and related: Kiliś, Kostewicz, Pawelski, Sadlakowski, Wyrzykowski...
» Show All «Prev 1 2 3 4 5 6 7 ... 27» Next» » Slide Show
Dziedzictwo klątwy
Dawno
już minęła północ, gdy Stanisław kończył tę dziwną
opowieść. W sąsiednich izbach, gdzie spało jego pięcioro dzieci,
panowała kompletna cisza.
Tu, w stołowej, gdzie w kominku
dogasały polana, też nic jej nie mąciło. Na stole, w glinianej
misie, wystygła kasza z wieczerzy, nietknięta przez Stanisława,
którego myśli tej nocy dalekie były od ziemskich potrzeb. Obok
stał drewniany dzban z resztką miodu pitnego, ledwie muśniętego,
bo serce gospodarza ciążyło ku sprawom cięższym niż biesiada.
W tej niecodziennej
ciszy, u jego nóg, siedziała żona Marysia.
Wstrząsające
musiało być to, co usłyszała, bo długo nie zabierała głosu.
Stanisław nie ponaglał jej, choć niecierpliwie czekał na to, co
wcześniej czy później musiał usłyszeć. Wiedział, że z punktu
widzenia żony wiele ma na sumieniu, choć winnym się nie czuł.
Zdawał sobie sprawę, że roztropna zawsze Marianna musiała mieć
czas na zebranie myśli, że nie łatwo jej teraz poukładać sobie
wszystko w głowie.
Po wielu minutach wstała bez słowa.
Stanisław milcząco wiódł oczyma za żoną, która skierowała się
wprost do dworskiej kaplicy, gdzie co wieczór, przy migotliwym
świetle woskowej świecy, ściskając bursztynowy różaniec,
odmawiała pacierz za dzieci i męża.
Nie poszedł za nią.
Pozostał w swoim fotelu. Pomyślałby ktoś, że zasnął. Siedział
nieruchomo na wprost kominka, z którego ostatnie już iskry uleciały
ku gwiazdom. Mimo dokuczliwego, porannego chłodu nie podniósł się,
by podtrzymać płomień.
Świat, jaki budował, nagle legł
w gruzach. Więcej, w gruzy rozsypał się świat, jaki istniał
wokół jego najbliższych. Wiedział, że sam, w pojedynkę musi
udźwignąć ten ciężar. Jakże był teraz samotny!
Ze
swymi problemami borykał się od wielu miesięcy, praktycznie od
chwili, gdy dotarło do niego, o czym ludzie szepczą za jego
plecami. Kiedyś sądził, że problemu nie ma, że nikt o niczym nie
wie. Wszak jego dziadkowie pokonali ogromną odległość aby uciec
od ludzkich języków i chronić swoje dzieci.
- Jak się
dowiedzieli? - po raz tysięczny zadawał sobie to pytanie i nijak
nie mógł znaleźć odpowiedzi. Bardziej mógł zrozumieć, czemu to
przez dziesięciolecia panowała pozorna cisza. Pozorna, gdyż to do
rodziny Kilisiów nic nie docierało. Żyli, jak gdyby za szczelną
zasłoną. Nikt nie śmiał w ten niespokojny czas powiedzieć tego
dziedzicowi prosto w twarz. Za to za plecami gadać musiał nie
jeden....
- Co teraz, jak dalej żyć - zastanawiał się i
znajdował tylko jedno wyjście - kolejny wyjazd w świat.
Gdy
prawie sto lat wcześniej jego dziadowie opuszczali rodzinne gniazdo,
aby osiedlić się na północy Korony, musieli pogodzić się z tym,
że z litewskich kniaziów staną się podrzędnymi dziedzicami,
jakich w Rzeczypospolitej tysiące. Kurlandia, w której wychowywali
się, pozostała dla Stanisława już tylko mglistym wspomnieniem
przodków. Z czym teraz wyjadą, jakie dobra zdołają nabyć u celu
podróży? Wątpliwości narastały, ale Stanisław nie chciał dalej
zwlekać. Musiał zacząć działać. Mimo wszystko stres nie
przysłonił mu zdrowego oglądu sytuacji. Musiał i chciał być
roztropny. Tylko tak mógł mieć pewność, że plotki znów nie
pójdą tropem jego rodziny.
