażała nie tylko lęk, lecz i rezygnację.

Nie spodziewali się radosnego powitania, ale to, co nastąpiło, wprawiło kobietę w osłupienie i zabolało bardziej, niż mogła przypuszczać. Wciąż wszak chciała wierzyć, że jej rodzina zawsze świeciła przykładem cnót wszelkich. Gdy tylko w obejściu zaszczekały psy, na progu domu pojawiła się bratowa Stanisława.

– A czego tu?! – wrzasnęła, ledwie widząc ich sylwetki. Najpewniej spodziewała się niechcianych gości i musiała też wiedzieć po co przychodzą. – Majątku się zachciało? – dodała, a jej głos drżał gniewem. W ręku błysnęło ostrze siekiery, które uniosła lekko, jakby już decydowała, czy zadać cios. – Wynocha! Bo jak nie, to zobaczycie, co was czeka!

Matka, mimo zaskoczenia słowami synowej, nie dała tego po sobie poznać. Stanęła nieco wyżej, jakby nagle odzyskała dawną siłę.

– Przyszliśmy porozmawiać z Jankiem – powiedziała stanowczo, ale spokojnie. – Obiecał Stasiowi jego część. Teraz przyszedł czas, by dotrzymał słowa.

Marianna uśmiechnęła się, ale było w tym coś gorzkiego. Zrobiła krok naprzód.

– Obiecał, powiadasz? – zapytała chłodno, niemal kpiąco. – Janek ma teraz własną rodzinę. My musimy myśleć o przyszłości naszych dzieci, a nie o tym, co komu się należy. Wasz czas już minął.

Stanisław stał jak sparaliżowany. Czuł, że każde słowo Marianny wbijało się w niego jak nóż. Wiedział, że bratowa od dawna żywiła do niego niechęć, ale teraz stawało się to aż nadto oczywiste.

– Proszę cię, Mania – wtrąciła matka, starając się zachować spokój. – Janek sam powiedział, że odda to, co należy się bratu. Przecież to jego rodzina.

Marianna uniosła brew, patrząc na starą kobietę z wyraźnym zniecierpliwieniem. Jej głos brzmiał twardo, niemal zimno.

– Rodzina, powiadasz? – Jej słowa były niemal sykiem. – A co ja mam z tego? Nasza ziemia to nasze życie. Jeśli damy wam więcej, co zostanie dla naszych dzieci? Balbina i Waleria nie mogą żyć z obietnic i pięknych słów.

W końcu, zaniepokojony podniesionym głosem żony, pojawił się Jan. Wyszedł na ganek, próbując zrozumieć, co się dzieje. Stanisław, patrząc na brata, miał z początku nadzieję na złagodzenie napięcia. Surowy, niemy wyraz twarzy, jaki dostrzegł, szybko pozbawił go złudzeń.

– Stanisławie, wiesz, że chciałbym ci pomóc, ale... – Jan zawiesił głos, jakby sam nie wiedział, co powiedzieć. – My też mamy swoje problemy. Wiem, że obiecałem, ale czasy się zmieniły.

Matka próbowała coś jeszcze powiedzieć, ale popatrzyła tylko niemo na jednego syna, potem na drugiego i wyszeptała gorzko:

– To nie tak miało wyglądać...

Nie dyskutowali dłużej.

– Chodź stąd, synu – Kilisiowa pociągnęła Stanisława za rękaw, ale w jej głosie nie było już ani łagodności, ani ciepła. Zrezygnowanie, które na co dzień nosiła głęboko w sercu, teraz odbijało się echem w każdym jej geście. Była matką, która widziała, jak jej syn upada na oczach świata, a ona mogła jedynie prowadzić go z powrotem do domu – w milczeniu.

Stanisław czuł na sobie jej spojrzenie. Nie potrafił jednak spojrzeć jej w oczy. Jak mógł? Jak mógłby wyjaśnić to poniżenie, ten ból? Szedł za nią, potykając się o własne myśli. Wydawało się, że droga, którą wracali, wydłużała się z każdym krokiem.

Milczeli, ale nie była to cisza spokojna. Cisza była ciężka od niewypowiedzianych pytań. Dlaczego tak się stało? Dlaczego ich rodzina stała się wrogiem we własnych oczach? Każdy krok, który stawiali w stronę domu, był jak bolesne przypomnienie tego, co wydarzyło się przed chwilą. Wiedzieli, że coś w ich rodzinie pękło na zawsze.

Brak majątku nie stanął na przeszkodzie ślubu Stanisława i Rozalii. Pomimo faktycznej biedy, młody Kiliś miał dla Pawelskich jeden niepodważalny atut – był nim szacunek ludzi oraz szlachecka tradycja, która integrowała przybyszów z krajanami. Było też coś, co wszyscy chcieli ukryć i co... udało się na wiele dziesiątków lat. Młodzi przed ołtarzem cieksyńskiego kościoła stanęli 25 listopada 1891 roku, a już w kwietniu następnego roku, w majątku Pawelskich, narodziła się Anna. W jej akcie urodzenia zapisano: „ojca niewiadomego”. Dziecko żyło zaledwie cztery miesiące, a pamięć o jego narodzinach zaginęła aż na trzy pokolenia. Nikt nigdy nie dowiedział się, kto był prawdziwym ojcem, a w rodzinnej kronice czyjaś ręka zapisała jedynie tajemnicze słowa Stanisława: „Tata mawiał, że dziecka z nieprawego łoża nie można kochać, ale nie można go też nie kochać. Nikt tych słów nie rozumiał.”

Pojawienie się Anny wywołało wiele pytań, ale ani Stanisław, ani nikt inny nigdy nie wyjaśnił, kto był prawdziwym ojcem dziewczynki. Stanisław ożenił się z ciężarną Rozalią, ale czy wiedział o jej stanie przed ślubem?

Wkrótce po śmierci Anny relacje młodych małżonków z Pawelskimi zaczęły się psuć. Stanisław i Rozalia postanowili zatem przenieść się do Kosewy, gdzie liczyli na rozpoczęcie nowego, spokojniejszego życia. To właśnie tam, 18 września 1893 roku, narodziła się ich najstarsza córka Marianna, którą Stanisław darzył szczególną miłością. Na chrzestnego dziewczynki wybrano szwagra Stanisława, Franciszka Lewandowskiego, co miało pomóc w zacieśnieniu więzi rodzinnych.

W tym czasie Rozalia bardzo zbliżyła się do najbliższych swego męża. „Wszystko dobro, jakiego nauczyłam się w życiu, pochodziło od mojej teściowej” – mawiała po latach. Sielanka nie trwała jednak długo, gdyż wszystko, co rodzice Stanisława posiadali, formalnie należało już do ich syna Jana. Temu zaś, a szczególnie jego żonie, przedłużający się pobyt krewnych coraz bardziej przeszkadzał. Po kilku miesiącach młoda rodzina musiała wrócić na Śniadowo.

Tymczasem w domu Jana i Marianny początkowa radość z pozbycia się bliskich szybko ustąpiła miejsca nowym problemom. W święto Zwiastowania Najświętszej Maryi Panny w 1895 roku wybuchł pożar w pobliskich zabudowaniach gospodarczych Andrzeja Pająka. Gdy ogień rozprzestrzenił się na sąsiednie budynki, mieszkańcy postanowili rozebrać kilka domów, by powstrzymać pożogę. Wśród skazanych na rozbiórkę znalazł się również dom Jana Kilisia. Po pożarze, nigdy nie odbudowano. Rodzina osiedliła się we Wronie – miejscu, z którego w 1847 roku rodzice Marianny przenieśli się do Bieli w płońskiem. W kolejnych latach we Wronie urodziły się ich kolejne dzieci: Stanisław, Kazimiera, Bronisława i Feliksa.

21 września 1895 roku Stanisław Kiliś doczekał się narodzin swojego drugiego dziecka – syna Kazimierza. Pragnąc odbudować napięte więzi rodzinne, poprosił swojego starszego brata Jana, by został ojcem chrzestnym jego syna. Mimo różnic, które narosły między nimi, Stanisław wierzył, że ten gest pomoże ocieplić relacje między nimi.

Kilisiowie szybko przekonali się, że życie dziedziców pokaźnego majątku nie było im pisane. Stanisław od dawna wiedział, że nie może liczyć na spadek – to było dla niego jasne jeszcze zanim założył własną rodzinę. Podobne rozczarowanie spotkało teraz Rozalię, kiedy dowiedziała się o decyzji swojego ojca. Wawrzeniec Pawelski postanowił podzielić dobra ziemskie wyłącznie między troje dzieci: synowie, Antoni i Władysław, otrzymali największe części, a pozostałą zapisał Franciszce Łęgowskiej, córce z pierwszego małżeństwa. Rozalia, pomimo swej bliskości z ojcem, została całkowicie pominięta w podziale majątku.

Ta decyzja Wawrzeńca pozostała niezrozumiała przez resztę rodziny. Wydawało się, że jego duma z własnego dorobku przeważyła nad uczuciami – być może uznał, że Stanisław powinien sam zapewnić dobrobyt swojej rodzinie. Jedno było pewne: Wawrzeniec nie chciał rozdrabniać majątku, którego zdobyciem tak bardzo się chlubił. Pochodząc z biednej rodziny, tu, w Śniadowie mógł udawać dziedzica i szlachcica. Czy miał to teraz stracić dla córki, która z takim wstydem szła do ślubu?

