and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...
- Nie, proszę księdza, nie rozmawiałam z nim - przyznała młoda kobieta klęcząc przy kratce konfesjonału. - Nie wiedziałam, jak zacząć taką rozmowę. Jego matka przecież nie żyje od ponad roku.
- Córko, nie miałaś odwagi z mężem porozmawiać o jego matce, ale masz odwagę snuć tak straszne domysły? – odpowiedział głos z głębi.
- Gdy tylko to znalazłam, to tak w pierwszej chwili, zaraz po przeczytaniu, wzięłam i schowałam jak najgłębiej. Później dopiero zaczęło mnie męczyć. Przecież ta kobita zajmowała się magią. Czy to w porządku? Kościół tego zabrania! - wyrzuciła z siebie Marianna, ściskając rąbek chusty.
- Ale co ty wiesz o magii? Mówisz, że twoja teściowa próbowała zdjąć klątwę, nie chciała zrobić nikomu krzywdy...
- Tak, ale posługiwała się magią – nie dawała za wygraną kobieta.
- Córko, co ty wiesz o magii? – przerwał kapłan. – Mówisz, że teściowa chciała zdjąć klątwę, nie czyniąc nikomu krzywdy. Nie znałaś jej, nie wiesz, czego się lękała. Może błagała aniołów o pomoc, a może to były tylko nieudolne próby. Skąd ci to wiedzieć? Nie spytałaś nawet Łukasza! – tłumaczył ks. Moczulski, który, posługując w Pomiechowie od lat, znał zarówno Orszulę, jak i sekrety Kilisiów, o których toczyła się ta emocjonalna batalia.
- Jak ja mam rozmawiać z mężem, skoro on nie wie, że ja mam tę księgę. On nawet nie ma pojęcia o jej istnieniu, a może nawet o tej całej ich klątwie – wyszeptała dziewczyna czując wielki ciężar tajemnicy.
- Czy słyszysz, co mówisz? Jesteś dobrą kobietą. Ja mam cię uczyć, jak rozmawiać z mężem? Idź już!
- I mam udawać, że nic się nie stało?
- Maryśka! – krzyknął kapłan, aż najbliżej siedzące niewiasty odwróciły się z zaciekawieniem. Marianna też już zorientowała się, że nie tylko podniesiony głos księdza, ale i czas, jaki spędziła przy spowiedzi zaczyna budzić niezdrowe zainteresowanie obecnych w kościele.
- Dobrze proszę księdza, porozmawiam z Łukaszem - odpowiedziała. Nie, aby była pewna słuszności porady. Po prostu pragnęła szybko uciec z tego miejsca.
- Teraz żałuj za grzechy, a ja ci udzielę rozgrzeszenia. Deus, Pater misericordiarum, gui per mortem at….
Gdy Marianna usłyszała pukanie w ściankę konfesjonału, Msza św. zmierzała już do końca. Kobieta biegnąc do ołtarza, zdołała jeszcze przystąpić do Komunii św. Nie widziała więc ciekawskich, a czasami kpiących spojrzeń sąsiadek, które w długim czasie, jaki Kilisiowa spędziła na spowiedzi, domyślały się ciężkich jakichś przewin. Najbardziej tryumfującą minę miała oczywiście Kuczeńska, kobieta która od dawna żywiła jakąś jawną niechęć do Marianny, a dziś zdawała się mówić: „No spójrzcie, jaka zawsze święta była, a teraz?!”
Powrót do domu nie zajął Kilisiom zbyt wiele. Po wyjściu ze świątyni czasu nie tracili. Owszem, na Mszy świętej byli obecni bliscy Łukasza, ale obie części rodziny od kilkunastu miesięcy nie utrzymywały ze sobą zażyłych stosunków. Jednym z powodów animozji był podział dóbr rodzinnych. Łukasz, żeniąc się w wieku zaledwie 20 lat, otrzymał niewielką jedynie spłatę z majątku rodzinnego, jaki pozostał w pobliskim Czarnowie.
Jego ojciec, Michał zmarł już we wrześniu 1829 roku, w niecały rok po narodzinach syna, przeżywszy zaledwie 39 lat. zaś od śmierci matki nie minęły jeszcze dwa lata, a najstarszy z ich dzieci, Jan, zdążył już poczuć się gospodarzem na pozostawionych dobrach. Młodszemu rodzeństwu nie pozostało wiele.
Dla Łukasza był to czas niezwykle przykry. Wychowany bez ojca, uczucia rodzinne skupił na matce i starszym rodzeństwie. To oni byli dla niego nauczycielami życia i wszelkim wzorem. Teraz poczuł się odepchnięty i skrzywdzony. Walił się cały jego świat zasad i norm. Na dodatek jeszcze ten incydent na ślubie…
Droga z Pomiechowa do Kosewy nie zabierała więcej niż pół godziny, ale Kilisiowie i tak musieli się śpieszyć. Na ciągnące ich konie czekała już służba, która w niedzielę też chciała dotrzeć do kościoła.
Jadąc w przyjemnym, lipcowym słońcu, Kilisiowie roztrząsali z rodzicami Marianny natłok bieżących spraw, ale też i te, które pojawią się już 6 sierpnia. Młoda Kilisiowa każdego roku, w tym dniu szła z pieszą pielgrzymką na Jasną Górę. Dotychczas, przed wyruszeniem na szlak pątniczy nie zatrzymała jej żadna choroba a ostatnio nawet maleńka córeczka. Oczywistym więc było, że przyszedł czas poustalać obowiązki i rozdać role, jakie każdy musiał pełnić, gdy w obejściu będzie brakować do pracy jednej pary rąk.
Rodzice Marianny, państwo Matyasiakowie, byli rodziną przybyłą w te strony, ale już dobrze osiadłą i majętną. Część tych dóbr przejęli młodzi małżonkowie, co w połączeniu ze spłatą, jaką Łukasz wniósł do wspólnego dobytku, sprawiało że rodzina mogła żyć na stosunkowo wysokim poziomie. Ich dom, od czasu ślubu Marianny dworem zwany, stojący naprzeciw małego jeziorka w Kosewie, jeszcze sto lat później był wspominany jako niezwykle okazały i wyróżniający się w okolicy. Był to budynek drewniany, z ciężkich bali zbudowany, sześcioizbowy, podpiwniczony, kryty gontem z obszerną sienią i piwnicami na zapasy. Na samym środku wzniesiono zaś obszerną sień, zaś ze szczytu dostrzec można było otwór w ścianie zamykany czymś na kształt drewnianej okiennicy.
