Rozdział I
Dawno już minęła północ, gdy Stanisław kończył tę dziwną opowieść.
W sąsiednich izbach, gdzie spało jego pięcioro dzieci, panowała kompletna cisza. W stołowej, gdzie w kominku dogasały polana, również nic jej nie mąciło. Na stole wystygła już, nietknięta przez Stanisława kasza z wieczerzy. Jego myśli tej nocy dalekie były od ziemskich potrzeb. Obok stał drewniany dzban z resztką miodu pitnego, ledwie muśniętego, bo serce gospodarza ciążyło ku sprawom cięższym niż biesiada.
W tej niecodziennej ciszy u jego nóg siedziała żona, Marysia.
Wstrząsające musiało być to, co usłyszała, bo długo nie zabierała głosu. Stanisław nie ponaglał jej, choć niecierpliwie czekał na to, co wcześniej czy później musiał usłyszeć. Wiedział, że w oczach żony wiele miał sobie do zarzucenia, choć sam winy nie czuł. Rozumiał, że roztropna zawsze Marianna potrzebuje czasu, aby uporządkować myśli i pojąć to, co przed chwilą usłyszała.
Po wielu minutach wstała bez słowa. Stanisław milcząco wodził wzrokiem za żoną, która skierowała się wprost do dworskiej kaplicy, gdzie co wieczór, przy migotliwym świetle woskowej świecy, ściskając bursztynowy różaniec, odmawiała pacierz za dzieci i męża.
Nie poszedł za nią. Pozostał w swoim fotelu. Kto spojrzałby nań z boku, mógłby mniemać, iż zasnął.
Siedział nieruchomo naprzeciw kominka, z którego ostatnie iskry uleciały ku gwiazdom. Mimo dokuczliwego, porannego chłodu nie podniósł się, by podtrzymać płomień.
Świat, który budował przez całe życie, legł w gruzach. W jednej chwili runęło także wszystko to, co uważał za bezpieczną przystań swoich dzieci. Wiedział, że sam będzie musiał udźwignąć ten ciężar. Jakże był teraz samotny!
Ze swymi problemami borykał się od wielu miesięcy, praktycznie od chwili, gdy dotarło do niego, o czym ludzie szepczą za jego plecami. Kiedyś sądził, że problemu nie ma, że nikt o niczym nie wie. Wszak jego dziadkowie pokonali ogromną odległość, aby uciec od ludzkich języków i chronić swoje dzieci.
– Jak się dowiedzieli? – po raz tysięczny zadawał sobie to pytanie. Jeszcze nigdy wcześniej nie wypowiedział tych słów na głos. Bardziej mógł zrozumieć, czemu przez dziesięciolecia panowała pozorna cisza. Pozorna, gdyż to do rodziny Kilisiów nic nie docierało. Żyli jak gdyby za szczelną zasłoną. Nikt nie śmiał w ten niespokojny czas powiedzieć tego dziedzicowi prosto w twarz. Za to za plecami gadać musiał niejeden...
– Co teraz? Jak dalej żyć? – zastanawiał się, znajdując tylko jedno wyjście – kolejny wyjazd w świat.
Gdy blisko sto lat wcześniej jego przodkowie opuszczali rodzinne gniazdo, aby osiąść na północy Korony, musieli pogodzić się z tym, że z litewskich kniaziów staną się podrzędnymi dziedzicami, jakich w Rzeczypospolitej były tysiące. Kurlandia, w której wyrastali, pozostała dla Stanisława już tylko mglistym wspomnieniem przodków. Z czym teraz przyjdzie wyjechać jemu? Jakie dobra zdoła nabyć u kresu podróży? Wątpliwości narastały, lecz Stanisław nie chciał dłużej zwlekać. Musiał działać. Nie pozwolił jednak, by trwoga przesłoniła mu trzeźwy osąd. Zamierzał postępować roztropnie. Tylko w ten sposób mógł mieć nadzieję, że plotki raz jeszcze nie podążą śladem jego rodziny.
Miał już swój plan, choć o jego szczegółach nie rozmawiał nawet z ukochanym bratem. Jeszcze jesienią rozpowiedział wszystkim, że wyjeżdża w interesach do Prus. I rzeczywiście wyruszył. Po trzech dniach drogi skręcił jednak prosto na południe.