Dla Stanisława i Rozalii to był cios, którego się nie spodziewali. Brak ziemi oznaczał nie tylko utratę nadziei na dostatnie życie, ale również poczucie, że są odsunięci na margines – zarówno przez rodzinę Stanisława, jak i Rozalii. Ich ambicje i plany na przyszłość zaczynały się kruszyć, a na horyzoncie rysowała się wizja trudnej walki o przetrwanie.

Stanisław Kiliś, mimo młodego wieku, nosił w sobie bagaż rozczarowań, które z każdym rokiem coraz bardziej go przygniatały. Żal, że nie mógł żyć na poziomie, jaki uważał za przynależny jego pozycji jako mężczyzny i ojca, stopniowo przeradzał się w gorzką frustrację, która z czasem zaczęła wypełniać wszystkie aspekty jego życia. Zmieniał się powoli, niemal niezauważalnie, aż pewnego dnia wszyscy wokół zobaczyli, że nie jest już tym samym człowiekiem. Najpierw zaczął coraz rzadziej zabierać głos, przysłuchując się rozmowom, które niegdyś sam inicjował, ale jego milczenie było pełne ukrytego napięcia.

Z biegiem lat stawał się coraz bardziej szorstki i zimny. Tematy rozmów zawężały się do jednej obsesji: moralności. Stanisław, zraniony własnymi niepowodzeniami, zaczął wierzyć, że odzyska kontrolę nad swoim życiem, kontrolując innych. Jego poglądy, choć wynikały z wychowania, były też głęboko zakorzenione w frustracji. Czuł się panem i ostateczną wyrocznią w kwestiach moralnych – autorytet, którym miał być dla rodziny, miał przynieść mu ulgę, choć w rzeczywistości pogłębiał to jedynie jego wewnętrzny dramat.

Rozalia, kiedyś jego towarzyszka w walce z codziennymi trudnościami, coraz częściej stawała się cichym świadkiem upadku męża. W jej oczach odbijało się coś, czego Stanisław nie chciał widzieć: znikający cień człowieka, którym kiedyś był. On tego nie dostrzegał – zaślepiony własną goryczą, nieustannie próbował utrzymać kontrolę, choć wszystko wokół już dawno zaczęło się rozpadać.

Kiedy dowiedział się, że Rozalia została wydziedziczona, nie potrafił pogodzić się z kolejną porażką. W desperacji postanowił wrócić do domu swych rodziców, wierząc, że tam znajdzie stabilizację, której tak bardzo pragnął. Jak zawsze, to on podjął decyzję – miał nadzieję, że to będzie ostatnie słowo, które przywróci porządek w jego rozbitym życiu.

W ciągu kilku lat względnej stabilizacji, w domu Kilisiów nad kosewskim stawem pojawiały się kolejne dzieci. W 1897 roku narodził się Wacław, dwa lata później Stefan, a pod koniec XIX wieku na świat przyszedł Jan. Były to lata, w których Stanisławowi udało się, choć na krótko, zdobyć stałą posadę nauczyciela w pobliskiej szkole. Mimo licznych trosk, życie w Kosewie przynosiło chwilowy spokój, a Stanisław zyskał w tej małej społeczności pewien szacunek, choć jego reputacja nie była pozbawiona kontrowersji.

W tamtym czasie mężczyzna nawiązał przyjaźń z pomiechowskim proboszczem oraz z pewnym oficerem wojsk rosyjskich, co nie mogło umknąć uwadze sąsiadów. Spotkania przy kartach z duchownym i oficerem budziły liczne, złośliwe komentarze. Wieczory spędzone w ich towarzystwie stały się tematem szeptanych rozmów i podsycały plotki, które krążyły po okolicy.

Jedną z najczęściej powtarzanych była ta, że Stanisław nie pozwalał swoim dzieciom siadać w jednej ławce z dziećmi z biednych rodzin. Ludzie szeptali, że to wynik jego wywyższania się, choć nikt nie próbował zrozumieć prawdziwego powodu. Stanisław, żyjący na granicy nędzy, wcale nie starał się udawać, że jest lepszy od sąsiadów. Jego zakaz miał inne podłoże – wierzył, że bieda większości tych rodzin była wynikiem moralnego upadku, a nie samego braku zasobów. Dla niego to, kto w jakiej ławce siedział, było kwestią zasad, które starał się narzucić własnym dzieciom.

Plotki jednak nie ograniczały się tylko do sąsiedztwa. Nawet krewni Rozalii nie kryli swojego niezadowolenia wobec niektórych nawyków Stanisława. Często widywano go nad jeziorem, gdzie siadywał sam, grając na harmonii – był to zwyczaj, który odziedziczył po ojcu. Choć znajomi podziwiali jego umiejętność gry, dla rodziny Rozalii był to niepotrzebny luksus i dowód na to, że Stanisław marnuje cenny czas. Ich zdaniem ojciec tak licznej rodziny powinien przede wszystkim poświęcać się pracy, a nie oddawać się muzyce.

Dziewiętnaste stulecie zakończyło się dla rodziny Kilisiów bolesną stratą – śmiercią najstarszego członka rodu, Łukasza Kilisia. Zmarł nagle 8 marca 1899 roku, a nowy wiek, zamiast przynieść nadzieję, zapowiedział kolejne trudności i niekończącą się tułaczkę.

W kolejnym wynajętym mieszkaniu, w Swobodni, narodziły się dwie córki – Helena w 1902 roku, a dwa lata później Wanda. Radość z narodzin szybko zakłóciły kolejne, złe wieści z rodzinnego domu dziadków w Czarnowie. Wojciech, syn Jana a wnuk Michała, przegrał w karty niemal cały odziedziczony majątek. Z dawnych dóbr pozostały tylko resztki, które Wojciech w końcu sprzedał, aby kupić skromną posiadłość w Płońsku. W ten sposób cała rodzinna posiadłość Kilisiów przepadła bezpowrotnie.

Śmierć Marianny Kilisiowej 11 grudnia 1906 roku była dla Stanisława momentem przełomowym. Z odejściem matki stracił ostatnią osobę, która wspierała go bezwarunkowo, a niedługo potem los zmusił go do ponownego poszukiwania dachu nad głową. Na szczęście chwilowo znów poprawiły się relacje z rodziną Pawelskich, co pozwoliło Stanisławowi i Rozalii powrócić do Śniadowa. Tam, w 1908 roku, urodził się ich syn, Ignacy. Chrzestnymi dziecka zostali Władysław i Julianna Pawelscy, rodzeństwo Rozalii, a świadkiem w kościele był Antoni Pawelski – ten gest miał po raz kolejny symbolizować ocieplenie stosunków między rodzinami.

Serdeczny krok w stronę Kilisiów wykonał również Wawrzeniec Pawelski. Miał on niewielki nieużytek, położony u zbiegu trzech dróg, na którym pozwolił zięciowi pobudować dom. Ten jednak uznał, że darowizna w postaci około 250 metrów kwadratowych z ogromnego gospodarstwa była kpiną, i propozycję odrzucił. Niedługo potem zamieszkał z rodziną w wynajętym domku na Pomocni. Tam, w 1910 roku, urodziła się kolejna córka – Józefa.

Pobyt na Pomocni należał do jednego z najtrudniejszych okresów życia Kilisiów. Całe ich ówczesne obejście stanowiła jedna, niewielka izba, do której właściciel pozwolił dobudować małą przybudówkę. W niej miały być hodowane świnie, a wokół zabudowań postawiono kilka uli pszczelich. Plany hodowli skończyły się na kupnie trzech prosiąt, z których jedno wkrótce padło.

– Panie Kiliś, sprzedaj pan te dwa pozostałe, bo one jakieś chore są – radził mu jeden z sąsiadów. Stanisław nie wyobrażał sobie jednak, by mógł świadomie kogoś oszukać. Po pewnym czasie stało się nieuniknione: zdechł drugi prosiak, a zaraz po nim i trzeci. Swej decyzji nie żałował – uczciwość była dla niego fundamentem człowieczeństwa.

Zarówno Pawelscy, jak i rodzina Jana Kilisia, niejednokrotnie kpili z krewniaka, zarzucając mu lenistwo. Niewiele to miało wspólnego z prawdą. Stanisław, mimo słabego zdrowia, potrafił ciężko pracować – przykładem tego był moment, gdy zapracował na dwa worki pszenicy, zaniósł je na własnych plecach do młyna bratanka i prosił, by ten zmełł ziarno na mąkę.

16 lipca 1912 roku urodziła się Innocenta. Te ostatnie narodziny odbyły się w Śniadowie, gdyż kilka miesięcy wcześniej rodzina otrzymała nową ofertę pomocy od Wawrzyńca Pawelskiego. W geście dobrej woli, Wawrzeniec użyczył Kilisiom na trzy lata część swojej ziemi, by mogli się dorobić i zabezpieczyć przyszłość.

Stanisław i Rozalia podjęli desperacką, niemal morderczą próbę zagospodarowania zaniedbanej ziemi. W pierwszym roku nic na niej nie wyrosło, a w kolejnych dwóch plony zniszczyły klęski pogodowe.

Wybuch I wojny światowej początkowo nie odbił się mocno na życiu okolicznej ludności, jednak pewien niepokój zaczął narastać. Przewidujący mieszkańcy starali się wynieść w rejony oddalone od Twierdzy Modlin, natomiast inni, sądząc, że w pobliżu tak silnej armii będą bezpieczni, ciągnęli w odwrotnym kierunku. Wśród tych ostatnich była część potomków Łukasza i Marianny Kilisiów, którzy schronili się w obejściu Lewandowskich na Kosewie. Stanisław, uciekając z dotychczasowego miejsca zamieszkania, kierował się głównie obawą o swoich starszych synów, których zaborca mógł wcielić do swojej armii.