W domu tym, prócz Kilisiów i służby niezbędnej, mieszkali też państwo Matyasiakowie i dwie ich córki, Frania i maleńka Agnieszka. Wokoło starała się już chodzić roczna Cecylia, jedyna na razie pociecha Łukasza, a grono to miało wkrótce poszerzyć się o kolejną duszę, gdyż Marianna była już w drugiej ciąży.
W życiu Łukasza niby wszystko układało się tak, jakby to wielu mogło sobie tylko wymarzyć. A jednak było coś, co go wewnętrznie gryzło, zatruwało wiele snów i nie zawsze pozwalało cieszyć się każdą mijającą chwilą. Żyjąc w Czarnowie, był synem szlachcianki, mieszkał we dworze, w duszy pielęgnował przeszłość pokoleń. Codzienność, co prawda, nie odbiegała od tego, czego doświadczali inni gospodarze z tej okolicy. Każdy dzień równo wypełniony był ciężką pracą w obejściu i na roli. Szlachectwo od niczego nie zwalniało. Dawało jednak poczucie pewnej wspólnoty wartości, zobowiązywało do określonej postawy w życiu. Ojca nie pamiętał, ale matka wiele razy, gdy zbroił coś, wskazywała na wiszącą na ścianie szablę zapewniając, że „szlachcicowi nie wypada”.
O wędrówce jego przodków z północy nikt już nie mówił. Wspominano jednak uparcie, że pierwszą ojczyzną rodu jest Litwa, z której „kiedyś przyszliśmy”. Wszystkie opowieści domowe miały jeden cel, podtrzymać tożsamość i pewnego rodzaju odrębność rodzinną. Kilisiowie żyli wśród ludzi, ale jednocześnie obok nich, zawsze czując niewytłumaczalną odrębność i swego rodzaju inność. Teraz, za jego przyczyną to wszystko się skończyło. Paradoks, bo to on właśnie był tym dzieckiem w domu, któremu najbliżej było do tradycji rodzinnych. Czy uda mu się nieść tę pochodnię pamięci wśród osób, dla której te uczucia są całkiem nieznane? Wyobcowanie z najbliższej rodziny, jakiego doświadczył po ślubie, wzmogło w nim tęsknotę za mityczną przeszłością. Tymczasem przeszłość ta miała do niego powrócić już wkrótce w najbardziej nieoczekiwany sposób – jak echo dawnych bitew, co wciąż dudni w ziemi Mazowsza. Bo choć Kilisiowie osiedli tu po ucieczkach z Litwy, ich los splatał się z wielkimi wydarzeniami epoki napoleońskiej. Powszechna jest wiedza, że Napoleon I Bonaparte 24 grudnia 1806 roku nocował w Okuninie, tuż przy ich ziemiach, a sześć lat później, 26 maja 1812 roku, w Modlinie – tak blisko Pomiechowa i Kosewy – przebywali inni członkowie tej znanej rodziny: wicekról Włoch, książę Wenecji, wielki książę Frankfurcki i książę Eichstätt Eugeniusz de Beauharnais, adoptowany syn cesarza, oraz król Westfalii, marszałek Francji Hieronim Bonaparte, brat Napoleona. Z tej okazji w Modlinie odbył się wielki festyn, a echo tych wizyt, pełne chwały i krwi, rezonowało w opowieściach dziadków, jak szabla wisząca na ścianie, przypominająca o służbie przodków pod francuskimi sztandarami.
Marianna nie zwlekała. Zgodnie z daną kapłanowi obietnicą, postanowiła rozpocząć trudną dla siebie rozmowę zaraz po niedzielnym obiedzie. Gdy już poukładała sobie w myślach każde słowo i chciała wyciągnąć Łukasza na dłuższy spacer po sadzie, zorientowała się, że przegrała konkurencję z własną córką i siostrą. Jej mąż, nieświadomy sytuacji, właśnie zabrał obie dziewczynki i poszedł sobie z nimi na niedzielny spacer. Cóż, dziewczyna była na tyle zdeterminowana, iż ruszyła na poszukiwania małżonka. Wyprawa nie była to długa, gdyż zaraz po wyjściu poza obręb najbliższych budynków, rozciągał się długi sad, pełen jabłoni, wiśni i kilku grusz. W cieniu jednego z drzew, na starej derce siedział Łukasz, wokół którego, w trawie bawiły się dwie małe istotki. Nie byli jednak sami. W pobliżu, przesłodkimi o tej porze roku papierówkami zajadała się Franka, druga z sióstr Marianny.
Kobieta radośnie pomachała w stronę męża, który dostrzegłszy biegnącą w jego stronę żonę, wstał i z rozłożonymi ramionami oczekiwał serdecznego przytulenia przez tę dziewczynę, która przy nim wyglądała na zupełne dziecko: dziewczęce rysy i delikatna figura dobrze pasowały do niskiego wzrostu i niedbałej, blond czupryny. Powitaniem nie zawiódł się.
- Chodź do domu, muszę z tobą porozmawiać.
Łukasz nie ukrywał zdziwienia. Potem popatrzył na żonę z dwuznacznym uśmiechem, wziął na długie, kościste ręce obie dziewczynki i wszyscy razem ruszyli w stronę zabudowań. - A ty gdzie już idziesz? - krzyknęła za nimi Frania. Nie doczekawszy się odpowiedzi zwróciła się do siostry:
- Znów go zabierasz?
Marianna jedynie pomachała jej dłonią, głowy nawet nie odwracając. Spotkawszy Ankę, dziewczynę do pomocy w obejściu zawołała:
- O! Dobrze, że jesteś. Zanieś dzieci do babci i poproś, aby zajęła się nimi przez godzinę.