Wielotygodniowa podróż do serca Korony nie należała do łatwych. Ludzie, doświadczeni okrucieństwami ostatnich wojen, nauczyli się nieufności wobec obcych, a nierzadko sami przejmowali obyczaje tych, przed którymi niegdyś bronili własnego życia. Podróżnik starał się nocować we dworach i napotkanych klasztorach. Tam przynajmniej nie musiał lękać się o własne bezpieczeństwo. Bywało jednak, że zmuszony był zapukać do wiejskiej chaty i prosić o strawę lub kubek wody. Nie ze złej woli, lecz z pospolitej trwogi witano go nieraz z jawną niechęcią. Widziano w nim jedynie obcego, który burzył spokój mieszkańców.
Mimo wszystkich przeciwności samotny szlachcic zbliżał się do celu swojej wyprawy. Przemierzywszy tak rozległe ziemie, poznał warunki życia i obyczaje dotąd sobie nieznane. Nie omieszkał też rozpytywać o majątki oczekujące kupca. Ziemię można było znaleźć, lecz w pobliżu stolicy jej cena była znacznie wyższa. Przeprowadzka oznaczała więc kolejną utratę społecznego znaczenia.
Utrata mienia, na które pracowały całe pokolenia, nie była jedynym jego zmartwieniem. Sam, nie będąc już człowiekiem młodym, coraz dotkliwiej odczuwał samotność. Nigdy nie poznał dalszej rodziny. Pozostała daleko stąd, tam, dokąd bezpiecznie można było dotrzeć jedynie przez niewielką część roku. Ci, którzy niegdyś opuścili swoje dziedzictwo, w nowej ojczyźnie już na zawsze pozostali przybyszami z „dzikiej Litwy”. Miejscowi, zarówno szlachta, jak i chłopi, nigdy w pełni ich nie zaakceptowali. Teraz taki sam los miał zgotować własnym dzieciom.
Zasnął, czy tylko tak głęboko pogrążył się we własnych myślach, że przestał dostrzegać świat wokół siebie? Tego nikt nie mógł wiedzieć. Z odrętwienia wyrwał go dopiero cichy szept żony. Drżącą dłonią gładziła jego niegdyś kruczoczarne, a teraz przedwcześnie posiwiałe włosy.
Drgnął zaskoczony. Powoli otworzył oczy, jakby obawiał się tego, co ujrzy na twarzy Marysi. Jej spojrzenie pozostało ciepłe i pełne czułości, lecz sama twarz przypominała wykuty z kamienia posąg. Musiał to być ślad wszystkiego, co przez ostatnie godziny rozgrywało się w duszy tej drobnej kobiety. Miłość do męża, troska o dzieci, niepewność jutra i ból splatały się ze sobą tak mocno, że nie sposób było ich rozdzielić. Było w niej jeszcze coś więcej — uczucie, którego sama nie umiała nazwać. Musiała pogodzić się z losem, którego nie rozumiała, przyjąć ciężar, na który nie była przygotowana i na który w żaden sposób nie zasłużyła.
Marianna od najwcześniejszych lat lubiła i umiała o sobie decydować. Sprzeciwić się jej nie potrafili ani rodzice, ani rodzeństwo. Tak też było, gdy jako piętnastoletnia dziewczyna poznała starszego od siebie o osiem lat Stanisława Kilisia. Wbrew powszechnemu zwyczajowi już rok później oznajmiła rodzicom, że to właśnie on zostanie jej mężem. Nie zaprotestował nikt. Wiedziano bowiem, że Marysi nikt nigdy niczego perswazją z głowy nie wybił.
Nic zatem nie stanęło na przeszkodzie, by w maju 1680 roku Marianna i zakochany w niej Stanisław stanęli przed ołtarzem. Rodzice dziewczyny do końca jednak żywili nadzieję, że córka jeszcze odmieni swoje postanowienie. Zaręczyny ogłoszono bowiem dopiero 18 kwietnia następnego roku, w pierwszy dzień Wielkanocy.
Nikt, ani wówczas, ani podczas hucznego wesela, nie wypomniał młodemu jego niepewnego pochodzenia. Zapewne niemałą rolę odegrały w tym niespokojne czasy. Na północy wciąż żywo wspominano wojny szwedzkie, a i niebiosa nie wróżyły nic dobrego. Dziwne zjawiska na niebie sprawiały, że ludzie gotowali się raczej na nowe nieszczęścia niż na rodzinne waśnie. Komuż było wtedy w głowie szukać sobie nowych nieprzyjaciół?