– Tam nikt ich szukał nie będzie – powiedział do żony i ogłosił: – Uciekamy do Józi na Kosewo. Kilisiowie zabrali ze sobą jedynie podręczne tobołki z odzieżą i resztkami pożywienia. Chłopcy, na zmianę, nieśli wykonane przez ojca łóżeczko Noci, w którym wcześniej wychowało się już starsze rodzeństwo. Ku zaskoczeniu wszystkich, Stanisław zdecydował się zabrać także niewielki, drewniany stolik.

Mebel nie miał żadnej większej wartości, ponoć został zbudowany niegdyś przez Łukasza Kilisia. Gdy przed laty, w Kosewie, urodził się Wacław, Stanisław odbył z matką długą, tajemniczą rozmowę. Przez blisko godzinę oboje chodzili po sadzie, dyskutując o czymś zapamiętale. Rozalia, zaniepokojona długą nieobecnością męża, wyszła ich szukać. Zobaczyła z daleka Stanisława z matką i początkowo zamierzała podejść do nich, ale coś ją powstrzymało. Niezauważona, postanowiła obserwować zza rogu stajni. Była za daleko, by usłyszeć cokolwiek, lecz z gestów domyśliła się, że rozmowa nie była łatwa. Stanisław co chwilę zatrzymywał się, zwracał ku matce, jakby pytał: „Jako to? To niemożliwe!” W pewnym momencie starsza kobieta chwyciła syna pod ramię i poprowadziła go wprost w stronę ukrywającej się Rozalii. Na szczęście oboje byli tak skupieni na rozmowie, że Rozalia zdążyła cofnąć się za kamienną ścianę. Gdy uznała, że jest już bezpieczna, wyszła na podwórze, udając, że karmi kury. Mąż i teściowa przeszli obok niej, jakby jej nie dostrzegli, i weszli do domu, do części zajmowanej przez Mariannę Kilisiową.

Rozalia, wiedząc, że nie ma już szans na podsłuchanie rozmowy, usiadła pod starą lipą i zaczęła rozmyślać, wpatrując się w drzwi domu. „Tego mi było trzeba” – pomyślała, widząc zbliżającego się Kazika. Dziecko musiało uciec Ani, która sama ledwo radziła sobie z opieką nad dwójką dzieci Kilisiów, a najmłodszy Wacek został pod opieką nowo przyjętej dziewki. Rozalia poczuła ulgę, że choć od niego miała chwilę spokoju.

Upłynęło sporo czasu, zanim zobaczyła wychodzącego z domu męża, który dźwigał stolik, ten sam, który od zawsze stał w mieszkaniu teściowej. Mebel był ładnie wykonany, lecz jego wiek poczynił w nim spustoszenia. „Po co on to targa?” – zastanawiała się, ale nigdy nie zapytała Stanisława o to bezpośrednio, mimo że dziwiła ją jego troska o ten stary rupieć. Tłumaczyła sobie, że musi być to jakaś cenna pamiątka rodzinna.

Wraz ze zbliżaniem się oddziałów niemieckich, okolice Kosewy zaczęły się wypełniać coraz większą liczbą wojsk carskich. Rosjanie, z powodu bliskości Twierdzy Modlin, a zwłaszcza fortu II w Kosewie, byli tu codziennym widokiem. Przez pewien czas nikt nie zwracał uwagi na to, że sołdatów z dnia na dzień przybywało, aż pewnego dnia wszyscy zrozumieli, że napływ kolejnych oddziałów to nie przypadek. Otrzeźwienie przyszło dopiero wtedy, gdy pewnego czerwcowego dnia do wielu zagród weszli Moskale, rozkazując: „Убирайся!” Właściciele gospodarstw z godziny na godzinę stali się tułaczami bez dachu nad głową, a ich domostwa zajęli carscy żołnierze.

Podobny los spotkał Lewandowskich. Na szczęście pozwolono im pozostać w jednej z bocznych izb, w której niegdyś mieszkała Marianna Kiliś, ale Stanisław z żoną i dziećmi musiał przenieść się do pomieszczenia gospodarczego.

Załamany kłopotami Stanisław wyszedł z domu. Zatrzymał się na chwilę, patrząc na dobrze znane mu widoki, które teraz wydawały się tak obce. Chłodny wiatr wiał od strony szczypiorskiego lasu, przenikając przez ubrania i smagając jego skórę. Szare niebo, jakby samo przybrało kolor jego trosk, wisiało nisko nad ziemią. Stanisław spojrzał na pole, na sad... Teraz były to tylko cienie przeszłości. Coś go przytłoczyło, jakby cały ciężar świata osiadł na jego ramionach. Wiedział, że już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś, a największe problemy dopiero się zbliżały.

Był lipiec 1914 roku, gdy wracający z pola Stanisław zobaczył biegnącą w jego stronę siostrzenicę.

– Wujku, wujku, krzyczała nastoletnia Genia.

– Czemu krzyczysz? Co się stało?

– Moskale zabrali wujka stolik!

– Stolik, ten z waszej izby?!

– Ten sam!

Stanisław w pośpiechu postawił koło siebie niesiony kosz warzyw i bez słowa pobiegł rozpoznać sytuację. Jak się okazało, pod nieobecność domowników, do izby wdarli się moskiewscy żołdacy i zabrawszy wszystko, co tylko zdołali unieść, poszli w siną dal. Mężczyzna nie czekał. Nie opowiadając się nikomu, zniknął za najbliższymi zabudowaniami. Kilkadziesiąt metrów dalej, w dawnym jego domu rodzinnym swą kwaterę miał rosyjski dowódca.

– Где твой командир? - wrzasnął do stojącego w progu żołdaka. Gdy ten z wrażenia otwarł jedynie gębę, добавил jeszcze głośniej: – Поговорите, а где Андрей Ласковский?

Sołdat nadal nic nie mówiąc, skinieniem głowy wskazał na drzwi wejściowe. Już na pierwszy rzut oka widać było, że chociaż niemłody już i w moskiewskiej armii nabrał nieco obycia, to jednak cech dzikiego Azjaty nigdy się nie wyzbył. Do krzyków nawykł od dzieciństwa, ale aż do dziś żaden Polak nie odważył się na taką bezczelność, aby podnieść głos na carskiego żołnierza. Ach, gdyby tylko mógł sięgnąć do szabli!

Stanisław Kiliś wiedział, na co może sobie pozwolić. W czasie wielu nocy spędzonych nad talią kart nie zawsze był sam na sam z proboszczem. Częstym ich kompanem bywał Andrzej Laskowski, potomek polskich zesłańców syberyjskich, teraz pozostający w służbie imperatora, jako komendant rosyjskiego kontyngentu. Był to stosunkowo młody jeszcze człowiek, wykształcony i dbający o szlacheckie maniery. Na oficerskie epolety zasłużył sobie w walkach z wojskami japońskimi na początku stulecia. Język polski rozumiał wybornie, za to w mowie strasznie kaleczył go rusycyzmami.


– Andrzej! Andrzeju, ci twoi złodzieje okradli mnie! - zawołał Stanisław Kiliś, gdy tylko wbiegł do izby.

– Okradli? Kto? Moje sołdaty? - z niedowierzaniem dopytał oficer.

– Tak przyjacielu! Twoi złodzieje mnie okradli!

– Stanisławie, ja wiem, że oni kradną – westchnął Laskowski, starając się zachować spokój. – Ale tu nie chodzi o sprawiedliwość, tylko o przetrwanie - добавил.

Stanisław zmrużył oczy, jego twarz stężała.

– A co z moim przetrwaniem, Andrzeju? Co z moją rodziną? – zapytał sucho, jakby każde słowo było ostrzem tnącym ciszę. Laskowski westchnął, ale jego wzrok odwrócił się ku ziemi. Nie miał odpowiedzi. Cisza, która zapadła między nimi, była bardziej przerażająca niż jakiekolwiek słowa. – Nic na to nie poradzę, ale zabroniłem im okradać ludzi w Kosewie... Wiesz o tym - przypomniał Laskowski. Po chwili, jakby sam do siebie добавил: – Ciebie znają osobiście, widywali nas razem... który by się odważył?... - wyszeptał, po czym добавил: – Poczekaj na mnie chwilę.

Rosjanin wrócił po kilkunastu minutach.

– Tak, jak myślałem – начал. – Moi ludzie cię nie okradli.

– Ale...

– Posłuchaj... - Laskowski przerwał swemu gościowi wyjaśniając tło całego zajścia: – To rzeczywiście byli ruscy żołnierze, ale nie moi. Przed obiadem prowadzili tędy na Modlin nowych rekrutów. Dowiedziałem się, że „zajrzeli” do wielu domów – skonstatował smutno.

– Co teraz!?

– Co ci zabrali?

– Stolik, taki niewielki, drewniany stolik – odparł Kiliś, a widząc zaskoczoną minę Rosjanina добавил z zakłopotaniem: – Niewiele wart, ale dla mnie to jedyna pamiątka po dziadkach.

– Dobrze, że jest ciepłe lato...

– Lato, co ma do tego lato?

– Widzisz Stanisław, gdyby było zimno, stolik poszedłby na ognisko. Już byś go nie zobaczył. A tak, na pewno dobrze go pilnują i szukają kupca. Twój mebel jest bezpieczny przyjacielu – zapewnił Rosjanin z uśmiechem.

Po krótkiej naradzie mężczyźni uzgodnili, że jeden z nich zdobędzie informacje na temat przemieszczającego się oddziału, jego dowódcy i miejsca stacjonowania, a być może też uda się mu ustalić bezpośrednich sprawców kradzieży. Drugi zaś zacznie rozpytywać okoliczną ludność, prosząc o informacje, gdyby ktoś spotkał się z ofertą kupna podobnego przedmiotu.