Miał swój plan, chociaż o jego
szczegółach nie rozmawiał nawet z ukochanym bratem. Jeszcze
jesienią rozpowiedział wszystkim, że jedzie w interesach do Prus.
Owszem, wyjechał. Tyle, że po trzech dniach drogi skręcił wprost
na południe.
Wielotygodniowa podróż do serca Polski nie
należała do najłatwiejszych. Ludzie doświadczywszy okrucieństw
ostatnich wojen nauczyli się nieufności wobec obcych, a często i
sami przejęli zachowanie tych, przed którymi chronili swe życie.
Podróżnik starał się nocować we dworach i napotkanych
klasztorach. Tam przynajmniej nie musiał obawiać się o życie.
Zdarzało się jednak, że koniecznym stawało się wejść do
wiejskiej chaty i tam prosić o strawę czy wodę. Nie ze złej woli,
ale ze zwykłej trwogi częstokroć witany był wręcz wrogo. Ludzie
widzieli w nim tylko obcego, który burzył ich spokój. Mimo
wszystko, samotnie wędrujący szlachcic zbliżał się do celu swej
misji. Przebywszy taki szmat drogi poznał warunki życia i obyczaje
dotąd obcych sobie ziem. Nie omieszkał też rozpytywać o ziemię
czekającą na kupca. Owszem, dawało się takową znaleźć, ale jej
cena, tu w pobliżu stolicy, była znacznie wyższa. Przeprowadzka
wiązała się więc z kolejną utratą społecznego
znaczenia.
Utrata mienia, na który pracowały pokolenia,
nie była jedynym zmartwieniem. On sam, nie najmłodszy już
człowiek, czuł się czasami tak bardzo samotny. Nigdy nie poznał
swej dalszej rodziny. Pozostali daleko stąd, tam gdzie bezpiecznie
dostać się można było tylko przez małą część roku. Ci,
którzy opuścili swe dziedzictwo, w nowej ojczyźnie na zawsze
pozostali przybyszami z "dzikiej Litwy". Miejscowi, zarówno
szlachta, jak i chłopi, nigdy ich do końca nie zaakceptowali. Teraz
on taki sam los ma zgotować swoim potomnym.
Zasnął, czy
tylko tak głęboko wszedł w zakamarki swej duszy, że nie zauważał,
co się wokół dzieje... Nikt nie mógł tego wiedzieć. Jednakowoż
z odrętwienia tego wybudził go dopiero delikatny szept żony.
Drżącą ręką delikatnie gładziła jego, niegdyś kruczo-czarne,
a teraz przedwcześnie posiwiałe włosy. Drgnął zaskoczony. Powoli
otworzył oczy, jakby bojąc się, co zobaczy na twarzy Marysi. To,
co ujrzał przypominało raczej stojący nad nim, wykuty w skale
posąg. Ciepłe, czułe wręcz spojrzenie kontrastowało z
niewymownie dziwnym wyrazem twarzy. Tak, musiał to być efekt tego
wszystkiego, co w tej drobnej kobiecie działo się przez ostatnie
godziny. Wrodzona delikatność, uczucie do męża, ale i troska o
dzieci, niepewność, a także i... Było coś, czego sama nie
pojmowała i nazwać nie umiała. Musiała pogodzić się z czymś,
czego nie rozumiała, przyjąć los, na który nie była przygotowana
i na który nie zasłużyła.
Marianna od
najwcześniejszych swych lat lubiła i umiała o sobie decydować.
Sprzeciwić się jej nie umieli ani rodzice, ani rodzeństwo. Tak też
było, gdy w wieku zaledwie lat piętnastu poznała o osiem lat
starszego od siebie Stanisława Kilisia. Wbrew powszechnemu
zwyczajowi, już rok później oświadczyła rodzicom, że to on
właśnie będzie jej mężem. Nie zaprotestował nikt. Wiedziano, że
Marysi nikt, nigdy, niczego z głowy perswazją nie wybił. Nic zatem
nie stanęło na przeszkodzie, by w maju 1680 roku Marianna i
zakochany w niej Stanisław wspólnie stanęli przed ołtarzem. Mimo
wszystko jednak, rodzice Marianny chyba do końca liczyli na to, że
ich córka zmieni zdanie. Zaręczyny bowiem ogłoszono dopiero 18
kwietnia następnego roku, w pierwszy dzień Wielkanocy.