Chwilę później, oboje wolni już od wszelkich obowiązków, poszli wprost do bocznych drzwi wiodących do ich części domu. Drzwi nie miały więcej jak dwa lata. Pan Józef Matyasiak kazał je wstawić zaraz po ślubie swej córki, gdy okazało się, że młodzi, wbrew wcześniejszym zamiarom, zamieszkają na Kosewie. Owszem, są plany dalszych robót, bo obecny układ nie jest zbyt wygodny. Z dworu wchodzi się wprost do jednego z pokojów. Jedynie niewielki daszek nad drzwiami i położony wielki, płaski kamień przed progiem, chronią wnętrze od wiecznego błota i brudu. Wkrótce ma być jakaś rozbudowa domu. Jaka? Tego nikt jeszcze nie wie, ale „coś trzeba zrobić” – mawiał starszy z gospodarzy.
Marianna pociągnęła męża w stronę starego mebla i lekkim pchnięciem usadziła go w pamiętającym dawne czasy bujanym fotelu. Kucnąwszy na słomianej macie, w blasku oliwnej lampki rozświetlającej izbę, zapytała:
- Łukasz, a czy ty wiesz, że blisko dwieście lat temu inna Marianna siedziała tak przy swoim mężu, i że było to nawet w twojej rodzinie?
- Może kiedyś tak było. Czy to jedna miała takie imię?
- No tak, ale to była twoja prapraprababcia... - dodała cicho patrząc w jego jasnobłekitne oczy.
- Nic o tym nie słyszałem - odparł, ale zaraz potem się ożywił: - A ty skąd to wiesz?
– Wiem więcej, niż myślisz – droczyła się Marianna, błysk w jej oczach zdradzał tajemnicę. – Mówiłeś nieraz, że ród twój z Litwy przybył, ale czy wiesz, kiedy i dlaczego?
– Nikt o tym nie wspominał – odparł Łukasz, wzruszając ramionami. – Pewnie sami nie wiedzieli.
– O, wiedzieli, niektórzy na pewno – szepnęła, zniżając głos, jakby obawiała się podsłuchu.
– Hej, rozbujnico, co przede mną kryjesz? – rzucił z uśmiechem, choć w jego tonie czaiła się ciekawość.
– Cierpliwości, mężu – odparła, siadając na niskim taborecie, który zaskrzypiał pod jej ciężarem. W izbie pachniało suszoną miętą, a przez szpary w okiennicach sączyło się lipcowe słońce. – Pamiętasz, jak po ślubie buszowaliśmy na strychu twego dworu w Czarnowie?
- Oj, mam dla ciebie małą niespodziankę, ale musisz być cierpliwy - odpowiedziała siadając na taborecie stojącym nieopodal. - Pamiętasz, jak niedługo po ślubie bawiliśmy się na strychu waszego dworu w Czarnowie? - zapytała splatając nerwowo dłonie.
Łukasz zmarszczył brwi starając sobie przypomnieć tak nieodległe czasy, ale ona ciągnęła nie czekając odpowiedzi:
- Ja późnej byłam tam drugi raz, sama. Pod warstwą słomy znalazłam stary kajet, właściwie pożółkłą księgę zapisaną rękoma kilku osób. Tam było wszystko o waszym rodzie.
- Czemu mi nie pokazałaś? Gdzie ona... - Łukasz pochylił się, w oczach dał się widzieć błysk ciekawości.
Marianna uniosła dłoń uciszając go, nie pozwoliła dokończyć.
- Najpierw usiadłam czytać. Tak przez ciekawość. Chciałam wiedzieć wszystko o twojej rodzinie, a tam były rzeczy, o których nigdy nie słyszałam. Ktoś ją musiał tam schować, ale nie wiedziałam ani dlaczego, ani kto to zrobił. Dopiero później, gdy przeczytałam już wszystko o twoich pradziadach, zrozumiałam, że księga skrywa też rzecz straszną. Zapiski mówiły o nieszczęściach, co co pokolenie spadały na Kilisiów, jakby cień jaki nad rodem wisiał. Tam, w środku... to znaczy w tej księdze, no wiesz... - paplała dziewczyna nieskładnie.
- Ktoś kogoś na pojedynek wyzwał? – rzucił Łukasz półżartem, lecz w jego oczach czaił się niepokój, ledwie maskowany uśmiechem.
Żartował, ale w jego głosie czuć było jednak jakiś niepokój, coś, co tylko nieudolnie starał się przykryć dowcipem. Tymczasem słowa żony płynęły jak nurt rzeki. Zaczęła mu opowiadać o ucieczce rodzeństwa Kilisiów z ziem kiedyś tam należących do Rzeczypospolitej a dziś praktycznie zapomnianych. Mówiła o nadziei na nowe życie, ale też tęsknocie za ojczyzną i bliskimi, których tak wielu zostało nad Dźwiną. Opowiedziała też o kolejnej ucieczce, tym razem zorganizowanej przez Stanisława Kilisia i o tym, jak dotarł na Mazowsze.
- To właśnie dlatego twój dziadek Walenty urodził się w Goławicach.
- Walenty był podobno synem Andrzeja i Katarzyny, ale wiesz co? Ja słyszałem też o Kilisiach z Łomny - wtrącił Łukasz.
- Nie wiem, może jakaś część twojej rodziny tam osiadła. Ja o tym nic nie wiem, ale jakie to ma znaczenie?
- Powiedziałaś, że oni „uciekali”. Przed czym uciekali? - dopytywał marszcząc czoło.
– Przed klątwą – szepnęła Marianna, a jej głos zadrżał, jakby samo słowo niosło chłód. – Zapiski mówiły o dawnej hańbie, o dziewczynie z litewskich lasów, której serce złamano. Mówiono, że rzuciła na ród słowa, co przynoszą zgubę…
– Klątwą? Maniusia, Anka ci bajki opowiada! – Łukasz zerwał się z fotela, lecz w jego oczach błysnął cień niepokoju, jakby przeczuwał, że prawda kryje się głębiej.
- Głupiś! - żachnęła się Marianna, lecz zaraz złagodziła ton, kładąc dłoń na jego ramieniu. Jej oczy błyszczały w blasku lampki oliwnej, jakby lękała się własnych słów. – Posłuchaj mnie, Łukasz. Księga mówi o dawnej złości, co z litewskich lasów za Kilisiami przyszła. Nie bajka to, a cień, co ród twój dręczy – szepnęła, a przez szparę w okiennicy wdarł się chłód lipcowego wieczoru.