Polski uczestnik tej przedziwnej narady nie zamierzał jednak ograniczać się do tych ustaleń. Doskonale pamiętał, jak synowie jego, nie wiedząc, że są słyszani przez ojca, rozmawiali na temat potrzeby wstąpienia do formowanych, polskich oddziałów. W planach tych przodowali Kazimierz z Wacławem, chociaż i młodszy od nich Stefan nie krył marzeń o przywdzianiu polskiego munduru. Jak na ten moment, wszystko to wydawało się mało realne, a i Stanisław, chociaż uważał się za patriotę, nie marzył o tym, aby jego dzieci ginęły na froncie. Postanowił sobie, że utrudniać im zaciągnięcia się do armii nie będzie, ale w duszy liczył jednak na to, że żegnać się z dziećmi nie będzie musiał. Teraz jednak zdecydował dać chłopakom przedsmak wojenki.

Rozalia widziała, jak Stanisław wraca do domu, gniewny i zamyślony. Jego kroki były ciężkie, jakby nosił na barkach nie tylko troski, ale i decyzje, które musiał podjąć. Znała go zbyt dobrze, by nie zauważyć tych znaków. Zawsze najpierw milczał, potem ruszał w pośpiechu, a potem — podejmował decyzje, które wpływały na całą rodzinę.

Tym razem było inaczej. Stanisław, ledwie przekroczywszy próg, odwrócił się do synów: – Idziecie ze mną – jego rozkaz był surowy, choć głos wciąż nieznacznie drżał.

Rozalia natychmiast podniosła głowę znad stołu, przeczuwając kłopoty. – Stasiu, co robisz? – zapytała, choć odpowiedzi się nie spodziewała. Jej głos był miękki, pełen troski, ale wiedziała, że teraz nic go nie zatrzyma. Stanisław nawet na nią nie spojrzał. Przeszedł przez izbę, jakby go tam nie było, jakby nikt, poza synami, nie istniał.

To zawsze tak wyglądało. Jego decyzje były niepodważalne, jego słowo ostateczne. Ale tym razem... Tym razem coś było inaczej. Czuła to, jak kobieta, która spędziła lata u boku tego samego człowieka, znając każde jego spojrzenie, każdy gest.

– Gdzie ich prowadzisz? – ponowiła pytanie, choć bardziej do siebie niż do niego.

Stanisław zatrzymał się na moment. Chciał coś powiedzieć, tłumaczyć, ale co mógł jej powiedzieć? Że wysyła ich na misję, z której mogą nie wrócić? Że stary stolik i to, co w nim ukryte, jest ważniejsze niż bezpieczeństwo ich dzieci? Te słowa nie przeszłyby mu przez gardło. Nie patrząc na nią, wyszedł z izby.

Rozalia patrzyła, jak synowie bez słowa wstają i ruszają za ojcem, jakby podążyli za nim nawet na koniec świata. Ale czy on wiedział, dokąd ich prowadzi? Z każdą minutą czuła, że coś się zmienia, coś w ich rodzinie zaczyna się jeszcze bardziej kruszyć. Jak zawsze, milczała.

Gdy już było wystarczająco daleko, aby żadne wścibskie ucho ich nie podsłuchało, ojciec zabrał się do wyłuszczenia synom sprawy. Nadal nie wyjawiając prawdziwej wartości, jaką dla całej rodziny stanowił zaginiony mebel, opowiedział im o słowach Rosjanina i dał krótkie polecenie: mają odzyskać mebel, a przynajmniej ustalić, gdzie jest przechowywany. Na zgodę nie czekał. Dał polecenie i oczekiwał efektów.

Młodzi Kilisiowie rozumieli swoje zadanie. Więcej, byli niezwykle dumni z ojcowskiego zaufania i nie wyobrażali sobie, że mogliby go zawieść. Planowanie akcji rozpoczęło się niemal natychmiast. Naturalnie, priorytetem było odzyskanie łupu. Jednak trzeba było też zadbać o bezpieczeństwo wewnętrzne, czyli wymyślić sobie odpowiednie alibi na dłuższy pobyt poza domem. Matka, Rozalia Kilisiowa mogłaby niechcący pokrzyżować plany, a nawet sprowadzić niebezpieczeństwo na swych synów. Ci, w przeciwieństwie do ojca, uważali iż są sytuacje, które wymagają minięcia się z prawdą dla jakiegoś wyższego, zbożnego celu. Tak też było i tym razem. Pretekstem stał się pomysł odwiedzenia kuzynów Rzepkowskich w pobliskim Stanisławowie zwanym wówczas z rosyjska Kolonią Aleksandryjską.

Rozalia Kiliś nie miała ani czasu, ani potrzeby, by wnikać w plany Kazika i Wacka. Skoro ojciec im pozwolił odwiedzić rodzinę, niech idą. Jednak gdy wydawało się, że wszystko jest na dobrej drodze, pojawił się niespodziewany problem.

– A wy dokąd? – zapytała Mania, najstarsza siostra chłopców, widząc ich przygotowania.

– Do Rzepkowskich – odpowiedział Wacek, starając się brzmieć beztrosko. – W odwiedziny.

– Do Rzepkowskich... – powtórzyła dziewczyna z lekkim uśmieszkiem. Jej ton zdradzał, że coś jej nie pasuje.

– Ano do Rzepkowskich. Tatuś pozwolił – добавил gorliwie Kazimierz, starając się zabrzmieć przekonująco.

– Co za zbieg przypadek! Wyobraźcie sobie, że i ja zatęskniłam za nimi. Pójdę z wami – oznajmiła, jakby decyzja była już podjęta.

Jej bracia doskonale zrozumieli, skąd ta nagła decyzja dziewczyny. Marianna była nie tylko pierworodną córką ich ojca, ale i tą ukochaną. Niejednokrotnie to ona pierwsza dowiadywała się o wielu sprawach rodzinnych, będąc często powiernicą a nawet doradcą ojca. Ileż to razy Mania wiedziała o sprawach, o których jej matka pojęcia nawet nie miała. Nie, Stanisław nie ukrywał niczego przed swą żoną, ale też nie zawsze uważał za stosowne konsultować cokolwiek z nią. Wszak to on był głową rodziny. W jego mniemaniu rozmowy z córką i szukanie u niej porad ujmy mu nie przynoszą. Nie ulegało wątpliwości, że tak też musiało być i tym razem. Jeśli mieli rację, to znaczyło, że Marianna zna prawdę, a być może wie nawet więcej, niż oni...

– No to co robimy? – zapytał Kazimierz, chcąc szybko podjąć decyzję.

– Może powinniśmy się najpierw pomodlić... – zasugerował Wacek.

– Dobra myśl. – Pożyczmy od wujka koni i pojedźmy rano na Mszę.

– To przejdę się po wsi i zbiorę nieco informacji – zarządziła dziewczyna.

Gdy odeszła, starszy z braci rozłożył jedynie ręce w geście bezradności.

– Może się na coś przyda – westchnął drugi.

Jego krótki dialog przerwało pojawienie się Stanisława. Tym razem, wbrew swojemu zwyczajowi, nie zawołał synów gestem, ale sam podszedł do nich i bez wstępu wyłożył, czego dowiedział się od Laskowskiego. Sołdat, który ukradł stolik, stacjonował obecnie w Kolonii Aleksandryjskiej.

– Kolonii? To tam właśnie jutro jedziemy! – wykrzyknął Wacek z entuzjazmem.

– Nie wiem, czy powinniście – przerwał mu ojciec. – Sołdat twierdzi, że sprzedał stolik za manierkę gorzałki. Ale nie wie, komu.

Nastała chwila ciszy, którą szybko przerwał starszy z chłopaków: – Dobrze tato, zastanowimy się co robić.

Stanisław nie skomentował i tak szybko, jak przyszedł, tak też i odszedł. Jego synowie nie mając już nic dziś do roboty, postanowili pokręcić się po okolicy, posłuchać, popatrzeć... skoro wiedzieli, kto jest sprawcą, trafienie na jakiś ślad nie wydawało się trudne.

Niestety, tego dnia niczego ważnego ustalić im się nie udało. Gdy wstał świt, cała trójka, przy wyraźnym zdziwieniu ich matki, wstała i zgodnie z planem udała się do Pomiechowa. Msza św. w dzień powszedni, długa nie była, więc i w drogę powrotną ruszyli dość szybko.

– Wacek, pojedź koło Fortu, poprosiła Marianna brata powożącego zaprzęgiem.

– Byliśmy tam wczoraj... znów coś wymyśliłaś?

– Pojedź – powtórzyła dziewczyna, a gdy byli już blisko, poleciła: – Chłopaki, zaczekajcie na mnie.

Nie zapytali o nic. Wiedzieli, że z Manią, podobnie jak z ojcem, nie dyskutuje się. Zjechali więc z drogi i zatrzymali konie w cieniu wierzb.

– Co się z nią dzieje – zaniepokoił się młodszy z braci po godzinie oczekiwania.

– Ona da sobie radę, ale nam się dostanie za nieoddane konie – zwrócił uwagę drugi. – Ja tu zostanę, a ty jedź do domu, bo wujek nie będzie zadowolony.

Kazimierz, kiedy został sam, w pierwszym odruchu chciał iść na poszukiwania siostry. Po chwili jednak zarzucił ten pomysł, rozumiejąc jak łatwo mogą się minąć w drodze. Wiedząc o zbliżającym się froncie, na drogi ruszyło setki mieszkańców bliższych i dalszych wiosek. Pełno było migrujących ludzi, ale i żołnierzy w przeróżnych mundurach, częstokroć obdartych bardziej od szukających chleba nędzarzy. W tych warunkach wszelkie oddalanie się od umówionego miejsca spotkania było bardzo ryzykowne. Postanowił czekać.