Nikt,
ani wówczas, ani w czasie hucznego wesela, nie wypomniał młodemu
jego niepewnego pochodzenia. Cóż, może i czasy niespokojne
odegrały tu niebagatelną rolę. Na północy wszystko żyło
jeszcze wojnami szwedzkimi, a i niebiosa nie wróżyły niczego
dobrego. Dziwne zjawiska na niebie sprawiały, że szykowano się na
najgorsze. Komu więc było w głowie szukać sobie nowych
wrogów?
Spokoju nie było od lat. Raz wyprawiano się na
Szweda, to znów Szwed szedł na Kraków. Królów powoływano i i
pozbawiano korony. Co i rusz ktoś inny zawiązywał konfederację i
chciał ratować kraj lub własne dobra. Ludźmi rządził strach.
W
końcu jednak przyszły spokojniejsze chwile i zapanowała jakaś
nadzieja na normalne życie. Nadzieja ta była płonna, jednak na
pewien czas pozwoliła zapomnieć o wiatrach historii. Może więc
to, a może fakt, że rodzice Stanisława nie mieli córek, a ich
własne dzieci były jeszcze małe, powodowało, że nie plotkowano
lub plotkowano znacznie ciszej. Teraz najgorsze przyszło
niespodziewanie, zaatakowało po latach...
- Skoro tak
zdecydowałeś, to pewnie i dobrze to już przemyślałeś...
Słowa te w zupełności wystarczyły Stanisławowi za całą
odpowiedź.
- Taip kūdikis - szepnął i odetchnął z
ulgą. Mimo to poczuł jakiś wewnętrzny niepokój. Ta dziewczyna
bezgranicznie mu ufa. Tak, przemyślał wszystko, ale czy
rzeczywiście wszystko musi układać się wedle jego planu? Czy nie
wydarzy się coś nieoczekiwanego i czy będzie na to przygotowany?
Taaak... na pewno coś się wydarzy. Marianna tylekroć w ich
wspólnym życiu próbowała wpływać na jego podjęte już decyzje,
korygować je... Robiła to w cudownie delikatny sposób, ale i to
często godziło w jego męską dumę. Tym razem jednak nic takiego
się nie wydarzyło.
Po godzinach namysłu i modlitw
przyszła i jednym zdaniem pogodziła się z tak nieoczekiwaną
decyzją męża. Stanisław wiedział, że każda dyskusja, każde
jego ustępstwo pozwoliłoby mu w przyszłości dzielić się także
odpowiedzialnością za wszelkie potknięcia i trudności. Byłaby to
ich wspólna odpowiedzialność. Teraz został z tym ciężarem
sam.
Marianna domyśliła się, że jej mąż jest
myślami gdzieś bardzo daleko i nie dosłyszał pytania. Powtórzyła
wiec głośniej:
- Twoi bracia też?
Na kilka minut
musiało jej wystarczyć za całą odpowiedź głębokie
westchnienie. - Nie, oni postanowili zostać - usłyszała po pewnym
czasie kobieta. - Widzisz, Jan ma samych synów, może być spokojny.
Niko chce żyć tu bez względu na wszystko. Inna sprawa, że ja
nigdy tu nie wrócę. Nie chcę ryzykować, że ktoś się czegoś
domyśli, dowie. Ja tu nie wrócę - powtórzył - a ktoś musi
zaopiekować się naszą matką, zmówić paciorek na grobie ojca czy
dziadków. Niech tu żyją szczęśliwie, a nam trzeba w drogę -
dodał. - Muszę ci jednak o czymś jeszcze powiedzieć... Mój
najstarszy brak Kazimierz wcale nie zaginął. On już dawno wyjechał
w dalekie strony. Do dziś mamy bliskich blisko Warszawy...