Marianna zrozumiała, że może swą gwałtownością męża tylko zniechęcić do dalszej rozmowy, zaraz przypomniała sobie wszystkie sztuczki, które zawsze dobrze działały w takich okazjach. Owszem, straciła nieco czasu, ale udobruchany chłopak dał się znów prowadzić wedle jej toku myśli. Rozmowę dwukrotnie przerywał płacz małej Cecylii, którą Anka, dziewka służebna, niosła z sieni, lecz za każdym razem Marianna odsyłała ją do babki. Łukasz, siedząc w bujanym fotelu, z każdą chwilą posępniał. Mając niespełna dwadzieścia trzy lata, nie był gotów zmierzyć się z ciężarem opowieści żony. Jej słowa o klątwie, o dawnej złości z litewskich lasów, kładły się cieniem na jego myślach, niczym dym z dogasającego kominka.
Nigdy nie zastanawiał się, czemu tak mało opowiadano o dawnych, minionych czasach i ludziach, którzy żyli przed nim. Tak, słyszał nieco historii dotyczących urodzonego prawie sto lat wcześniej dziadka Walentego i jego żony Małgorzaty. Wiedział, też, że miała ona syna Franciszka z pierwszego małżeństwa z Szymonem Pietrakiem. Kiedyś odwiedzał też innych krewnych z Goławic. Dziadek Walenty prócz Michała, miał też syna Antoniego, którego potomstwo w większości zostało na rodzinnych dobrach, chociaż wuj Stanisław zamieszkał aż w Studziankach.
Co ciekawe, zaraz po narodzinach drugiego syna, Walenty Kiliś nagle zniknął, aby po wielu latach pojawić się bez lewego oka, za to z wielką blizną przecinającą jego twarz od czoła aż po brodę i zapakowanym głęboko w plecaku mundurem.
- Kiedyś słyszałem jakąś rozmowę - wspomniał Łukasz. - Matula z kimś rozmawiała sądząc, że nikt ich nie słyszy. Opowiadała, że w jej teściu odezwała się dusza żołnierza napoleońskiego i poszedł walczyć w kolejnym powstaniu. Podobno do domu już nie wrócił. Jego syn, a mój ojciec nigdy nie walczył, bo - jak wiesz - wcześnie zmarł. Za to żonę wybierał tak, aby nasi przodkowie byli dumni.
- Mówisz o Orszuli?
- Tak, w czasie odwrotu wojsk napoleońskich poślubił babcię Orszulę, córkę Mateusza Kurpiewskiego z Czarnowa.
Wybór prawdopodobnie nie był przypadkowy, gdyż zmarły w 1808 roku Mateusz, odniósł śmiertelne w konsekwencji rany podczas bitwy nad Narwią, jaką dwa lata wcześniej z Moskalami stoczyły oddziały francusko-polskie. Tak więc oboje rodzice Łukasza byli dziećmi polskich żołnierzy. W ciągu niewielu lat wspólnego życia doczekali się ośmiorga dzieci. Urodzony 7 października 1828 roku w Czarnowie Łukasz był najmłodszym.
- No, ale ojciec zmarł chyba nie przez tę jakąś tam klątwę - zażartował Łukasz.
- Nie, ale pamiętasz, zachowanie twojej siostry na naszym weselu?
- Mania, pamiętaj, że ona często dziwnie się zachowywała...
- To nie to - przerwała mu żona. - Takich przypadków u was w rodzinie było kilka. Pierwszy był podobno w XV w. jeszcze w Liwonii. To wtedy pewna kobieta rzuciła na nich klątwę. To miała być jej zemsta.
- Zemsta? Za co? - dopytywał Łukasz.
Marianna zrozumiała, że musi mężowi prawdę powiedzieć wprost. W przeciwnym razie albo nie zrozumie, albo będzie udawał, że nie zrozumiał. Gdy wreszcie wyrzuciła z siebie to, co ciążyło jej na duszy od ponad roku, spodziewała się jakiegoś wybuchu złości, czy chociażby zaprzeczania. Nie zaszło nic z tych rzeczy. Łukasz zamilkł, jakby czekając na dalszy ciąg opowieści lub na jakieś zarzuty ze strony żony. Nie zaprzeczył.
- Ty wiedziałeś... - wyszeptała po kilku minutach zatrwożona Marianna.
- Nie Maniusia, nie wiedziałem o całej historii, chociaż wiele rzeczy na to wskazywało. Czemu tak długo nic mi nie powiedziałaś?
- Tam jest napisane, że o klątwie może wiedzieć tylko jedna osoba. Ojciec przekazywał zapiski jednemu z synów a ten później swojemu. Tak to szło przez wieki. Twój tato zmarł bardzo wcześnie, a po jego śmierci księgę znalazła twoja mama. Niestety, chciała pozbyć się klątwy ucząc się magii. Przez kilka lat próbowała wielu zaklęć i nigdy nie dowiedziała się, że jej wysiłki poszły na marne. Księgę ukryła na strychu i do śmierci nikomu jej nie przekazała. Gdy ja ją znalazłam, nie wiedziałam, czy powinnam komukolwiek o tym mówić.
- Czemu?
- Nie chodzi tylko o klątwę, ale chyba nie powinien nikt wiedzieć, że twoja mama zajmowała się magią. To takie złe!
- Janek, mój najstarszy brat mówił kiedyś, że mama jeździła do jakiejś baby, ale myśleliśmy, że to była zielarka.
Dalszą rozmowę przerwał cień pomykający za oknem.
- No, będziemy musieli przerwać - zauważyła kobieta, widząc przez gęste firany Ankę idącą oddać im córeczkę. - Pogadamy w nocy.
Łukasza nie zmartwiła ta nagła zmiana. Więcej, chyba nawet ucieszył się, że będzie miał czas na przemyślenie tego wszystkiego, czego właśnie się dowiedział. Może to nawet złe określenie, że teraz czegokolwiek się dowiedział. Czy od dawna nie przeczuwał, że coś jest nie tak, jak być powinno? Być może jedynie nie potrafił nazwać tego, co go otaczało i przed czym od dawna uciekał, najpierw w samotność, później do swych teściów...
Marianna czuła oczywiście wielki niedosyt. Dla niej największym problemem nie była nawet sama klątwa ciążąca nad rodziną, ani też jej dramatyczne skutki, ale to, w jaki sposób jej teściowa chciała uporać się z problemem. Mimo bardzo młodego wieku, dziewczyna żyła zasadami wiary, która czary uważa za jeden z najsroższych grzechów. Dla niej jakakolwiek magia była tożsama z potępianymi przez Kościół czarami i nijak nie mogła w swej świadomości pogodzić obrazu dobrotliwej kobiety, którą znała tylko z opowieści, z wizją czarownicy polującej na dzieci, jaką z kolei miała z baśni i legend.