Czas płynął, a Marianna nie wracała. Nie wracał też Wacław, który powinien był w drodze spędzić nie więcej niż pół godziny. Do domu miał niewiele ponad kilometr...

– Co się stało – Kazimierz zawołał na widok brata biegnącego w jego stronę po co najmniej trzech godzinach.

– Nic, musiałem u Lewandowskich odpracować konie – zaśmiał się chłopak, ale nagle, rozglądając się wokoło spochmurniał. – Mani jeszcze nie ma?

Marianny nie było. Nie pojawiła się ani za godzinę, ani na porę obiadową. Ostatecznie obaj bracia zdecydowali, że przyszła pora powiadomić o sytuacji ojca.

Zdenerwowani, niepewni losów siostry, nie pilnowali drogi. Dom wujostwa stał na skraju Kosewy, więc idąc na przełaj, przez pola, nie musieli wchodzić w obejścia sąsiadów, a pozwoliło im to zaoszczędzić kilka minut. Mijając ostatnie łany żyta, zobaczyli z oddali swego ojca chodzącego w tę i we w tę pomiędzy jabłoniami. Założone w tył ręce i szybki krok niewątpliwie wskazywały na częste u Stanisława Kilisia zdenerwowanie.

– Już jesteście?! – zawołał z nieukrywanym zaskoczeniem ujrzawszy swych synów. Oni odpowiedzieli z nie mniejszym zdziwieniem: – Tato, jak- to „już”...?

– No bo Mania dopiero co zdążyła do was wyjść...

– Mania? Do nas???

Otóż okazało się, że biegnąc do domu, chłopcy właśnie minęli się z siostrą, która idąc od strony sąsiedniego Janowa postanowiła najpierw zdać relację ojcu. Teraz zaś poszła w miejsce, w którym wiele godzin wcześniej się rozstali. Nie pobiegli za nią. Musieli zdobyć najnowsze informacje, a te były wyjątkowo ważne. Otóż okazało się, że Marianna, z którą się rozstali na wschód od Kosewy, poprzez lasy, dotarła do Szczypiorna.

Wieś ta nie była jej całkiem obcą. Osada, chociaż jej znane początki sięgają czasów króla Jagiełły, nie była byt wielka. Ot, kilkanaście chałup, jakieś sklepy i dwór dziedzica. Do tego siedziba miejscowego nadleśniczego... Bywało, że Kilisiówna przechodziła tamtędy w drodze do krewnych, czy to na Goławice, czy dalej, do Czarnowa... Teraz dowiedziała się właśnie, że zaginiony mebel trafił w ręce miejscowego urzędnika Nadleśnictwa. Mężczyzna widział, że nie jest on cennym zabytkiem, ale dla niego wart był ceny, jakiej dziki Azjata w rosyjskim mundurze zażądał.

Radość Marianny z powzięcia tej informacji nie trwała długo. Jak wynikało z opowieści leśnika, sołdat, gdy tylko dostał swoją zapłatę, przekonał go bagnetem do oddania stolika z powrotem. Polak oddał i cieszył się, że wraz z meblem nie musiał oddać reszty rubli, jakie miał przy sobie.

– Moskale idą w stronę Janowa, prawdopodobnie na Fort w Błogosławiu, idź za nimi – zasugerował leśnik. Marianna posłuchała. Co było dalej, na razie nie wiadomo. Wróciwszy do ojca, znała już imię nowego właściciela mebla. Jej braciom to wystarczyło.

– Idziemy! - zakrzyknęli jednocześnie.

– Zaraz! - zawołał ojciec. – Najpierw coś wam dam – добавил prowadząc synów do starej, kamiennej, zagłębionej w ziemi piwnicy. Nie był u siebie, ale w czas wojny czuł się w obejściu szwagra niemal, jak w domu. Gdy po chwili pojawił się znów w świetle słońca, w ręku trzymał zapas wszelakiego jedzenia. Wciskając im w ręce kawałki szynki, kiełbasy i butelkę śmietany rozkazał: – A teraz idźcie. I... niech Was Bóg błogosławi.

Była zwyczajowa pora kolacji, gdy młodzi Kilisiowie wyruszyli w drogę. Ich ojciec wiedział, że mają do pokonania ponad siedem kilometrów, nie spodziewał się ich zatem zbyt szybko. Gdy jednak nie dotarli na noc, zaczął się niepokoić. Także Rozalia, która nigdy wcześniej nie odważyła się sprzeciwić mężowi, zaczęła czynić mu wyrzuty.

– Kawałki drewna ważniejsze dla ciebie niż życie naszych dzieci? - krzyknęła w rozpaczy.

– Co ty plecisz? - również podniesionym głosem odparł mężczyzna. Wymiana zdań bardzo szybko przerodziła się w jawną kłótnię, która musiała być na tyle niecodzienna, że w oknie izby, gdzie spali Lewandowscy zaświeciła się lampa. To nieco ostudziło emocje obojga Kilisiów. – Ty nic nie rozumiesz – wymruczał na końcu mężczyzna, po czym добавил uniesionym głosem w stronę uniesionych nad poduszki głowy młodszych dzieci: – Śpijcie.

Tej nocy nikt nie spał. Stanisław zdawał sobie sprawę z tego, że jego najbliżsi muszą go mieć za bezdusznego dziwaka, który w obliczu wojny posyła swoje dzieci wprost w łapy wroga, aby ci poszukiwali jakiegoś starego, nic nie wartego mebla. On sam też nie do końca pewny był swej decyzji. Tłumaczył sobie, że w najgorszym razie synowie mogą zostać pobici i wrócić z niczym. Nic gorszego stać się nie mogło, bo przecież Rosjanie to dzikusy, ale ziemie te traktowali jak swoje. Za swojskością tej okolicy dla wojsk moskiewskich mogły też przemawiać liczne w okolicy kolonie, gdzie Rosjanie stanowili nie tylko znaczący odsetek mieszkańców, ale często nawet ich większość. Tak było nie tylko w Kolonii Aleksandryjskiej, która stała się swego rodzaju centrum życia duchowego najeźdźców, ale nawet w Szczypiornie, w której carat wykupywał ziemię pod nowe osadnictwo.

Ryzyko zatem, jak kalkulował, wielkie nie było. Z drugiej strony przerażała go możliwość dostania się w niepowołane ręce tego, co w stoliku było ukryte, a o czym nawet jego najbliżsi nie wiedzieli. „Gdyby do schowka dobrali się Moskale, to pół biedy” - dedukował. „Kacapy polskiego nie znają”. W najgorszym razie spaliliby kawał historii, którą spisywały pokolenia.

„Gdyby ta księga wpadła w polskie ręce…” – ta myśl trafiła go nagle, jakby wyjęta z otchłani jego najgłębszych obaw. Zrobiło mu się duszno, serce przyśpieszyło, a po plecach spłynęła strużka zimnego potu. Czy to naprawdę był powód, by narażać własnych synów?

Jego myśli nadal krążyły wokół starego stolika. Nie prosty, niemal nic nieznaczący mebel, który nagle zyskał tyle ciężaru. To nie był tylko kawałek drewna. To było coś więcej. Dziedzictwo i pamięć. Krew jego rodu, zamknięta w tych pożółkłych stronach, spisanych ręką przodków. Ale czy warto? Słowa ojca wróciły do niego jak echo. „Honor, synu, to nie coś, co można stracić i odzyskać. To skarb, którego strzeżesz całe życie.” A teraz on, Stanisław, miałby go oddać? Żadne złoto świata nie mogło zrekompensować tej straty.

Z drugiej strony… Czy był gotów patrzeć, jak jego synowie idą w paszczę wroga?

Poczuł, jak zaciska pięści. Wiedział, co powie Rozalia, gdy się dowie. „Jak możesz posłać ich na pewną zgubę? Dla czego? Dla kawałka drewna?” Słyszał już ten głos, pełen bólu i pretensji. „Ale co ona mogła wiedzieć? Nie zrozumie” - pomyślał gorzko. Kobieta, choć dobra i oddana, nie miała tego ciężaru na barkach, tej odpowiedzialności. To na nim spoczywało brzemię honoru rodziny. On musiał to zrobić.

Poranek nie przyniósł dobrych wieści, podobnie jak i dzień cały, zmierzch i dzień następny. W domu atmosfera robiła się coraz bardziej napięta. Zdziwienie, a nawet zaniepokojenie nieobecnością chłopców dało się także zauważyć u rodziny Lewandowskich, którzy mieszkając w tym samym budynku, przez cały czas mijali się, rozmawiali i żyli wspólnymi sprawami. Nie mogło więc umknąć ich uwadze, że nagle kogoś zabrakło, a co dziwniejsze, nikt nie chce na ten temat rozmawiać.

Trzeciego dnia od wyjścia z domu Kazimierza i Wacława ich ojciec postanowił zacząć działać. – Idę do Laskowskiego – zwierzył się żonie. Rozalia, w pierwszej chwili zaskoczona samym faktem, że mąż informuje ją o tym, co zamierza zrobić, nie powstrzymała uszczypliwości: – No, nareszcie!

Nie odpowiedział. Tak był już zajęty swoimi myślami, że być może nawet nie usłyszał słów żony. Musiał iść do Laskowskiego. Ten oficer był teraz jego jedyną nadzieją na odnalezienie synów. Niemal biegnąc, dotarł do dobrze sobie znanego budynku, w którym od dawna mieszkał i sołdatami dowodził znajomy potomek polskich zesłańców.