Marianna
przycupnęła na mężowskich kolanach. Kilkakrotnie już chciała
wypowiedzieć to męczące ją pytanie i za każdym razem coś
powstrzymywało, budziły się rozterki. Nie chciała dokładać
Stasiowi trosk. Jednak to, co ją dręczyło, było zbyt silne.
-
Czy ty mi nie ufasz? - zapytała z jakąś źle skrywaną rezygnacją
w głosie.
Stanisław nie odpowiedział ni słowa, lecz jego
tak naturalnie zaskoczona mina zmusiła ją do wyjaśnień:
- Bo widzisz, my już
dwadzieścia lat jesteśmy razem, a ty mi dopiero teraz
mówisz...
Stanisław potrząsnął gwałtownie głową.
Można było odnieść wrażenie, że znów budzi się z głębokiego
snu. - Nie, nie Maryś - niemal krzyknął. W jego głosie znaleźć
można było zaskoczenie, ale i jakąś naturalną nutę krzywdy.
- Nie - powtórzył. -
Nikt nie wie skąd ta klątwa nad naszą rodziną. Ponoć wszystko
zaczęło się w czasach Ausztoty. Któż to wie. Staram się trzeźwo
myśleć, ale tu trudno nie dać wiary opowieściom o czarnej magii.
Toteż prędzej już wierzę w opowieść, iż wszystko zaczęło się
od mojego pradziada, który szedł walczyć pod kniaziem Vytautasem.
Jego kochanka nie potrafiła wybaczyć, że opuszcza ją dla wojny, a
z magią obyta była od dzieciństwa. Podobno to on pierwszy, po
powrocie do domu...
Stanisław zawiesił głos, nie chcąc
wypowiedzieć słów, które wypędzają go z domu. Zaraz potem
zaczął się usprawiedliwiać:
- Do tej pory było
tak, że to ojciec, widząc taką potrzebę, brał na stronę syna i
opowiadał tę nieszczęsną historię. Najczęściej nie mogło to
uchronić od przeznaczenia, ale pokazywało, jak się bronić przed
najgorszymi konsekwencjami. Że on nikt nigdy nie wtajemniczał. Tyś
Maryś pierwsza... Aš pasitikiu, pasitikiu.
Dalszą rozmowę
przerwał płacz dziecka. To najmłodszy syn Kilisiów dawał
rodzicom znać z dziecięcej izby, iż nadszedł czas, aby ktoś się
wreszcie nim zajął. Na chłopca wołano znanym powszechnie imieniem
Wojtek, choć ksiądz chrzcił go obco brzmiącym w Prusach
Królewskich imieniem Wodzisław. Czemu? Tego już nikt nie wiedział
i nie pytał. Że Stanisław był dziwakiem, wiedzieli
wszyscy.
Kilisiowie mieli w domu opiekunkę do dzieci,
staruszkę Karolę, która przed wieloma laty przywędrowała do ich
dworu po miskę strawy. Gdy zachęcona hojnością gospodarzy poczuła
się nieco swobodniej, Stanisław posłyszał od niej dawno
zapomniane a bliskie sercu słowa. Jego dziadkowie, chcąc zatrzeć
ślady przeszłości, starali się spalić za sobą wszelkie mosty,
więc i z językiem ojczystym nie ujawniali się do obcych. Zaledwie
w domu dawało się czasami słyszeć śpiewną mowę przodków. Z
biegiem czasu tych swobodnie wypowiadanych zdań świadczących o
przeszłości ubywało. Stanisław już tylko po polsku umiał się
porozumieć, choć w chwilach słabości czy szczęścia, gdy nad
rozsądkiem górę brało serce, z jego ust dobywały się słowa,
których sąsiedzi nie zrozumieliby.
Opowiadania Karoli
rozrzewniły go, przeniosły w czasy spokojnego dzieciństwa. Tym
sposobem stara żebraczka stała się niańką jego dzieci. Swojej
decyzji nigdy też nie żałował. Kobieta dobrze pracowała na
chleb.