Dochodziła już dziewiąta wieczór, gdy bez słowa wyszedł z domu. Bardzo blisko, tuż za drogą miał swoje miejsce dumania. Nad niewielkim, wiejskim jeziorkiem, z dwóch stron otoczonym szuwarami, gdzie na okolicznych łąkach widać było tylko ciemne kontury wierzb, o tej porze nie pojawiał się już nikt. Łukasz mógł być tylko sam ze sobą i swymi myślami. Wieści, jakie go dziś dopadły, były straszliwie przygnębiające. Problemy w rodzinie były, wiedział o tym doskonale. No, ale gdzie ich nie ma? Każda rodzina boryka się z jakimś skandalem, tajemnicą, którą skrywa we własnym gnieździe. Kilisiowie w Czarnowie, chociaż byli tam rodziną nową, przybyłą z Goławic, cieszyli się ludzkim szacunkiem. Fakt, że część tego szacunku miała swe źródło w znacznej zamożności…
Nie da się jednak zaprzeczyć, że nazwiska Kiliś i Kurpiewski kojarzone były z uczciwością i sąsiedzką życzliwością. Atmosfera domu rodzinnego, jaką Łukasz znał z wczesnego dzieciństwa i opowieści starszego rodzeństwa, ukształtowała go na wzór ideałów Polaka, wiernego syna Ojczyzny i Kościoła. Łukasz po prostu chciał być tylko, i aż godny swych dziadków, o których wiedział niewiele, ale to, co wiedział, kształtowało jego osobowość.
W domu rodzinnym ojca zabrakło bardzo wcześnie, ale Orszula nie wyróżniała swojej rodziny. W przekazie, jaki kreowała dla swych dzieci, o Kilisiach mówiła „w naszej rodzinie...” Gdy wspominała o swoich własnych przodkach, zawsze używała określenia „w mojej rodzinie”... To Orszula zadbała więc o kultywowanie tradycji szlacheckiej w mocno już zubożałej rodzinie, to ona wciąż odmawiała z dziećmi pacierze zaczynając każdy z nich od słów „Vardan Dievo Tevo ir Sunaus, ir Šventosios Dvasios...”. Robiła to, bo... „u nas zawsze tak było”. Często też wyrywało się jej litewskie „ne”, zamiast „nie”.
Wiszący nad drzwiami, wyryty w starym drewnie herb rodowy, ten sam, który teraz wisi nad kominkiem w łukaszowej izbie, również Orszula pielęgnowała. Jego czyszczenie, czy przedświąteczne odkurzanie celebrowane było niemal tak, jak licznych, świętych obrazów.
Gdy zmarła w lutym 1848 roku, w domu powoli zaczęło się wszystko zmieniać na gorsze. Systematycznie znikał duch wspólnoty, a na jego miejsce wkradała się rywalizacja i troska o „swoje”. Jan Kiliś, najstarszy z braci Łukasza, który stał się dziedzicem dobytku, krzywdy nie czynił, ale Łukasz nie raz poczuł, że musi szukać własnego miejsca na ziemi. Zauważył wtedy, że pewna epoka się właśnie skończyła, i to nie tylko w jego życiu, ale i w dziejach rodu. Czy on sam, którego pojęcie o przeszłości było tak małe a podsycane jedynie nostalgią, będzie umiał sprostać wyzwaniom i przekazać tradycję swoim dzieciom? Pytanie to powracało do niego coraz częściej.
Z głębokiej zadumy wyrwał go dopiero niespodziewany głos żony:
- Łukasz, coś tak się ukrył?
- No, dałaś mi Maniu dziś do myślenia - odparł z uśmiechem, który miał ukryć zgoła całkiem inny nastrój.
- E, nie przejmuj się, my sobie ze wszystkim poradzimy - odrzekła lekko i chwyciła męża za rękę. - Chodź, pobiegamy po łące – zawołała zaczepnie, jak mała dziewczynka.
- Obawiam się, że o czymś zapomniałaś - Łukasz był szczerze rozbawiony. - Nie dasz rady - dodał dotykając brzucha żony, która za kilka miesięcy miała urodzić ich drugie dziecko.
- Oj głupia jestem - zawstydziła się dziewczyna, ale nie chcąc jeszcze wracać do domu, pociągnęła Łukasz w stronę starej, grubej wierzby.
Usiedli pod drzewem i choć przytuleni do siebie, nie zamienili ani słowa. Każde podążyło za własnymi myślami. Byli jednak razem. Tych dwoje było parą nietuzinkową. Z jednej strony bardzo młodzi, dający wyraz swym często dziecięcym jeszcze potrzebom, z drugiej zaś niezwykle poważni w sprawach najważniejszych.
Gdy wreszcie dotarli do domu, nie wracali już do rozmowy o odnalezionej księdze ani zapisanych w niej historiach. Dopiero na początku sierpnia, gdy Marianna szykowała się do kolejnej w swym życiu pielgrzymki, Łukasz sam zdecydował się wrócić do przerwanego wątku.
Gdy wszedł do mieszkania swych teściów w poszukiwaniu Marysi, zrozumiał, że musi uzbroić się w cierpliwość. Jego żona, wraz z Anką, stały pochylone nad dwiema wielkimi szatkownicami. Szybkimi, rytmicznymi ruchami przesuwały główki kapusty, której drobne kawałki spadały do wielkiej drewnianej balii. Wióry kapusty musiały być bardzo cienkie, bo zdaniem gospodyni, tylko takie gwarantowały odpowiednio delikatny smak kapuśniaku czy bigosu. Pani Matyasiakowa, która w tym czasie szykowała obiad, co kilka minut podawała jednej z dziewczyn kolejną kapustę.
Widok był to raczej nietypowy. Marianna, ciężarna córka gospodarzy i Anna, dziewka na posyłki, stały wspólnie przy jednej pracy, wesoło przy tym żartując. Obie były w podobnym wieku i razem bawiły się od najmłodszych lat. To, że jedna z nich musiała później pracować dla drugiej, w ich relacjach niczego nie zmieniło. Nieco bardziej formalne relacje łączyły Annę z panią Matysiakową, ale i ta starała się traktować swą pracownicę uczciwie.