Dopiero, gdy Stanisław Kiliś znalazł się na ganku, zauważył, że coś jest nie tak. Nie tak, jak zawsze. Nie ma wałęsających się wszędzie sołdatów, nikt nie udaje, że kontroluje wchodzących... Ze wszech stron biła zupełna pustka i cisza. Jedyny hałas, jaki dało się słyszeć, pochodził z sąsiednich posesji i drogi, którą szli nie tylko ludzie, ale i konie ciągnące machiny wojenne. Pod Modlin zbliżały się już wojska niemieckie, więc i Moskale wszystkie swoje siły koncentrowali w twierdzy i otaczających ją fortach. Laskowski musiał zatem pójść razem z nimi.

„Co robić, co robić?” - Stanisław Kiliś oparł się o drewnianą poręcz ganku i myślał. W samodzielnym szukaniu synów sensu nie widział. Za duży ruch nowych wojsk, obcych, nieznanych sobie ludzi. Za wielka masa tych nowych ludzi... Czekać bezczynnie było jednak niepodobna. „Muszę iść, może trafię na jakiś ślad” - postanowił i ruszył w swoją stronę, aby pierwszemu z napotkanych krewnych rzucić: - Idę na Błogosławie. Powiedzcie Rozalii.

Nie uszedł dalej niż ze dwa kilometry za ostatnimi chałupami Kosewy, gdy gdzieś z oddali dobiegł go znajomy głos. Odwrócił się. Zobaczył wtedy biegnącą wzdłuż skraju lasu Mariannę: - Tatusiu, tatusiu, chłopcy wrócili! - wołała radośnie, a on nie chciał wiedzieć nic więcej. Nie dopytywał... wystarczyło mu to, że jego synowie są w domu, są żywi. Nawet nie zwrócił uwagi na „tatusiu”, którego to słowa nienawidził, domagając się od dzieci, aby używały formy „tato”. Do domu wracali niemal w biegu, trzymając się mocno za dłonie. Ona, rozradowana młodziutka niewiasta i on, nagle odmłodzony i pełen siły. Oboje czuli, że odzyskali tych, w których powrót zdążyli już zwątpić. Brama, zamykająca zwykle obejście Lewandowskich, tym razem była otwarta. Tuż za nią skupili się wszyscy, zarówno najbliżsi Stanisława, jak i jego siostry Józefy. W ciągu zaledwie kilku minut wieść o powrocie chłopaków ściągnęła z pól, sadu, stajni i domowych czeluści kilkanaście osób. Dwaj główni bohaterowie, widząc biegnącego ojca, unieśli w górę coś, co Stanisław rozpoznał bez trudu. Wacław i Kazimierz wrócili nie tylko cali i zdrowi, ale też z odzyskanym meblem!

Chwila powitania i radości nie trwała długo. Obaj chłopcy byli nad wyraz zmęczeni, a z ich twarzy wyczytać nie było trudno, że przeszli wiele, może zbyt wiele.

Najbliższego poranka wszyscy mieli jechać na dziękczynną Mszę świętą. Nie pojechali. Walki, jakie właśnie wybuchły, na dziesięć dni sparaliżowały całą okolicę. Ani Kazimierz, ani Wacław, ani też Marianna nie chcieli nikomu opowiedzieć o tym, co spotkało ich w tych ostatnich dniach.

Tato, najważniejsze, że teraz jesteśmy już gotowi, aby wstąpić do naszego wojska – wyszeptał młodszy z synów. Jego ojciec domyślał się, że za taką odpowiedzią stać musiała jakaś wielka przygoda, na tyle straszna, że nikt nie chciał do niej wracać. Nie miał w zwyczaju okazywania uczuć, a tym bardziej słabości. Tym razem zrobił wyjątek. Przytulił mocno syna i szepnął mu coś do ucha. - Dobrze tato – odparł już głośno chłopak i poszedł szukać Marianny.

Po krótkiej rozmowie rodzeństwo rozstało się. Wacław zniknął gdzieś z odzyskanym dzień wcześniej meblem, zaś Mania zaczęła rozdzielać młodszym jakieś codzienne zadania. Nikogo to nie dziwiło, gdyż dziewczyna, chociaż sama pracy nie unikała, to lubiła też, za ojcowskim pozwoleniem, zarządzać rodzeństwem. Gdy skończyła, poszła wprost do izby, gdzie chciała znaleźć swą matkę. - Mamo, tatuś kazał zawołać – powiedziała do stojącej przy kuchni Rozalii. - Pranie robię – mruknęła kobieta, ale zdjęła fartuch i poszła za córką. Szły wprost do sadu, ale zatrzymały się dopiero za starymi krzakami, jakie rosły tuż przed polem zasianym owsem.

Gdy Kilisiowa zobaczyła męża i dwóch najstarszych synów stojących przy, aż nadto znanym jej stoliku, niemal zasłabła.

Co się stało? – wydusiła z siebie, gdy tylko odzyskała głos.

Rózia, nic się nie stało – odpowiedział z uśmiechem i jakimś dziwnie dla niego ciepłym głosem Stanisław. - Nic się nie stało. Po prostu zasłużyliście na to, aby poznać prawdę o tym stoliku i o tym, dlaczego on tak jest ważny – добавил podchodząc bliżej do mebla i odwracając go blatem do trawy. Ukląkłszy obok, zaczął coś dłubać trzymanym w dłoni dłutem.

Podczas, gdy wszyscy z zaciekawieniem obserwowali tę scenę, jedynie Marianna zdawała się być nieco znudzoną, jakby mało zainteresowaną tym, co dla innych było niemal szokiem. Nie zmieniło się to nawet wtedy, gdy Stanisław po kilku minutach usunął jedną deskę, a następnie wyciągnął z wnętrza owinięty w szmaty tobołek.

Nie stolik ma dla nas wartość, ale to – powiedział unosząc do góry wyciągnięte ze szmat coś, co przypominało zbiór kilku książeczek połączonych w jedno grubą dratwą. - To jest historia naszego rodu – добавил patetycznie. – Pisano tu o nieszczęściach, co pokolenie spadały na Kilisiów, jakby klątwa jaka nad nami ciążyła – mimowolnie powtórzył słowa swej matki sprzed dziesięcioleci. Chciał jeszcze coś powiedzieć, ale tu w słowo wszedł mu starszy ze synów:

Tato, ale czemu to było ukryte?

Synek, czytałem wam poezje Mickiewicza... pamiętasz takie słowa: „Są prawdy, które mędrzec wszystkim ludziom mówi, Są takie, które szepce swojemu narodowi, Są takie, które zwierza przyjaciołom domu, Są takie, których odkryć nie może nikomu” - cytował z pamięci Stanisław Kiliś. - Tak samo jest u nas - добавил. - W tej księdze są słowa, których nikt obcy nie powinien przeczytać... Spisywali to wasi przodkowie przez kilka już stuleci. Ja też tu coś pisałem przed laty.

Była u nas jakaś zbrodnia? - wykrzyknął zniecierpliwiony całą zagadką Wacław.

Zbrodnia? - och, nie, nie było żadnej zbrodni – ojciec z trudem powstrzymał śmiech. - Chociaż kiedyś, jeszcze na Litwie, wydarzyło się coś, przez co ludzie mogliby wziąć nas na języki. A co więcej, księga ta i nas przestrzega przed klątwą...

Gdyby nie fakt, że Stanisław Kiliś miał od zawsze opinię człowieka poważnego i prawdomównego, jego słowa odebrane zostałyby jako żart. Zamiast tego wzbudziły niepohamowaną ciekawość. Pierwsza naturalnie znalezisko chwyciła Rozalia. Niestety, nie mogąc poradzić sobie ze starym, częściowo wyblakłym rękopisem, musiała przekazać je Kazikowi. Ten, podobnie jak i jego brat, doskonale przez ojca wykształcony, radził sobie z czytaniem wyśmienicie.

Dzieci, pamiętajcie, strzeżcie tej księgi jak samych siebie – radził ojciec. - Ta księga to nie tylko papier, to nasze dzieje, nasza pamięć o tych, którzy byli wcześniej, o ich życiu. Oni też cierpieli, też kochali i, co najważniejsze, żyli dla nas. To wszystko tak długo będzie miało sens, jak długo będziemy o nich pamiętać.

A ta klątwa? Przecież... - Kazimierz chciał chyba zwrócić uwagę na wątek, który bardziej go zajmował niż spisane dzieje.

Już od tak dawna nic się nie wydarzyło, co można by łączyć z tą klątwą – przerwał mu ojciec. - Może to tylko takie ludzkie gadanie. Ale tu są spisane nasze dzieje. To jest ważne – podkreślił stanowczo, chociaż ani wtedy, ani nigdy później nie dowiedział się, w jaki wielkim był błędzie.

Okołodomowe zarośla nie były najlepszym miejscem do takiej rozmowy ani lektury. Po krótkim czasie musiano wszystko odłożyć na później.

Tajemnica, jaką od tego dnia przechowywała ta piątka osób, scementowała ich więź w sposób szczególny na całe życie. Zarówno bliscy, jak i ludzie całkiem obcy, obwiniali Kilisiów o faworyzowanie trójki najstarszych dzieci... tymczasem ich połączył jedynie sekret.