Mimo to rodzice starali się być przy dzieciach
zawsze, gdy tylko było to możliwe, także w chwili pobudki, czy
wieczornej modlitwy. Nic więc dziwnego, że płacz Wojtka postawił
Mariannę na nogi. Zrobiła kilka kroków w jego stronę, po czym
zawahała się, stanęła.... Widać było, że nie bardzo wie, co
dalej robić. Wreszcie ruszyła. Tyle, że nie w stronę dziecka.
Poszła zawołać Karolę. Jeszcze tylko parę chwil, a można było
zobaczyć starowinkę biegnącą wręcz po schodach w stronę, skąd
dobiegał płacz. Owszem, zdarzało się, że to ona była pierwsza
przy budzeniu się dziecka. Nigdy jednak nie zdarzyło się, aby w
tym czasie, w domu obecni byli jego rodzice. Tego jeszcze nie
było.
Kobiecina pełna niepewności wsunęła się do
dziecięcej izby, skąd w chwilę później dało się słyszeć:
"Vardan Dievo Tėvo ir Sūnaus ir Šventosios Dvasios..."
To rozpoczynała się poranna modlitwa.
Marianna wróciła
do męża, który teraz z pewnym zaciekawieniem obserwował to, co
działo się naokół. Siedząc w sali stołowej, przez wiele godzin
miał przed oczyma tylko ścianę z kamiennym kominkiem. Teraz, gdy
jego żona zostawiła otwarte drzwi do sieni, odwrócił się i z
zaciekawieniem śledził poranny ruch. Widział więc też
powracającą do niego żonę.
Znów stanęła przed nim,
zdecydowanie chwyciła za dłoń i, jak za narzeczeńskich czasów,
pociągnęła za sobą gdzieś na zewnątrz.
Karola, która
przegrała zmagania z ciekawością, a może i zaniepokojeniem,
podeszła do okna chcąc wybadać, co też się święci. To, co
zobaczyła, nie uspokoiło jej, wręcz przeciwnie.
Karola
poczuła, że musi zrobić to, czego nigdy po dobroci by nie zrobiła.
Musiała kogoś odwiedzić.
Dziedzic i niania jego dzieci nie byli
jedynymi Litwinami w obejściu. Wystarczyło wyjść ze dworu, pójść
na jego lewe skrzydło, by wśród krzaków bzu dostrzec inne, mniej
eksponowane drzwi. To za nimi kryły się izby, w których mieszkał
młody Leszek. Wygląd jego gwarantował, iż liczył sobie nie
więcej jak lat trzydzieści. Mimo to, liczbą dzieci przewyższał
już swego pana. Zarówno w małej sionce, jak i na ubitej glebie
wokół bzów, niemal zawsze potknąć się można było o któreś z
jego drobiazgu. Cóż więc dziwnego, że i tym razem na
przedzierającą się przez wysoki próg Karolę wpadł jakiś
szkrab. Lecąc jak kula armatnia, ledwie się spostrzegł, że
właśnie utknął był w wielkich połaciach długiej czarnej
spódnicy. Kobieta była oddaną i dobrą nianią, ale dzieci
Kilisiów były jedynymi, jakie tolerowała a nawet kochała. Resztę
traktowała jak dopust Boski, a nawet najgorszą zarazę.
Szkrab,
gdy tylko zdołał się wyplątać, stanął jak wmurowany. Oboje,
ona z ogromnej swej wysokości, dzieciątko, niewiele wyższe od
progu, popatrzyli na siebie z miną jakiegoś obrzydzenia. Dzieciak
miał jednak szczęście. Karola na tyle się śpieszyła, że nawet
na trzepnięcie brzdąca w łeb szkoda jej było czasu.
Leszka
nie lubiła prawie tak samo, jak jego dzieci i przyznać trzeba, że
uczucie to było w pełni odwzajemnione. Wiele mieli wspólnego.
Oboje służyli wiernie temu samemu panu, w obojgu płynęła krew
litewska. Niestety, Leszek mimo młodego wieku, był najwierniejszym
zausznikiem Stanisława Kilisia.
Skąd się wziął, trudno
by zgadywać. Ponoć już dziadek Stanisława darzył specjalnymi
względami Leszkowego przodka. Nie mieszkali wówczas pod wspólnym
dachem, ale niejednokrotnie widywano ich na dyskretnych spotkaniach
czy wspólnych wyprawach. Gdzie? Dokąd? Któż to wiedzieć
może...