Spokoju nie było od lat. Raz wyprawiano się przeciw Szwedom, to znów Szwed ciągnął na Kraków. Królów wynoszono na tron i z niego strącano. Co i rusz zawiązywano nowe konfederacje, chcąc ratować Rzeczpospolitą lub własne dobra. Ludźmi rządził strach.
Wreszcie nadeszły spokojniejsze lata i wraz z nimi odżyła nadzieja na zwyczajne życie. Była to jednak nadzieja złudna. Na krótki czas pozwoliła jedynie zapomnieć o wichrach historii. Być może właśnie dlatego, a może dlatego, że rodzice Stanisława nie mieli córek, zaś ich własne dzieci były jeszcze małe, plotki ucichły lub przynajmniej przycichły. Najgorsze miało nadejść dopiero po latach.
– Skoro tak zdecydowałeś, to widocznie dobrze wszystko przemyślałeś...
Słowa te w zupełności wystarczyły Stanisławowi za odpowiedź.
– Taip, kūdikis[1]... – szepnął z ulgą.
A jednak serce nie zaznało spokoju. Ta dziewczyna ufała mu bezgranicznie. Przemyślał wszystko... lecz czy rzeczywiście wszystko? Czy los nie przygotował jeszcze czegoś, czego przewidzieć nie sposób? Marianna nieraz próbowała łagodnie wpływać na jego decyzje, skłaniać go do ich zmiany. Czyniła to z taktem i miłością, choć nieraz godziło to w jego męską dumę. Tym razem jednak nie próbowała go powstrzymać.
Po godzinach modlitwy i rozmyślań przyszła tylko po to, by jednym zdaniem przyjąć decyzję męża. Stanisław wiedział, że każda dyskusja, każde ustępstwo uczyniłoby przyszłe niepowodzenia ich wspólnym ciężarem. Teraz odpowiedzialność spoczywała wyłącznie na nim.
Marianna domyśliła się, że myślami znów odpłynął daleko.
– Twoi bracia także?
Na odpowiedź musiała czekać długą chwilę.
– Nie. Oni postanowili zostać. Jan ma samych synów, może więc spać spokojnie. Niko nie chce opuszczać tej ziemi za żadną cenę. Ja jednak nigdy tu nie wrócę. Nie chcę ryzykować, że ktoś dowie się więcej, niż powinien. Nigdy tu nie wrócę – powtórzył ciszej. – Ktoś musi zostać przy naszej matce, odmówić pacierz nad grobem ojca i dziadków. Niech żyją tu spokojnie, a nam pora ruszać w drogę...
Urwał na chwilę.
– Muszę ci jednak powiedzieć coś jeszcze. Mój najstarszy brat Kazimierz wcale nie zaginął. Już dawno wyjechał w dalekie strony. Do dziś mamy swoich blisko Warszawy.
Marianna przysiadła na kolanach męża. Od dawna nosiła w sobie pytanie, którego dotąd nie potrafiła zadać. Nie chciała dokładać Stasiowi trosk. Lecz tym razem nie mogła już dłużej milczeć.
– Czy ty mi nie ufasz? – zapytała z ledwie skrywaną rezygnacją.
Stanisław nie odpowiedział. Wyraz szczerego zdumienia na jego twarzy skłonił jednak Mariannę do wyjaśnienia:
– Widzisz... od dwudziestu lat jesteśmy razem, a ty dopiero teraz mi o tym mówisz...
Stanisław gwałtownie potrząsnął głową. Wyglądał, jakby przebudził się z głębokiego snu.
– Nie... nie, Maryś... – niemal krzyknął.
W jego głosie pobrzmiewało nie tylko zaskoczenie, ale i głęboko skrywana krzywda.
– Nie... – powtórzył już ciszej. – Nikt nie wie, skąd przyszła ta klątwa nad nasz ród. Powiadają, że wszystko zaczęło się jeszcze za Ausztoty. Któż dziś zdoła to rozstrzygnąć? Staram się trzeźwo patrzeć na świat, lecz trudno całkiem odrzucić opowieści o czarnej magii. Prędzej już uwierzę, że wszystko zaczęło się od mojego pradziada, który ruszył na wojnę pod kniaziem Vytautas[3]em[3]. Jego kochanka nie umiała wybaczyć, że porzucił ją dla wojny, a z magią obeznana była od dzieciństwa. Mówiono, że to właśnie on pierwszy, wróciwszy do domu...
Urwał.
Nie potrafił wypowiedzieć słów, które od pokoleń wypędzały mężczyzn z rodzinnego domu.