Łukasz patrząc na tę pracę wiedział, że księgi szybko nie dostanie. Jasnym było, że po skończeniu szatkowania, kapustę trzeba będzie w beczkach ugnieść. Na wsiach bardzo często robiono to nogami, wchodząc do beczki i drepcząc w niej, aż kapusta puściła soki. U Matyasiaków było to nie do pomyślenia. Z piwnicy przyniesiono już wielkie drewniane ubijaczki, które przypominać mogły solidne maczugi. To za ich pomocą, mężczyźni, gdy kobiety zakończą swą pracę, będą ubijać kapustę. Łukasz do pracy takiej był zagoniony już rok temu. Wiedział, że nic to przyjemnego, ale rozumiał też, że od tego zadania ucieczki nie ma. Tym zbiegiem wypadków dopiero późnym wieczorem mógł powiedzieć żonie, że chce wreszcie przeczytać całą księgę.
- Chyba jestem gotów na przeczytanie tego, co znalazłaś – rzucił w stronę żony. - Przez tyle dni będę sam, to spokojnie poczytam.
Kilisiowa nie protestowała. Rozumiała, że będzie to dla Łukasza doskonały czas, nie tylko na przeczytanie, ale i uporanie się z jej zawartością. Co więcej, choć najczęściej męża traktowała jak kolegę z podwórka służącego do wspólnej zabawy, to przecież i z rolą odpowiedzialnej żony i matki powoli się oswajała. Jej mąż chciał księgę, ksiegę, która była własnością jego rodziny. Nie mogła, nawet gdyby chciała, dyskutować.
- Czytaj, czytaj – rzuciła w stronę męża podając mu coś zawiniętego w grube płótno, coś, co wyciągnęła właśnie ze stojącego pod ścianą ogromnego, drewnianego kufra. Łukasz chwycił chciwie zawiniątko i począł dobierać się do jego środka. Były chwile, że do już przeczytanego fragmentu wracał po raz drugi, wtapiając się w każde nakreślone słowo.
Tymczasem Łukasz znów zagłębił się w trudno odczytywalną treść księgi:
„Karola stała w progu izby, oparłszy się ciężko o futrynę. Wąska izba Leszka, choć uboga, była ciepła i mimo wszystko przytulna. Na stole stał dzbanek, para unosiła się nad kubkiem, a skromne ognisko lizało czerń paleniska. Niewiasta, choć wiekowa, poruszała się wciąż z pewnym dostojeństwem, wyrobionym przez lata służby. Jednak tym razem nie było w niej spokoju, który zwykle przynosiła jej codzienność.
— Tyś tu, Leszku? — rzuciła, wchodząc bez pytania. Oczy jej błyszczały gniewem, a twarz pokrywały głębokie zmarszczki. — Ja z tobą mówić muszę. Dziś już nie wytrzymam, bo w mym sercu ciężar taki, że żyć trudno!
Leszek, który dotąd zajęty był czyszczeniem noża, powoli uniósł głowę, ale nie wstał. Nie przyzwyczajony do odwiedzin Karoli, spojrzał na nią z chłodnym znużeniem.
— Duok man pertrauką Karolo, ja nie rad spotkań, nie rad gadek. Co ty chcesz odemnie? — odparł po chwili, nie kryjąc zniecierpliwienia. — Wracajże do dworu, bo tam twoje miejsce, a nie u mnie.
Karola mimo to przestąpiła próg, idąc w stronę stołu, chociaż jej oczy nie odrywały się od twarzy młodszego mężczyzny. W duszy czuła, że Leszek wie coś, co ona musi poznać, coś, co nie daje jej spokoju od wielu dni. Serce ściskała bolesna myśl, że oto po raz pierwszy w życiu nie rozumie, co dzieje się z jej panem.
— Wiem, że ty coś wiesz! — wykrzyknęła nagle, zbyt głośno, jakby sama nie mogła się powstrzymać. — Co się dzieje z naszym panem? Jakie to tajemnice tu się snują, że mi, co wiernie służyłam, teraz ścianami zasłaniają! Jego przodkowie, co z Liwonii potajemnie musieli uchodzić, o nich nie gadał nigdy, ale teraz... teraz to wraca, czyż nie? Coś wraca... coś złego...
Leszek zaśmiał się cicho, ale w jego śmiechu nie było ciepła. Znowu opuścił wzrok na nóż, który obracał w dłoniach, jakby miało go to uchronić przed spojrzeniem staruszki.
— Nie dla ciebie to rzeczy, nie dla twej głowy. Tyleś lat wiernie służyła, ale nie każda głowa powinna wszystkie tajemnice znać, ne? — Leszek uniósł oczy, uśmiechając się ponuro.
Karola zagryzła wargi, czując narastający gniew i upokorzenie. Ona, która zawsze była blisko dworskich tajemnic, nagle została odsunięta, jakby była już nikim. To, że Leszek, ten młokos, miał przed nią tajemnicę, bolało ją bardziej niż mogła znieść.
— Ja? Ja, co nie znam? — wycedziła przez zęby. — Żem ja była, gdy nasz pan musiał tu żyć, bo jego dziad uciekł z Liwonii! Ja jego kryłam, ja jego rodzinę ratowałam! Na życie bym się dała pociąć za niego, a ty mi śmiesz mówić, że nie dla mnie to sprawy?!
Leszek podniósł się powoli z ławy, odkładając nóż na bok. Spojrzał na nią chłodno, ale w jego oczach błysnęła iskra gniewu, jakby słowa Karoli wreszcie go ugodziły.
— Czego ty chcesz? Co byś chciała wiedzieć? Że co? Że przodkowie jego cudzą zawiścią tą ziemią rządzą? — wychrypiał, nachylając się w jej stronę. — Dało by się to rzec, że duchy Liwonii ciągną się za nimi jak cień… Znać ci lepiej, Karolo, że ci, co byli, nigdy nie odchodzą na dobre. A ty się lepiej nie mieszaj. Są duchy, co lepiej ich nie budzić...
Karola przyklękła przy ławie, wyciągając drżące ręce w stronę Leszka.