Dopiero paręnaście lat temu Stanisław
wygospodarował w swoim dworze lokum dla przedwcześnie osieroconego
Leszka. Ojciec jego, wtedy już wdowiec, wyjechał gdzieś w świat i
słuch wszelki po nim zaginął. Chłopak przez pewien czas mieszkał
u brata. Ten jednak wyprawił się z wojskami Jana III i nie powrócił
z kolejnej bitwy. Tym sposobem Leszek trafił pod bezpośrednią
kuratelę domu Kilisiów.
Karola rozum swój miała i
wiedziała więcej, niż ktokolwiek mógł przypuszczać. Z pewnością
też wiedziała więcej niż wiedzieć powinna. W sobie wiadomy tylko
sposób odkryła już dawno temu, że Leszkowy ojciec zaginął
podczas wyprawy zleconej mu przez Stanisława, brat zaś służąc
ojczyźnie, wykonywał też i inne, nietypowe zadania.
Obecna
pozycja młodego Litwina wynikała zatem ze swoistego długu
wdzięczności, jaki przez ostatnie lata zaciągnęli Kilisiowie.
Staruszka kombinowała jednak, że czym innym jest opieka nad
osieroconym w służbie człowiekiem, a czym innym obdarzenie go
pełnym zaufaniem i czynieniem z niego swego zausznika.
Co innego
mogło za tym się kryć, niż to, że ten wielkolud też pełnił
rolę, jaką przyszło odgrywać innym z jego rodu -wnioskowała.
-
Sėsk! – zakomenderowała babina, gdy tylko znalazła się w izbie.
Gospodarz tak był zszokowany tą niespodziewaną wizytą, że siadł
posłusznie nie mówiąc ni słowa. Początkowo rozmowa tej
przedziwnej pary toczyła się ledwie dosłyszalnym szeptem, by z
czasem przerodzić się w głośną sprzeczkę. Nie musieli obawiać
się, że zostaną przez kogoś podsłuchani. Mieszając słowa rodem
z dialektów litewskich i ruskich z polskimi, mimowolnie stawali się
niezrozumiałymi dla nikogo. Sami jedynie rozumieli się wybornie,
choć ich rozmowa zdawała się nie prowadzić do porozumienia.
O ile Leszek starał
się udawać spokój, o tyle Karola przeczuwając nadejście
strasznych wydarzeń nie wyobrażała sobie, aby mogła spokojnie
pozostać w błogiej niewiedzy. Tym gorsze to było dla niej, że
czuła przecież, iż dotyka ją jakaś niezasłużona krzywda.
Tymczasem ten młokos też coś przed nią ukrywa, a to przecież
ona, Karola powinna być najbardziej zaufaną powierniczką swych
państwa.
Kilisiowie spędzili noc całą w stołowym a na dodatek
ona musiała zająć się dziećmi! Mało tego, już wczesnym rankiem
wyszli przed budynek prowadzając się jak narzeczeni! „Gdyby te
dziwy miały wróżyć coś dobrego, nie mieliby tak posępnych min”.
Rozmyślając tak, trafiła na powrót do swojej izdebki, a jej
ciekawość nie miała zostać rychło zaspokojona. Tymczasem
borykała się z wątpliwościami nie przeczuwając nawet ogromu
problemów, jakie się zbliżały.
Przez najbliższe tygodnie we
dworze nie działo się nic szczególnego. Życie zdawało się
toczyć swym normalnym, monotonnym torem. Jedynie drugiego maja, tuż
przed Wniebowstąpieniem Pańskim, Leszek wybył gdzieś jeszcze
przed świtem. Młodzieniec często znikał na długie tygodnie, więc
nie było to niczym nadzwyczajnym. Jedno, co dziwić mogło, to fakt,
że wyjechał zabierając ze sobą nie tylko trzy zaprzęgi, ale i
kilka osób ze służby dworskiej.