Po chwili odezwał się ponownie.
– Od dawna był u nas taki zwyczaj. Ojciec, gdy uznał, że nadeszła pora, brał syna na stronę i opowiadał mu tę nieszczęsną historię. Rzadko pozwalała ona uniknąć przeznaczenia, ale uczyła, jak uchronić rodzinę przed jego najcięższymi skutkami. Kobiet nigdy w to nie wtajemniczano. Ty jesteś pierwsza, Maryś... Aš pasitikiu. Pasitikiu[2].
Dalszą rozmowę przerwał płacz dziecka.
To najmłodszy syn Kilisiów dawał znać z dziecięcej izby, że nadszedł czas porannej pobudki. Wołano na niego Wojtek, choć do chrztu otrzymał rzadkie w Prusach Królewskich imię Wodzisław. Dlaczego właśnie takie – z biegiem lat nikt już nie umiał wyjaśnić. Sąsiedzi mawiali tylko, że Stanisław zawsze chodził własnymi drogami.
W domu mieszkała także opiekunka dzieci – stara Karola. Przed wielu laty przyszła do dworu prosić jedynie o miskę strawy. Zachęcona dobrocią gospodarzy została na dłużej. Gdy pewnego dnia Stanisław usłyszał z jej ust dawno zapomniane słowa rodzinnej mowy, serce zabiło mu mocniej.
Jego dziadkowie przez całe życie zacierali ślady przeszłości. Nawet ojczystym językiem posługiwali się jedynie między sobą. Z roku na rok tych słów było coraz mniej. Sam Stanisław mówił już wyłącznie po polsku, lecz w chwilach wielkiego wzruszenia lub szczęścia z ust wyrywały mu się litewskie słowa, których nikt z sąsiadów nie potrafił zrozumieć.
To właśnie opowieści Karoli przenosiły go myślami do dzieciństwa. Dlatego stara żebraczka została niańką jego dzieci. Nigdy tej decyzji nie pożałował. Kobieta wiernie odpracowywała każdy kawałek chleba.
Mimo obecności Karoli rodzice starali się być przy dzieciach zawsze podczas porannego przebudzenia i wieczornej modlitwy. Tym razem było inaczej.
Płacz Wojtka poderwał Mariannę z miejsca. Ruszyła ku drzwiom dziecięcej izby, lecz po kilku krokach zatrzymała się. Stała przez chwilę bez ruchu, jakby walczyła sama ze sobą. W końcu zawróciła i poszła po Karolę.
Po chwili staruszka niemal biegiem wspinała się po schodach. Owszem, nieraz pierwsza przychodziła do budzącego się dziecka. Nigdy jednak nie zdarzyło się, aby rodzice pozostali w domu i nie poszli za nią. Tego jeszcze nie było.
Pełna niepokoju wsunęła się do izby. Wkrótce rozległy się słowa:
„Vardan Dievo Tėvo ir Sūnaus, ir Šventosios Dvasios[4]...”
Rozpoczynała się poranna modlitwa.
Marianna wróciła do męża. Stanisław od wielu godzin patrzył jedynie na kamienny kominek. Teraz, gdy drzwi do sieni pozostały otwarte, po raz pierwszy odwrócił głowę i zaczął obserwować budzący się dwór.
Spojrzał na wracającą żonę.
Stanęła przed nim, ujęła go za rękę i – jak przed laty, jeszcze za narzeczeńskich czasów – pociągnęła za sobą ku wyjściu.
Karola, przegrywając z ciekawością, a może bardziej jeszcze z niepokojem, podeszła do okna, by wybadać, co też się święci. To, co ujrzała, nie uspokoiło jej. Przeciwnie.
Poczuła, że musi uczynić coś, na co dotąd nigdy by się nie zdobyła. Musiała kogoś odwiedzić.
Dziedzic i niania jego dzieci nie byli jedynymi Litwinami we dworze. Wystarczyło wyjść na lewe skrzydło budynku, by pośród krzewów bzu dostrzec niepozorne drzwi. Za nimi mieściły się izby młodego Leszka. Na pierwszy rzut oka nie liczył więcej niż trzydzieści lat, lecz dzieci doczekał się już liczniejszych niż jego pan. Zarówno w sionce, jak i na wydeptanej ziemi przed domostwem niemal zawsze można było potknąć się o któreś z jego pociech.
Tak było i tym razem.
Jakiś szkrab wypadł zza progu niczym wystrzelony z armaty i z całym impetem zaplątał się w fałdy długiej, czarnej spódnicy Karoli.