— Leszku, ja wiem, że to nie jest zwyczajne. Że to coś innego, że to nie ludzka sprawa. Ty wiesz więcej! Przysięgnij, na Boga przysięgnij, powiedz mi prawdę!
Leszek wyprostował się nagle, odwrócił wzrok i splunął na ziemię, jakby chciał odrzucić samą myśl o tym, by mówić więcej.
Prawdę? A co byś zrobiła z prawdą, Karolo? — wyszeptał, nagle stając się poważniejszy, niemalże szeptem. — Ty sobie nie radzisz z codziennością, a co dopiero z tym, co wisi nad rodem naszego pana. Prawda cię by spaliła, Karolo. Są rzeczy, co lepiej, byś o nich nie myślała. Wracaj do swej izby i módl się, bo modlitwa, to jedyne, co ci zostało. Nagle jego ton zmienił się. Może poczuł wstyd, że tak potraktował te babinę...
Słyszałaś o tej czarownicy – zaczął innym już głosem. - To jej słowa, jakaś jej czartowska moc nakazała tej dziwczynie pocałować go. To ona przewidziała, że stanie się to po zmierzchu. Co się później stało, to już chyba wiesz... Ludzie zaczęli gadać, życie stało się nie do zniesienia. A rodzice, krewni... nie chcieli żyć w hańbie. Starczy ci? Dość już – krzyknął nagle. - Wystarczy tego!
Karola odsunęła się, czując, jak dłonie jej drżą jeszcze bardziej. Nie mogła jednak przestać, musiała wiedzieć więcej. Ostatnie siły nakazały jej sięgnąć w stronę młodego człowieka raz jeszcze.
— Leszku… czy to prawda, że… że oni… wracają? Czy to ci z Liwonii? Coś z przeszłości naszego pana ciągnie?
Leszek nagle chwycił ją za nadgarstek, aż zabolało.
— Tak, wracają — wyszeptał z groźnym błyskiem w oczach. — I ty lepiej nie pytaj więcej, bo cienie nie znoszą, kiedy na nie patrzysz.”
Łukasz nie mógł dalej czytać. Zamknął księgę z nowym, niebywałym ciężarem na duszy.
Marianna przez chwilę obserwowała go z uśmiechem, potem z trwogą... Zasnęła...
Najbliższe miesiące nie były dla tej rodziny czasem spokojnym. Najpierw Łukasz postanowił uniezależnić się od swoich teściów i jako pierwszy z rodziny Kilisiów poszukał pracy fizycznej w Pomiechówku. Z konieczności w domu stał się gościem, widywany tylko w nocy, niedziele i święta.
Najgorsze przyszło przed świtem we wtorek 25 listopada. Marianna, zaniepokojona przeciągającą się w izbie ciszą, wstała z łóżka, aby zajrzeć do półtorarocznej Cecylii. Dziecko już nie oddychało. Dramat ten, tym straszniejszy, że tak bardzo niespodziewany, przyśpieszył przyjście na świat kolejnego dziecka. Narodzonemu dwa dni po śmierci Cecylii chłopcu nadano imię Jan. Ojciec jego, mimo żalów, jakie ostatnio miał do swego starszego brata, nadal darzył go wielkim sentymentem. Nic więc dziwnego, że pierwszemu ze swych synów nadał jego imię, a wówczas nikt nie mógł przewidzieć, że chłopiec ten, gdy dorośnie, przyniesie swoim bliskim tak wiele cierpienia. Teraz jednak, mimo radości z narodzin dziecka, trzeba też było dopełnić i tych trudniejszych formalności.
- Dobrze, ja pojadę do kościoła - ofiarował się Józef Matyasiak.
Zabrawszy ze sobą Wojciecha Wróblewskiego jako drugiego świadka, pojechał 28 listopada zgłosić zgon swej wnuczki i zorganizować jej pogrzeb.
Wróblewski, jako mąż Józefy, starszej siostry Łukasza, nie był obcy Kilisiom. Była to w ogóle rodzina w Kosewie i okolicach bardzo liczna, pod dwoma występująca nazwiskami. Tych zamożniejszych pisano „Wróblewskimi”, ubożsi zaś musieli zadowolić nazwiskiem „Wróbel”. Co ciekawe, bywało, że ta sama osoba, przy różnych okazjach różnie była zapisywana. Nie przeszkadzało to im jednak w łączeniu się w nowe rodziny, gdzie Wróblewski żenił się z Wróblówną.
Przez kolejne miesiące i lata do tematu odnalezionej księgi nikt nie wracał. Państwo Kilisiowie traktowali ostrzeżenia zawarte na jej kartach jako świadectwo wydarzeń minionych, może nawet nieco legendarne, które nie mają związku z ich aktualnym życiem. Owszem, wydarzyły się, może nawet otarły się o jego dom ojczysty, ale... minęły. Każdy następny dzień przynosił ze sobą nowe obowiązki, czasami radości, a często i zmartwienia.
Życie płynęło swoim rytmem, ale jedno pozostało w nim niezmienne – coroczne pielgrzymki na Jasną Górę. W roku 1853 nie mogło być inaczej. Marianna w wieczór 5 sierpnia miała już spakowany tobołek, który następnego dnia, jeszcze przed świtem, miał zostać dostarczony przed pomiechowski kościół. To stamtąd kilkuosobowa grupa pątników, wraz z ich prowiantem, wyruszała jednym konnym wozem do kościoła św. Ducha w Warszawie. Podczas dziewięciu dni marszu w stronę jasnogórskiego klasztoru pątnicy nie tylko zgłębiali prawdy wiary, nie tylko kultywowali pobożność wyniesioną z domów rodzinnych, ale także dane im było odczuć ducha nadchodzącego za dekadę Powstania Styczniowego. Opiekujący się pielgrzymami ojcowie Paulini rozbudzali patriotyzm zarówno na swoich Mszach w Warszawie, ale również i na trasie pielgrzymek. Nic zatem dziwnego, że i Marianna wracała do domu natchniona coraz głębszą wiarą w Boga, ale i wolną Ojczyznę.
- Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! – znajomy głos wywołał Łukasza ze stodoły, gdzie po skończonej młócce sprzątał resztki słomy. Gdy wybiegł, zobaczył swą żonę patrzącą na niego z wysokości wozu, którym jeden z gospodarzy rozwoził pątników wracających z Częstochowy. Mimo widocznej radości, kobieta tym razem nie zeskoczyła raźno na ziemię. Marianna, która na co dzień zwykła udawać nastoletniego łobuziaka, tym razem ledwie uniosła się z ławy oczekując, aż mąż pomoże jej zejść. Łukasz nie widział jej zaledwie dwa tygodnie, ale już po pierwszym spojrzeniu wiedział, że wkrótce ponownie zostanie ojcem. Nie kazał na siebie czekać. W mgnieniu oka wbiegł na deski wozu, chwycił żonę na ręce i wśród krzyków zarówno Marianny, jak i nadbiegłych domowników, zniósł ją na dół. Gdy dziewczyna poczuła pod stopami twardy grunt, nie traciła czasu na pretensje za ten nieostrożny wyczyn. Tak dawno się nie widzieli…
- Wiesz co? - zagadnęła Marianna, gdy wieczorem spoczęli wreszcie po dniu pełnym wrażeń. Nie czekając na reakcję męża zaczęła opowiadać:
- Byliśmy w pół drogi do Częstochowy, gdy jakaś babcia zaczęła na nutę śpiewanej pieśni kościelnej wołać „Poczekajcie, zdejmę buty”. Druga, która szła obok, odpowiedziała jej równie śpiewnie: „Tego śpiwać nie potrzeba...” na co trzecia, nie rezygnując ze wszechobecnej nutki dodała: „Ażeby was wszystkich diabli wzięli...”. Rozumiesz? - dopytała męża, którego, wbrew jej oczekiwaniom, historia ta nie rozbawiła.
- No, one wszystkie śpiewały, chociaż nie zdawały sobie z tego sprawy - wyjaśniła...
Łukasz nadal milczał, aż po chwili dało się słyszeć spod pierzyny dźwięczny śpiew:
- Kiedy ranne wstaną zorze, tobie fartuch a mnie grabie... - po czym oboje wybuchnęli gromkim śmiechem.
Wraz ze zdmuchniętym płomieniem lampy naftowej, izbę ogarnęły zupełne ciemności, zaś wraz z najbliższym porannym brzaskiem, przyszły codzienne obowiązki, a wkrótce i poważne zmiany w życiu Kilisiów.
Rozalka urodziła się już o świcie 25 sierpnia 1853, a już kilkanaście dni później Łukasz postanowił przenieść się wraz z rodziną do samotnej ciotki Marianny, Agnieszki Daszyńskiej. Mieszkająca na Zamościu kobieta uznała, że jej obszerny dom nie musi stać niemal pusty, a kuzynom będzie tu znacznie lepiej, niż na odległej wiosce.
Rodzinny nastrój nie trwał długo. Ciotka Agnieszka, od lat przywykła do ciszy i ustalonego rytmu każdego kolejnego dnia, coraz trudniej znosiła obecność dziecka pod swoim dachem. Jej granicę cierpliwości przerwało pojawienie się na świecie następnego potomka Kilisiów.
Relacje rodzinne zaczęły się psuć. 13 września, w dwa miesiące po narodzinach Cecylii, Kilisiowie postanowili powrócić do Kosewy.
Najbliższe lata dzielili między radości narodzin kolejnych dzieci i tragedie zgonów większości z nich. Już w lutym 1856 roku zmarła Rozalka. Kilka miesięcy później narodziła się Józefa, a za dwa kolejne lata Marcjanna. Imię to musiało być dla rodziców szczególnie cenne, gdyż nazwano tak aż trzy córki Łukasza i Marianny. Stan zdrowia pierwszej z nich już w chwilę po narodzinach dowodził, że życie jej będzie bardzo krótkie. Zapewne to spowodowało, że narodzonej dwa lata później kolejnej córce znów dano imię Marcjanna. Tak się stało, że obie zmarły niemal w tym samym czasie, w grudniu 1861 roku. Szczęśliwie przeżyć dane było jedynie trzeciej Marcjannie, urodzonej we wrześniu 1862 roku.
Końcówka 1862 roku to także czas wielkiej nadziei. Marianna Kiliś z ostatniej pielgrzymki przyniosła nie tylko wzmocnienie wiary, ale i wiadomości na temat zbliżającego się powstania. To dzięki nim Łukasz mógł nawiązać kontakty z grupą konspiratorów, jaka sformowała się w pobliskiej parafii Łomna, po drugiej stronie Wisły.
- My musimy być rodziną – zawołał jeden z powstańców, gdy usłyszał nazwisko nowego członka oddziału. - Mój dziadek też był Kilisz.
Obaj panowie umówili się na familijne wspomnienia na czas po wygranym powstaniu. Niestety, do domu powrócił tylko jeden z nich.
Mimo wielkich przygotowań, udział Łukasza w Powstaniu Narodowym okazał się symboliczny. Co prawda, udało mu się wykorzystać zachowany po przodku stary orzełek napoleońskiego artylerzysty, ale już pierwsza potyczka z wrogiem, do jakiej doszło pod Pułtuskiem okazała się dla polskiego oddziału ostatnią.
Źle zaplanowana akcja zakończyła się sromotną ucieczką partyzantów, z których większość pochwycono i uwięziono w modlińskiej twierdzy. Po kilku dniach od nieszczęsnej bitwy, Łukasz powrócił do Kosewy, rozpowiadając, że był gościem u dalekich krewnych. Tematu Powstania nikt publicznie nie podnosił. Jedynie z otoczenia Kuczeńskich dawało się odczuć niezdrowe dociekania. Te wszakże nie wynikały z antynarodowych uprzedzeń, a jedynie z nieokreślonej niechęci do z dawna nielubianych sąsiadów.
Rok później w domu Kilisiów urodziło się kolejne dziecko, Józef. Jak wiele z jego rodzeństwa, i on nie doczekał dorosłości umierając po czterech latach. Z kolei 8 stycznia 1867 roku rodzina powitała na świecie Stanisława. Nie miał on już doświadczyć opieki swej babci Magdaleny, która zmarła wkrótce po jego narodzinach, przeżywszy swego męża ponad dziesięć lat.
Po Stasiu na świat przyszło jeszcze troje kolejnych potomków Łukasza. Michał, najmłodszy, dożył swoich piętnastych urodzin. Jukub i Józefa zmarli we wczesnym dzieciństwie.
Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.