- Wiosna w pełni, prac
w obejściu aż nadmiar, a ten znów gdzieś pojechał – marudziła
Karola. Jednak dopiero, gdy po paru dniach zaczynała zauważać, że
naokoło brakuje rzeczy, które zawsze były pod ręką, jej
przygaszony lęk o przyszłość powrócił z nową siłą.
„Leszek, co by o nim nie powiedzieć – przecież nie złodziej”
– kombinowała kobieta. Ponadto dziedzic nie wykazywał żadnego
zaniepokojenia ani zdziwienia. Musiał wiedzieć.
W samo święto,
31 maja do wrót przybył nieznany nikomu jeździec. Już od proga
wołał o spotkanie z dziedzicem. Z nikim innym gadać nie chciał,
pary z gęby nie puścił…
Tego już było za wiele. Po tylu
latach wiernej służby, bezgranicznego oddania i prawdziwej miłości,
została odsunięta w kąt, jak pierwsza lepsza służąca. Dławił
ją żal, poczucie niezawinionej krzywdy, ale i bezgraniczna
ciekawość. Zrobiła zatem coś, do czego nie posunęła się nigdy
wcześniej. Gdy przybyły gość zamknął się z Panem Kilisiem w
izbie, przylgnęła uchem do zamkniętych drzwi. Mężczyźni
zamknięci po ich drugiej stronie toczyli jakąś nerwową rozmowę,
ale Karola nie była w stanie rozpoznać ni słowa – dzielące ich
drzwi były zbyt grube a dźwięki zbyt przyciszone. Chcąc jednak
coś wywnioskować przycisnęła się mocniej do grubych desek i
wstrzymała oddech. Nagłe szarpnięcie za drzwi pozbawiło ją
jedynego oparcia i babina w mgnieniu oka znalazła się u stóp
nieznajomego.
- Och, Karola, dobrze, że tak szybko przyszłaś,
właśnie mieliśmy cię wołać. Ale wstań proszę, nie musisz
leżeć – żartował Stanisław Kiliś.
Karola wściekła na
świat cały, zdołała stanąć na nogach, otrzepać łachmany,
przybrać wojowniczą minę i czekać na wyroki Boskie. Obaj panowie
popatrzyli na to przedziwne zjawisko z niedowierzaniem, jeden z
nieukrywanym rozbawieniem, drugi z pełnym zaskoczeniem. Po chwili
wyczekującego milczenia, Pan Stanisław odezwał się pierwszy:
-
Karola, niech Karola idzie teraz zwołać wszystkich ze dworu do
naszego salonu.
- Wszystkich? Błota, gnoju naniosą… kto będzie
później sprzątał – buntowała się staruszka.
- Karola,
proszę… - powtórzył z naciskiem Kiliś.
Kobieta zrozumiała,
że opór jest bezcelowy. Poszła wykonać polecenie swego pana
mrucząc zaledwie coś pod nosem. Zbuntować się nie mogła, a to
mruczenie było jej jedynym znakiem sprzeciwu, na jaki mogła i
musiała sobie pozwolić.
Zebranie w dworskim salonie było bardzo
krótkie. W kilku zaledwie zdaniach objawiona została zebranym wola
pana, aby wszyscy natychmiast wsiedli na wóz i pojechali do dworu
jednego z braci pana Stanisława. Szykował on wielkie przyjęcie i
potrzebował pilnej pomocy większej grupy ludzi.
- To wszystko.
Śpieszcie się – zakończył podniesionym głosem. Gdy zebrani
odwrócili się już w stronę drzwi, zatrzymał ich jeszcze na
chwilę: - Pamiętajcie, spisujcie się tam dobrze… tak dobrze, jak
u mnie. Zawsze byłem z was kontent. Dziękuję wam za to –
dodał.
Służba zamiast już sobie pójść precz, nie mogła
ruszyć się z miejsca. Dziedzic starał się być dla nich dobry,
ale żeby już dziękować za służbę?! Zawsze uprzejmy, grzeczny,
ale też skryty i raczej oszczędny w ujawnianiu emocji, nigdy nie
spoufalał się z nikim i nie dziękował za to, co było po prostu
obowiązkiem każdego mieszkańca. Ponagleni, szepczący coś między
sobą wyszli przed dwór, gdzie dopiero rozgorzała dyskusja na temat
dziwnego zachowania pana. Domysłom nie było końca, aczkolwiek
prawdy mieli dowiedzieć się dopiero po kilku dniach. W salonie
została zatrzymana jedynie niania.