Staruszka była dobrą nianią, lecz miłością darzyła jedynie dzieci Kilisiów. Wszystkie pozostałe uważała za dopust Boży.
Malec, gdy tylko się oswobodził, stanął jak wryty. Oboje spojrzeli na siebie z jednakowym niesmakiem — ona z wysokości swojej postaci, on znad samego progu. Tym razem los mu sprzyjał. Karola śpieszyła się tak bardzo, że szkoda jej było czasu choćby na zwyczajowe trzepnięcie urwisa w głowę.
Leszka nie lubiła niemal równie mocno jak jego dzieci. Zresztą uczucie to było całkowicie odwzajemnione. Łączyło ich wiele. Oboje wiernie służyli temu samemu panu, w obojgu płynęła litewska krew. A jednak młody Leszek był najwierniejszym zausznikiem Stanisława Kilisia.
Skąd się wziął, mało kto wiedział. Powiadano jedynie, że już dziadek Stanisława darzył szczególnym zaufaniem Leszkowego przodka. Nieraz widywano ich razem na tajemniczych wyprawach, lecz dokąd jechali i w jakim celu — tego nie wiedział nikt.
Przed kilkunastu laty Stanisław przygarnął przedwcześnie osieroconego Leszka pod swój dach. Ojciec chłopca, już wtedy wdowiec, wyjechał w świat i wszelki słuch po nim zaginął. Starszy brat poległ w wojskach Jana III. Tak Leszek znalazł się pod opieką Kilisiów.
Karola miała rozum bystry i wiedziała więcej, niż ktokolwiek przypuszczał. Już dawno odkryła, że ojciec Leszka zaginął podczas wyprawy powierzonej mu przez Stanisława, a jego brat, służąc Rzeczypospolitej, wykonywał także zadania, o których głośno się nie mówiło.
Dlatego nie wierzyła, że obecna pozycja młodego Litwina wynika jedynie z długu wdzięczności.
— Musi być w tym coś więcej — powtarzała sobie nieraz. — Ten wielkolud także pełni rolę, którą od pokoleń pełnili jego przodkowie.
— Sėsk![5] — rzuciła ostro, gdy tylko weszła do izby.
Zaskoczony Leszek usiadł bez słowa.
Początkowo rozmawiali szeptem. Potem szept ustąpił miejsca coraz gwałtowniejszej sprzeczce. Nie obawiali się podsłuchu. Litewskie i ruskie słowa mieszali z polskimi tak swobodnie, że dla każdego postronnego ich rozmowa była niezrozumiałym bełkotem.
Karola nie mogła pogodzić się z niewiedzą.
Kilisiowie spędzili całą noc w sali stołowej. Ona musiała zająć się dziećmi. O świcie państwo wyszli przed dwór, prowadząc się niczym zakochani narzeczeni.
— Gdyby to miało zwiastować coś dobrego, nie mieliby takich twarzy... — mruknęła pod nosem.
Przez następne tygodnie życie we dworze toczyło się zwykłym rytmem. Jedynie drugiego maja, przed samym świtem, Leszek wyjechał, zabierając trzy wozy i kilku ludzi ze służby.
Karola z początku tylko pomstowała.
— Wiosna w pełni, roboty po uszy, a ten znów gdzieś ciągnie...
Lecz gdy po kilku dniach zaczęła dostrzegać znikające z dworu przedmioty, zrozumiała, że nie jest to zwyczajny wyjazd.
— Leszek złodziejem nie jest... — powtarzała sobie. — A skoro pan niczemu się nie dziwi, znaczy, że sam o wszystkim wie.
W samo święto, trzydziestego pierwszego maja, u wrót stanął nieznany jeździec. Od progu domagał się rozmowy wyłącznie z dziedzicem. Z nikim innym nie chciał zamienić ani słowa.
Dla Karoli było to już zbyt wiele.
Po tylu latach wiernej służby poczuła się odsunięta jak zwyczajna służąca. Ciekawość zwyciężyła.
Gdy przybysz zamknął się ze Stanisławem w izbie, przycisnęła ucho do drzwi.
Mężczyźni rozmawiali po drugiej stronie drzwi, lecz Karola nie potrafiła rozróżnić ani jednego słowa. Grube dębowe deski tłumiły głosy zbyt skutecznie. Przycisnęła więc ucho jeszcze mocniej i wstrzymała oddech.
Nagle drzwi szarpnęły.