Czas I wojny światowej minął w rodzinie bez wielkich tragedii. Kilisiowie przez kilka kolejnych lat pozostali jeszcze w zagrodzie Lewandowskich. Najcenniejszy z rodzinnych mebli został oficjalnie przekazany pod opiekę najstarszego z synów, Kazimierza. Ten jednak niedługo pełnił rolę strażnika rodzinnych sekretów. Idąc na wojnę z bolszewikami chciał oddać mebel swojej ukochanej siostrze. Ta, zdając sobie sprawę z faktu, że pisanie nie jest jej najmocniejszą stroną, odmówiła. Ostatecznie stołem zajął się Wacław.

Z tego okresu w Kronice pozostało niewiele zapisów. „Kazik poszedł na wojnę i nie ma od niego żadnych wiadomości” - na początku 1920 roku pisał w stylu pamiętnikarskim Wacław, który opisywał też miejscowe realia: „W domu jest bardzo ciężko. Dobrze, że mała Jadzia zdrowo się chowa, Nocia, jak zawsze chorowita” - zaznaczał chłopak. Nocia, czyli mała Innocenta, miała być w najgorszej sytuacji z całego, licznego rodzeństwa. Troska rodziców koncentrowała się na najmłodszym dziecku, starsi nauczyli się już radzić sobie w trudnych warunkach, a Nocia, ostatnia do miski, pierwsza do wszelkich posług. „Mania umie sobie życie zorganizować. W domu przyjęła rolę matki, chociaż czasami bardziej mi to wygląda na nadzorcę. Aby mieć spokój od dzieci, nakazuje im często sztućce czyścić, albo kurze wycierać. Chociaż z drugiej strony to dzięki niej udaje się porządek utrzymać, gdy rodzice pracą zajęci.” - zakończył smutno Wacław.

Autor kroniki przytoczył dwie historie, które mimo swej niezwykłości zostały spisane ze śmiertelną powagą i zaufaniem do słów Stanisława Kilisia, człowieka znanego z niezachwianej uczciwości. „Ojciec nigdy nie kłamał” – podkreślał Wacław, a jego słowa były powtarzane w rodzinie przez pokolenia, aż stały się częścią miejscowego dziedzictwa.

Pierwsza opowieść, która budziła zarówno zdziwienie, jak i trwogę, dotyczyła zmarłej matki nowonarodzonego dziecka. Choć kobieta zmarła przy porodzie, jej obecność zdawała się wciąż czuwać nad potomkiem. Każdego dnia, o tej samej godzinie, mieszkańcy wsi widzieli, jak postać kobiety, wyraźnie utykająca, podążała w stronę zagrody. To matka dziecka, rozpoznawana po charakterystycznym chodzie – miała krótszą jedną nogę i wyraźnie utykała. „Kulawka idzie, to musi być już jedenasta” – mawiali żniwiarze. W domu dziecka, w tej samej chwili, rozlegał się charakterystyczny dźwięk ssania, a noworodek – jakby karmiony przez niewidzialną pierś – uspokajał się, wyraźnie najedzony.

Opowieść ta była opowiadana w okolicy z taką pewnością, że nikt nie śmiał jej podważyć. Druga historia, równie zadziwiająca, miała miejsce, gdy Stanisław wraz z zaprzyjaźnionym rolnikiem zmierzali na targ do Warszawy, wioząc na wozie jekieś towary do sprzedania. Jeszcze przed świtem, mijając Nowy Dwór, wjechali na pagórkowaty, zalesiony teren. Gdy ich droga biegła wzdłuż polany, zauważyli stado owiec pasących się wśród porannej mgły. Wśród nich wyróżniał się potężny baran, który niespodziewanie oderwawszy się od stada, wskoczył na ich wóz. Zaskoczeni, patrzyli, jak zwierzę przymila się do jednego z mężczyzn, który instynktownie zaczął głaskać barana, mówiąc: „Bidny baranek, bidny baranek”.

Ku ich zdumieniu, baran spojrzał na głaszczącego go człowieka i wyraźnie, ludzkim głosem odpowiedział: „Bidny baranek, bidny”, po czym zeskoczył z wozu i dołączył do reszty stada, jakby nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Stanisław i jego towarzysz, zszokowani tym zdarzeniem, do końca podróży nie skomentowali zdarzenia, a po powrocie do wsi zgodnie opowiedzieli o tym niezwykłym spotkaniu.

Wacław podkreślał, że cała wieś przyjęła tę opowieść za prawdę, ale tylko dlatego, że uczestnikiem zdarzenia był Stanisław Kiliś – człowiek, którego słowa nigdy nie były kwestionowane. „Gdyby nie on, nikt by w to nie uwierzył” – mawiano. W rodzinnej kronice zapisana została ta historia, chociaż balansuje ona na granicy wiary i rozumu. Dla tych, którzy znali Stanisława, nie było jednak żadnych wątpliwości: jeśli on coś powiedział, tak musiało być.

Wbrew późniejszym sądom, społeczeństwo Ziemi Zakroczymskiej nie żyło na początku XX wieku w oparach ciemnoty i zabobonu. Znano nie tylko historię, ale i literaturę narodową. Z racji panującej wówczas dość powszechnie biedy, powoływano się naturalnie najczęściej na utwory dotykające problemów społecznych i bytowych. Do najczęściej komentowanych należała opowiastka o żebraku, który zamówił sobie u gospodarza zupę ugotowaną na gwoździu.

Przez wiele lat opowiadano również historię miejscowego żebraka, Wróbla, który wprosiwszy się na obiad u bogatego rolnika, tyle razy błagał o dokładki, że w końcu dostał skrętu kiszek i zmarł. Przy okazji tego nieszczęścia wytknięto też pomiechowskiemu kapłanowi wielki nietakt. „Czyś człowieku klusków nie widział?” - miał zapytać na Mszy pogrzebowej duchowny. „Ano pewnie dawno nie widział” - komentowano ze współczuciem dla zmarłego.

Boże Narodzenie roku 1919 nie przyniosło rodzinie Kilisiów radości i spokoju, jakie zwykle towarzyszą świątecznemu czasowi. Dobrą Nowinę o narodzinach Chrystusa przyćmiła przetaczająca się przez Europę epidemia grypy zwanej Hiszpanką. Zaraza nie oszczędziła także Mazowsza. Wacław w jednej z notatek pisał: „Wszyscy wokoło chorujemy. Nie wiem, czy przeżyjemy, chociaż Wandzia, która opiekuje się nami, zapewnia, że będziemy zdrowi.” Jego słowa, pełne obaw, skrywały jednak jeszcze bardziej tragiczne przeczucie, które wyraził w dalszej części zapisków: „Ona, chyba najradośniejsza z nas wszystkich, jest przekonana, że jako jedyna z nas umrze.”

Niestety, te słowa okazały się prorocze. Na początku 1920 roku Wanda, dotychczas pełna życia i optymizmu, nagle zachorowała. Jej stan pogarszał się w zastraszającym tempie. 11 stycznia, ledwie mogąc poruszać ustami, wyszeptała: „Przyszła po mnie Pani ubrana cała na biało...” To były jej ostatnie słowa.

Rola Wacława, jako autora Kroniki szybko się skończyła, gdy późnym latem 1920 roku i ten syn Stanisława Kilisia zaciągnął się do wojska. Ostatnim jego wpisem była wzmianka o ranach, jakie pod Kijowem odniósł Kazimierz i jego późniejszej krwawej dyzenterii zakończonej pobytem w szpitalu.

W połowie 1921 roku obaj bracia wrócili do domu. Wacław, odznaczony Krzyżem Walecznych, postanowił pozostać w wojsku, stając się żołnierzem Korpusu Ochrony Pogranicza. W jego ślady poszedł też młodszy brat Stefan. Obaj zamieszkali w okolicy Krzynowłogi Wielkiej na granicy Rzeczypospolitej z Prusami Wschodnimi.

Na początku lat XX-tych dzieci Stanisława i Rozalii zaczęły zakładać własne rodziny. Kazimierz, zaraz po powrocie z wojny, idąc w ślady swego dziadka, zatrudnił się przy robotach budowlanych związanych z odbudową i rozbudową umocnień wokół Twierdzy Modlin. Rok później, w 1922 ożenił się ze Stefanią Łęgowską, kuzynką swojej matki, a za zarobione pieniądze kupił pole w Janowie, gdzie postawił trzyizbowy, drewniany dom.

Swoją szansę na ułożenie życia miała też Marianna. W czasie wojny z bolszewikami poznała legionistę, z którym planowała założyć rodzinę. Pan Bóg zdecydował inaczej. Chłopak nie wrócił z jednej z pobliskich bitew.

Wacław, żyjąc na północy, spotkał Teodozję z Kołakowskich, z którą w 1925 roku wziął ślub i doczekał się czworga dzieci. Ojciec jego, Stanisław, związek ten przypłacił utratą zdrowia.

- Nie tak powinna wyglądać nasza rodzina – wykrzyknął, gdy dotarło do niego, że syn nie tylko pracuje na pruskiej granicy, ale ma zamiar spędzić tam życie. - Dość już było przeprowadzek i zagubionych krewnych – добавил po chwili znacznie ciszej, czując, że tym razem jego sprzeciw na niewiele się zda. Był to pierwszy z szeregu ciosów, jakie sprawiły mu małżeństwa jego dzieci.

W roku 1926 odbyły się też ślub Ignacego z Heleną z Łabędów i Heleny, która wbrew woli ojca wyszła za mieszkańca Kosewy, Antoniego Szcześniaka. Dla Stanisława związek ten był podwójnie bolesny. Szcześniakowie bowiem, choć w przeszłości bywało to inaczej, obecnie byli jego zdaniem ludźmi o dość chwiejnym morale i słabo związani z Kościołem. Co najgorsze, sam kandydat na zięcia nie bez powodu łączony był z wywrotową działalnością polskich komunistów inspirowanych przez Moskwę.