- Karola, wróć do mnie przed
zmierzchem. Teraz, jak tylko coś zjemy, razem z moim gościem
wyjeżdżamy, ale na wieczerzę powinniśmy być już w domu.
-
Czy można wiedzieć…
- Ne, jūs negalite žinoti.
Po tak
zdecydowanej odpowiedzi dalszy opór wydawał się beznadziejny. W
godzinę później oboje Kilisiowie, zostawiwszy we dworze dzieci,
wyjechali w nieznane. Wbrew przewidywaniom, zmierzch nie sprowadził
ich do domu. Odgłos nadjeżdżającego zaprzęgu zbudził Karolę
dopiero grubo po północy. Uradowana wybiegła przywitać swych
państwa, ale głos Stanisława Kilisia wbił ją w ziemię nim
zdołała wymówić choć jedno słowo:
- Karola, jeszcze tej nocy
wyjeżdżamy bardzo daleko i nigdy tu nie wrócimy. Zabieramy cię ze
sobą. Zatem co rychlej zbieraj swoje rzeczy na wóz. Później wołaj
dzieci i wynieś nasze worki. Ja mam jeszcze coś do zrobienia –
dodał innym już, jakimś smutnym tonem.
Kobieta potrzebowała
dłuższej chwili na otrząśnięcie się z szoku. Ani tu na miejscu,
ani prawdopodobnie nigdzie na całym świecie nie miała nikogo
bliskiego, kto byłby jej krewnym lub bliższym jej sercu od
Kilisiów. Byli dla niej wszystkim i oni chyba też ją doceniali,
skoro tak bardzo zaufali, że jako jedyną duszę, zabierają ze
sobą, gdzieby nie jechali. Gdy tylko usłyszała o nagłym
wyjeździe, domyśliła się powodu. Przecież to nikt inny, tylko
ona właśnie była pierwszą, do której zaczęły dochodzić
obrzydliwe, złe języki. Słyszała je wielokrotnie, ale nie
domyśliła się, że jej państwo też je znają. Teraz jednak
wszystko stało się jasne. Znali je i od dawna rozważali, jak to
przerwać. Tak, ten wyjazd musiał być dawno zaplanowany, ale…
tyle niewiadomych. Dzięki Bogu, że jej nie zostawiają jak tamtych,
których pognali do stanisławowych braci. Mimo wszystko babina
poczuła się dowartościowaną i wyróżnioną. W natłoku myśli,
jednego była pewna, co by się nie stało, Kilisiowie jej nie
opuszczą. Pocieszona tym odkryciem rozejrzała się wokoło, gdzież
to znów zniknęli. Ani Pana Stanisława ani jego żony nie było w
zasięgu jej wzroku. – Gdzie oni poszli w środku nocy–
zapytywała samą siebie, aby później domyślać się, iż musieli
iść pożegnać tak dobrze znane kąty, które pozostawiali na
zawsze. Wracając z przechadzki, Stanisław dzierżył pod pachą
jakieś zawiniątko. Karola kiedyś już to widziała. Tam, pod
warstwami płócien schowana była jakaś księga, ale że czytać
nie umiała, nigdy też nie dowiedziała się, co jest na jej
kartach.
Gdy nad dworem wstawało słońce, wśród zabudowań i
pól nie było już żywego ducha. Dopiero koło południa nadjechał
ktoś opatrzyć pozostawione samotnie zwierzęta.
| Media Title | Dziedzictwo klątwy |
| Media Notes | Rozdział I |
| Linked to | Stanisław Kiliś |
» Show All «Prev 1 2 3 4 5 6 7 ... 27» Next» » Slide Show
Our family tree has over 10,000 pieces of data. We also have around 75,000 photos and thousands of documents in our collection.
This tree can continue to grow only thanks to the interest and cooperation of close and distant relatives who, finding their relatives here, would like to share their information, photos or documents.