Pozbawiona oparcia babina runęła wprost pod nogi nieznajomego.
– Och, Karola! Dobrze, żeś przyszła. Właśnie mieliśmy cię wołać. Ale wstańże, nie musisz leżeć. – Stanisław nie potrafił powstrzymać uśmiechu.
Karola podniosła się z godnością, otrzepała spódnicę, poprawiła chustkę i przybrała minę, która miała oznaczać, że nic szczególnego się nie wydarzyło.
Obaj mężczyźni wymienili rozbawione spojrzenia.
Po chwili Stanisław spoważniał.
– Karola, idź i zwołaj wszystkich do salonu.
– Wszystkich? Błota naniosą, gnoju... A któż to potem sprzątać będzie? – burknęła.
– Karola... proszę.
Zrozumiała, że tym razem sprzeciwu nie będzie. Odeszła, mrucząc coś pod nosem. Był to jedyny bunt, na jaki mogła sobie pozwolić.
Narada trwała krótko.
Stanisław oznajmił, że wszyscy natychmiast mają udać się do dworu jego brata, gdzie przygotowywane jest wielkie przyjęcie i potrzeba wielu rąk do pracy.
– To wszystko. Śpieszcie się.
Gdy służba była już przy drzwiach, zatrzymał ich jeszcze.
– I pamiętajcie... służcie tam równie wiernie, jak służyliście u mnie. Zawsze byłem z was kontent. Dziękuję wam.
Zapadła cisza.
Słudzy patrzyli po sobie ze zdziwieniem. Pan był sprawiedliwy, nawet życzliwy, lecz nigdy dotąd nie dziękował za służbę. Takich słów nie zwykło się wypowiadać.
Dopiero ponagleni wyszli na dziedziniec, gdzie natychmiast rozpoczęły się domysły.
W salonie pozostała jedynie Karola.
– Wróć przed zmierzchem. Zaraz po posiłku wyjeżdżam z moim gościem. Na wieczerzę powinniśmy wrócić.
– A można wiedzieć...
– Ne. Tu negalite žinoti[6].
Po tych słowach zamilkła.
Godzinę później Kilisiowie odjechali.
Nie wrócili jednak na wieczerzę.
Karolę zbudził dopiero turkot wozu długo po północy.
Uradowana wybiegła na dwór, lecz Stanisław uprzedził jej pytania.
– Karola... jeszcze tej nocy wyjeżdżamy bardzo daleko. I już tu nigdy nie wrócimy. Jedziesz z nami. Idź zaraz spakować swoje rzeczy. Potem obudź dzieci i każ wynieść worki na wozy. Ja mam jeszcze coś do zrobienia.
Ostatnie zdanie wypowiedział już zupełnie innym głosem.
Karola stała jak wryta.
Nie miała na świecie nikogo bliższego od Kilisiów. Oni byli jej rodziną.
Dopiero teraz pojęła, dlaczego od miesięcy wokół dworu działo się tyle dziwnych rzeczy. Przypomniała sobie szepty, które nieraz docierały do jej uszu. Była pierwszą osobą, do której dochodziły plotki, lecz sądziła, że państwo nic o nich nie wiedzą.
Myliła się. Wiedzieli. I od dawna przygotowywali ucieczkę. Spojrzała wokół. Nie było już ani Stanisława, ani Marianny.
– Gdzie też poszli o tej porze?...
Domyśliła się. Żegnali swój dom.
Po pewnym czasie wrócili. Stanisław niósł pod pachą zawinięty w płótno pakunek.
Karola widziała go już kiedyś. Wiedziała, że ukryta jest w nim jakaś księga. Nigdy nie zapytała jaka.
Kiedy nad dworem wzeszło słońce, zabudowania były już puste. Dopiero około południa zjawili się ludzie, aby napoić i nakarmić pozostawione zwierzęta.
Przypisy
- Taip, kūdikis – „Tak, moje dziecko.” (lit.) ↩
- Aš pasitikiu, pasitikiu – „Ufam ci, ufam.” (lit.) ↩
- Vytautas – Litewska forma imienia wielkiego księcia Witolda. ↩
- Vardan Dievo Tėvo ir Sūnaus, ir Šventosios Dvasios – „W imię Boga Ojca i Syna, i Ducha Świętego.” (lit.) ↩
- Sėsk! – „Siadaj!” (lit.) ↩
- Ne, tu negalite žinoti – „Nie, tego nie możesz wiedzieć.” (lit.) ↩