– Już zobaczyła chłopskie kalesony – krzyczał Stanisław Kiliś, gdy Helena biegła na spotkanie z nieszczęsnym wybrańcem. Przed małżeństwem jednak córki nie ustrzegł. Związek ten przetrwał próbę czasu, choć Antoni dość regularnie był, w złości, wyzywany przez żonę od parobijasa, którym w rzeczywistości pozostał do końca.

Jeszcze większe emocje wybuchły, gdy córka Józefa zdecydowała się wyjść za mąż za swego krewnego, Lucjana Kilisia z Pomiechowa. Kandydat na męża był różnorako spokrewniony ze swym przyszłym teściem Stanisławem. Aby wziąć ślub, młodzi zmuszeni byli starać się o kościelną dyspensę. To Stanisława Kilisia nie przekonało. Do końca był przeciwny temu związkowi, a powodu, dla którego odmawia swego błogosławieństwa, nigdy nie ujawnił. Powszechnie sądzono, iż uważał przyszłego zięcia za zbyt biednego, chociaż sytuacja materialna Lucjana była znacznie lepsza niż rodziny Stanisława. Prawda była całkiem inna, ale ta, znana była tylko trojgu jego dzieci. Dla pozostałej części rodziny sprzeciw był jedynie wynikiem dziwactwa starszego już pana.

Do małżeństwa doszło w Pomiechowie 22 listopada 1931 roku w okolicznościach skandalu. Józefa, na krótko przed planowanym ślubem uciekła do swej ciotki Józefy Lewandowskiej i do domu rodzinnego nigdy już nie wróciła. Przechowujący w tym czasie Księgę Kazimierz zauważył: „Tatuś bardzo przeżył tę historię. Zawsze, odkąd pamiętam, nerwowy i skryty, teraz stał się bardzo wybuchowy. Zmieniła się też jego mowa. Mówi tak szybko, że czasami trudno zrozumieć słowa, a on to niezrozumienie traktuje, jak naszą złośliwość.”

Wtedy zapewne wydarzyła się historia wspominana potajemnie w całej rodzinie: Sąsiad, któremu wyroiły się pszczoły, wiedząc że Stanisław Kiliś jest pszczelarzem, zapukał z prośbą o pożyczenie tzw. kośki, czyli rojnicy. Pod nieobecność gospodarza urządzeniem samowolnie zarządziła jego żona, co później nie spodobało się Stanisławowi. Był on przekonany, że taka decyzja należała do głowy rodziny. Początkowo opowiadano więc, że z powodu tej samowolki zrobił żonie karczemną awanturę, zaś z czasem opowieść ewoluowała i dziś da się słyszeć, że kobieta została dotkliwie pobita. Wątpliwości nie ulega fakt, że Stanisław Kiliś był człowiekiem znerwicowanym i z pewnością nie mógł pogodzić się z myślą, że jako mężczyźnie trudno mu utrzymać rodzinę i zapewnić dzieciom takie warunki, jakie uważał za godne dla swego pochodzenia. Tym bardziej musiał więc przywiązywać wagę do wszelkich pozorów i zasad.

Była późna jesień, gdzieś po ślubie Józefy z Lucjanem, gdy Stanisław powrócił do domu bardzo czymś zdenerwowany. Trzasnąwszy drzwiami usiadł przy stole trzymając głowę w drżących dłoniach.


- Tato, co się stało? – krzyknęła Marianna widząc, że ojciec jej z każdą chwilą traci siły. – Tatusiu!

W odpowiedzi doczekała się tylko niezrozumiałego potoku dźwięków. Stanisław z jękiem oparł czoło o blat stołu. Jego lewa ręka opadła bezwładnie, prawa, drżąc, starała się podtrzymać głowę. Bezskutecznie.

- Tatusiu, pomogę dojść do łóżka – szepnęła chwytając ojca pod ramiona.

Stanisław, nawykły do decydowania o każdym swym kroku, jeszcze w tej chwili zdawał się nie rozumieć, co się dzieje. Gdyby tylko mógł, pogoniłby Manię precz. Jak śmiała targać go do łóżka, skoro nikt jej o to nie prosił?! Teraz jednak był bezradny i całkowicie zdany na to, co inni uznają za stosowne. Nie mógł ani zaprotestować, ani też pomóc córce. Był bezwolny. Marianna, najstarsza, ale zarazem najsilniejsza i najwyższa ze wszystkich dzieci, nie miała problemów z ulokowaniem ojca na posłaniu. – Tatusiu, co się dzieje – dopytywała ponownie, znów w odpowiedzi dostając tylko głuche pojękiwania.

Marianna nigdy uczyć się nie chciała. Ku rozczarowaniu rodziców ukończyła jedynie dwie klasy. Zamiast nauki wolała pomagać w domu i opiekować się młodszym rodzeństwem. Pomoc ta częstokroć polegała na znalezieniu dzieciakom uspakajającego je zajęcia, jak np. czyszczenia łyżeczek i sprzątania. Niemniej dziewczyna od najmłodszych lat wykazywała się swoistą mądrością życiową, a i wiedzę ogólną miała ogromną, chociaż nikt nie miał pojęcia skąd ją czerpała. Tak było i tym razem.

- Mamuś, tatusia krew zalała, wylewu dostał – krzyknęła przez ponownie otwarte drzwi.

Rozalia nie odpowiedziała ni słowem, ale wbiegła wprost do izby. Kucnąwszy przy łóżku, powtórzyła słowa córki: – Stasiek, co tobie?

I tym razem chory nie mógł odpowiedzieć, ale przerażonym wzrokiem dowodził, jak straszliwie jest przestraszony sytuacją. Musiał też cierpieć bardzo, bo łzy spływały po pomarszczonych policzkach, a smętny jęk wypełniał izbę. Dzień później schodzić zaczęli się krewni obojga małżonków. Przed obejście zajechała siostra z Kosewy, Pawelscy, Kilisiowie... Gdy jednak chory wyraźnie zmęczony był ciągłym zgiełkiem, zdecydowano zapewnić mu spokój i ciszę. Po wielogodzinnym zamieszaniu, rozmowach i biadoleniu, życie wracało do normy. Wszystko zmieniło się jedynie w chatce Kilisiów.

Dni mijały, chory powoli odzyskiwał mowę, ale z łóżka już nigdy nie wstał. Od tego czasu jedynym źródłem utrzymania stało się dziesięć złotych, jakie starsi synowie, podoficerowie Wojska Polskiego przysyłali do domu rodzinnego. Uzyskanie ich nie było łatwe. Marianna, podobnie jak większość jej rodzeństwa, z postury podobna do swego dziadka Kilisia, niska, choć silna, musiała teraz pracować ponad miarę. Bez względu na pogodę, po odbiór pieniędzy od braci chadzała na pocztę do oddalonego o dwadzieścia kilometrów Zakroczymia. Nie zwalniało jej to z konieczności uzbierania w lesie drewna na opał, przygotowania posiłków czy oprania sióstr, matki i leżącego w łóżku ojca, a po wodę trzeba było iść blisko kilometr do Śniadówka, zwanego wtedy Zatoką.

- Stój, bo strzelam – usłyszała Marianna krzyk zza zarośli, gdy w lesie wuja Władka zbierała chrust. Odwróciła się, a zobaczywszy celującego w nią z dubeltówki brata swej matki, odstawiła na bok to, co zebrała, po czym znów stanąwszy tyłem, nieco się pochyliła.

- A strzelaj – odkrzyknęła pokazując ręką na najniższą część swoich pleców. Ponieważ strzał nie padł, kobieta zabrała swoje zbiory i bez słowa pożegnania poszła w stronę domu. Problemy pojawiały się nie tylko podczas wizyt w lasach prywatnych. Miejscowi byli też nękani przez jednego z urzędników nadleśnictwa. Gajowy zapłacił za to cenę najwyższą. Schwytany przez grupę kobiet, został przywiązany w mrowisku. Sprawców ponoć znali wszyscy, nie wydał nikt.

Podczas jednej z codziennych wypraw do Śniadówka Marianna poznała Stanisława Chojnackiego, swego przyszłego męża. To on, za otrzymaną z domu spłatę wartości jednej krowy, pobudował jednoizbowy domek na wynajętej od rodziny Śmiesznych, pięcioarowej działce na skraju Szczypiorna. Kilkadziesiąt kroków dalej mieszkali tam już Szcześniakowie. Chojnaccy w Szczypiornie nie zamieszkali sami. Do ich domu dobudowano maleńką izdebkę, w której dach nad głową znaleźli rodzice Marianny, a także jej najmłodsze siostry.

Sama Marianna, w przeciwieństwie do większości mieszkańców Szczypiorna, nie bała się świata. Do najbardziej znanych w rodzinie wypraw należały jej podróże do braci. Koleją, z przesiadkami, a dalej umawianym wcześniej wozem dojeżdżała do Świniar, Janowca Kościelnego czy Leśnik.

Stanisław Kiliś, po latach choroby zmarł siódmego stycznia 1935 roku. Pochowano go na cmentarzu parafialnym w Pomiechowie, gdzie jego grób istniał do początku XXI wieku.

Półtora roku później za Czesława Kamińskiego wyszła Jadwiga. Wesele zorganizowano w lesie, naprzeciw domu Chojnackich, a wkrótce potem młodzi odkupili od rodziny Kielaków sąsiednią działkę. Po drugiej stronie, tuż za siedliskiem Jankowskich, mieszkali już Szcześniakowie.

Wstecz <-- --> Dalej


Webmaster Message

Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.